Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2019-02-16 12:00:00
Newsletter

Vešović: Najlepszy czas w życiu

Autor: Jakub Jeleński Fot. Janusz Partyka, Mateusz Kostrzewa, Jacek Prondzynski, Archiwum MV
Los nie oszczędzał go od początku, bo jako ośmiolatek musiał uciekać przed nalotami bombowców. Z jednej strony boiskowy furiat, z drugiej strony facet, który swoją przyszłą żonę zaprosił na randkę po miesiącu rozmów na facebooku. Miał w życiu epizod niedzielnego modela, miał też epizod oskarżonego o pobicie. Marko Vešovicia jako piłkarza znacie doskonale, poznajcie go zatem jako człowieka.

Legia.com: - Vešo, kiedy lecieliśmy na zgrupowanie do Miami kupiłeś mi kawę na lotnisku, a ja obiecałem, że pewnego razu Ci się zrewanżuję, więc proszę bardzo.

Marko Vešović: - Ale nie piłeś z niej wcześniej? (śmiech)

 

- No co ty, po prostu rozlało się trochę na wieczku, kiedy Ci ją niosłem. Kubek jest co prawda z baru, ale kawę robiłem sam. Mam nadzieję, że smakuje.

- Bardzo dobra! Poczekaj, jak to będzie po polsku... bardzo smaczna kawa!

 

- Brawo, to co, może cały wywiad zrobimy po polsku?

- Nie, nie, jeszcze nie, ale uczę się (śmiech).

 

 

- Parę lat temu napisałeś, że miasto z którego pochodzisz, Podgorica, jest jak Teksas. Co to oznacza?

- W Podgoricy nastały dziwne czasy. W mieście jest mnóstwo mafii i kiedy chodzisz sobie po nim tak jak my teraz, możesz się spodziewać, że gdzieś niedaleko wybuchnie bomba. Napisałem tak, bo jestem strasznie zły, że we własnym domu ani ja, ani moja rodzina i przyjaciele, nie możemy czuć się bezpiecznie. Każdego dnia dzieje się tam coś złego.

 

- Dlaczego wszystko się tam tak skomplikowało?

- Nie tylko tam, w ogóle całe Bałkany mają potężny problem z mafią i innymi przestępcami. Życie tam bywa po prostu niebezpieczne.

 

- Urodziłeś się w 1991 roku...

- ...tak, podczas wojny na Bałkanach.

 

- Dokładnie o to chciałem zapytać – pamiętasz z niej cokolwiek?

- Z wojny bałkańskiej nie pamiętam nic, ale doskonale pamiętam bombardowania Jugosławii przez NATO w 1999 roku. Miałem osiem lat i pamiętam, że każdej nocy między pierwszą a drugą budził mnie dźwięk alarmu, który oznaczał: wstawaj, nadlatują bombowce. Więc wstawałem, uciekałem razem z rodziną w bezpieczne miejsce, ale i tak słyszałem stamtąd wszystko. Dźwięk bomb, krzyki innych ludzi – takich rzeczy się nie zapomina. To był naprawdę straszny czas. 

 

- Masz z dzieciństwa tylko takie wspomnienia?

- Nie, absolutnie. Wojna to jedno, ale ja naprawdę miałem wspaniałe, normalne dzieciństwo. Po prostu były w nim trudne momenty, jednak nie mogę powiedzieć, że byłem nieszczęśliwy, czy czegoś mi brakowało.

 

 

- Miejsce w którym się urodziłeś ukształtowało charakter człowieka, którym jesteś teraz?

- W wielu aspektach tak. Prawdziwie dorosły stałem się jednak w wieku 18 lat, kiedy opuściłem rodzinny dom i wyjechałem grać do Serbii. Nauczyłem się wtedy niezależności, odpowiedzialności. Myślę, że wyjazd za granicę bardzo pomógł mi dojrzeć i spojrzeć na życie w inny sposób.

 

- Spytałem cię o charakter, bo nie znam drugiej tak różnej osoby prywatnie i na boisku. Kiedy sympatyczny Marko zamienia się w furiata?

