Legia Warszawa
vs Korona Kielce
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Historia Legii Warszawa

1951-1960

Polska okresu wczesnego komunizmu była krajem skomplikowanym. Z jednej strony panował bezwzględny totalitaryzm, zaczerpnięty z wzorów stalinowskiej władzy, z drugiej zaś po cichu i na wyjątkowych zasadach traktowano wybrane grupy społeczne. Dotyczyło to w szczególności naukowców, artystów oraz sportowców. Pozostałym obywatelom, których traktowano niczym siłę roboczą, ograniczano do maksimum wyjazdy zagraniczne, najprawdopodobniej wychodząc ze słusznego założenia, że wielu z nich nie powróciłoby do PRL-u. W praktyce można było zostać, tyle że w okolicznościach, kiedy sportowcy Legii byli w większości żołnierzami, każdy wojskowy uciekinier byłby ścigany za dezercję, co groziło karą śmierci. Natomiast pozostająca w kraju rodzina musiałaby liczyć się z szykanami ze strony służb specjalnych, takimi jak pozbawienie pracy, wypadki, czy terror psychiczny.


Piłkarze CWKS Legia z pierwszym oficjalnym trofeum w historii – Pucharem Polski z 1955 roku. W środku szef klubu, gen. Popławski.

Stalinizm oczywiście był totalitarnym i represyjnym systemem, ale sportowcy mieli większe możliwości awansu społecznego. Piłkarze pokroju Lucjana Brychczego czy Ernesta Pola w swoich rodzimych klubach mieli ograniczone możliwości. W porównaniu z tym co oferowały lokalne kluby, dla nich pobyt w CWKS Warszawa był luksusem. W stolicy nagle odkryli teatry, kina, dancingi, czy... czasopisma. Wyjeżdżając za granicę i widząc jak ubierają się inni, zaczęli interesować się modą. Niestety byli i tacy, którzy wyzwalając się spod nadzoru rodziny nadto angażowali się w różne życiowe ekscesy, zachowując się przy tym niegodnie z utrwalonymi pruderyjnymi stereotypami, narzuconymi sportowcom przez komunistyczny system. Dla nich pobyt w CWKS-ie i Warszawie kończył się gorzkim rozczarowaniem i powrotem w rodzinne strony, gdzie zazwyczaj swój talent rozmieniali na drobne w podrzędnych klubach niższych klas rozgrywkowych.

Od roku 1951 wszystko w CWKS Warszawa poszło naprzód. Był to okres, kiedy cały wojskowy resort nastawiony był na gorączkowe wyszukiwanie talentów, mających w przyszłości tworzyć siłę CWKS-u. Oczywiście budziło to pewne niezadowolenie, zarówno wśród działaczy cywilnych klubów, jak i kibiców w całym kraju. Jednak działacze zaprzęgnięci do służby dla rozwoju socjalistycznej siły sportowej i sławy polskiego sportu, bez jakichkolwiek protestów odsyłali „do wojska” swoich podopiecznych. Dodatkową korzyścią CWKS-u było to, że zawodnikom-żołnierzom nikt nie musiał płacić pieniędzy, ponieważ podstawą materialną był dla nich skromny żołd. Prawdą jest, że wielu z tych zdolnych poborowych dopiero w CWKS-ie, pod okiem najlepszych trenerów, dochodziło do znakomitych wyników i to dzięki innym walorom niż sam talent. Tak było z mało znanymi wcześniej: zapaśnikiem Bolesławem Dubickim, ciężarowcem Klemensem Roguskim, lekkoatletą Zdzisławem Krzyszkowiakiem, czy pięściarzami: Alfredem Palińskim, Jerzym Debiszem i Józefem Krużą, którzy nie będąc „cudownymi dziećmi”, dzięki systematycznej pracy i uporowi odkryli w sobie iskrę, zostając później najlepszymi w swoich dyscyplinach. Ilu z nich nie przywdziewając zielonego dresu CWKS Warszawa zostałoby niedostrzeżonych, nie wie nikt.


Piłkarze CWKS przed zwycięskim spotkaniem z Górnikiem w Radlinie w 1951 roku. Od lewej stoją: Zientara, Stefaniszyn, Sobkowiak, Górski, Breiter, Oprych, Orłowski, Soporek, Serafin, Olejnik i Sąsiadek.

Piłkarski rok 1951 miał być dla CWKS-u rokiem przełomowym. Po bardzo słabym poprzednim sezonie, w którym zespół ledwo uniknął spadku z I ligi, ówczesny trener „wojskowych” Wacław Kuchar chcąc uniknąć podobnych kłopotów wziął się ostro do roboty. „W roku 1951 w Legii, zwanej – jak już wiemy – CWKS, grał wówczas tylko jeden rodowity warszawianin Edmund Zientara, wychowanek Polonii. Pozostali, w tym starsi wiekiem i stażem: Henryk Serafin, Kazimierz Górski, Jerzy Orłowski, Longin Janeczek oraz cała galeria młodych: Wacław Sąsiadek, Tomasz Stefaniszyn, Marian Olejnik, Władysław Soporek, Józef Oprych i inni, wywodzili się z klubów całej Polski. Funkcję kapitana drużyny przejął od Górskiego młodziutki wtedy Zientara, a trenerem nadal był Wacław Kuchar. Co zdziałali w ekstraklasie? Zaczęli rewelacyjnie – odnieśli sześć kolejnych zwycięstw i uzyskali bardzo korzystną różnicę bramek 14:5” – pisał o Legii tamtego okresu na kartach swojej książki Kazimierz Górski.


Zespoły CWKS i Dynama Tbilisi przed meczem piłkarskim na Stadionie Wojska Polskiego w Warszawie.

Lata 50. ubiegłego stulecia, były okresem głębokich reorganizacji struktur polskiego sportu i ujęcia go w nowe ramy organizacyjne. Na odcinki sportowe rzuceni zostali towarzysze... nie mający pojęcia o sporcie. To nie było jednak ważne. Liczyły się układy esbecko-komunistyczne i liczba członków PZPR. Natomiast działacze znający struktury sportu od podszewki – lecz nie mający odpowiednich legitymacji – bywali lawinowo zwalniani. W 1951 roku za sprawą przychylnych panującemu systemowi działaczy PZPN, rozgrywki ligowe przeżyły poważny kryzys. Działacze związkowi na wzór stosowany w Związku Radzieckim wprowadzili w życie bulwersujący regulamin, według którego mistrzem Polski miał zostać... zdobywca Pucharu Polski, przez co rozgrywki ligowe stały się zwykłą farsą. Ponieważ w pierwszej po wojnie, a drugiej w ogóle, edycji Pucharu Polski startowało ponad sześć tysięcy drużyn, triumfatorowi nadano tytuł zwycięzcy I Ogólnopolskiej Spartakiady. Skorzystał na tym Ruch Chorzów, który w finale o Puchar Polski wygrał z Wisłą Kraków 2:1. Chociaż w lidze Wisła była zdecydowanie lepsza, a Ruch zajął w niej dopiero szóste miejsce, to i tak tytuł mistrza Polski pojechał do Chorzowa... „Stalinowskie lata, to i stalinowskie zwyczaje” – szeptano w Krakowie nie godząc się z rażącą niesprawiedliwością.


Wacław Kuchar w latach 30. był zawodnikiem Legii (na zdjęciu). W latach 50. trenował jej piłkarzy.

W tych dziwnych rozgrywkach CWKS Warszawa zajął trzecie miejsce, najlepsze w lidze od 20 lat. Niestety, na skutek zmian regulaminowych miejsce na podium nie zostało okraszone brązowym medalem. Mniej więcej w tym okresie podjęto w klubie decyzję o dokonaniu dalszych zmian na Stadionie Wojska Polskiego. Przede wszystkim po przeciwległej stronie trybuny krytej zlikwidowano wał tworzący trybunę otwartą, nazywaną popularnie „Galerą”, tworząc wygodniejszą – betonową. Mankamentem tej trybuny było to, że nie posiadała miejsc siedzących. Jedyną wygodą zaś było, że podczas oglądania meczu kibice mieli możliwość oparcia o zainstalowane na trybunie metalowe barierki. Stadion Wojska Polskiego był ciągle jednym z nowocześniejszych obiektów sportowych ówczesnej Warszawy i jednym z bardziej lubianych przez mieszkańców stolicy. „Lubię ten stadion, gdyż mam związane z nim wspomnienia. Najstarsze, to występ drużyny Dynamo Tbilisi w 1951 roku, powitanej – delikatnie pisząc – chłodno przez publiczność. ‘Zabezpieczenie politycznej imprezy nie było najlepsze. Goście wystąpili w przydługich granatowych spodenkach do kolan, z białym pasem, zwanych od tamtego czasu ‘dynamówami’. Śmiechu było co nie miara. Znany później dziennikarz sportowy Bogdan Tuszyński śmiał się za głośno i wkrótce – m. in. pod zarzutem ‘szeptanki’ – trafi ł do więzienia” – pisał w „Polityce” Daniel Passent.

