Legia Warszawa
vs Wisła Kraków
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2017-04-16 10:00:00
Newsletter

Vuko - dwa miasta, ale jeden Klub

Autor: Kamil Majewski Fot. Janusz Partyka, Mateusz Kostrzewa, Jacek Prondzynski, Włodzimierz Sierakowski, Łukasz Olkowicz, Adam Polak/Archiwum Legii
Każde spotkanie z Koroną, to specjalne wydarzenie dla Aleksandara Vukovicia. Serb spędził w kieleckim klubie cztery ostatnie lata piłkarskiej kariery. Tam rozpoczął także pracę jako trener. W poniedziałek jednak dla Aco liczyć się będzie tylko Legia.

„Vuko” to legionista z krwi i kości, oddany barwom, tradycji i historii Klubu z Łazienkowskiej. Na pierwszym miejscu w jego sercu jest jednak Partizan, w którym spędził swoją juniorską karierę. Także w Belgradzie spędził pierwsze dwa lata w gronie seniorów. „Odkąd pamiętam, w moim życiu był Partizan. Od zawsze jestem zakochany w tym klubie. Naprawdę bardzo go kocham i nie mógłbym zrobić mu krzywdy. Dlatego np. w Pucharze UEFA przeciwko Partizanowi bym nie zagrał. Mam w klubie z Belgradu znajomych i przyjaciół” – mówił w 2003 roku w wywiadzie dla legia.net. „Partizan to mój styl życia. Praktycznie każdy dzień zaczynam od czytania jakiś informacji na jego temat w internecie i przez wszystkie lata spędzone w Polsce miałem serbską satelitę” - opowiadał z kolei na weszło.com.

 

 

W 2000 roku odszedł z Partizana na wypożyczenie do drużyny z tego samego miasta - Milicionaru, który zakończył jednak swoje istnienie z powodów finansowych już rok później. Właśnie wówczas Vuković dostał ofertę z Polski, a dokładniej z Legii Warszawa. Zainteresowanie zawodnikiem ze strony Wojskowych również było przypadkowe. Ówczesny trener pierwszego zespołu Legii Dragomir Okuka  wybrał się na mecz Milicionar - Cukaricki, w którym w drużynie gości grał obserwowany przez Legię Stanko Svitlica. Swoją dobrą grą w tamtym meczu to jednak „Vuko” zwrócił uwagę serbskiego trenera Legii, który postanowił złożyć mu ofertę transferu do Polski.

 

 

Młody piłkarz zdecydował się na jej przyjęcie, chociaż sprawiał wrażenie człowieka, który jest zawiedziony tym, że nie może kontynuować swojej kariery w ukochanym Partizanie. Liczył też na to, że Legia będzie dla niego tylko chwilowym przystankiem. „Byłem nastawiony, że prędko wrócę do Belgradu. Miałem ułożone w głowie: trzy miesiące tu pogram, potem jest urlop, to pojadę do domu, a potem kolejne cztery miesiące i wrócę na dobre” - mówił dla legia.net.

 

 

Los przygotował jednak dla Vukovicia inne plany. Już w swoim pierwszym sezonie Serb zdobył z Legią Mistrzostwo Polski oraz Puchar Ligi. Zagrał trzy sezony, w trakcie których bardzo związał się z klubem oraz Warszawą. W trakcie meczu Pucharu UEFA przy Łazienkowskiej przeciwko Utrechtowi zdobył bramkę, po której zaprezentował nawet koszulkę z podobizną Kazimierza Deyny, którą przed meczem założył pod meczowy trykot – zrobił to zresztą po długich rozmowach o Legii z Wiktorem Bołbą. „Wiktor bardzo szybko uświadomił mi, co Deyna znaczy dla Legii i wręczył mi koszulkę, którą założyłem pod tę meczową na mecz przeciwko Utrechtowi. Gdy ją ubrałem, to jakby Kazio wstąpił we mnie i rozegrałem bardzo dobre spotkanie, a co najważniejsze zdobyłem bramkę, po której mogłem pokazać wszystkim koszulkę z jego podobizną. Wiedziałem, że ma to ogromne znaczenie dla kibiców i doskonale ich rozumiałem, bo sam jestem jednym z nich” – kontynuował w rozmowie z legia.net.