- W szatni przed meczem. Mecz to dla mnie coś zupełnie innego. Poza boiskiem jestem spokojny, bardzo rodzinny i miły dla ludzi. Kiedyś przeczytałem, że powinieneś być miły dla każdego, nawet jeśli ta osoba w stosunku do ciebie wcale taka miła nie jest. Dlaczego? Bo nigdy nie wiesz, co się kryje w głowie faceta, czy kobiety, z którymi właśnie masz styczność. Nie masz pojęcia o kłopotach, z jakimi na co dzień zmagają się inni. Ktoś ci coś odburknął, ktoś zachował się nieelegancko, ale może to właśnie wynik potężnego problemu, jaki go przygniata. Właśnie z tego powodu staram się być pozytywnie nastawiony do każdego człowieka – oczywiście poza boiskiem, bo na nim nie jestem normalny. Za każdym razem chcę wygrać mecz, bez względu na wszystko. Nikt nie lubi przegrywać, ale ja tego po prostu nienawidzę. Staram się kontrolować emocje, ale... na staraniach się kończy. Chyba już nigdy tego nie zmienię.

 

- Skoro już przeszliśmy do piłki – poznajesz?

- O mój Boże! (śmiech) To było jakieś dziesięć albo jedenaście lat temu. Grałem w moim pierwszym klubie, Buducnosti Podgorica. Zdjęcie zrobiono mi podczas obozu przygotowawczego w Antalyi, graliśmy wtedy sparing z Partizanem Belgrad.

 

 

- Z Buducnostią przyjechałeś nawet na mecz do Warszawy.

- Tak, myślę, że to był w ogóle mój pierwszy mecz w życiu w europejskich pucharach. Graliśmy wtedy z Polonią Warszawa. W Podgoricy przegraliśmy chyba 0:2, a tutaj wygraliśmy 1:0. Na szczęście teraz trafiłem do dobrej strony miasta (śmiech).

 

- No to pierwszy mecz w europejskich pucharach i pierwsze zdjęcie mamy za sobą. Czas na numer dwa. 

- To fotka z Rijeki... albo nie, to chyba jednak Belgrad, kiedy grałem dla Crvenej zvezdy. Zrobiła je moja – wtedy dziewczyna, dzisiaj żona – Tamara. Kręciliśmy się gdzieś po mieście, ale nie mam pojęcia dokąd jedziemy.

 

- Za zdrowo to się wtedy nie odżywiałeś. 

- To był jedyny raz kiedy wypiłem redbulla, nigdy w życiu więcej już tego nie zrobiłem – nie smakował mi.

 

- No tak i przypadkiem akurat przy tym jedynym razie ktoś Ci zrobił zdjęcie.

- To wszystko wina mojej żony, porozmawiam z nią sobie (śmiech)!

 

 

- Spokojnie, nie chcę tworzyć konfliktu w rodzinie, na rozluźnienie atmosfery mam tutaj kolejne cudeńko. Niezła stylówka.

- O Jezus Maria... Wakacje w Belgradzie razem z moim bratem bliźniakiem, Nikolą. 

 

- Żartujesz, masz brata bliźniaka? W ogóle nie wyglądacie tak samo.

- A wiesz co jest najlepsze? Im więcej mamy lat, tym bardziej jesteśmy do siebie podobni. Jakiś czas temu Nikola wpadł na nasz mecz i ludzie zaczęli sobie robić z nim zdjęcia. Najśmieszniejsze jest to, że ja byłem na boisku i brat mówił mi, że niektórzy kibice się zmieszali, no bo jak to – robią sobie z gościem fotkę, a on przecież w tym czasie kopie piłkę kilka pięter niżej. Mam wrażenie, że każdy postrzega nas trochę inaczej – niektórzy nasi znajomi mówią, że wyglądamy jak dwie krople wody, niektórzy, że kompletnie inaczej.

 

 

- Mam nadzieję, że na boisku też dasz radę być w dwóch miejscach na raz.

- Najwyżej jak raz nie będzie mi się chciało iść na trening, to wyślę za mnie brata.

 

- I co, dałby sobie radę ze słynnymi treningami Ricardo Sa Pinto?

- Oczywiście, dwa razy – pierwszy i ostatni (śmiech).

 

- Uważaj, bo to będzie prawdziwa wisienka na torcie.

