Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2018-09-21 12:00:00
Newsletter

Stolarski: Gra serce i głowa

Autor: Jakub Jeleński
Jako junior przegrał mecz z drużyną grającą bez butów piłkarskich. Przed meczem młodzieżowej reprezentacji ze stresu nie spał przez całą noc, a na kolejne spotkanie kadry nie poleciał, bo... zapomniał z domu paszportu. Na boisku twardo walczy o piłkę, wdaje się w przepychanki i pyskówki, a poza nim jest jednym z najgrzeczniejszych ludzi nie tylko w drużynie, ale w całym klubie. Poznajcie Pawła Stolarskiego – piłkarza, który wcale nie miał grać w piłkę.

 

Legia.com: - Najmłodszy profesor w Polsce ma 35 lat, ale widzę, że po niedzielnym meczu trzeba będzie to zaktualizować. Takim tytułem ochrzcili Cię kibice, a nawet Kuba Rzeźniczak. 

Paweł Stolarski: - To bardzo miłe słowa, tym milsze, że użył ich także Kuba. Najbardziej cieszą mnie jednak trzy punkty, bo brakowało nam tych zwycięstw. Smakuje ono tym lepiej, że wygraliśmy akurat z Lechem Poznań. 

 

- Poszło Ci w niedzielę całkiem nieźle jak na kogoś, kto nie chciał być piłkarzem i został nim z przypadku. 

- Można tak powiedzieć. Zacząłem grać w piłkę, bo rodzice postanowili zapisać mnie do szkółki, ale to też nie było tak, że do czegokolwiek mnie zmuszali. Powiedzieli, że jeśli mi się spodoba to będę trenował dalej, ale gdybym chciał spróbować czegoś innego, nie będą mieli z tym żadnego problemu. Już na pierwszym treningu stwierdziłem, że ta piłka to w sumie fajna sprawa. Potem krok po kroku przeszedłem przez wszystkie szczeble naboru do szkółki, zaczęły się turnieje, wyjazdy i z dnia na dzień zaczęło mi się to coraz bardziej podobać. Cieszę się, że moi rodzice wysłali mnie wtedy na trening.

 

 

- Parokrotnie mówiłeś, że jako chłopiec nie miałeś w głowie piłki, a inne rzeczy. Czym się chciałeś zajmować będąc dzieckiem?

- Próbowałem wszystkiego po trochu. Oczywiście w piłkę grałem razem z kolegami, ale to była raczej jedna z rzeczy do robienia na podwórku, a nie coś czym się pasjonowałem. Ja trochę od piłki uciekałem, wolałem poświęcać swój czas na inne zabawy typowe dla dzieciaków bawiących się od rana do nocy.

 

- Chyba najmocniej do futbolu namawiał Cię brat.

- Dokładnie. Mój brat jest ode mnie starszy trzy lata i zaczął treningi przede mną. Zawsze starał się mnie zabrać na piłkę, bo ona interesowała go dużo bardziej niż mnie. Często nie chciałem grać, ale on był taki uparty, że i tak wyciągał mnie na boisko i mówił, że jak nie chcę z nim kopać, to mam przynajmniej postać na bramce (śmiech). Cisnął mnie i cisnął, aż w końcu zaraziłem się pasją do futbolu. 

 

- Słyszałem, że kiedy graliście przeciwko sobie, to kości trzeszczały, a emocji było bardzo dużo.

- Zawsze była między nami braterska rywalizacja, nie oszczędzaliśmy się na boisku (śmiech)! Miło wspominam ten czas, ale w końcu nasze piłkarskie drogi się rozeszły ja zostałem na murawie, a on przeszedł na futsal, by później zająć się trenowaniem.

 

- Już jako junior miałeś spore przygody. Podobno na jednym z turniejów ograli was zawodnicy, którzy nie mieli nawet piłkarskich butów. 

- Zgadza się. To był – jeśli dobrze pamiętam – turniej im. Adama Grabki. Graliśmy mecz z Karpatami Lwów – przyjechali biedni chłopcy w zniszczonych koszulkach i trampkach, a na boisku szybko pokazali nam, że ani stroje, ani buty nie grają. Było nam wtedy bardzo głupio, pamiętam też słowa trenera, który mówił nam, żebyśmy patrzyli i uczyli się jak można walką i zaangażowaniem wygrać mecz. Dla mnie to spotkanie było życiową nauczką – nie grają strój i buty, a serce i głowa.

