Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2018-10-20 11:00:00
Newsletter

Szymański: W Legii są ci, którzy nie odpuszczają

Autor: Jakub Jeleński Fot. Janusz Partyka, Mateusz Kostrzewa, Jacek Prondzynski, Archiwum trenera Miłosza Storto/TOP 54 Biała Podlaska
Ma dopiero 19 lat, a zdołał zdobyć dwa mistrzostwa i Puchar Polski. W życiu przeszedł więcej niż niejeden starszy od niego o dwie dekady. Po tragedii jaka dotknęła jego rodzinę, nie chciał więcej grać w piłkę, ale od tego pomysłu odwiedli go bracia. W wieku 14 lat opuścił dom i stał się zawodnikiem Legii Warszawa. Chłopak, który wiecznie słyszał, że jest za mały i za chudy pokazał, że ma wielki charakter. Zapraszamy na rozmowę z Sebastianem Szymańskim.

Legia.com: - Na początek kilka zdjęć. Poznajesz?

Sebastian Szymański: - Oczywiście! Pamiętny turniej w Międzyrzecu Podlaskim, chyba nawet trzymam w tej torebce nagrodę dla najlepszego zawodnika. Fajne zawody, w ogóle dużo graliśmy w tej miejscowości. Niestety nie udało nam się wygrać, zajęliśmy drugiej miejsce. Z tego co pamiętam, to bardzo często grając w Międzyrzecu zgarnialiśmy srebrne medale – zawsze było blisko zwycięstwa w rozgrywkach, ale ostatecznie potykaliśmy się. 

 

- No ale Ty radziłeś sobie nieźle. Najlepszym zawodnikiem byłeś także tutaj.

- Zgadza się, chociaż nie poprowadziłem drużyny do zwycięstwa, bo odpadliśmy w półfinale i walczyliśmy o trzecie miejsce. Dostałem tam od trenera Stefana Majewskiego koszulkę Tomasza Moskały z Cracovii za dobrą postawę podczas rozgrywek.

 

 

- I ostatnie zdjęcie, które pokazuje, że los potrafi być wyjątkowo przekorny.

- To prawda. Stoimy tutaj z Mateuszem Żyro i Aleksandrem Wańkiem. Ja wtedy o nich nie wiedziałem, oni o mnie też, a teraz gramy razem w drużynie. Co prawda Mateusz akurat jest na wypożyczeniu, ale kontakt mamy bardzo dobry. „Wanio” z kolei ma kontuzję i nie gra, ale cały czas trzymamy się blisko siebie. 

 

 

- Grałeś wtedy w TOP 54 Biała Podlaska, ale w Legii byłeś zakochany od początku. Pozwoliłem sobie przejrzeć Twoje media społecznościowe, dotarłem do czasów podstawówki i Twoje wpisy nie pozostawiały wątpliwości w jakich kolorach masz serce. Dotarcie tutaj to był Twój cel?

- Z tyłu głowy zawsze miałem myśl, że chciałbym grać w Legii i sam byłem zaskoczony, że udało mi się to tak szybko. Kiedy byłem tutaj na testach pierwszy raz i mi na nich nie poszło, to byłem pewien, że to się już nigdy nie wydarzy. Stwierdziłem, że takie jest życie – uwielbiam ten klub, ale gra w nim nie będzie mi dana.  Ale rok później przyjechałem ponownie i jednak mi się udało.

 

- Ile razy słyszałeś, że jesteś za mały i za chudy?

- Ojej, wiele. Na początku ciężko było mi sobie z tym radzić, bo czułem się tak, jakby ktoś od razu mnie skreślał. Ale zaciskałem zęby, z czasem nauczyłem się to od siebie odsuwać, a teraz w ogóle się tym nie przejmuję. 

 

- Jednego nikt Ci nigdy nie odmawiał – ambicji. Trener Miłosz Storto z TOP 54 Biała Podlaska wspominał wasz mecz z Górnikiem Łęczna. Chłopcy starsi dwa lata, wyżsi o dwie głowy, a Ty poklepałeś go w nogę – bo wyżej nie sięgałeś – i powiedziałeś: To co, trenerze, lejemy ich?