- Boże, gdzie ty to wynalazłeś?! No co, miałem w życiu epizod modela (śmiech)! Mój kumpel stworzył jakąś kolekcję ubrań i spytał się mnie, czy może mi w nich zrobić kilka zdjęć żeby je wypromować. Zgodziłem się i zobacz, na co mi to było?

 

 

- I ostatnie do kolekcji. Widzę, że w kłopoty lubisz się pakować nie tylko na boisku.

- Byliśmy z żoną na wakacjach w Tajlandii i odwiedziliśmy tam świątynię tygrysów. Masz tam zwierzęta w każdym wieku, możesz oglądać ich codzienne zachowania, co jest na pewno bardzo fajnym doświadczeniem. Zrobiłem sobie zdjęcie z jednym z tygrysów, ale potem poczytałem sobie o tym miejscu i dowiedziałem się, jak Tajowie traktują te zwierzęta, jak się nad nimi znęcają, głodzą je i wymuszają posłuszeństwo. Myślę, że gdybym wiedział o tym wcześniej, to nigdy bym tam nie poszedł.

 

 

- Skoro mowa o niebezpiecznych miejscach. Jak – od strony piłkarza – wyglądają derby Belgradu?

- Myślę, że to jedno z najlepszych uczuć, jakie może doświadczyć zawodnik. Kibice są tam tak samo fanatyczni jak w Polsce, ale w Serbii dochodzi do tego jeszcze coś więcej. Możesz przegrać każdy mecz, ale nie ten z Partizanem. Już tydzień przed spotkaniem chodzisz zestresowany, a media nie zajmują się niczym innym niż tylko derbami. Ludzie z całego świata przyjeżdżają do Belgradu tylko na ten jeden mecz. Mówię ci, kosmos. Jeśli nigdy nie byłeś, to koniecznie powinieneś pojechać na nie chociaż raz. Jestem dumny z tego, że grałem w takich meczach ponad 10 razy. Presja jest ogromna, masz po prostu wygrać. Jak przegrasz, to przez następne dni lepiej nie wychodź do sklepu po bułki.

 

- Bałeś się kiedyś podczas derbów?

- Nie, na boisku jesteśmy bezpieczni. Ale życie poza nim to już zupełnie inna historia. Kibice potrafią pobić się na trybunach, czasem rozlewa się to nawet poza stadion i policja próbuje powstrzymać walki uliczne. Zdecydowanie nie jest to mecz, na który możesz przyjść z rodziną i dziećmi.

 

- Czyli żonę zostawiałeś w domu?

- W życiu, ona zawsze wspierała mnie z trybun. To fanatyczka, nie powiesz jej, żeby oglądała mecz w telewizorze, bo tak będzie bezpieczniej. Tamara na trybunach zachowuje się tak, jak ja na boisku. Jest jak hooligans w kobiecym wydaniu! (śmiech)

 

 

- Podobno to też fanatyczka waterpolo.

- Kilka lat temu Serbia grała z Czarnogórą, a ich reprezentacje są bardzo mocne w piłkę wodną. Kiedyś oba kraje były połączone, ale już jakiś czas funkcjonują osobno. Prowadzi to do śmiesznych sytuacji – moja żona jest Czarnogórką, ale ma matkę Serbkę. Tamara wspierała Czarnogórę, jej mama była za Serbią i obie strasznie kłóciły się podczas tego meczu. Myślałem, że tam z nimi nie wytrzymam!

 

- Wspomnienia związane z żoną nosisz też na koszulce. 

- Kiedy zaczynałem w Buducnosti, jedynym wolnym numerem było 29, więc musiałem je wziąć. Potem liczba stała się dla mnie czymś więcej, bo 29. poznałem swoją żonę, także to taki „nasz” numer. W Legii grał z nim ostatnio „Mąka”, ale teraz go zwolnił, więc czekam do lata, by móc go zgarnąć.

 

- A jak poznałeś swoją drugą połówkę?

- O nie, lepiej o tym nie rozmawiajmy!

 

- Jeśli tak mówisz to znaczy, że definitywnie powinniśmy o tym porozmawiać.

