Legia Warszawa
vs Europa FC
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2019-06-13 19:16:00
Newsletter

Wojciech Kaczorek - Skazany nr 0029

Autor: Maciej Dobrowolski Fot. Jacek Prondzynski, archiwum WK, graf: Tomasz Grzybek
Czas na 29. odcinek kultowego cyklu pt. ''Skazani na Legię'', który niegdyś ukazywał się na łamach Tygodnika Kibiców ''Nasza Legia''. Gościem Maćka Dobrowolskiego jest legenda legijnego hokeja. Człowiek ten stoczył na tafli wiele niezapomnianych pojedynków, a prywatnie przyjaźnił się z Kazimierzem Deyną. Przed Państwem Wojciech Kaczorek!

 

 

Życie kilka metrów od stadionu 

Wychowywałem się na Powiślu a ulicę Górnośląską, na której mieszkałem, od stadionu Legii dzieliło zaledwie kilkaset metrów. Podczas meczów doping słychać było w całej okolicy. Niektórzy mieszkańcy przeklinali, że nawet w niedzielę nie ma spokoju, bo chóralne śpiewy i okrzyki przeszkadzają im w wypoczynku, jednak my byliśmy dzieciakami i nam to się podobało. Dorastając w takich klimatach, czy mogłem sobie wybrać i wymarzyć inny klub? Wiadomo – za dzieciaka najpopularniejsze było podwórkowe kopanie piłki. Pamiętam zresztą, że ta nasza pierwsza była bardzo nietypowa, a swoim kształtem bardziej przypominała kwadrat niż koło… Jednak nikt się tym nie przejmował i nie zwracał na to uwagi. Na podwórkach i ulicach zalegał gruz i właściwie jedynym miejsce nadającym się do biegania za futbolówką były tereny należące do klubu. Na mecz trafiłem całkiem naturalnie. To był 1956 rok, a Legia grała z Górnikiem Zabrze. Wojskowi mieli wtedy niezłą „pakę”:  Edward Szymkowiak, Henryk Kempny, Lucjan Brychczy… Byliśmy mistrzami Polski.

 

 

Z tej pierwszej wizyty zapamiętałem wielki tumult i doping. Widać było, że ludzie naprawdę kochają Legię. W tamtych czasach stadion nie był tak pojemny jak dzisiaj i pomieścić mógł około 15 tysięcy kibiców, niemniej na każdym meczu praktycznie wypełniał się po brzegi. Te śpiewy, okrzyki i reakcje ludzi były bardzo spontaniczne i ściśle wynikały z tego co się działo na murawie. W żaden sposób, nie da się tego przyrównać do teraźniejszości. Razem z kolegami staliśmy na trybunie Krytej. Mecze meczami, ale na Legii pojawialiśmy się praktycznie każdego dnia. Pamiętam takie zdarzenie jak jeden z kolegów dowiedział się, że w klubie będą wyświetlali piłkarzom film, dozwolony od 18 roku życia - „Pamiątka z Celulozy”. Projekcja miała miejsce na salce bokserskiej pod trybuną Krytą. Zakradliśmy się z kolegami, żeby przez okienko popatrzeć na film dla dorosłych, jednak okazało się, że nie było warto, bo najbardziej pikantnymi scenami były pocałunki, a liczyliśmy na „coś” więcej… Z tych początkowych wizyt na meczach, utkwiło mi w pamięci jak kibice, po końcowym gwizdku sędziego przegonili zawodników Gwardii Warszawa, tak że ci zmuszeni byli do ucieczki kanałkiem znajdującym się na tyłach stadionu. Kiedy myślę o tamtych czasach, czyli o latach 50-60 tych, to uważam, że to było pięknie. Każdy z taką prawdziwą miłością podchodził do tego klubu. Sam fakt, że można było iść na mecz przysparzał ludzi o uśmiech. 

 

 

Krążek i kij lepszy od piłki

Ja zakochałem się w Legii i początkowo postanowiłem też być piłkarzem. Razem z kolegami graliśmy sobie na trzecim boisku - tym przy ulicy Myśliwieckiej. Wacław Kuchar - „Waciu”, były zawodnik Czarnych Lwów i jednocześnie najwszechstronniejszy sportowiec Polski, podszedł, popatrzył jak gramy i zaproponował żebyśmy przyszli na zajęcia dla trampkarzy. Tak mniej więcej rozpocząłem swoją przygodę z Legią, jako młody adept sekcji piłkarzy w której sekretarzem był kapitan Zbigniew Korol. Nie trwało to jednak zbyt długo ponieważ najzwyczajniej nie byłem do tego przekonany. Zdecydowanie bardziej podobał mi się hokej. Przepychanki, bójki na lodzie, to dla mnie było bardziej atrakcyjne. Tak jak stadion piłkarski mieliśmy „pod nosem”, tak lodowisko było… jeszcze bliżej. Wystarczyło przejść przez gruzy i od ulicy Czerniakowskiej, przez dziurę w płocie przedostać się na lód. Styczność z tą dyscypliną sportu miałem tak samo często jak z piłką, ponieważ zimą wylewano lód na korcie tenisowym i tam można było pograć. Oprócz nas, czyli wtedy jeszcze totalnych amatorów, przychodzili hokeiści występujący w Legii. Prawdopodobnie to za ich namowami i perspektywą otrzymania nowych łyżew trafiliśmy do sekcji hokejowej. Mówię trafiliśmy bo mam na myśli mnie, mojego brata i kilku kolegów z Powiśla. Tak zaczęło się to rozkręcać. Pamiętam jak prosiłem Józefa Manowskiego, Józefa Kurka czy Zbigniewa Skotnickiego o kij, a wylądowałem z nimi w ataku Legii.

