Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2018-12-16 04:00:00
Newsletter

Tomasz ''Alchim'' - Skazany Nr 0008

Autor: Maciek Dobrowolski Fot. Mateusz Kostrzewa, Archiwum TA; Video: Tomasz Sejbuk; Grafika: Tomasz Grzybek
Przed Wami kolejny, ósmy odcinek kultowego cyklu pt. ''Skazani na Legię'', który niegdyś ukazywał się na łamach czasopisma ''Nasza Legia''. Gościem Maćka Dobrowolskiego jest tym razem Tomasz ''Alchim'' - dla kibiców warszawskiej Legii postać legendarna. 36-letni staż, blisko 400 meczów wyjazdowych na koncie, kilkanaście lat spędzonych na gnieździe. Zapraszamy!

 

 

 

Dziekan idolem

Na Legii pojawiłem się pierwszy raz w 1982 albo 1983 roku. Dzisiaj już nie pamiętam dokładnie okoliczności tego wydarzenia, poza tym, że przyprowadził mnie tata, a graliśmy najprawdopodobniej z Cracovią. Tata nie był jakimś zagorzałym fanatykiem, tylko takim normalnym kibicem, ale na tyle spodobało mi się na tym meczu, że częściej prosiłem go, żebyśmy chodzili na stadion. I początkowo tak to wyglądało. Później na Łazienkowską zabierałem się ze starszymi kolegami z Targówka i z nimi pojechałem też na swój pierwszy wyjazd do Radomia. Podobnie, niewiele z tego pamiętam, ale pojechałem na całkowitym „spontanie”, nic nikomu nie mówiąc. Z tamtych małolackich lat chodzenia na Legie dobrze utkwiły mi w pamięci mecze Legii z Interem Mediolan, a także dwie przepiękne i bardzo podobne do siebie bramki Darka Dziekanowskiego, które zdobył w spotkaniach z Bałtykiem Gdynia oraz Vikingiem Stavanger.

 

 

„Piłkarski Poker” i klimat tamtych lat

Uważam, że taki przełom i lata od których wkręciłem się na dobre, to był rok 1986. Trenowałem wtedy piłkę nożną w Targówku i na mecze Legii chodziliśmy prawie całą drużyną. W zespole Wojskowych grał nasz starszy kolega z osiedla, Jarosław Wojciechowski. Pamiętam, że na jednym z meczów dziwiliśmy się, dlaczego normalne flagi Legii pozakrywane były jakimiś innymi dziwnymi flagami. Okazało się, że to było na potrzeby filmu „Piłkarski Poker”. Całe to wydarzenie przechodziło wtedy bez echa, nikt nie protestował i właściwie nie wnikał co się takiego dzieje. Nie było tak bardzo rozwiniętego ruchu kibicowskiego jak w późniejszych latach. Co do filmu, to nawet załapaliśmy się na taką krótką przebitkę, w której widać chłopaków z naszej osiedlowej drużyny. Na Legię chodziłem już regularnie na wszystkie mecze, to zainteresowanie iskrzyło coraz bardziej, brakowało tylko takiego prawdziwego wyjazdu. Jesienią 1988 roku uprosiłem jednak rodziców i pojechałem na mecz - do Łodzi na Widzew. Z Warszawy pociągiem rejsowym wybrało się około 300 kibiców, no i wśród nich ja. To spotkanie było jednym z ostatnich w rundzie, ale przyrzekłem sobie, że od tej pory zaczynam jeździć. Poznałem trochę starszych kibiców, którzy mnie zaakceptowali i od następnej rundy tego sezonu „wystartowałem”.