- No dobra. Oboje pochodzimy z tego samego miasta, jest ono tak małe, że w zasadzie każdy zna w nim każdego. Mimo to, nigdy w życiu się nie spotkaliśmy. Razem z bratem Tamary graliśmy w młodzieżowej reprezentacji i pewnego dnia on pokazał mi jej zdjęcia. Potem wrócił do domu i zaczął jej opowiadać, że ma w drużynie takiego jednego Marko. I po pewnym czasie znaleźliśmy się na facebooku, zaczęliśmy ze sobą pisać, co trwało strasznie długo, bo rozmawialiśmy tak przez miesiąc. W końcu stwierdziłem, że skoro gadamy ze sobą całe dnie i noce, to może warto byłoby w końcu się spotkać. Był 29 marca kiedy zaprosiłem ją do kina, przyjechałem piętnaście minut przed umówioną godziną, kupiłem bilety i czekałem na nią. Tak to się wszystko zaczęło.

 

 

- I jak poszła pierwsza randka?

- Doskonale. Zrobiłem taki dziwny wstęp i nie chciałem o tym gadać nie dlatego, że między nami wynikła jakaś głupia sytuacja, ale po prostu trochę głupio opowiadać mi o tym, że poznaliśmy się przez Internet. To o tyle dziwne, że na co dzień jestem człowiekiem, który zdecydowanie woli porozmawiać z kimś w cztery oczy niż na czacie i zawsze żartowałem sobie z kolegów, szukających miłości przez komputer. A tutaj proszę, życie okazało się przewrotne i ja sam tak znalazłem swoją żonę.

 

- Rozmawiamy o niej raczej w żartobliwym tonie, więc teraz zrobi się trochę poważniej. Co dla ojca oznacza niemożność bycia przy narodzinach swojego dziecka?

- Bardzo dobre pytanie. To dla nas obojga było niezwykle trudne. Zaczęliśmy spodziewać się dziecka jeszcze kiedy grałem w HNK i Tamara miała lekarza prowadzącego właśnie w Rijece. Nie chciała zmienić go za nic w świecie, a kilka tygodni przed porodem ja podpisałem kontrakt z Legią. W Warszawie nie znaliśmy jeszcze nikogo, więc doszliśmy do wniosku, że najlepiej dla niej i dla dziecka będzie pozostać w Chorwacji. Kiedy zbliżał się termin, wyjechałem z drużyną do Benidormu i było mi przykro, że nie mogłem pomóc żonie w żaden sposób w tym niezwykle trudnym czasie. Została sama ze wszystkim i w pojedynkę musiała radzić sobie z obawami związanymi z porodem. Pewnego ranka spaliśmy z Antolą w pokoju i obudził nas mój telefon – zadzwoniła Tamara i powiedziała mi, że urodziła, że Leona jest już z nami. Minął rok, mała miała pierwsze urodziny, a ja znowu byłem na zgrupowaniu. Piłka jest piękna, ale czasem sprawia, że cierpisz, bo omijają cię najważniejsze chwile w życiu twojej rodziny.

 

- Po narodzinach dziecka w bałkańskiej tradycji cierpi także koszula świeżo upieczonego taty.

- Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia skąd się wzięła tradycja darcia koszuli. To po prostu zwyczaj przekazywany z pokolenia na pokolenie. Mówi się, że przyniesie to szczęście twojemu nowo narodzonemu dziecku. Moją koszulę zdarli ze mnie Miro i Kuchy, a że zrobili to w hotelowej stołówce, to ludzie patrzyli na nas jak na idiotów (śmiech). Ale tradycja to tradycja, każdy ojciec tak robi, więc i ja nie mogłem sobie tego odmówić.

 

 

- Narodziny dziecka to bez wątpienia najlepszy czas w Twoim życiu prywatnym. A jeśli miałbyś wskazać sportowe wyżyny, to wybrałbyś puchar i mistrzostwo Polski, czy sensacyjny dublet z Rijeką?

- Od momentu kiedy wygrałem tytuł z Rijeką, do momentu uniesienia w górę trofeum z Legią, upłynął dokładnie rok. Wydaje mi się, że oba te wydarzenia miały miejsce tego samego dnia miesiąca. A pomiędzy nimi przyszła na świat moja córeczka. 365 dni, dwa dublety i moje najcenniejsze trofeum – Leona. Nie miałem jeszcze w życiu lepszego czasu.