 

 

Nie wstydzę się tego powiedzieć i być przesadnie skromnym, ale od trzeciego roku życia uczyłem się jeździć na łyżwach i później, według opinii wielu ludzi znających się na tym, byłem jednym z lepiej jeżdżących zawodników. Hokej to było to. Kochałem Legię i hokej, czy mogło być coś piękniejszego od walczenia dla swojego klubu i jednocześnie mieć z tego frajdę? Początkowo ciężko było przebić się do pierwszego składu, ponieważ w zespole występowali praktycznie sami reprezentanci. Szansą było zakończenie służby wojskowej przez któregoś i opuszczenie Warszawy, ale to było tak, że dwóch – trzech kończyło służbę i wtedy była „opcja” wskoczenia na ich miejsce. Ciężko było i harować trzeba było jak cholera. Natomiast starsi zawodnicy, którzy grali w pierwszym zespole, kiedy tylko dostawali nowego to często grali mu krążek na kostkę zamiast na kij, żeby w oczach trenerów umniejszyć jego umiejętności. Razem z moim bratem zaciskaliśmy zęby i walczyliśmy o swoje, aż wreszcie się udało i razem staliśmy się hokeistami pierwszego zespołu Legii. 

 

 

Wojsko „królowej Jadwigi”

Nastał taki moment w życiu, że zbliżał się termin poboru do wojska. Razem z moim kolegą Włodkiem Komorskim, z którym graliśmy w zespole, postanowiliśmy nie czekać na wezwanie tylko sami się zgłosiliśmy. Legia skierowała nas do pobliskiej jednostki na Czerniakowie. Tam przebywaliśmy zaledwie kilka dni - do przysięgi i z powrotem na Legię… A tu już było, jak to mawialiśmy, „wojsko królowej Jadwigi”: zupka mleczna na śniadanko, później przystawki. Żyć nie umierać. Mieszkaliśmy na ośrodku, który mieścił się w pomieszczeniach gdzie obecnie jest strzelnica. Pracownicy z klubu pracowali do godziny 15-16, po czym rozchodzili się do domów. My przebieraliśmy się w cywilne ciuchy i „świat należał do nas”…  Skład na ośrodku mieliśmy wyśmienity. Wystarczy że wspomnę Władka Grotyńskiego, Władka Stachurskiego, nieco wcześniej Janusza „Żmiję” Żmijewskiego. WSW nas ganiało, ale albo nie mogli dogonić, bo wszyscy z „kondychą”, a jak dogonili to też musieli uważać, bo jak kiedyś wracaliśmy z bankietu z zapaśnikami, to nasze „niedźwiedzie” (tak nazywaliśmy zapaśników), przerzucały tych z WSW przez ogrodzenie. Doszło do tego, że WSW bało się kontrolować legionistów.

 

 

My upatrzyliśmy sobie knajpkę o nazwie „Popularna” przy ulicy Pięknej. Tam nas znali… Z piłkarzami chodziliśmy najczęściej do „Szanghaju” na ulicę Marszałkowską. Jeżeli chodzi o sam sport to nastał taki czas, że kibice Legii w Warszawie dopingowali mnie i mojego brata, natomiast poza Warszawą byliśmy najbardziej nielubiani z całego zespołu. Pamiętam jak pojechaliśmy do Bydgoszczy albo Torunia to najpierw nas wyzywali, a później do nocy udawali kwakanie kaczorów, co było uszczypliwością do naszego nazwiska. Jak to mawiali działacze, razem z bratem byliśmy „nieposłuszne kaczątka”. Długo by wymieniać wszystkie perypetie jakie mieliśmy z władzami klubu, tak samo jak niemożliwym byłoby zliczyć wszystkie zawieszenia dyscyplinarne czy wykluczenia. Najlepiej skwitował to kiedyś prezes klubu Huszcza, który powiedział do mnie: „Kij hokejowy w twoich rękach to jest karabin maszynowy”. Nie wchodząc w szczegóły, to byliśmy z bratem nie do zgięcia. Był taki mecz, że zawodnicy drużyny przeciwnej po krótkiej bójce ze mną i bratem, ewakuowali się na trybuny. Woleli uciec do kibiców niż dalej walczyć z nami.