Warto zaznaczyć, że miłe wspomnienia Passenta pochodzą z towarzyskiego spotkania CWKS Warszawa – Dynamo Tbilisi, rozegranego w Warszawie 1 listopada 1951 roku. Było wówczas sporo nieporozumień i dąsów. Jeszcze przed meczem doszło do awantury na miejscach stojących trybuny otwartej. Chodziło o to, że część publiczności chciała koniecznie siedzieć. Z chwilą napływu coraz większej ilości kibiców ci, dla których brakowało miejsca, kazali wygodnickim podnieść tyłki. Niektórzy mocno się z tym ociągali i dopiero interwencja milicji podniosła opornych na nogi. Inny obrazek z tego meczu przytacza w książce „Legia to potęga” Andrzej Gowarzewski: „W tym miejscu godzi się wspomnieć o meczu Legii z Dynamo Tbilisi. (...) Akurat w Dzień Wszystkich Świętych na Łazienkowskiej goście wygrali 2:0, korzystając z wyraźnej pomocy swego rodaka, sędziego Nestora Czcharataszwilego. Ten futbolowy bój miał nie tylko sportowy wymiar. Po latach, w maju 1988, ’Polityka’ zamieściła zapiski Adolfa Rudnickiego; pióro literata miało przypomnieć grozę tamtych lat, czas ‘stalinowskiej okupacji’ i sprzeciw manifestowany ogłuszającymi gwizdami widowni stadionu przy Łazienkowskiej...” – czytamy.


Otwarcie sezonu kolarskiego w stolicy w 1953 roku. Defilada zawodników CWKS na stadionie Legii. Kolarzy prowadzi R. Siemiński, dalej idą: S. Mich, M. Dzięgiel, J. Wiśniewski i W. Wójcik.

Faktem jest, że przytoczone cytaty oparte są na literackich uniesieniach. A co działo się na Stadionie Wojska Polskiego? Wszystko wie dokładnie ten, kto na nim był. Gwoli ścisłości trzeba dodać, że mające odbyć się w 1952 roku Igrzyska Olimpijskie w Helsinkach poprzedziło zgrupowanie, które zorganizowano na terenie CWKS-u, tworząc tam ośrodek przygotowań olimpijskich. W ośrodku tym zgrupowano zawodników „wojskowych” wywodzących się z Krakowa i Warszawy, byli to: Tomasz Stefaniszyn, Jerzy Orłowski, Roman Korynt, Franciszek Sobkowiak, Roman Durniok, Zdzisław Bieniek, Kalus, Józef Wieczorek, Wacław Sąsiadek, Leszek Jezierski, Oskar Breiter, Pilarski, Wilhelm Glajcar, Edward Jankowski, Marian Olejnik i jedyny w tym towarzystwie cywil, Henryk Borucz.
W tymże 1951 roku, z inicjatywy Józefa Kapiaka, Mariana Rzeźnickiego, Wacława Wójcika i Romana Siemińskiego, powstała sekcja kolarska CWKS, której zawodnicy przez kilka lat należeli do najlepszych w kraju. W siłę również rósł Wyścig Pokoju, którego sukcesy i dramaty uczestników pasjonowały miliony Polaków. W 1951 roku linię mety jednego z etapów wyznaczono na bieżni Stadionu Wojska Polskiego. Etap kończący się na ulicy Łazienkowskiej wygrał Słowacki kolarz Vlastimil Różicka.


Legia lat 50. była drużyną odnoszącą wreszcie wymierne sukcesy. Pierwszy z prawej twórca pierwszego dubletu w historii klubu – trener Janos Steiner ze swoimi podopiecznymi na bocznym boisku Legii.

Rok 1952 w polskim sporcie zdominowały Igrzyska Olimpijskie w Helsinkach. W związku z tym postanowiono przełożyć rozgrywki ligowe na jesień, a wiosną rozgrywano tylko zawody o puchar Zarządu Głównego ZMP. Drużyny walczące o to trofeum występowały bez kadrowiczów, którzy byli skoszarowani w trzech ośrodkach przygotowań olimpijskich. O warszawskim, grupującym żołnierzy-piłkarzy, napisaliśmy powyżej. Były jeszcze ośrodki w Krakowie i Chorzowie. W przygotowania przedolimpijskie reprezentacji Polski zaangażowano trzech trenerów, którzy sprawowali opiekę nad poszczególnymi ośrodkami. I tak Wacław Kuchar odpowiadał za Warszawę, Michał Matyas za Kraków, a Ryszard Koncewicz za Śląsk. Przez połowę marca i cały kwiecień reprezentacje tych ośrodków grały ze sobą aż do znudzenia, po czym wyłoniono reprezentację olimpijską w piłce nożnej. W drużynie przewidzianej do walki o olimpijski medal znalazło się trzech zawodników CWKS-u. Byli to: bramkarz Tomasz Stefaniszyn, obrońca Roman Korynt i pomocnik Zbigniew Bieniek. Z tej trójki przed wyjazdem odpadł Korynt, który zaledwie kilka miesięcy wcześniej (2 września 1951 roku) debiutował w barwach CWKS-u. „To był wielki mecz w Warszawie. CWKS kontra Kolejarz, czyli Legia – Polonia (2:1). Z jednej strony: Borucz, Szularz, Łącz, z drugiej: Górski, Szczepński, Zientara i Jezierski. Kaziu Górski tak mi przylał w tyłek na chrzcie, że dobrze zapamiętałem ten mecz” – wspominał po latach Roman Korynt.

Jaki poziom przedstawiali pozostali dwaj „wojskowi” olimpijczycy? O Stefaniszynie mówiono, że refleksem i pewnością w gorących momentach podbramkowych dorównywał samemu Edwardowi Szymkowiakowi. Z kolei Bieńka uważano za młodego, utalentowanego zawodnika, którego słabą stroną była zbytnia „zapalczywość”. Niestety, w turnieju olimpijskim polscy piłkarze nie odnieśli oczekiwanego sukcesu. Udało się wygrać z Francją 2:1, ale już w następnym meczu zostali pokonani przez Duńczyków 2:0. Ta porażka tak zezłościła kierownictwo ekipy, że w konsekwencji nie pozwolono piłkarzom na obejrzenie półfinałów i finału... za karę odsyłając ich do kraju. Z innych sportowców CWKS-u, uczestniczących w Igrzyskach Olimpijskich w Helsinkach – niestety bez sukcesów – należy odnotować start pięściarzy: Henryka Kukiera, Tadeusza Grzelaka i Antoniego Gościańskiego, szermierzy: Andrzeja Przeździeckiego, Jerzego Twardokensa i Jerzego Pawłowskiego, pływaków: Jerzego Bonieckiego, Adama Krajewskiego i Józefa Lewickiego, strzelców: Józefa Kiszkurno i Olgierda Dożynkiewicza oraz gimnastyków: Stefana Reindla i Heleny Rakoczy.


Lekkoatleta, olimpijczyk, medalista IO oraz mistrzostw Europy Marian Foik z CWKS.

Po powrocie z Helsinek, jesienią 1952 roku, rozpoczęto rozgrywki ligowe, a drużyny podzielono na dwie grupy. CWKS Warszawa, wspólnie z Polonią Bytom, Wisłą Kraków, Wawelem Kraków, Górnikiem Radlin i ŁKS-em, znalazł się w grupie pierwszej i był jednym z faworytów rozgrywek. „Duże zainteresowanie wywołały także w drugiej kolejce (31 sierpnia 1952 roku – przyp. red.) wojskowe derby, pomiędzy Wawelem i Legią, zakończone remisem 1:1 (0:1). W obu zespołach wystąpili zawodnicy wywodzący się z kilkunastu klubów, którzy indywidualnie prezentowali futbol w całkiem dobrym wydaniu i zagrania przedniej marki, ale ich skuteczność, w wyniku nie najlepszego zgrania, wyraźnie szwankowała” – pisali autorzy książki „Liga gra i po pięćdziesiątce”. CWKS Warszawa w dalszej fazie rozgrywek grupy pierwszej, wygrywając wysoko z ŁKS-em (5:1), Górnikiem Radlin (4:0) i Wisłą Kraków (3:0), zachował szansę na walkę o premiowane miejsce. Niemniej po porażkach z krakowskimi drużynami – Wisłą i Wawelem po 1:2 i Polonią Bytom 1:4, zajmując trzecie miejsce w grupie zniweczył ambitne plany.