 

 

Na kolejny wyjazd pojechałem do Jastrzębia, byliśmy tam w 30 osób, sporo przed meczem i początkowo dziwiliśmy się, dlaczego nie ma nikogo z Legii, ale po jakimś czasie dotarła liczniejsza grupa. Od tego spotkania zacząłem wszystko zapisywać, każdy mecz u siebie, każdy wyjazd, ilu było kibiców Legii, czy coś się na meczu działo itd. Jeżeli chodzi o podróże po Polsce, to dla mnie zawsze hitami były wyjazdy do Poznania. Od 1989 do 2009 roku - przez 20 lat - nie opuściłem żadnego. W tych początkowych latach to były takie wyprawy, że jeździło tam czasami 30-50 osób, a działo się tam zawsze. Wówczas nie było tak jak dziś, na wyjazdy jeździło znacznie mnie kibiców niż obecnie. Wielokrotnie na takich meczach, jak z GKS-em Katowice, z Olimpią Poznań, Hutnikiem Kraków czy jeszcze innymi klubami, było nas kilkudziesięciu. Jak do Łodzi na ŁKS wybrało się 300 osób, to już był dobry wynik. Początek lat 90., to był taki okres, że jadąc gdziekolwiek trzeba było mieć „oczy dookoła głowy”, ale te czasy miały swój magiczny klimat.

 

 

Najlepsze z najlepszych

Do dziś mam na koncie około 380 wyjazdów, ale jednym z najlepszych i chyba takim nie do przebicia, był ten do Splitu, na kwalifikacje Ligi Mistrzów, Hajduk - Legia. Wybraliśmy się na niego jednym autokarem. O tym, że może być „ciekawie”, przekonaliśmy się zaraz po wjeździe na terytorium Chorwacji. Otoczyła nas wtedy tamtejsza policja i oznajmiła, że od tej pory będą nas eskortować do samego Splitu. To był czas, gdzie jeszcze niedawno była wojna i chociaż początkowo jakoś nie dopuszczaliśmy tego wszystkiego do głowy, to „otrzeźwieliśmy” przed wjazdem w góry. Mundurowi nakazali nam zgasić światła w autokarze, a na pytanie dlaczego, padła odpowiedź, że cały czas trwają tam działania wojenne. Jechaliśmy przez te góry po ciemku, a w oddali było słychać jakieś wystrzały. Robiło to spore wrażenie. W pobliżu jakiejś riwiery zatrzymaliśmy się pod wymyślonym pretekstem i podbiegliśmy się wykąpać w morzu. Nie spodobało się to policji, która odprowadzała nas do pojazdu z karabinami w rękach. W końcu dojechaliśmy do Splitu, ale nasi „stróże” nie wiedzieli co z nami zrobić, gdyż był środek nocy. Zawieźli nas do jakiegoś portu. Kiedy tylko rano zrobiło się widno, okazało się, że zaparkowaliśmy przy przejściu promowym, którym przypływali między innymi kibice Hajduka. Wychodziliśmy z autokaru, więc postanowiono, że i to miejsce nie jest dla nas dobre. Zawieziono nas nad morze, a następnie do hotelu w którym zakwaterowani byli piłkarze Legii. Tam spędziliśmy czas aż do meczu.

 

 

Wesoło zrobiło się już na samym początku spotkania, kiedy miejscowym na różne zaczepki odkrzyknęliśmy kilka razy „Serbia, Serbia…”. Można sobie wyobrazić, jaka od tej pory zapanowała atmosfera. Co do wydarzeń czysto sportowych, to piłkarze przegrali 0;4, według nas "odpuszczając" ten mecz. Pomimo zwycięstwa Hajduka cały stadion był rozwścieczony naszymi okrzykami, próbowano nawet przedostać się do nas. Jadąc już autokarem jakiś miejscowy wyruszył za nami na motocyklu i wygrażając nam przejechał dobre 50 km. Postój  zrobiliśmy w jakimś przydrożnym lokalu, ale traf chciał, że cała knajpa była zajęta przez... pijane i uzbrojone wojsko chorwackie. Jednym słowem nie zakotwiczyliśmy w tym lokalu na dłużej. Zatrzymaliśmy się, a właściwie zrobiła to policja, dopiero na Słowenii w okolicach Mariboru. Jako że po kontroli alkomatem naszemu kierowcy „coś” tam wykazało... zatrzymano mu prawo jazdy i oznajmiono, że w dalszą drogę będziemy mogli ruszyć dopiero następnego dnia. Czas upłynął nam bardzo szybko, bo akurat Maribor grał swój mecz ze Skonto Ryga i część z nas zaliczyła dodatkowo jeszcze ten punkt programu. W końcu oddano prawo jazdy kierowcy i po kolejnych godzinach w autokarze, dotarliśmy do Warszawy.