 

 

Po trzech latach „Vuko” postanowił zmienić otoczenie i zdecydował się na transfer do greckiego Ergotelisu. Przygoda z Helladą zakończyła się jednak zupełnym niepowodzeniem. Zawodnik przyznał, że przez pół roku otrzymał tylko jedną wypłatę. Klub w ogóle nie był gotowy na występy na najwyższym poziomie, panował w nim totalny chaos. Gdy otrzymał telefon od Jacka Zielińskiego, który zaproponował mu powrót na Łazienkowską, ten nie zastanawiał się nawet przez chwilę. 

 

 

Po powrocie do Warszawy znów stał się podstawowym zawodnikiem środka pola. Do kolekcji swoich trofeów dołożył kolejne Mistrzostwo Polski, upragniony Puchar Polski wywalczony w Bełchatowie, na który Legia czekała aż 13 lat, a także Superpuchar. Vuković nie uważa się jednak za legendę. „Zawsze, jak słyszę ‘legenda Legii’, to mówię, że to nadużywanie tego słowa. Ale wiem, jaka jest moja pozycja i wiem, co w Legii osiągnąłem. Mam świadomość, ile dawałem drużynie, kiedy byłem na boisku, więc czuję się kimś, kto zapisał się pozytywnie w historii Legii i jestem z tego dumny. Ani nie przeceniam ani nie lekceważę swoich osiągnięć” - mówił, gdy po rundzie jesiennej sezonu 2007/2008 ponownie zdecydował się na transfer do Grecji, tym razem do Iraklisu. Dla Legii zagrał łącznie w 239 meczach, w których zdobył 19 bramek. Był też pierwszym w historii Klubu zagranicznym kapitanem. 

 

 

Drugie podejście do Grecji również trwało jednak bardzo krótko. Zaraz po jego przyjściu zmienił się trener, który nie widział miejsca w składzie dla Vukovicia. Zmienił się styl gry, Iraklis postawił na długie piłki z pominięciem środka pola. Co więcej, klub borykał się z olbrzymimi problemami finansowymi, a zawodnicy nie otrzymywali wynagrodzeń. „Vuko” znów zmuszony był szukać sobie nowego klubu. „Trafiłem do Iraklisu Saloniki i znów mi się w Grecji nie powiodło. Wszedłem do szatni, w której siedziało 20 załamanych chłopów, bo od roku im nie płacili. W klubie zaś zapewniano mnie, że wszystko jest w porządku. Nawet od razu po podpisaniu kontraktu przelali mi należność, by mnie uspokoić. A przez następne sześć miesięcy... zero. Żaden z piłkarzy tam nie myślał o grze w piłkę. Sam po pięciu miesiącach rozwiązałem kontrakt z winy klubu, a część pieniędzy udało mi się potem odzyskać” - tak w wywiadzie dla legia.net podsumował swój pobyt w Iraklisie. 

 

 

Po powrocie do Polski szansę dała mu Korona Kielce. Podczas czterech sezonów spędzonych w województwie świętokrzyskim stał się prawdziwym liderem drużyny. Dowodził środkiem pola kielczan, strzelił siedem goli, notował także bardzo ważne asysty. Nie bał się podkreślić jednak, który polski klub jest dla niego najważniejszy. Odważył się nawet na spotkanie ze Stowarzyszeniem Kibiców Korony Kielce, aby wyjaśnić tę kwestię. „W Koronie już pierwszego dnia zdeklarowałem, że jestem legionistą. Powiedziałem im też: nie liczcie, że ja kiedykolwiek powiem coś złego na Legię, by się wam przypodobać” - powiedział Vuko. Nie były to słowa rzucane na wiatr. Vuković pozdrawiał, już w barwach Korony, „eLką” kibiców Wisły Kraków czy Polonii Warszawa.