Jeszcze gorzej powiodło się innej warszawskiej drużynie, Kolejarzowi Warszawa (Polonia), która doznała goryczy degradacji do drugiej ligi. „Czarne Koszule” dobrnęły jednak do finału o Puchar Polski, w którym miały spotkać się z... rezerwami CWKS-u. Mecz finałowy był ostatnim spotkaniem rozegranym przez Kazimierza Górskiego w barwach „wojskowych”, który wraz z zakończeniem sezonu definitywnie rozstał się z czynnym uprawianiem piłki. „21 grudnia 1952 roku, po zakończeniu kursu trenerów w Krakowie, po przyjeździe do Warszawy prosto z dworca udałem się na stadion Legii, ponieważ tego dnia rozgrywaliśmy finał Pucharu Polski z drugą warszawską drużyną, zdegradowaną do II ligi Polonią. Mecz ten rozgrywaliśmy w niemalże arktycznych warunkach, wiał porywisty zimny wiatr, a boisko było pokryte śniegiem i lodem. Muszę przyznać, że poloniści lepiej się czuli w tych warunkach, a dodatkowo byli dopingowani przez większość kibiców (w co dzisiaj trudno uwierzyć) zgromadzonych na trybunach. A było ich wtedy około 18 tysięcy. Niestety, pomimo naszych ataków i uzyskania przewagi w polu, nie mogliśmy strzelić bramki. Polonii wystarczyła jedna kontra, błąd naszego obrońcy i Wesołowski w 50. minucie strzelił na 1:0. Ten wynik utrzymał się już do końca meczu” – wspominał na łamach „Naszej Legii” Kazimierz Górski. Z kolei będący wówczas dziennikarzem „Życia Warszawy” jeden z założycieli Legii dr Stanisław Mielech, tak pisał o tym meczu: „Przebieg tej masowej konkurencji był tak nieoczekiwany, że podobnego przykładu nie tylko w historii polskiego piłkarstwa, ale nawet nie łatwo by go znaleźć w historii futbolu światowego. Nie zdarzyło się bowiem jeszcze, by drugoligowcy tak zdeklasowali swoich konkurentów z I ligi, że w półfinałach znalazł się tylko jeden jej przedstawiciel, który notabene nie wszedł do finału. Stołeczny Kolejarz zdobył najpiękniejsze trofeum piłkarskie, Puchar Polski, bijąc CWKS II 1:0. W ubiegłym roku zdobywca Pucharu Polski otrzymał jednocześnie tytuł mistrza Polski, w bieżącym... zwycięzca w rozgrywkach pucharowych spadł do II ligi” – pisał Mielech.


Legionista Tadeusz Rut startował w pchnięciu kulą na spartakiadzie Wojska Polskiego we Wrocławiu w 1952 roku.

W tym miejscu należy się wyjaśnienie, że pierwsza drużyna CWKS-u po porażce z Lechią Gdańsk (0:3), znalazła się za burtą pucharowych rozgrywek. Natomiast drużyna rezerw, pokonując kolejne szczeble awansowała do finału. W tej sytuacji Kazimierz Górski, który był grającym trenerem rezerw i pomocnikiem trenera pierwszej drużyny Wacława Kuchara postanowił, że w finale rezerwy zostaną wzmocnione przez zawodników z pierwszego składu. „Jacy zawodnicy grali wtedy w drużynie rezerw? Soporek, Szymborski, Budzyński, Janeczek czy Jezierski, to byli naprawdę świetni piłkarze” – tłumaczył na łamach „NL” Henryk Grzybowski, w tamtym czasie gracz rezerw CWKS-u: „Muszę przyznać, że wówczas ogarnęły mnie przykrość i złość, gdyż przez błędną decyzję trenerów i kierownictwa klubu, zostaliśmy skrzywdzeni. Dlaczego, skoro potrafiliśmy dojść do finału, gromiąc m.in. silny ŁKS 7:1, nie dano nam szansy zagrać w finale? Tym bardziej trudno było mi znieść głębokie rozczarowanie, kiedy ‘wzmocnione’ rezerwy... przegrały w finale z Polonią Warszawa 0:1! Trzeba pamiętać, że kilka lat później pięciu zawodników naszej drużyny: Kłaczek, Jezierski, Pilarski, Szymborski i Soporek, tworząc trzon ŁKS-u, zdobyli tytuł mistrza Polski” – mówił rozżalony „Grzybek”. Kolejny rok nie był najlepszy dla CWKS-u, drużyna piłkarska nie spełniając oczekiwań grała „w kratkę”. Prawdopodobnie powodem takiego stanu rzeczy była spora rotacja zawodników.


Stadion Wojska Polskiego w 1955 roku. Po prawej widać trybunę otwartą, na której zainstalowano kamienne barierki mające usprawnić jej funkcjonalność.

Po zakończeniu poprzedniego sezonu z drużyny ubyli tacy gracze, jak: Stefaniszyn, Korynt, Jezierski, Pilarski czy Glacjar. Zanotowano też zmianę w sztabie szkoleniowym. Asystentem trenera Wacława Kuchara został do niedawna czynny zawodnik CWKS-u, były kapitan drużyny, 32-letni Kazimierz Górski. „Jak mi się powiedzie w nowej roli? Pytanie to nękało znacznie wcześniej, gdy jeszcze nie byłem zdecydowany poświęcić się karierze trenerskiej. Zamiar zostania szkoleniowcem dojrzewał czas dłuższy, nie bez wewnętrznej rozterki. Zadecydowała fascynacja piłką, nie w mniejszym jednak stopniu przywiązanie do Legii. Po prostu nie wyobrażałem sobie, że mogę pewnego dnia wsadzić na głowę kapelusz, powiedzieć cześć chłopcy i więcej nie przekroczyć progu obiektu na Łazienkowskiej. Dlatego, gdy Wacław Kuchar zaproponował mi stanowisko swojego asystenta, akceptowane przez zarząd klubu, zgodziłem się bez wahania. Zaoferowana płaca była bardzo skromna, otrzymałem jednak wreszcie mieszkanie z prawdziwego zdarzenia: pokój z kuchnią i łazienką przy ulicy Wolskiej” – wspominał Kazimierz Górski. Warto zaznaczyć, że we wspomnianej kamienicy na Wolskiej sąsiadami Kazimierza Górskiego byli inni przedstawiciele CWKS-u, a wśród nich dwaj znani bokserzy – Henryk Niedźwiedzki i Józef Kruża, czy reprezentacyjny koszykarz Leszek Kamiński.


3 lipca 1955 r. Drużyna „wojskowych” przed meczem z Garbarnią Kraków (5:0) na stadionie Legii. Od lewej stoją: Zygmunt Pieda, Edward Szymkowiak, Henryk Kempny, Edward Zieliński, Longin Janeczek, Horst Mahseli, Jerzy Woźniak, Edmund Kowal, Marceli Strzykalski, Andrzej Cehelik, Lucjan Brychczy.

W związku z zaistniałymi zmianami organizacyjnymi w polskim sporcie, wzorem CWKS-u Warszawa w innych miejscach tworzono Okręgowe Wojskowe Kluby Sportowe, które miały gromadzić najlepszych sportowców-żołnierzy w innych regionach kraju. W ten sposób drużynę Wawelu Kraków przemianowano na OWKS Kraków i właśnie „wojskowa” piłkarska drużyna z Krakowa, wygrywając w ekstraklasie rywalizację z CWKS-em (3:1 i 0:0), wyrosła na jedną z najlepszych w kraju, co niezbyt przypadło do gustu generałom z Warszawy, którzy zwycięstwo beniaminka uznali za policzek dla CWKS-u. „Jak ja ludziom w oczy spojrzę? A marszałkowi Spychalskiemu co ja powiem? Że w Krakowie lepsi, bo Kieniewicz rządzi wojskiem i sportem” – grzmiał do Kuchara ostrym, generalskim tonem szef klubu gen. armii Stanisław Popławski, po porażce (0:3) CWKS-u z OWKS-em Kraków, do której doszło pod Wawelem 11 kwietnia 1953 roku. Wówczas to w sztabie Ministerstwa Obrony Narodowej zrodziła się myśl o... rozwiązaniu OWKS-ów i pozbyciu się trenera Wacława Kuchara, którego obwiniano o słabe wyniki drużyny.

Wieść gminna niosła, choć oficjalnie o tym nie mówiono, że wojskowi działacze CWKS-u byli zdania, iż słynny i uwielbiany przez wszystkich „profesorek”, był człowiekiem zbyt miękkim i życzliwym dla niektórych zawodników. Szczególnie dla tych, którzy niekoniecznie wolny czas po treningach i meczach przeznaczali na wypoczynek. Nawet wygrana z późniejszym mistrzem Polski Ruchem Chorzów nie odmieniła sytuacji szkoleniowca. „Jedynej porażki doznał Ruch dopiero w 16 kolejce (15 sierpnia 1953 roku – przyp. red.), kiedy przegrał 0:2 z Legią w Warszawie. W zespole ‘wojskowych’, złożonym z następujących graczy: Szymkowiak (Koźlik), Polak, Orłowski, Budziński, Bieniek, Józef Wieczorek, Sąsiadek, Jankowski, Szymborski, Gogolewski, Olejnik, prawdziwym bohaterem okazał sie stoper Henryk Orłowski, nie do przejścia dla napastników ‘Niebieskich’. Dobrze spisali się także strzelcy bramek – Szymborski i Gogolewski” – pisano w książce „Liga gra...”. Nawiasem mówiąc porażka (0:3), jakiej piłkarze CWKS-u doznali 1 listopada 1953 roku z Odrą Opole na Stadionie Wojska Polskiego, przesądziła o rozstaniu Wacława Kuchara z klubem.


Szkoleniowiec Legii w latach 50. Janos Steiner.