 

 

Tak się przypadkowo składa, że na liście moich najlepszych wyjazdów bardzo wysoko znalazły się wypraw na tereny związane z działaniami powojennymi. Bardzo mile wspominam podróż do Macedonii, do Skopje na mecz z Vardarem. Pamiętam, że na miejscu podbili do nas polscy żołnierze, którzy bardzo ucieszyli się na widok rodaków. Atmosfera była na tyle wesoła, że część z nas zabrała się w przejażdżkę ich pojazdami opancerzonymi. Zdążyliśmy nawet na jakiś czas przejąć ich cały ekwipunek. Każdy wie, że wyjazdy zagraniczne to przygody zupełnie innego kalibru. Ja jak do tej pory zaliczyłem z Legią ponad 50 takich wypraw. I tak naprawdę to większość z nich stanowi długi materiał do opowieści.

 

 

Gniazdowy bez gniazda 

W 1991 roku pojechaliśmy na wyjazd do Lublina, na mecz z Motorem. To było bardzo ważne spotkanie dla Legii, gdyż sportowo byliśmy bardzo słabi i gdybyśmy tam przegrali, to nasz klub pierwszy raz w powojennej historii klubu spadłby do ówczesnej II ligi. Było nas wtedy z 300 osób na meczu, na który ja dotarłem razem z Bosmanem... jego Żukiem. Tak się złożyło, że nie było nikogo, kto poprowadziłby doping i kilku starszych powiedziało: „dobra małolat, wskakuj na płot i coś zarzuć”. No i od tamtego czasu coraz częściej słyszałem hasło żebym „coś zarzucił”... aż stałem się regularnie prowadzącym doping. Zarówno na Legii, jak i na wyjazdach. To były lata 90., stary stadion, nie było „gniazda”, ani żadnego miejsca przeznaczonego dla narzucającego ton trybunom. Wchodziłem na ogrodzenie, czy to na Legii, czy gdzieś na stadionach w Polsce i niosło się głośne: „Ce, Ce, Ce, Wu, Ka...”. Tak było z jakimiś drobnymi przerwami przez blisko 10 lat...

 

 

Do „Stanów” na jeden dzień

Kilka lat temu Legia brała udział w turnieju Sister Cities Cup w Chicago. Jednym z rywali legionistów był zespół Crvenej zvezdy i postanowiłem na ten mecz pojechać, tyle że na pomysł wpadłem... dwa dni przed meczem. Plan podróży był taki, że najpierw miałem dolecieć do Amsterdamu, a stamtąd do Detroit. Tam oczekiwali mnie koledzy z którymi samochodem jechaliśmy sześć godzin do Chicago. Natomiast dzień po meczu dokładnie taką samą trasą, z takimi samymi przystankami, wróciłem do Warszawy. Uratowała mnie tylko biało-czerwona flaga Legii, bo amerykańscy celnicy na lotnisku w Amsterdamie nie mogli uwierzyć, że ktoś z Polski leci w taką trasę, żeby obejrzeć jeden mecz i następnego dnia wracać. Zamknięto cały „gate” i przeszukano dokładnie mnie i moje bagaże, najwidoczniej spodziewano się innych powodów wyprawy. Obecnie nie jeżdżę już na wszystkie mecze, część wyjazdów zmuszony jestem opuszczać. Wiadomo, są dzieci i wiele innych obowiązków. Jak patrzę na to, jak było kiedyś, a jak jest teraz, to trochę mi żal. Czasy mocno się zmieniły, a wyjazdy... trochę zmieniły się w przejazdy. Tym bardziej mam szacunek dla wszystkich, którzy tyle serca i zdrowia wkładają dzisiaj w tę pasję. Mam świadomość, że tak musi być, a tamte lata pozostaną już we wspomnieniach.

 

 

 

 

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 89
PLN
Cena 114,50
PLN
Cena 119
PLN