- Prawda, prawda, pamiętam to dokładnie (śmiech)! Kiedy jesteś najmniejszy i fizycznie najsłabszy, musisz nadrabiać ambicją i charakterem, żeby móc dorównać większym i silniejszym. Ja tak robiłem i robię, a czy to mi się udaje, zostawiam do oceny innym. Zawsze jednak chcę dawać z siebie wszystko , pokazywać charakter i udowadniać, że nie każdy może sobie z góry traktować tych mniejszych oraz myśleć sobie, że ten mniejszy nic większemu nie zrobi. Ambicji rzeczywiście nigdy mi nie zabrakło.

 

 

- A tego Górnika w końcu zlaliście?

- Nie pamiętam dokładnie, ale raczej nie (śmiech). To był rocznik ‘97 więc mogło być ciężko.

 

- Skoro na boisku nigdy nie miałeś łatwo, to kiedy stwierdziłeś, że to jednak jest sposób, w jaki będziesz zarabiał na życie?

- Robiłem swoje cały czas i korzystałem z tego co daje mi los. Na początku bawiłem się grą, później piłka stała się dla mnie czymś fantastycznym, a ja doszedłem do wniosku, że nie chcę przestać grać. Potem miałem jeden moment, w którym chciałem sobie odpuścić, bo nie dawałem sobie rady z powodu problemów prywatnych. Nie ma co ukrywać – zwątpiłem. Ale rodzina pokazała, że zawsze jest i będzie ze mną, że będzie mnie wspierać i myślę, że to dzięki nim jestem w takim miejscu w jakim jestem. Gdybym tam odpuścił, to byśmy tutaj nie rozmawiali. W Legii są tylko ci, którzy nie odpuszczają.

 

- Wiemy co przeszedłeś jako młody chłopiec. To nadal jest sfera, której nie chcesz dotykać, czy oswoiłeś się z nią na tyle, by móc o niej opowiedzieć?

- To zawsze będzie dla mnie trudne, bo straciłem najważniejszą osobę w moim życiu. Było mi ciężko, tym bardziej, że stało się to wówczas, kiedy byłem mały. Nie każdy ma tak, że traci jednego z rodziców w tak młodym wieku. Teraz jestem starszy i wiem, że po prostu ktoś jest tam na górze, ciągle mnie obserwuje i wspiera. A ja mam dla kogo żyć, czy starać się być lepszym – wszystko robię dla swojej rodziny i oczywiście dla mojego taty.

 

 

- Masz czwórkę rodzeństwa, wychowywała Was mama – dzięki temu dojrzałeś zdecydowanie szybciej niż Twoi rówieśnicy?

- Może nie dojrzałem szybciej, ale więcej od nich przeżyłem. Byłem maluchem kiedy odszedł tata, a przecież nie każdy tak szybko traci kogoś bliskiego. No i może jednak w pewnym sensie jestem bardziej dojrzały od innych, takie wydarzenia zawsze zmieniają człowieka. Przeżyłem trochę więcej niż moi koledzy.  

 

- Skoro chciałeś wtedy przestać grać w piłkę, kto odwiódł Cię od tego zamiaru?

- Bracia, mama, siostry, ale chyba jednak najbardziej bracia. W końcu też byli związani z futbolem i bardzo mi kibicowali, a kiedy mama nie mogła, to oni zaprowadzali mnie na treningi. Nie mogli przeżyć tego, że akurat teraz chcę odpuścić – trenowałem już dłuższy okres i zaczynało mi iść naprawdę dobrze. Powiedzieli, że nie po to chodzili ze mną na treningi żebym teraz to wszystko zaprzepaścił. I jestem im za to bardzo wdzięczny, bo wspólnie przeszliśmy przez ten trudny czas, oni dopilnowali żebym został przy piłce. Byli ze mną nieustannie, wspierali mnie. To był zresztą chyba taki kluczowy moment – gdybym wtedy przestał grać, pewnie nigdy bym do piłki nie wrócił. Ale dzięki ich pomocy kontynuowałem to, co pozwoliło mi znaleźć się w miejscu, w jakim jestem teraz.