W innych sekcjach podobnie jak piłkarze słabe sezony zaliczyli tenisiści, pływacy i siatkarze. Pomyślny sezon mieli za to motorowcy i piłkarze wodni, których zawodnicy zdobywali tytuły mistrzów Polski. Silną grupę stanowili także lekkoatleci, ze Zdzisławem Krzyszkowiakiem na czele i szermierze, którzy dominowali we wszystkich czterech broniach. Bezkonkurencyjni okazali się jednak pięściarze CWKS-u, którzy zdobyli drużynowy tytuł, a w mistrzostwach indywidualnych zgarnęli połowę wszystkich tytułów. W maju 1953 roku pięściarze CWKS-u zapisali piękną kartę na mistrzostwach Europy odbywających sie w Warszawie. W wypełnionej po brzegi Hali Mirowskiej, rozpalona do białości publiczność żywo reagowała na mistrzowskie zwycięstwa „wojskowych” – Henryka Kukiera i Józefa Kruży, jak i finałową porażkę Grzelaka. Kolejnym wielkim wydarzeniem w stolicy było otwarcie Starówki, będącej symbolem odbudowy zniszczonej wojną Warszawy. Zabawa przy piosenkach Marty Koterbskiej czy Mieczysława Fogga, trwała na Mariensztacie do późnych godzin nocnych. Hitem tej nocy, który nucili wszyscy warszawiacy, był jednak przebój Jadwigi Prolińskiej: „Pójdę na Stare Miasto, nie byłam tam od wczoraj...”.


Ryszard Koncewicz w styczniu 1956 roku zmienił Węgra Steinera na stanowisku szkoleniowca pierwszej drużyny CWKS.

Likwidacja OWKS-ów dawała CWKS Warszawa ogromne możliwości. „Wojskowi” mogli już zagiąć parol na każdego zdolniejszego sportowca, będącego w wieku poborowym. Dodatkową naturalną konsekwencją tej decyzji stało się służbowe przeniesienie do Warszawy najlepszych sportowców z rozwiązanych OWKS-ów. W ten sposób na ulicę Łazienkowską trafili: Marceli Strzykalski – jeden z czołowych zawodników wicemistrzowskiego OWKS Kraków i Ernest Pol, który w wojsku grał w piłkę w klubie GWKS Łódź, a po treningach ze stołówki w jednostce wojskowej... woził zlewki do przykoszarowej świniarni. Patrząc na ten okres z perspektywy kilkudziesięciu lat, można śmiało stwierdzić, że był to czas budowy „Wielkiego CWKS-u”. Doskonałym pociągnięciem działaczy było zatrudnienie przy ulicy Łazienkowskiej zagranicznego trenera, Węgra Janosa Steinera.

Ten były piłkarz budapesztańskiego Vasasu, absolwent szkoły trenerów w Budapeszcie, przyjechał do Warszawy w 1954 roku. Trener Steiner miał w klubie wpływ na bardzo wiele spraw, ponieważ miał dojście do gen. Popławskiego. Wykorzystując to sprowadził do Warszawy kilkudziesięciu młodych piłkarzy z całej Polski. Chociaż niektórzy byli zdolni i marzyli o piłkarskiej karierze w CWKS-ie, musieli też stawić czoła wymagającemu trenerowi, który w mig potrafił zniweczyć czyjeś marzenia krótkim – nie nadajesz się. „Za czasów Steinera trenowano mniej niż dziś, najwyżej cztery razy w tygodniu” – wspominał przed laty były Sekretarz Generalny Legii płk Edward Potorejko. „Zawodnicy byli jednak na tyle zdyscyplinowani, że sami pilnowali, by nikt nie obijał się na treningach. W dodatku trener bardzo dbał o przygotowanie kondycyjne, dlatego też nigdy nie zdarzało się, by w końcówce meczu zawodnicy Legii nie mieli sił. Wprost przeciwnie, w ostatnich minutach ‘dobijali’ przeciwników” – kontynuował. Trener Steiner nieustannie poszukiwał nowych zawodników, gwarantujących wyższy poziom gry drużyny. Dlatego za jego namową do WKU w Gliwicach pojechał pułkownik Przylipiak, by wręczyć kartę powołania Lucjanowi Brychczemu, którego Steiner miał możliwość obserwować w czasie meczu kadry B z Tiraną, rozgrywanego przy ulicy Łazienkowskiej. „Chociaż mój rocznik podchodził do zasadniczej służby wojskowej dopiero za pół roku, mnie postanowiono wcielić wcześniej” – pisał w swoich wspomnieniach na łamach „NL” Lucjan Brychczy. „Trener Steiner chce zbudować silną drużynę piłkarską na wzór Honvedu” – zachęcał Brychczego Przylipiak. „Po tym, co pokazałeś w meczu kadry B z Tiraną, widzi dla ciebie miejsce w tej drużynie. Twoja skala talentu każe sądzić, że godząc się na grę w CWKS-ie możesz zrobić ogromną karierę. Nic nie tracisz, spróbuj” – przekonywał Brychczego pułkownik.

Pomimo tak roztoczonych przez płk. Przylipiaka perspektyw zrobienia piłkarskiej kariery, Lucjan Brychczy niechętnie jechał do Warszawy. Grał tu rolę i strach przed wojskiem i przed tym, jak sobie tam poradzi. „Muszę przyznać, że do Warszawy jechałem z duszą na ramieniu. Wiadomo, że każdy młody chłopak odczuwa strach przed przekroczeniem bram jednostki. Mój strach uleciał, gdy na miejscu przekonano mnie, że moim koszarowym życiem będzie dla mnie gra w piłkę. Nie ulegało wątpliwości, że ominą mnie: nudna musztra, obieranie ziemniaków i szorowanie podłóg. (...) W dodatku pewności siebie nabrałem po tym, gdy przypadkiem wpadła mi w ręce gazeta, w której rzuciły mi się w oczy następujące zdania: ‘Trener Steiner szczególne nadzieje wiąże ze środkową trójką CWKS-u. Niesłychanie zwinnym, szybkim, świetnym technicznie Brychczym, konstruktywnym Kowalem i dysponującym potężnym strzałem Polem’. Ten fragment podziałał mi na wyobraźnię” – opowiadał o swoich początkach przy ulicy Łazienkowskiej Brychczy.


Znakomity piłkarz CWKS Marceli Strzykalski.

Trener Janos Steiner miał bardzo ciekawy styl komunikowania się z drużyną. Przekazywał swoje myśli mieszając słowa węgierskie, rosyjskie i niemieckie. Do jednych z ciekawszych należała z pewnością formułka, w jaki sposób piłkarze CWKS-u mieli strzelić bramkę: „Kici, Ernest pikum pakum, Ernest szus, ein gol CWKS”. Trener Steiner jest także autorem przydomku Lucjana Brychczego – „Kici”, co w języku węgierskim znaczy „Mały”. Za czasów trenera Steinera w CWKS-ie nastąpił przełom w systemie szkolenia, a mimo to rundę wiosenną sezonu 1954 legioniści rozegrali przeciętnie, kończąc rozgrywki na... ostatnim miejscu w tabeli. Tak więc drużynie, w której widziano kandydata na mistrza, zajrzało w oczy widmo spadku. Doszło do tego, że zdenerwowane kierownictwo klubu nosiło sie z pomysłem... wycofania drużyny z rozgrywek ligowych. „Nikt w klubie nie mówił tego otwarcie, ale oczekiwano od nas spłaty kredytu zaufania, jakim zostaliśmy obdarzeni – w postaci nie wycofania drużyny z rozgrywek. (...) Musieliśmy ratować CWKS – drużynę piłki nożnej przed rozwiązaniem” – wspominał „Kici”.

Wówczas gdy na Łazienkowskiej wkradły się nerwowość i niepewność, w innych miastach Polski, gdzie drużyna „wojskowych” nie należała do zbyt lubianych, witano piłkarzy spod znaku CWKS okrzykami: CWKS – druga liga! To powodowało, że każde pojawienie się na boisku, każdy kolejny mecz, był dla zawodników ogromnym stresem. Pomimo tak fatalnej sytuacji trener Janos Steiner nie załamywał rąk. Ciągle szukał nowych zawodników wierząc, że jego praca musi wreszcie przynieść pożądane efekty. Miał rację, o czym we wspomnieniach pisał Lucjan Brychczy. „Wreszcie zaskoczyliśmy. Przyszły pierwsze zwycięstwa, po których groźba spadku zaczęła się oddalać. Dla drużyny miało to niebagatelne znaczenie. Poprawiło się nasze samopoczucie, które wpłynęło na równowagę. Praca trenera Steinera przynosiła coraz bardziej widoczne rezultaty. Zaczęliśmy grać na pamięć. Wydawało się, że moglibyśmy grać z zamkniętymi oczami. Wystarczyło, że wymieniliśmy kilka piłek i było wiadomo, że będzie dobrze” – wyjaśniał „Kici”.


Uroczysty moment wręczenia Pucharu Polski drużynie CWKS w 1956 roku. Gratulacje składa przewodniczący GKKF Rutkowski, trofeum trzyma kapitan zespołu Marceli Strzykalski. Obok Edward Szymkowiak i Henryk Kempny.

