Legia Warszawa
vs Pogoń Szczecin
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Historia Legii Warszawa

1961-1970

W latach 60. Warszawa dynamicznie się zmieniała. Z jednej strony wzrastał ruch na ulicach, na których pojawiało się coraz więcej limuzyn marki „Warszawa” produkowanych przez Fabrykę Samochodów Osobowych. Z drugiej, jak chyba w żadnej stolicy europejskiej, na tak ważnej i reprezentacyjnej arterii komunikacyjnej miasta jaką w tamtych czasach były Aleje Jerozolimskie, obok limuzyn i autobusów marki „Chausson” napotykano na chłopskie furmanki czy fury z wysokimi burtami, którymi rozwożono węgiel. Chociaż na próżno szukać w ówczesnej prasie na ten temat jakiejkolwiek wzmianki, a władza ludowa za punkt honoru stawiała sobie jego zagłuszenie motywując tym, że jest formą wynaturzenia, rozwydrzenia i rozpasania odciągającą od nauki socjalistyczną młodzież. W Warszawie za sprawą muzyków popisujących się przebojami Elvisa Presleya i Billy Haleya, pojawił się także rock and roll.


Ustawienie 1-4-2-4, czyli popularna „Brasiliana”, którą na początku lat 60. wdrażał w Legii trener Longin Janeczek. Z tyłu od lewej, bramkarze: Ignacy Penconek i Stanisław Fołtyn (w środku Longin Janeczek); przed nimi obrońcy: Antoni Mahseli, Henryk Grzybowski, Antoni Piechniczek, Jerzy Woźniak; bliżej, łącznicy: Wiesław Korzeniowski, Bernard Blaut; zaś na początku napastnicy: Waldemar Obrębski, Lucjan Brychczy, Henryk Apostel i Jan Boguszewski.

W roku 1961 w hali Stoczni Gdańskiej odbywał się pierwszy Sopot Festiwal. Chociaż cała Polska śpiewała wtedy piosenki takie jak: „Dla ciebie miły” Violetty Villas czy „Złoty pierścionek” Reny Rolskiej, to jednak szlagierem festiwalu pozostała piosenka „Zachodni wiatr” z repertuaru Marty Mirskiej, którą wykonała Regina Bielska. Według legendy słowa i tytuł tej piosenki spotkały się z niezadowoleniem partyjnych czynników. Rzecz jasna ze słów tego utworu partyjni kacykowie wyciągnęli odpowiednie wnioski, dlatego w późniejszym okresie piosenka nosiła tytuł... „Pożegnanie z morzem”. Co się tyczy publiczności, słowa tej piosenki spotkały się z wielkim entuzjazmem.

Stojąc u progu sezonu 1961, drużyna piłkarska Legii doznała poważnego uszczerbku w składzie. Z Warszawy do swoich rodzimych miejscowości wyjechało trzech zawodników: bramkarz Konrad Kornek, pomocnik Wojciech Pędziach i skrzydłowy Zygmunt Gadecki. „Zawodnicy ci przyrzekali wdzięczność i wierność warszawskim ‘wojskowym’, lecz skończyło się tylko na przyrzeczeniach... i cała trójka po zakończeniu służby wojskowej natychmiast odleciała do swych rodzinnych miast. Działacze i piłkarze Legii byli rozczarowani, warszawscy kibice wściekli” – donosiła stołeczna popołudniówka „Express Wieczorny”. „Zarówno ja, jak i koledzy z drużyny, byliśmy naprawdę mocno rozczarowani decyzją Gadeckiego. Nie chcę rozdrapywać złych wspomnień, ale Gadecki wielokrotnie podczas naszych rozmów deklarował chęć pozostania w Warszawie” – czytamy we „Wspomnieniach” Lucjana Brychczego. „Po jakimś czasie dowiedziałem się, że jego nagła decyzja o odejściu z Legii na Wybrzeże, była spowodowana... miłością do kobiety. Chłopak się zakochał i ta miłość wywarła na nim tak wyjątkowo silne wrażenie, że kompletnie się zagubił. Zakochanie nie przyniosło mu szczęścia. Zygmunt Gadecki już nigdy nie zagrał tak, jak czynił to w Legii” – pisał „Kici”.