 

 

- Dużo takich nauczek dostałeś podczas gry w piłkę? 

- Trochę ich było. Każdy przegrany mecz uczy człowieka pokory, ale oprócz spuszczenia głowy, trzeba jeszcze umieć wyciągnąć wnioski. Głębsze przemyślenia zachowam jednak dla siebie. 

 

- Zgaduję jednak, że część z nich dotyczy Wisły Kraków. Miałeś być tam gwiazdą, która za wielkie pieniądze odejdzie za granicę, ale życie szybko to zweryfikowało. 

- Jestem wychowankiem Wisły, tam wszystko się zaczęło, tam udało mi się zadebiutować w ekstraklasie. Ale w piłce czasem bywa tak, że trzeba podjąć męską decyzję i wyjechać z klubu. Ja podjąłem decyzję o przenosinach do Lechii Gdańsk i z perspektywy czasu uważam, że dokonałem właściwego wyboru. W Lechii spędziłem cztery lata, dojrzałem tam zarówno piłkarsko jak i życiowo. Myślę, że ten czas ukształtował mnie jako człowieka.

 

- Lechia Lechią, ale byłeś wtedy również blisko Legii Warszawa.

- Tak, miałem ofertę z Warszawy, ale w tamtym momencie stwierdziłem, że nie jestem jeszcze gotowy na jej przyjęcie. Po prostu nie czułem się jeszcze wystarczająco gotowy na to by trafić do Legii.

 

- Z jednej strony potrzebowałeś gry, a w Wiśle nie mogłeś na nią liczyć. Z drugiej kibice bardzo niechętnie patrzyli na chęć Twojego odejścia z Krakowa. Trudny był to dla Ciebie czas?

- Bardzo. Wtedy była dla mnie najważniejsza regularna gra, potrzebowałem się rozwijać. W Wiśle nie dostawałem zbyt wielu szans i postanowiłem zmienić klub. Nie mam sobie jednak nic do zarzucenia. Zachowałem się z klasą, podziękowałem wszystkim za współpracę. Wiadomo, że nie każdemu się to moje odejście podobało, ale ja chciałem po prostu grać. Zmieniłem klub na Lechię i to była bardzo dobra decyzja.

 

 

- Jakie masz teraz relacje z ludźmi z Krakowa?

- Znakomite. Mam tam rodzinę, wielu znajomych, z którymi utrzymuję kontakt. Nie spotkałem się również z żadnymi pretensjami ze strony kibiców Wisły, także chyba z nikim nie mam na pieńku (śmiech). 

 

- Wreszcie odszedłeś z Wisły, ale z Gdańska szybko trafiłeś do pierwszoligowego wówczas Zagłębia Lubin. Tamten czas również nie był dla Ciebie usłany różami. 

- Po roku w Lechii zostałem wypożyczony do Zagłębia. W Gdańsku nabawiłem się urazu mięśnia czworogłowego, ale idąc na wypożyczenie zdążyłem się już wyleczyć. W Zagłębiu zagrałem dwa dobre spotkania, wszystko zaczynało się fajnie układać, aż tu nagle odnowiła mi się kontuzja. To był dla mnie kolejny cios. Odszedłem na wypożyczenie po to, żeby grać, a odnawiający się uraz wykluczył mnie na wiele tygodni. Odszedłem z Wisły do Lechii i nie grałem. Potem poszedłem na wypożyczenie i... nie grałem znowu. Miałem dużo przemyśleń związanych z piłką, z moim życiem. Zastanawiałem się co będzie dalej. Mając dość poważny uraz straciłem sporo czasu, Zagłębie walczyło o awans i kupowało nowych piłkarzy – w tym dwóch na moją pozycję. Nawet kiedy już się wyleczyłem, to bardzo trudno było mi wskoczyć do składu. Przez dwa sezony powinienem rozegrać mnóstwo spotkań, a tak naprawdę nie grałem prawie wcale.

 

- Obawiałeś się, że nie wrócisz do piłki na wysokim poziomie?

- Nie ukrywam, że przeszło mi to przez głowę. Brałem pod uwagę, że kiedy wrócę do Lechii może mi znowu nie wyjść, że znów wyląduję na wypożyczeniu w niższej lidze. W końcu wyleczyłem uraz, zacząłem grać i z Zagłębiem zrobiliśmy awans do ekstraklasy. Wtedy Lechia postanowiła nie wypożyczać mnie nigdzie dalej, a ja zdecydowałem się zawalczyć o miejsce w składzie i wywalczyłem je sobie. Było mi trudno, ale cała ta sytuacja bardzo wzmocniła mnie psychicznie.