W pierwszym roku pracy szkoleniowej „boiskowego śmieszka” – jak pieszczotliwie mówiono o pulchnym na twarzy, okrąglutkim, lubiącym cygara i... dziewczynki węgierskim szkoleniowcu – CWKS zajął w lidze siódme miejsce. Był jednak w drużynie indywidualny sukces, w postaci wywalczenia przez Ernesta Pola, wspólnie z zawodnikiem Polonii Bytom Henrykiem Kempnym, tytułu „króla strzelców” – obaj strzelili po 13 bramek. W drugim roku pracy przy ulicy Łazienkowskiej trener Steiner na przedsezonowe przygotowania zabrał swoich podopiecznych do ośrodka treningowego Honvedu. Trener był fachowcem i wiedział ile dobrego dla jego zawodników mogło wyniknąć z gry przeciwko jednej z najsilniejszych wówczas drużyn świata, do których zaliczano Honved – z Ferencem Puskasem i Jozefem Bozsikiem na czele. Nie mylił się, obóz w Budapeszcie i wspólne treningi ze sławnymi reprezentantami Węgier przyniosły oczekiwane efekty. Wspólny cel bycia najlepszymi zbliżył młodych piłkarzy CWKS-u. Wspierali się, pomagali i wzajemnie podtrzymywali na duchu. Dodatkowym bodźcem była nikła przegrana w meczu z Honvedem (2:3). „CWKS uzyskał duży sukces, ponosząc po równorzędnej grze minimalną porażkę, z przeciwnikiem uchodzącym za najlepszą klubową drużynę świata. (...) W 45. minucie spotkania CWKS prowadził 2:1, a jeszcze na dwie minuty przed końcem meczu było 2:2. A więc o krok od zaszczytnego remisu” – pisano w „Przeglądzie Sportowym” w marcu 1955 roku.


Historyczne zebranie, na którym podjęto decyzję o powrocie do nazwy WKS Legia i dokonano wyboru społecznych władz klubu z ulicy Łazienkowskiej, a także zaprezentowano nową wersję herbu.

To był początek ery, w której CWKS Warszawa był już drużyną bezkonkurencyjną w kraju i liczącym się zespołem w Europie. Widowiskowa i nowoczesna gra „wojskowych” dostarczała jej kibicom wielu wzruszeń. Fani zaczęli coraz częściej zadawać sobie pytanie, kiedy piłkarze zaczną zgarniać najwyższe premie w krajowym piłkarstwie. Nic więc dziwnego, że kiedy po zakończeniu pierwszej rundy rozgrywek ligowych piłkarze CWKS-u zajęli tylko drugą lokatę, kibice warszawscy poczuli się srogo zawiedzeni. Ale trener Steiner miał wizję drużyny i poprzez selekcję najlepszych ją realizował. Przed rozpoczęciem nowego sezonu (w 1955 roku), z drużyny mistrza Polski Polonii Bytom ściągnął do Warszawy Henryka Kempnego, Horsta Mahselego i Jana Bema, a z Ruchu Chorzów Mieczysława Siekierę vel Jerzego Słaboszewskiego. Gdy wreszcie, po wyczerpującej selekcji wykrystalizowała się podstawowa „16”, ci, którzy zostali do niej zaliczeni poczuli się tak, jakby wygrali los na loterii. Właśnie rozpoczął się dla nich czas rozkwitu wielkich karier.

Chociaż w CWKS-ie Warszawa każde nazwisko to była gwiazda, to jednak wszyscy traktowani byli na równi. Siłą CWKS-u był zespół i oni to rozumieli. Oczywiście, tak jak w każdej grupie dochodziło do podziałów, czy nawet zdarzały się kłótnie, ale z reguły jakimś żartem rozładowywali je Stanisław Fołtyn i Henryk Grzybowski, uchodzący w drużynie za największych żartownisiów. CWKS Steinera to nie był jeszcze Honved, ale był to już zespół, z którym można było powalczyć. Problem polegał na tym, że wszystkie drużyny w Polsce, szczególnie te, które doznały uszczerbku zawodników na rzecz CWKS-u, grały przeciwko „wojskowym” w myśl zasady – „bij mistrza”. Na skutek takiej gry faworyzowany CWKS zaliczył kilka wpadek, przegrywając w lidze. 3 kwietnia z Lechią Gdańsk 0:1, następnie 9 czerwca lepsza od CWKS-u okazała się Polonia Bydgoszcz (0:2), a 12 czerwca ŁKS (2:3). „Po dziesięciu kolejkach na prowadzeniu byli piłkarze ŁKS. Wydawało się, że nie zdołają oni długo utrzymać się na tak eksponowanej pozycji, bowiem czekał ich wyjazd do stolicy. (...) Świetny zespół legionistów, stanowiący trzon reprezentacji, nie potrafił wobec własnej widowni oprzeć się pełnym temperamentu i... zmysłu taktycznego akcjom łódzkiego zespołu. Warszawska widownia była zdumiona postawą ŁKS, który do przerwy prowadził 2:1, ze strzałów Szymborskiego i Pilarskiego, podzielonych golem Janeczka” – czytamy w książce „Liga gra...”.

Ważną na temat tego meczu rzecz miał do dodania Lucjan Brychczy, który w swoich wspomnieniach pisał: „O tym, co wydarzyło się podczas meczu z ŁKS-em, pragnąłem jak najszybciej zapomnieć. (...) Tak się złożyło, że najwięcej podziwu publiczności budziły zagrania w wykonaniu moim i zawodnika ŁKS-u Leszka Jezierskiego. Znany dziś trener ‘Napoleon’, był w tamtych czasach doskonałym napastnikiem drużyny łódzkiej i reprezentacji Polski. Zdarzało się w tym meczu, że chociaż obydwaj byliśmy napastnikami, dochodziło między nami do bezpośrednich starć. Wówczas emocje na widowni sięgały zenitu. Walczyliśmy ostro, ale bez fauli. Niestety, raz nie wszystko odbyło się zgodnie z przepisami. Po faulu Jezierskiego, padając na murawę, niechcący zaczepiłem nogą ‘Napoleona’, wobec czego on także wylądował na zielonej trawce. Prowadzący ten mecz arbiter Józef Szlajfer uznał, że rozmyślnie spowodowałem upadek Jezierskiego, po czym nakazał rzut wolny dla ŁKS-u, a mnie... wyrzucił z boiska, za samowolne wymierzenie kary. (...) Była to dla mnie głupia sytuacja. Z opuszczoną głową, pełen wstydu i żalu opuszczałem boisko. ŁKS wygrał ten mecz 3:2” – wspominał „Kici”.


Legionista Zdzisław Krzyszkowiak w swojej koronnej konkurencji – biegu na 3000 metrów z przeszkodami.

Oderwijmy się nieco od tematyki sportowej. Jeszcze nigdy po wojnie Warszawa nie miała tak olbrzymiego znaczenia w życiu społecznym kraju, jak 22 lipca 1955 roku, kiedy to dokonano otwarcia dwóch monumentalnych obiektów. Warszawa dźwigała się z powojennych zniszczeń, dominującą pozycję w architekturze zdobył socrealizm, a w sercu miasta powstał obiekt, mający przez dziesięciolecia być symbolem miasta – Pałac Kultury i Nauki, dar Związku Radzieckiego dla bratniego narodu polskiego. Tysiące ludzi zgromadzonych na Placu Defilad podziwiało kolosa zbudowanego z białego piaskowca, którego komunistyczni notable przez długie lata traktowali niczym swoją świątynię. W tym samym dniu, po drugiej stronie Wisły, został oddany do użytku Stadion X-lecia. Moment przecięcia wstęgi przez prezydenta Bolesława Bieruta obserwowało wówczas 80 tysięcy ludzi.

Uroczystość otwarcia uświetniono rozegraniem meczu piłkarskiego. Pierwszymi piłkarzami, którzy wybiegli na boisko warszawskiego giganta, byli reprezentanci Warszawy i Stalinogrodu (nazwa Katowic w latach 50.). Dla strzelca pierwszej bramki ufundowano nagrodę w postaci... teczki-aktówki. Nagroda ta stała się własnością zawodnika Stalinogrodu, późniejszego piłkarza Legii, Czesława Ciupy – zdobywcy pierwszego historycznego gola na tym obiekcie. 31 lipca, w cieniu oddanego do użytku PKiN, odbywał się w Warszawie V. Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów. Oto w biednej i szarej Warszawie znalazła się bajecznie kolorowa mozaika młodych, rozbawionych ludzi. Dla wielu Polaków było to niezapomniane doświadczenie kontaktu z rówieśnikami o innych korzeniach kulturowych i odmiennym stylu życia. Były tańce, wspólne śpiewy i zabawy przy ogniskach. Chociaż imprezy i spotkania były operacyjnie zabezpieczane przez służby bezpieczeństwa, to agenci UB nie zdołali upilnować wszystkich. Efektem tych festiwalowych szaleństw, było urodzenie przez polskie dziewczyny… ciemnoskórych dzieci.


Kapitan Legii Edmund Zientara wyprowadza swoich kolegów na boisko Stadionu Wojska Polskiego w Warszawie.