 

 

Przeciwko Wojskowym zagrał pięć razy i przyznał, że nie były to dla niego łatwe spotkania. „To nie były zwykłe mecze. W pierwszym spotkaniu, kiedy przyjechaliśmy z Koroną na Łazienkowską, było dziwnie. Dostałem też pierwszy raz w życiu czerwoną kartkę. W kolejnych meczach nie było już takiego szoku, ale nie potrafiłem rywalizować na maksa, całym sobą. Trudno było się skoncentrować. Z czasem się przyzwyczaiłem. Ale co mnie cieszy - zawsze byłem tu mile witany przez kibiców i z tego jestem dumny” - wyznał w rozmowie z legia.net. Przez cztery lata związał się jednak także emocjonalnie z kieleckim klubem i podkreślał w wielu wywiadach, że darzy ten klub olbrzymią sympatią.

 

 

Z powodu artroskopii biodra Serb nie mógł grać już na najwyższych obrotach i 15 kwietnia 2013 roku oficjalnie ogłosił zakończenie kariery. Od stycznia 2014 został członkiem sztabu szkoleniowego Korony Kielce. „Aleksandar Vuković zawsze przejawiał sympatię wobec Korony. Nawet gdy od nas odszedł, miałem z nim kontakt i często rozmawialiśmy na temat klubu, zespołu i jego gry. Zawsze oferował pomoc” - powiedział po zakontraktowaniu „Vuko” ówczesny prezes kieleckiego zespołu Tomasz Chojnowski. Co więcej, pierwszy mecz Vukovicia w nowej roli, był spotkaniem z Legią przy Łazienkowskiej, przegrany przez Koronę 0:1. Z zespołu odszedł, gdy pierwszym trenerem został Ryszard Tarasiewicz. 

 

 

Historia po raz kolejny zatoczyła koło, a Vuković znów pojawił się przy Łazienkowskiej. Początkowo pracował jako trener w Akademii Piłkarskiej Legii, później zaś został asystentem trenera II drużyny. Do sztabu pierwszej drużyny dołączył, gdy trenerem legionistów był Stanisław Czerczesow. Zajął się rozwojem młodych zawodników, którzy dołączali do pierwszej drużyny z rezerw. Po objęciu zespołu przez Besnika Hasiego został jego asystentem. Po zwolnieniu Albańczyka poprowadził nawet Legię w jednym meczu, zremisowanym bezbramkowo z Wisłą Kraków. Teraz jest asystentem Jacka Magiery, z którym świetnie się uzupełnia. Siła spokoju, czyli „Magic” i wybuchowy temperament „Vuko”, to połączenie idealne. Głównym celem Vukovicia w roli asystenta jest uświadomienie piłkarzom przychodzącym do klubu, co znaczy grać dla Legii.

 

 

„Jako trener dziś chciałbym, by zawodnicy, którzy grają dla klubu, doskonale wiedzieli i pamiętali, że to coś więcej niż miejsce pracy... Nie chodzi o to, by każdy stawał się od razu legionistą, nie można tego wymagać. Bardziej chodzi o świadomość wielkości klubu i szacunek. To coś, na co stać każdego profesjonalistę. To nie jest klub, w którym przegrać czy wygrać jest wszystko jedno. Liczba kibiców i wielkość klubu nie powinna być jednak obciążeniem, a dodatkowym impulsem i to rola trenera, by presja nie blokowała, a wyniosła na wyższy poziom” – kontynuuje w rozmowie z legia.net.

 

 

W poniedziałkowe popołudnie wrócą wspomnienia z Kielc. Cztery lata spędzone w Koronie z pewnością odcisnęły na Vukovicu piętno. W tym klubie „Vuko” ma przyjaciół, to w nim zakończył karierę i w nim rozpoczął karierę trenerską. Przy Łazienkowskiej nie będzie jednak miejsca na sentymenty. Vuković, jako legionista, liczy w tym sezonie na Mistrzostwo Polski. Zwycięstwo z Koroną będzie kolejnym krokiem do osiągnięcia tego celu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 459
PLN
Cena 89
PLN
Cena 149
PLN