 

- Miałeś wcześniej problemy z przygotowaniem psychicznym? Słyszałem, że na zgrupowaniu reprezentacji U17 przed meczem z Belgią razem z Pawłem Bochniewiczem nie mogliście spać całą noc, tacy byliście przestraszeni.

- (Śmiech). To były nasze początki w kadrze, więc trochę się tym stresowaliśmy. Psychika w sporcie jest bardzo ważna, teraz zdecydowanie lepiej radzę sobie z mentalnością, już nie zarywam nocy przed meczami (śmiech).

 

 

- Skoro nie mogliście spać, to o czym rozmawialiście?

- Baliśmy się co to będzie, powtarzaliśmy sobie, że musimy wygrać... nie no, nie będę o tym opowiadał, najciekawsze wątki już na zawsze pozostaną tajemnicą tamtego pokoju (śmiech).

 

- Nie jest to jedyna Twoja wpadka na zgrupowaniu. Podobno kiedyś pojechałeś na kadrę bez paszportu...

- Zgadza się (śmiech). Pamiętam, że od razu po meczu ligowym pojechaliśmy na zgrupowanie i następnego dnia mieliśmy wylot. Tuż przed nim jedliśmy jeszcze obiad, gdy nagle na stołówkę wszedł kierownik drużyny i mówi, że prosi nas o paszporty. A ja ze sobą paszportu nie miałem i skończyło się na tym, że musiałem wracać z powrotem do klubu. Przyjemnie wtedy nie było, bo ani trener kadry, ani Lechii, delikatnie mówiąc, nie byli ze mnie zadowoleni. Ja też byłem wściekły sam na siebie, bo to było strasznie dziecinne zachowanie. Nie zagrałem w meczu reprezentacyjnym z tak idiotycznego powodu.

 

- Kiedy w swoim mniemaniu przestałeś zachowywać się jak dziecko, a zacząłeś jak dorosły facet?

- Myślę, że w momencie, kiedy w dniu 18 urodzin podpisałem kontrakt z Lechią i zacząłem żyć na własną rękę. Oczywiście mogłem liczyć na pomoc bliskich i wiedziałem, że jeśli coś złego by się zadziało, to na pewno przyjadą. Ale to był taki najczarniejszy scenariusz, bo przede wszystkim zamierzałem liczyć sam na siebie. W domu życie organizowali mi mama i tata, wszystko miałem praktycznie podane pod nos, miałem ugotowane, uprane i posprzątane. Samemu musiałem żyć jednak na własną rękę. I bardzo się cieszę, że podjąłem decyzję o wyjeździe, bo teraz wiem jak wygląda dorosłe życie.

 

- Gra w dobrym klubie, pieniądze nieosiągalne dla rówieśników, życie bez ograniczeń rodziców. Bajkowe życie nastolatka, czy jednak nie do końca?

- Nie do końca. Jasne, że nie mogłem narzekać, ale przeżywałem też trudniejsze chwile. Najgorsze momenty były gdy nie grałem, bo od razu zastanawiałem się co to ze mną będzie. Z biegiem czasu uświadomiłem sobie w końcu, że w sporcie tak bywa i jedynym sposobem żeby to zmienić jest ciężka praca. Każdego dnia musiałem zasuwać, by pokazać trenerowi, że może mi zaufać. Oprócz tego musiałem przejąć na siebie wszystkie obowiązki, o których mieszkając z rodzicami nawet nie myślałem. Piłka nożna nauczyła mnie dużo samodzielności i pokory.

 

 

- Jak radziłeś sobie z pokusami? Duże miasto, duże pieniądze, a Ty byłeś bardzo młody.

- Duże miasta rzeczywiście oferują bardzo dużo pokus, ale uczciwie mogę powiedzieć, że ja z nimi nie miałem problemu. Skupiałem się wyłącznie na treningach, a w czasie wolnym, gdy tylko mogłem, wracałem do domu rodzinnego. Często spotykaliśmy się też z drużyną na obiadach, albo wspólnie chodziliśmy nad morze, także nie stwarzałem sobie nawet żadnych okazji, żeby skusiły mnie jakieś nieodpowiednie atrakcje. Czas wolny spędzałem spokojnie.

 

- No i chyba dłubałeś też przy samochodzie. Koledzy mówili, że swoje audi traktujesz lepiej niż dziewczynę.