 

- Ale najlepszy mecz pewnie łatwiej będzie Ci wskazać – stawiam na 5:2 z Dinamo Zagrzeb.

- Dokładnie. Strzeliłem dwie bramki i miałem dwie asysty, a za to spotkanie chorwaccy dziennikarze dali mi najwyższą notę: 10. Po raz pierwszy od bardzo dawna Rijeka wygrała z Dinamo i to jeszcze w takim stylu. Od tego momentu wszystko się zmieniło, to był taki przełom, w którym uwierzyliśmy, że możemy zostać mistrzami. Takie mecze zostają w pamięci, nigdy o nim nie zapomnę. Oprócz tego miło wspominam też spotkanie w reprezentacji Czarnogóry, kiedy wygraliśmy z Danią w Kopenhadze 1:0. Myślę, że to jedno z największych zwycięstw w historii moich występów w kadrze.

 

- Widzę, że w Chorwacji dobrze żyłeś z dziennikarzami. Trochę gorzej było w Serbii, bo tam byłeś na nich wściekły, kiedy zarzucili Ci uderzenie kibica podczas meczu ligowego.

- Zaraz ci to wyjaśnię. Przegraliśmy 0:2, schodziliśmy z boiska, a kibice nas obrażali – norma, kiedy grasz dla Crvenej i przegrywasz. Jeden z tych gości podbiegł do mnie i zaczął pluć w moją stronę, a mimo to ja po prostu szedłem przed siebie. Ale mój kumpel, który szedł za mną nie wytrzymał – kopnął go i facet się przewrócił. Jak upadał, to poleciał prosto na mnie, a dosłownie obok stali dziennikarze i ktoś zrobił zdjęcie, na którym stoję nad leżącym kibicem. Fotka rozeszła się wszędzie, a ja zanim dowiedziałem się o całej sprawie, to była już wydrukowana w gazetach. Wściekłem się, bo zrobiłem wszystko żeby nie wybuchnąć – a uwierz, że jak koleś pluł w moją stronę to naprawdę byłem o krok. Poszedłem do mojego kumpla z drużyny i mówię: Zobacz stary, znokautowałeś gościa, a teraz ja mam z tego powodu problemy. No ale co miałem zrobić, wydać kolegę? W końcu wziąłem to na siebie, musiałem się tłumaczyć przed prasą i kibicami, aż w końcu cała sprawa ucichła.

 

 

- Widzę, że dobrze czujesz się w roli zawodnika klubu, którego niechęcią darzą wszyscy w lidze.

- Tak, tutaj i Crvena i Legia mają bardzo wiele wspólnego. Każdy jest nakręcony na maksa kiedy gra z mistrzem. A wiesz czemu? Bo każdy z rywali ma nadzieję, że jeśli da z siebie więcej niż potrafi, to może ktoś go zauważy i pewnego dnia też zagra w tym wielkim klubie. Ja jestem dumny, że w każdym kraju grałem i gram dla najlepszego klubu, który wspierają najlepsi kibice. Wszyscy mnie pytają, kto jest lepszy. Delije czy Żyleta? Nie da się tego porównać, można tylko czuć dumę, że ma się szansę przed nimi wystąpić.

 

- Wywiad zbliża się do końca, więc rozumiem, że teraz czas na zakupy? Sandro wspominał, że w klubowej recepcji codziennie czekają na Ciebie paczki.

- Leżą tam właśnie dlatego, że nienawidzę łażenia po sklepach. Co tylko się da zamawiam przez Internet, choć fakt faktem, że jest tego sporo (śmiech). Teraz z całą pewnością nie będę nic kupował, jadę do domu trochę się przespać.

 

- O tym też wspominali chłopaki. 

- Jak ostatnio byłem z Sandro w pokoju, to narzekał, że tak naprawdę mieszka sam, bo mój tryb życia na zgrupowaniu to jeść-trenować-spać, jeść-trenować-spać. Nie jestem na obozach zbyt towarzyski (śmiech).

 

 

- Zaczęliśmy po polsku, to skończmy również w naszym języku.

- Tylko Legia – jesteśmy mistrzami!

 

- I tego się trzymajmy.

- Tak jest!


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Więcej na temat

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 159
PLN
Cena 69,90
PLN
Cena 249
PLN