 

- Wtedy zresztą miałeś trafić do Legii.

- Tak, klub był mną zainteresowany, ale przez to, że straciłem tatę, nie zdecydowałem się na przenosiny. Wszystko opóźniło się o pół roku, do Warszawy przyjechałem pod koniec pierwszej klasy gimnazjum.

 

 

- Jak trudno było Ci na początku odnaleźć się w mieście i w klubie?

Bardzo trudno. Bałem się, ale najbardziej bała się moja mama (śmiech). Zastanawiała się nad tym co będzie jeśli sobie nie poradzę, bo to w końcu ta wielka Warszawa. No i… trochę tak było. Na początku byłem przestraszony, wyjechałem z domu, nikogo nie znałem, a pierwsze dni, właściwie pierwsze miesiące, były dla mnie bardzo trudne. Moja gra nie wyglądała najlepiej, miałem trudności w kontaktach z nowymi kolegami i było mi bardzo ciężko. Ale właśnie wtedy powiedziałem sobie, że co by się nie działo, to muszę wytrwać. Udało mi się, a ja udowodniłem sobie, że potrafię sobie poradzić, że nawet choćby nie wiem jak było ciężko, to trzeba zacisnąć zęby i dać radę. To i przede wszystkim sytuacja w domu pokazały mi, że nawet jeśli jest źle, to trzeba wierzyć do końca i pokazać charakter.

 

- A co było najtrudniejsze?

- To, że byłem sam. Nikogo nie znałem, nie miałem do kogo się odezwać, nie wiedziałem komu mogę zaufać, a komu nie. Dopiero potem stopniowo sytuacja zaczęła się zmieniać, poznałem nowych ludzi, nawiązałem kontakty, przyjaźnie. Ale też nie chciałbym mówić, że było bardzo trudno, bo w gruncie rzeczy szybko stało się przyjemnie. Decyzja o tym żeby wyjechać do Warszawy była w stu procentach trafiona. 

 

- Długo Ci zajęło poukładanie tego wszystkiego?

- Przynajmniej dwóch miesięcy potrzebowałem na to, by złapać wspólny język z kolegami i z trenerem. Trochę mi to zajęło, ale było warto. Później wszystko zaczęło się prostować, iść w dobrym kierunku i chyba idzie do tej pory.

 

 

- Podobno na swój pierwszy trening w rezerwach przyszedłeś w podartych butach.

Tak było (śmiech)! Pamiętam, że każdy z młodych zawodników dostawał w Akademii buty od trenera Marcina Muszyńskiego. Ja dostałem takie zielone „predatory” i tak mi się one spodobały, że grałem w nich praktycznie cały czas. Kiedy zostałem zaproszony na trening „dwójki”, to też nie odpuściłem i przyszedłem w moich ulubionych korkach, które wtedy były już bardzo zniszczone. Grałem w nich, aż trener Aleksandar Vuković powiedział, że załatwimy nowe buty, bo moje są w takim stanie, że wstyd w nich grać (śmiech). Ale mi to nie przeszkadzało, dobrze mi leżały, no ale skoro trener tak zarządził, to nie miałem wielkiego wyboru.

 

- Trener Vuković dał Ci chyba znacznie więcej niż nowe buty.

- Trener Vuković dał mi bardzo dużo, daje zresztą cały czas. Tak jak rodzina wspierała mnie w tym trudnym momencie w domu, tak tutaj swoją opieką otacza mnie właśnie trener. Cały czas mnie wspiera, cały czas mi podpowiada, mamy ze sobą bardzo dobry kontakt. Stara się też przygotować mnie na taki moment, że gdzieś wyjadę i jego już ze mną nie będzie. Uczy mnie nie tylko piłki, ale także dorosłości i samodzielności. Jest moją bratnią duszą i mam nadzieję, że będzie tak cały czas. 

 

- Kiedyś jednego z młodych piłkarzy, który przyszedł na trening z irokezem na głowie, od razu wziął w obroty i rzucił mu: „A co ty jesteś jakiś 50 Cent?” każąc zgolić włosy. Tobie też zdarzało się oberwać?