 

 

Kaziu na wolniejszych obrotach

Kaziu Deyna był z moim bratem w wojsku, w tej samej jednostce co wcześniej ja byłem i bardzo lubił pogrywać w karty. „Żarówa”, bo tak nazywaliśmy brata, śmiał się do mnie mówiąc : „Wojtek, nie mam pieniędzy. Muszę pograć z Kaziem, to zaraz podreperuję budżet”. Tak było, bo Deyna w kartach radził sobie średnio. Zakumplowaliśmy się z Kaziem, ale to był bardzo nieśmiały chłopak. Do nikogo się nie odzywał i tak naprawdę to najlepiej czuł się sam ze sobą. Któregoś razu Deyna zapytał mnie czy bym go nie zapoznał z jakąś dziewczyną. Moja teraźniejsza żona, a wtedy dziewczyna, miała siostrę i powiedziałem, że jeżeli chce to ich umówię. Spotkali się w restauracji „Sejmowej”, blisko Legii. Po randce zapytałem siostrę mojej dziewczyny jak wypadło spotkanie. „Coś ty, kogoś ty mi podstawił? Siedzieliśmy ponad godzinę, zamówił lampkę wina, której nawet nie wypił i może dwa razy się odezwał”- usłyszałem krótką relację. Spotkałem się z Deyną i pytam czemu się nie odzywał, na co Kaziu odrzekł: „nie znałem jej, to o czym miałem gadać?”. Tak tłumaczył fakt, że nie potrafił rozmawiać z dziewczynami.

 

 

To były czasy kiedy „Kaka”, jeszcze nie był znany, nie grał nawet w pierwszej drużynie. Z czasem zaczął się rozkręcać i nabierać śmiałości do wszystkiego. Niemniej nigdy nie miał tak naprawdę kolegów ani przyjaciół. Chodził swoimi ścieżkami i nigdy nie wiedziałeś co mu wpadnie do głowy. Potrafiliśmy siedzieć we trzech w knajpie – ja, Tadziu Nowak „Ferrari” i Deyna i nim się zorientowaliśmy, jego już nie było. Miał swój świat, swoją piłkę, kochał kobiety i nie liczył się wygląd. Natomiast okres życia, w którym mieszkał niedaleko ówczesnego kina „Moskwa”, to pod względem poza sportowym przeszedł do legendy, tak samo jak wszystko co osiągnął w piłce.  

 

 

25 lat jak jeden dzień

Graliśmy mecz w hokeja z GKS-em Tychy. Ja strzeliłem dwie bramki, brat trzy, a po meczu usłyszeliśmy, że od jutra nie gramy w Legii. Chodziło o nasze niepokorne charaktery. Powiedzieliśmy, że trudno. Skoro nie chcecie nas tutaj to nie będziemy się prosić. Zwinęliśmy manele i następnego dnia pojechaliśmy do Siedlec. Prezydentem Siedlec był człowiek który działał w Polskim Związku Hokeja na Lodzie. Poszliśmy do niego na spotkanie i powiedziałem tak: „chcemy grać w Siedlcach”. Kiedy zdziwiony prezydent zapytał o warunki – dodałem: „talon na Malucha, trzy etaty i po dwadzieścia tysięcy”. Stanęło na naszym i tym sposobem, razem z bratem i jednym kolegą z drużyny, wylądowaliśmy w Siedlcach. Tam znaliśmy śp. tatę Artura Boruca, który grał w hokeja i jego brata. Graliśmy dla zespołu z Siedlec. Na wszystkie mecze przychodził komplet widzów.

 

 

Potem grałem jeszcze za granicą i wyprowadziłem się do Stanów. W Legii, od czasów juniorskich do ostatniego występu, spędziłem 25 lat. To jest dobrze ponad 600 rozegranych meczów. Trafiłem do Galerii Sław legijnego hokeja ale najważniejsze, że zostawiłem tu wiele serca i zdrowia. Zresztą co do zdrowia, to zdążyłem połamać wszystkie żebra od góry do dołu, straciłem też zęby na hokeju. Przez długi czas co roku odwiedzałem Warszawę. Za każdym razem pierwsze kroki kieruję na Legię. Tu jest mój drugi dom. Zawsze spotykam się ze starszymi pięściarzami i innymi znajomymi, związanymi z Legią. Te lata które tutaj spędziłem w tym klubie to najpiękniejszy okres mojego życia. Człowiek zawsze szedł przed siebie uśmiechnięty i nie pękał przed niczym. Tak żyję do dzisiaj i dalej Legia zajmuje część mojego serca. Mam ją zawsze ze sobą. To się nigdy nie zmieni.

 

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Więcej na temat

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 89
PLN
Cena 114,50
PLN
Cena 119
PLN