- No nie, bez przesady (śmiech). Natomiast rzeczywiście zostałem wychowany tak, że o każdą rzecz, na którą ciężko zapracowałem, bardzo dbam i bardzo ją szanuję. 

 

- Najważniejsze, że tym audi dojechałeś do Warszawy. Czego najbardziej się bałeś przychodząc do Legii?

- Chyba niczego. Przyjeżdżając tutaj zdawałem sobie sprawę, że lekko nie będzie. Ja jednak lubię sobie zawieszać wysoko poprzeczkę, bo jestem bardzo wymagający w stosunku do siebie. To była już druga oferta, a Legii nie odmawia się dwa razy. Wiedziałem, że jeśli nie spróbuję tutaj swoich sił, będę tego bardzo żałował. Po czterech latach w Gdańsku potrzebowałem zmiany, a zgłosił się po mnie nie byle kto. Spakowałem walizki i przyjechałem do Warszawy zawalczyć o skład.

 

- Szybko Ci poszło. Jak to się dzieje, że na boisku grasz odważnie, nie pękasz, wdajesz się w pyskówki, a poza nim jesteś grzeczny i ułożony? Przestawiasz sobie w głowie jakąś korbkę wchodząc na plac?

- Na boisku za chłopaków pójdę w ogień i jestem typem zawodnika, który zawsze walczy do samego końca. I myślę, że to są raczej dobre cechy, więc kiedy gram, dalej taki będę. Mecz rządzi się swoimi prawami i jeszcze na długo zanim przyjadę na stadion, myślę już wyłącznie o nim. Wiem, że mam 90 minut na to, żeby dać z siebie wszystko i pomóc jak najwięcej drużynie, więc w każdej minucie staram się to robić. Życie na boisku a życie poza nim to trochę dwa różne życia.

 

 

- Zdarzyło Ci się oglądać swoje występy siedząc spokojnie z kawą i myśleć: kurczę, co to za gość się tak dziwnie zachowuje?

- Aż tak to nie. Natomiast analizuję każdy swój mecz, bardzo często z moim bratem, który – gdy tylko może – ogląda moje spotkania. Potem dostaję od niego po meczu telefon i od razu następuje szybka weryfikacja, gdzie było dobrze, a gdzie było źle (śmiech).

 

- Oby weryfikacja w najbliższych meczach była pozytywna. Kiedy serce zabije Ci mocniej – gdy pojedziesz z Legią zagrać na Lechii czy na Wiśle?

- Myślę, że tu i tu. Jestem wychowankiem Wisły i to tam wszystko się zaczęło, ale Gdańsk również dał mi bardzo dużo. Te dwa kluby miały duży wpływ na moje życie, więc na pewno spotkania z nimi będą szczególne.

 

- Zanim przyjdą takie mecze, czas na trochę mniej wyjątkowe. Po wygranej nad Lechem głupio byłoby chyba stracić punkty w Legnicy. 

- Zgadza się. Nie ma co dużo gadać, mecz z Miedzią musimy wygrać. Tylko tyle i aż tyle.

 

- W niedzielę duży kamień spadł wam z serca?

- Może nie bardzo duży, ale na pewno odetchnęliśmy. We wcześniejszych meczach nie potrafiliśmy pokazać tego, co pokazaliśmy przeciwko Lechowi. Wszyscy byliśmy szczęśliwi, bo pokazaliśmy zaangażowanie i walkę, co wreszcie przełożyło się na zwycięstwo. Myślę, że niedzielne spotkanie podobało się nie tylko nam, ale również naszym kibicom.

 

 

- A kibice w Legii oczekują tylko jednego. W piłkę trochę już grasz, więc chyba czas powiedzieć sobie: jestem gotowy na mistrzostwo Polski.

- Rzeczywiście w ekstraklasie gram już od kilku lat, ale jeszcze nie zdobyłem żadnego trofeum. Mam nadzieję, że w tym sezonie to się zmieni.

 

- Warto też zawalczyć o kadrę. Przeszedłeś przez wszystkie szczeble młodzieżówki – nie podpuszczam Cię, ale Łukasz Piszczek zakończył karierę reprezentacyjną...

- (Śmiech). Nie lubię wybiegać w przyszłość aż tak daleko. Ciężką pracą będę jednak dążył do swoich celów – debiutu w kadrze i trofeów z Legią.

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 159
PLN
Cena 69,90
PLN
Cena 249
PLN