- Zdarzało się, ale aż tak ostro nie było (śmiech). On po prostu jest cały czas przy mnie i pomaga mi zachować chłodną głowę. Czasem mnie uspokajał, ale wszystko raczej na spokojnie.

 

 

- W którym momencie najbardziej obrosłeś w piórka?

- Chyba na początku, kiedy wszedłem do pierwszego zespołu i zagrałem kilka spotkań. Poczułem wtedy, że mogę więcej, ale trener mi uświadomił, że wcale nie (śmiech). Była mała „sodóweczka”, ale od razu „Vuko” postawił mnie do pionu. Od tej pory już mi się tak nie zdarzyło. Powiedziałbym, że wtedy mnie trzepnęło, a tak naprawdę parę razy zagrałem w meczu. Z kolei  teraz wygraliśmy puchar, mistrzostwo, a ja dostałem powołanie do szerokiej kadry na Mundial i zachowuję się spokojnie, więc nauka trenera nie poszła w las.

 

- Mówiło się, że trener Adam Nawałka przegrał Mundial powołaniami. Czułeś nutkę żalu, kiedy oglądałeś mecze w telewizji?

- Na pewno o tym myślałem. Wiedziałem, że wyjazd jest blisko, że mam szansę pojechać na wielki turniej, ale nie udało się. Z drugiej strony analizowałem sobie: okej, nie pojechałem, ale czy dałbym tam radę? Jestem wdzięczny trenerowi Nawałce, bo dał mi szansę trenowania z mega zawodnikami i myślę, że wiele się tam nauczyłem. I właśnie to przyświecało mi przede wszystkim, ten fakt przygotowań z najlepszymi, nauka jaką otrzymałem tam od reprezentantów. Nie czułem żadnego smutku, czy rozczarowania. Myślę, że mimo wszystko trener wybrał odpowiednie osoby. 

 

- Trudniej było Ci wejść do szatni Legii jako zupełny anonim, czy do szatni reprezentacji, ale już jako jedno z objawień sezonu w ekstraklasie?

- Mimo wszystko do reprezentacji. W Legii pomagał mi trener Vuković i inni piłkarze, a w kadrze może ktoś o mnie słyszał, ale raczej wcale mnie nie znał. Miałem na pewno większego „stresa”.

 

 

- Ten stres bardziej motywował, czy jednak paraliżował, żeby przypadkiem nie zrobić czegoś źle?

- Na zajęciach w ogóle o tym nie myślałem, ale jak witałem się z chłopakami na początku, to miałem gulę w gardle. Bałem się, że im się nie spodobam, że w ogóle nie będą wiedzieli kim jestem. Bardziej bałem się o to, niż o to, co będzie na treningu. Tam każdy wspierał każdego i było mi o wiele łatwiej. Na pewno w niektórych momentach odstawałem, bo zdarzało się, że stres mnie jednak trochę zżerał, ale nie było tak, żebym na przykład bał się komuś zagrać piłkę.

 

- Presję nałożono na Ciebie już dużo wcześniej. Ciążyło Ci na barkach te słynne dwadzieścia milionów wymyślone przez trenera Romeo Jozaka?

- Owszem, ciążyło. Została do mnie przyklejona łatka i każde moje zagranie było oceniane przez pryzmat tego, co powiedział trener. Siedziało mi w głowie to, że każdy patrzy na mnie i ma wielkie oczekiwania, jakbym miał grać tak jak Messi albo Ronaldo. Nie było to dla mnie dobre, bo niby z presją radzę sobie nieźle, ale co innego stres na meczu, a co innego tego rodzaju presja. Ja po prostu chciałem robić swoje.

 

- Skoro mowa o milionach: Гавариш по-русски?

- Чуть-чуть (śmiech). 

 

- Czyli podstawy zacząłeś opanowywać?

Uczyłem się w szkole, więc trochę jeszcze pamiętam, ale jakoś ostatnio nie przykładałem się do tego (śmiech). 

 

 

- Mocno się takie zamieszanie odbija na nastolatku?