W tle wielkiej zabawy rozgrywano turniej bokserski, którego jednym ze zwycięzców został pięściarz CWKS-u Henryk Niedźwiedzki. Po rozpoczęciu drugiej rundy rozgrywek ligowych i dwóch porażkach CWKS-u (z Gwardią 2:3 i Lechem 1:2) trener Steiner miał powody, żeby się martwić. W dalszej części rozgrywek było nieco lepiej, ale drużyna grała w kratkę, tracąc gdzieś swoja dynamikę. W futbolowym światku zaczęto dopatrywać się błędów Steinera w prowadzeniu CWKS-u. Kiedy coraz bardziej nerwowi działacze pytali „Jancsiego” co o tym myśli, odpowiadał w swoim stylu: „Grose spiele, nul pause, kaput”, co w wolnym tłumaczeniu miało znaczyć: „Grać bez przerwy” i odnosiło się do licznych powołań różnych reprezentacji (Warszawy, Okręgu, Wojska Polskiego i Polski): Brychczego, Woźniaka, Szymkowiaka, Kempnego, Kowala, Pola i Mahselego. Nawet najbardziej wytrenowany organizm musi się zbuntować.

Na szczęście podopieczni Steinera pozbierali się w rozgrywkach o Puchar Polski. Chociaż... przed meczem finałowym kilku zawodników nieźle sobie popiło, o czym dowiedzieli się szefowie klubu. Gen. Popławski wezwał całą drużynę na dywanik i stanowczym wojskowym głosem wykrzyczał: „Nic mnie nie interesuje. Macie zdobyć Puchar Polski. Jeżeli go nie zdobędziecie, dopiero porozmawiamy o karach!”. W finale o Puchar Polski, rozgrywanym 25 września 1955 roku na Stadionie Wojska Polskiego, piłkarze CWKS-u, „zmobilizowani” przez generała Popławskiego, ogrywali Lechię Gdańsk jak dzieci. Ten mecz CWKS mógł wygrać w wyższym stosunku niż 5:0 (po trzech bramkach zdobytych przez Henryka Kempnego i po jednej Ernesta Pola oraz Jerzego Słaboszewskiego), ale w kilku przypadkach bramkarzowi Lechii dopisywało szczęście. CWKS Warszawa zdobył Puchar Polski. Ogromne mosiężne trofeum zostało wzniesione do góry, wywołując aplauz widowni. Wiwatom i okrzykom na cześć piłkarzy CWKS-u nie było końca. W nagrodę za zdobycie Pucharu Polski zawodnicy otrzymali... zegarki.

Sukces ten, to było dopiero preludium do czekającego CWKS najważniejszego wydarzenia w historii klubu. 20 listopada 1955 roku, na stadionie w Sosnowcu, w ostatniej kolejce CWKS mierzył się z mającą jeden punkt mniej Stalą. Na trybunach stadionu zasiadł komplet, 25 tys. widzów. Podobno pierwsi kibice zajmowali miejsca... jak tylko zaczęło świtać. Wszyscy spodziewali się wielkiego meczu i zwycięstwa Stali. Jak bardzo w to wierzono, świadczyły przygotowania do wielkiej fety, która miała się odbyć zaraz po zakończeniu spotkania. Stawka spotkania odbiła się na grze obydwu zespołów, dlatego gra była chaotyczna i nerwowa. Jednak zanim na dobre zaczął się mecz, gola strzelił Uznański i CWKS przegrywał 0:1. Później „wojskowi” wzięli się ostro do roboty, a „Kici” wyrównał na 1:1. Stadion zamarł. Dzięki tej bramce tytuł pojechał do Warszawy. Premii pieniężnych za zdobycie mistrzostwa dla zawodników CWKS-u nie było. Dostali oni po... skórzanym płaszczu z przydziału dla generałów. CWKS Warszawa, zdobywając mistrzostwo i Puchar Polski w 1955 roku, był pierwszą drużyną, która dokonała tej sztuki w polskim piłkarstwie. Pisząc o pierwszym wielkim sukcesie drużyny z ulicy Łazienkowskiej należy przypomnieć, że trener Janos Steiner przez cały sezon grał jednym składem, który tworzyli: Edward Szymkowiak, Horst Mahseli, Jerzy Orłowski, Jerzy Woźniak, Marceli Strzykalski, Zygmunt Pieda, Longin Janeczek, Lucjan Brychczy, Edmund Kowal, Henryk Kempny, Andrzej Cehelik, Ernest Pol, Henryk Grzybowski, Edmund Zientara, Jerzy Słaboszewski i Jan Bem.

Życie całego powojennego pokolenia było szare i tragiczne. W epoce stalinizmu ludzie żyli w atmosferze zastraszenia. Społeczeństwo było podzielone na tych, co byli za socjalizmem i komuną (ci ludzie pełną garścią korzystali z podarunków władzy) i tych nie podporządkowujących się władzy ludowej, zwanych przez aparat partyjny „marginesem społecznym”, których to brutalnie (wykonując potajemne wyroki śmierci) eliminowano z socjalistycznego społeczeństwa. Dowodem tego, jak „miłość” społeczeństwa do władzy rozmijała się z prawdą, była śmierć (12 marca 1956 roku) prezydenta Bolesława Bieruta, który był kontynuatorem sowieckiego systemu totalitarnego. Kiedy w Warszawie wystawiono trumnę z jego zwłokami, ogromna kolejka wiła się przed Domem Partii i to bynajmniej nie po to, by pochylić czoła przed zmarłym prezydentem. Rodacy chcieli upewnić się, czy Bierut... naprawdę zmarł. Kiedy ustała fala euforii związana ze zdobyciem pierwszego w historii polskiej piłki dubletu, „Jancsi” uznał, że biorąc pod uwagę sukcesy jakie osiągnął w Warszawie zarabia zbyt mało. Dlatego kiedy przyszedł czas rozmów o przedłużeniu współpracy, Steiner zażądał podwyżki. Być może trudno w to uwierzyć, ale propozycja węgierskiego trenera zrobiła na jego zwierzchnikach wrażenie... odwrotne od oczekiwań. „No nie!” – złapał się za głowę gen. Popławski, słysząc ile pieniędzy chciał zarabiać w CWKS-ie ceniący się Janos Steiner. „Generalska pensja dla jakiegoś trenera, to i tak za dużo” – miał powiedzieć Popławski. Na skutki takiego rozumowania działaczy CWKS-u nie trzeba było długo czekać. Obrażony Steiner wyjechał z Polski, by po dwóch latach wrócić i... doprowadzić do mistrzostwa Polski chorzowski Ruch.


Zientara jako kapitan reprezentacji Polski w towarzystwie Ferenca Puskasa przed meczem Polska – Węgry w 1956 roku.

Następcą Steinera w CWKS-ie został dotychczasowy selekcjoner reprezentacji Ryszard Koncewicz, zwany „Fają”. W 1956 roku drużyna CWKS-u Warszawa była bezapelacyjnie najlepszą jedenastką w kraju, której gra robiła wrażenie. Zgodnie z przewidywaniami start do nowego sezonu piłkarze z Warszawy mieli imponujący. W pierwszym meczu nie dali żadnych szans Lechii, pokonując ją 3:1. W kolejnym spotkaniu w Warszawie odprawili zabrzańskiego Górnika (także 3:1). W grze CWKS-u zachwycano się doskonałym wykonywaniem zadań taktycznych, nakreślonych przez Koncewicza. W związku z tym powstała legenda o najwspanialszej drużynie w historii polskiej piłki. Dowodem na to jest fakt, że bilety na mecze CWKS-u w całym kraju sprzedawały się jak ciepłe bułeczki. Dla kibiców zobaczyć na żywo: Brychczego, Kowala, Zientarę, Szymkowiaka, Grzybowskiego, Woźniaka, Strzykalskiego i podziwiać ich grę, było odskocznią od szarej rzeczywistości.

Polska była wtedy smutna, a gra CWKS-u eksplozją radości. „Zaczynaliśmy wtedy grać systemem 4-2- 4. Później ten sam system zyskał światową sławę jako ‘brasiliana’, pomysłu Vincente Feoli. U nas nazywało się go ‘dubelt stoper’, a pomysłodawcą był trener Koncewicz” – wyjaśniał jeden z zawodników tej drużyny Henryk Grzybowski. Niestety, pomimo tego, że zespół CWKS-u w sezonie 1956 nadawał ton całej ligowej rywalizacji, zdarzały mu się także wahania formy. Rozgrywki nabrały rumieńców, bo doszło do tego, że w pewnym momencie Ruch Chorzów przewodził w tabeli. Wówczas to cały piłkarski Śląsk żywił nadzieję, że CWKS nie da rady zdystansować „Niebieskich” i mistrzowski tytuł powróci do ich regionu. Tymczasem nastąpiło wydarzenie, mające ogromny wpływ na dalsze losy rozgrywek. 19 sierpnia 1956 roku piłkarze CWKS-u dokonali wyczynu niezwykłego. W obecności 25 tysięcy widzów rozgromili Wisłę Kraków 12:0! Drużyna Wisły to nie byli piłkarscy „kelnerzy”, ale to, co zaprezentowali w meczu z CWKS-em było szokujące. Po 30 minutach gry, po strzałach Edmunda Kowala i dwukrotnie Ernesta Pola, „wojskowi” prowadzili 3:0. Zawodnicy z Krakowa sprawiali wrażenie wystraszonych nowicjuszy, natomiast gospodarzom wychodziło wszystko. Samego siebie przeszedł w tym meczu Pol, zdobywając pięć bramek (w 28., 30., 32., 53. i 59. minucie). Spory udział w festiwalu strzeleckim miał także wspaniały jak zwykle Lucjan Brychczy, który strzelił trzy gole (w 44., 48. i 77. minucie). Do kapitulacji bramkarza Wisły zmusili jeszcze: dwukrotnie (w 7. i 52. min.) wspomniany Kowal, a także Henryk Kempny (w 79. min.) i ze strzału samobójczego piłkarz Wisły Monica (w 72. min.). Po rekordowej wygranej szalejący ze szczęścia kibice wbiegli na boisko i na rękach znieśli piłkarzy do szatni. To był przełom, zapomniano o kryzysie i drużyna kroczyła od zwycięstwa do zwycięstwa zdobywając ponownie tytuł mistrza Polski. Ewenementem tych rozgrywek było to, że pierwsze trzy miejsca na liście najlepszych strzelców ligi zajęli zawodnicy CWKS-u. Królem strzelców – z 21 bramkami na koncie – został Henryk Kempny, drugi (z 18 golami) był Ernest Pol, a trzeci (z 15 trafieniami) Lucjan Brychczy.

„Abonament na Puchar Polski w Warszawie trwa nadal” – głosił tytuł prasowy po finałowym meczu, rozegranym 23 czerwca 1956 roku na warszawskim Stadionie X-lecia, w którym CWKS pokonał Górnika Zabrze 3:0. Piłkarze CWKS-u Warszawa w latach 1955-1956 mieli dwa wybitne sezony. Jako pierwsi w historii polskiego piłkarstwa dwukrotnie z rzędu zdobywali dublety – mistrzostwo i Puchar Polski. W nagrodę za zdobycie kolejnego dubletu, po zakończeniu sezonu udali sie na tournee do Niemiec, gdzie zrobili prawdziwą furorę. CWKS jako pierwsza polska drużyna zaczęła być znana w Europie. „Znakomicie prezentowaliśmy się podczas naszego tournee po Europie. Do tego stopnia, że chciał z nami grać Real Madryt. Niestety, do spotkania naszych ekip nie doszło, a powodem był brak zgody władz wojskowych” – żalił się jeden z najlepszych wówczas zawodników CWKS-u Edmund Zientara.


Rok 1956. Legionista Marian Zieliński – rekordzista Polski, Europy i świata w podnoszeniu ciężarów.

Po zdobyciu tytułu mistrza Polski w 1955 roku, drużyna CWKS została zgłoszona do II edycji rozgrywek o Puchar Europy Mistrzów Klubowych, zwanego Pucharem Europy. Nie ulega wątpliwości, że po wylosowaniu mistrza Czechosłowacji Slovana Bratysława, liczono na sukces i awans do grona najlepszych zespołów starego kontynentu. W środę, 12 września 1956 roku w Bratysławie, debiutanci w rozgrywkach pucharowych zapłacili frycowe, przegrywając 0:4, co dla wszystkich było szokiem. „Przez zawodników Slovana byliśmy brutalnie atakowani, popychani i kopani, czy nawet opluwani. Było takie zdarzenie, że naszego bramkarza Edwarda Szymkowiaka gonił... trzymając nożyce do cięcia trawy, jeden z facetów opiekujących się stanem boiska. Gość ten czynił to z taką zaciekłością, że w pewnym momencie nasz bramkarz... uciekł z bramki” – opowiadał Zientara. Nauczeni przykrym doświadczeniem piłkarze CWKS-u przygotowując się do rewanżu przerabiali... opluwanie przeciwnika.

W dniu meczu, w środę 19 września 1956 roku, na Stadion Wojska Polskiego przyszło 40 tysięcy widzów, by zagrzewać swoich do walki. Można śmiało stwierdzić, że CWKS rozegrał wówczas jedno z najwspanialszych spotkań w dziejach tej drużyny, prezentując bojowość i ambicję. Pomimo tego, że Slovan był silnym zespołem, w Warszawie nie istniał. Ostatecznie, po golach Kowala i Brychczego, „wojskowi” wygrali 2:0 i nie zdążyli zniwelować strat z pierwszego spotkania, odpadając z dalszych gier. Na własnej skórze przekonując się także o tym, że rywalizacja o Puchar Europy to nie to samo, co gra na krajowych boiskach. Kilkanaście dni po historycznym dla CWKS-u wydarzeniu, nastąpiło inne. Po październikowym przełomie okazało się, że terror, w którym z dnia na dzień każdy obywatel mógł stać się ofiarą represji, zabawką oficerów śledczych potrafiących w zimie otwierać okna i polewać wodą nagie ciała ofiar nie działają i trzeba negocjować ze społeczeństwem. Aparatowi partyjnemu zależało na złagodzeniu nastrojów w grupie społecznej, składającej się z fachowców, którzy mieli olbrzymi wpływ na udział socjalistycznej produkcji.

Na fali październikowej odwilży i związanej z nią rzekomej, bo starannie reżyserowanej „jawności życia publicznego”, dokonano zmian dotyczących charakteru klubu. Z myślą o przyszłości – a wiadomo było, że do socrealizmu nie ma powrotu – wojskowe władze wykorzystując nurt przemian 5 lipca 1957 roku powróciły do dawnej nazwy – Wojskowy Klub Sportowy „LEGIA”. Od tej pory na koszulkach piłkarzy Legii zamiast dotychczasowego napisu CWKS, pojawiła się tarcza, będąca do dziś herbem klubu. W 1957 roku równowaga Legii została zachwiana. Dopuszczono do rozpadu budowanej z mozołem niezwyciężonej drużyny. Wielu zawodników odeszło do innych zespołów. Na Śląsk powrócił bramkarz Edward Szymkowiak. W trosce o nieprzeciętny talent Lucjana Brychczego, na wniosek trenera Koncewicza, usunięto z drużyny nadużywających alkoholu i wywierających negatywny wpływ na „Kiciego” – Ernesta Pola i Edmunda Kowala. Za przejście do Górnika Pol i Kowal otrzymali jak na owe czasy spore kwoty pieniężne. Wystarczy nadmienić, że pieniądze te wystarczyły, by Pol jako pierwszy piłkarz Górnika kupił sobie samochód. „Zgodziłem się na odejście Pola i Kowala, ponieważ jak cień chodził za nimi wpatrzony jak w obrazek Brychczy. Nie mogłem pozwolić, by i on się zmarnował” – tłumaczył trener Koncewicz. Skoro wspomnieliśmy o Brychczym, to trzeba wyjaśnić, że on także chciał przejść do Zabrza, w którym czekało już na niego mieszkanie. Wojskowe władze nie puściły go jednak, obiecując, że otrzyma zgodę rok później. Oczywiście generałowie... grali na zwłokę, ponieważ ani myśleli pozbywać się „Kiciego”. I nawet gdy w jego sprawie interweniował I sekretarz KW PZPR Edward Gierek, usłyszał, by nie mieszał się do spraw wojska.


Piłkarze WKS Legia przed odlotem do USA.

Start rozgrywek ligowych nastąpił 31 marca 1957 roku i zdawał się potwierdzać, że w polskim futbolu nastąpiły zmiany. Zastanawiano się, czy wzmocniony byłymi zawodnikami „wojskowych” Górnik zdetronizuje panującą od dwóch lat Legię. Już pierwszy mecz dał odpowiedź, ile warci są Górnicy. 40-tysięczna widownia Stadionu Wojska Polskiego była świadkiem narodzin nowej siły w polskiej piłce – Górnika, który pokonał Legię 2:1. Na drugą siłę w ekstraklasie wyrosła warszawska Gwardia. Z popularnie zwanymi „Harpagonami” w derbach stolicy legioniści raz wygrali (5:1) i raz przegrali (1:2). „Nasze spotkania z Gwardią potrafiły zapełnić nawet Stadion X-lecia” – mówił Brychczy. Skoro poświęciliśmy Gwardii kilka słów, należy przypomnieć, że „Harpagony” od pierwszej kolejki sezonu w 1957 roku prowadzili zaciętą walkę z Górnikiem Zabrze. Legia w tym sezonie była tylko tłem dla najlepszych, zajmując w lidze czwarte miejsce. Paradoksem tego nieudanego sezonu było to, że „Kici” ustanowił osobliwy rekord, kiedy przez siedem meczów z rzędu zdobył 13 bramek. Ostatecznie z dorobkiem 19 goli zdobył tytuł „króla strzelców”.