- Tak, dlatego nie chcę wracać do tego tematu. Tak naprawdę nikt z nas nie wie czy były blisko, czy daleko od tego transferu. Nie trenowałem z drużyną, a indywidualnie, bo były pogłoski, że mogę odejść z klubu. Na pewno na tym straciłem, bo nie mogłem normalnie trenować, nie mogłem grać i to potem odbiło się na mojej postawie na boisku. Cieszę się, że zostałem w Legii, bo nie planowałem żadnego wyjazdu i nadal nie planuję. Gdyby jednak miało się to wydarzyć, to myślę, że byłbym na to gotowy. 

 

- Jak już wszystko ucichło i usiadłeś na spokojnie, to czułeś bardziej ulgę, że zostajesz w Warszawie, czy jednak rozczarowanie? Bądź co bądź CSKA jest bardzo dużą marką.

- Ulgę. Zostaję w Legii, mogę spokojnie trenować, rozgrywać sezon. Poczucie stabilności jest dla mnie bardzo ważne. Lubię mieć wszystko klarownie poukładane. 

 

- Ty w ogóle jesteś bardzo poukładany. Kiedy prosiłem chłopaków z drużyny, czy trenerów, żeby podzielili się jakimiś anegdotami na Twój temat, to każdy mówił tylko: „Szukałem, ale nie mam nic. ‘Szymi’ jest za spokojny”.

- Rzeczywiście jestem spokojną osobą, choć w ostatnim czasie na pewno zyskałem dużo pewności siebie. Ale myślę, że jak byś głębiej popytał, to na pewno coś by się znalazło (śmiech).

 

 

- Na szczęście dzieciaki z Twojej podstawówki nie zawiodły. Na spotkaniu z Tobą pierwsze pytanie jakie zadały to: „A ile pan zarabia?”.

(Śmiech) Odpowiedziałem, że wystarczająco żebym mógł myśleć tylko o piłce. Legia dała mi praktycznie wszystko, więc ja muszę dawać jej wszystko od siebie. Trenuję i gram jak najlepiej, chcę się skupiać wyłącznie na tym, nie interesują mnie zakupy, samochody czy imprezy.

 

- Skoro już tak rozmawiamy o pieniądzach, to od razu nasuwa mi się skojarzenie z menadżerami młodych piłkarzy. „Największe zło futbolu” – jak mówią niektórzy, czy raczej nieodłączna pomoc?

- Z jednej strony to potrafi być zło, ale z drugiej posiadanie menadżera jest bardzo ważne. Wszystko zależy od człowieka z jakim wiąże się piłkarz, zawodnik musi być świadomy i pewny tego, czy może mu zaufać czy też nie. Należy rozpoznać, czy menadżer robi coś dla ciebie, czy raczej dla siebie. Ja mam to szczęście, że w mojej agencji pracują bardzo mądrzy i uczciwi ludzie, którzy nigdy mnie nie oszukają i zrobią wszystko, bym mógł się jak najlepiej rozwijać. 

 

- I nieźle Ci to wychodzi. Z sezonu na sezon najpierw CLJ, potem Młodzieżowa Liga Mistrzów UEFA, pierwsze występy w ekstraklasie, pierwsze gole, wreszcie puchar i mistrzostwo. Jaki jest szklany sufit, maksimum jakie możesz osiągnąć w Legii?

- Wydaje mi się, że Liga Mistrzów UEFA. Marzę o tym, by zagrać tam z Legią, bardzo chciałbym w ogóle zagrać w europejskich pucharach. Mam nadzieję, że uda mi się to jak najszybciej.

 

 

- Przed marzeniami jest rzeczywistość, a więc mecz z Wisłą Kraków. Podobno trener tak Wam dokręcił śrubę, że na młodzieżówce odpoczywałeś.

- Fakt, na kadrze było trochę luźniej (śmiech). Wróciłem jednak i trenuję na pełnych obrotach. Musimy dopracować pewne elementy, poprawić grę i w niedzielę na boisko wyjdziemy po to, żeby wygrać. W ostatnich meczach gramy niezłą piłkę i taką samą chcemy zaprezentować w niedzielę.

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 159
PLN
Cena 69,90
PLN
Cena 249
PLN