20 października 1957 roku – ta data na trwałe wryła się w historię polskiego piłkarstwa. Rewanżowy mecz eliminacji mistrzostw świata w Chorzowie, pomiędzy drużynami Polski i ZSRR, był wydarzeniem nie tylko o sportowym, lecz także politycznym znaczeniu. Mecz ten, jako symbol oporu przeciwko reżimowi sowieckiemu, wdarł się w zbiorową świadomość Polaków. 100 tysięcy widzów było świadkami zwycięstwa Polski 2:1 i wspaniałej gry duetu Cieślik-Brychczy. Rok 1957 piłkarze Legii kończyli wędrówką po Izraelu i Turcji. Chociaż nie byli już najlepsi w kraju, to zagranicą powszechnie uważano Legię za najlepszy polski zespół.

Rok 1958, był bardzo ważnym rokiem pod względem uregulowań wysokości i świadczeń klubów na rzecz zawodników. W Legii doszło do takiego rozwiązania, że zawodnicy będący na wojskowych etatach otrzymywali wynagrodzenie odpowiednie do posiadanego stopnia wojskowego. Natomiast ci, którzy byli w klubie, a nie byli żołnierzami, zostawali zatrudnieni na etatach cywilnych. Tak więc Legia – wbrew krążącym opiniom – to już nie był klub wyłącznie wojskowy. Poza tym był to pierwszy rok, w którym fundusze na dalszą egzystencję miały być uzyskiwane nie tylko z dotacji, lecz także z dochodów własnych: sprzedaży biletów, karnetów i programów meczowych. Kadra zespołu w 1958 roku została uszczuplona o kolejnego wybitnego piłkarza, jakim bez wątpienia należy uznawać bramkostrzelnego Henryka Kempnego. Chociaż „wojskowi” nie należeli do faworytów rozgrywek, to pierwszą rundę zakończyli na drugim miejscu – z dorobkiem 19 punktów i szansami na ostateczny sukces. Ważnym wydarzeniem tego okresu (4 maja 1958 roku), było zwycięstwo Legii nad mistrzem Polski Górnikiem Zabrze 3:2. Do przerwy było 2:1 dla Górnika, po przerwie zaś widownia Stadionu Wojska Polskiego była świadkiem „koncertu gry” Lucjana Brychczego, który tak podkręcił tempo i zmobilizował kolegów, że „wojskowi” wygrali 3:2. I to były ostatnie chwile radości piłkarzy Legii w tym sezonie. „Druga runda ligowych rozgrywek była więcej niż fatalna. Odmłodzony zespół Legii zagubił się niemal całkowicie w toku ostrych walk o punkty i z 11 rozegranych spotkań tylko dwa rozstrzygnął na swoją korzyść” – czytamy w księdze jubileuszowej „Legia 1916- 1966”. Ostatecznie drużyna zakończyła sezon na szóstym miejscu. Nie zadowoliło to generałów, których klubowe ambicje sięgały jednak wyżej. Po trzech latach pobytu w Legii podziękowano za pracę trenerowi Ryszardowi Koncewiczowi, któremu zarzucano, że skłócił drużynę. Należy także wyjaśnić, że tępiąc wśród zawodników pijaństwo miał konflikty z piłkarzami. W 1959 roku drużyna została bez trenera. Wówczas działacze klubu ponownie zwrócili się do trenera Janosa Steinera, który pracując z Legią w latach 1954-1955 przyczynił się do zdobycia dubletu. Jednakże pomimo poważnie zaawansowanych rozmów, trener Steiner zerwał je jednostronnie... decydując się na pracę w Górniku Zabrze. W związku z takim obrotem sprawy, kierownictwo sekcji zwróciło się z propozycją objęcia opieki nad drużyną do byłego piłkarza Legii, trenera Kazimierza Górskiego. Niestety, na pełną pracę Górskiego w Legii nie zgodził się PZPN, w którym pełnił funkcję trenera drużyny młodzieżowej, co przy niezdecydowanej postawie samego Górskiego spowodowało, że Legia do rozgrywek sezonu 1959 przystępowała... bez trenera. Wobec takiej sytuacji Sekretarz Generalny Legii płk Edward Potorejko, w poszukiwaniu szkoleniowca wyruszył do Jugosławii, skąd przywiózł słynnego internacjonała Stiepana Bobka. „Jego głównym celem było, co stale podkreślał, uczynienie z Legii zespołu zwartego, wysoko moralnie postawionego kolektywu, opierającego grę na nowoczesnych systemach” – pisano w klubowym „sprawozdaniu” z roku 1959. Niestety, zamierzonego celu nie udało się Bobkowi w Legii osiągnąć, ponieważ na skutek politycznej prowokacji musiał przedwcześnie opuścić klub. Jeszcze w końcu maja wspólnie z drużyną udał się za Ocean – do Stanów Zjednoczonych.

Mało kto pamięta, że Legia jest pierwszą polską drużyną, która występowała za Oceanem. Zważywszy jednak, że Legia była klubem wojskowym „zza żelaznej kurtyny”, w czasach o których mowa taki wyjazd wymagał specjalnych zezwoleń komunistycznych władz. Jednym z inicjatorów wyjazdu Legii do imperialistycznego mocarstwa USA, był płk Edward Potorejko. Wyjazd drużyny do Stanów był przede wszystkim wielkim świętem propagandowym. 27 lipca 1959 roku Legia wylądowała na lotnisku w Nowym Jorku. Stając się prawdziwymi ambasadorami polskości w Stanach Zjednoczonych legioniści obalili wiele bezsensownych mitów dotyczących Polski. Dzięki kontaktom z piłkarzami Legii Amerykanie przekonali się, że ludzie z Polski są jak najbardziej normalni. Ogółem piłkarze Legii rozegrali w USA osiem spotkań, wygrywając pięć, dwa remisując i jeden przegrywając. Strzelili 40 bramek, co jest bardzo pokaźnym bilansem. „Kiedy przyjechał do Polski Franjo Tudman, prezes Partizana i późniejszy prezydent Jugosławii, z tej okazji ambasador wydał obiad dla wybranych członków prezydium naszego klubu. Kilka dni później zaproponowano, by kulturalnie spławić Bobka, gdyż mogą go aresztować. Była to bardzo niezręczna sytuacja, ponieważ ja go ściągnąłem do Legii i bardzo dobrze ze sobą żyliśmy” – o perypetiach Bobka opowiadał na łamach „Naszej Legii” płk Potorejko.

Z innych sekcji pięściarze Legii po raz dziewiąty z rzędu zdobyli tytuł mistrza Polski, przez co w sportowych kołach zaczęto żartować na temat mistrzowskiego dożywocia bokserów Legii. Wielkim sukcesem zakończył się także start ciężarowców Legii w mistrzostwach świata, podczas których zdobyli trzy medale – Marian Zieliński, ustanawiając rekord świata zdobył złoto, Marian Jankowski srebro, a Jan Bochenek brąz. Po Bobku, od 1 stycznia 1960 roku, treningi z pierwszą drużyną Legii objął Kazimierz Górski. To były czasy, kiedy Legia z wielkiej stała się przeciętną drużyną. Dodatkowym utrudnieniem w pracy szkoleniowej, było powołanie sześciu zawodników Legii: Lucjana Brychczego, Marcelego Strzykalskiego, Edmunda Zientary, Jerzego Woźniaka, Henryka Grzybowskiego i Zygmunta Gadeckiego, na obóz przygotowawczy reprezentacji olimpijskiej, biorącej udział w IO w Rzymie. Siłą rzeczy bez połowy drużyny trener Górski nie miał warunków do pracy nad szlifowaniem formy zespołu. Jak wiadomo występ naszej piłkarskiej reprezentacji nie przyniósł sukcesu, zawodnicy wrócili z Włoch rozgoryczeni i załamani. Na szczęście „marazm olimpijski” nie dotyczył piłkarzy Legii, którzy zaciekle walczyli o mistrzostwo Polski, przegrywając rywalizację w lidze z Ruchem Chorzów... jednym punktem. „Pewną satysfakcją była jednak opinia naszych fachowców piłkarskich, którzy niemal jednomyślnie uznają nasz zespół za najlepszy w Polsce w 1960 roku” – pisali autorzy rocznego „sprawozdania”. Bez wątpienia jednym z większych wydarzeń w historii Stadionu Wojska Polskiego ubiegłego stulecia, była wizyta „króla futbolu” Pelego. 22 maja 1960 roku, podczas meczu Legii z Wisłą (2:2), Pele w obecności 15 tysięcy widzów zasiadł w loży honorowej stadionu Legii. Brazylijczykowi nie przypadła jednak do gustu warszawska publiczność. Stwierdził, że jest... za mało żywiołowa i zbyt chłodna.

Kolejnym historycznym wydarzeniem na tym obiekcie w 1960 roku, było uruchomienie sztucznego oświetlenia. 5 października warszawiacy tłumnie przybywali na ulicę Łazienkowską, by obejrzeć mecz o PEMK Legia – Aarhus GF (1:0), z których część zapewne tylko dlatego, że po raz pierwszy w historii warszawskiego piłkarstwa mecz miał się odbyć przy świetle elektrycznym. Widok zapalonych lamp na Stadionie Wojska Polskiego był czymś niezwykłym. Światło, które rozbłysło wówczas na stadionie Legii, było najmocniejsze w Polsce.

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 459
PLN
Cena 89
PLN
Cena 149
PLN