Zanim przystąpiono do rozgrywek ligowych sezonu 1961, w Pradze, na stadionie Na Juliszce, legioniści rozegrali towarzyski mecz z Duklą, która w Czechosłowacji była odpowiednikiem Legii. W składzie jednej z najmocniejszych wówczas drużyn w Europie byli tak świetni zawodnicy jak: Josef Masopust czy Svatopluk Pluskal. Należy przypomnieć, że trenerem praskich „wojskowych” był Jaroslav Vejvoda, który w przyszłości miał pozostać trenerem Legii. Naszpikowana reprezentantami Dukla pokonała „wojskowych” z Warszawy 3:0. Mizerna gra Legii to nie był dobry znak przed inauguracją rozgrywek ligowych.

Osłabienie drużyny i słabe przygotowanie do sezonu znalazło potwierdzenie w mistrzowskich meczach ekstraklasy. Legia grała w kratkę, dobre mecze przeplatając beznadziejnymi i narażając się na szyderstwa ze strony kibiców. 9 kwietnia 1961 roku był wyjątkowo pięknym wiosennym dniem, w następstwie czego w Zabrzu, w okolicach Stadionu imienia... Adolfa Hitlera (taka nazwa, chociaż nieużywana, oficjalnie funkcjonowała przez długie lata), zebrał się tłum chętnych do obejrzenia meczu ligowego wicemistrza Polski z poprzedniego sezonu Legii z posiadającym teoretycznie najlepszą drużynę w kraju Górnikiem. Wśród stojących w długich „ogonkach” do kas biletowych rosło podniecenie, które podgrzewały informacje jakoby nie dla wszystkich chętnych miało starczyć biletów.


Rekruci – Bernard Blaut i Henryk Apostel, w wojskowych mundurach tuż po przyjściu do Legii.

„Szczególne emocje wywoływały pojedynki z ‘wojskowymi’. Pamiętny w tamtym sezonie był mecz z Legią w Zabrzu. Pantoflowa poczta kolportowała opowieść o słynnym napastniku. Kibice plotkowali, że Ernesta Pola przywieziono na stadion pijanego w karetce pogotowia. W pierwszej połowie miał trzeźwieć, a w drugiej strzelał bramki. Piłkarz przedstawiał głośną w tamtym czasie sprawę zgoła inaczej: Tydzień wcześniej graliśmy w Bydgoszczy z Zawiszą. Boisko było pełne kamyków, na jednym z nich rozciąłem sobie nogę tak, że trzeba było ją zszywać. Jak zalecił lekarz, leżałem z tymi szwami w łóżku. Ale mieliśmy mecz w Zabrzu z Legią, a sytuacja w drużynie była katastrofalna. Z powodu chorób i kontuzji, atak w którym grało się jeszcze pięcioma piłkarzami, przestał praktycznie istnieć. (...) Wtedy właśnie przysłano po mnie do domu karetkę. Wyciągnięto mnie z łóżka i zawieziono pod szatnię. Przez pierwszą połowę, zgodnie z zaleceniami trenera, chodziłem tylko po boisku i straszyłem rywali swą obecnością. Ale kiedy w szatni podczas przerwy zauważyłem, że szwy i tak puściły, założyłem nakolanniki i zacząłem grać. Strzeliłem cztery bramki, wygraliśmy 5:1. I taka jest prawda – twierdził znakomity piłkarz” – pisano w jubileuszowej księdze „Górnik Zabrze, dzieje legendy”. Co się dzieje z Legią – pytali kibice, gdy „wojskowi” w kiepskim stylu przegrali 1:5 z Górnikiem, mimo prowadzenia 1:0 po strzale Lucjana Brychczego. Świadkowie tego wydarzenia zapamiętali jednak cztery bramki „chorego” Ernesta Pola i jeszcze piątego gola, którym dobił legionistów Edward Jankowski.


Maj 1964 roku. Fragment meczu koszykarzy Legii z amerykańską drużyną gwiazd NBA w Hali Gwardii.

Nie bez satysfakcji należy dodać, że 23 kwietnia 1961 roku na boisku w Bydgoszczy, w meczu Legii z Zawiszą, w pierwszej drużynie Legii zadebiutował młodziutki, niespełna osiemnastoletni junior Janusz Żmijewski – postać nietuzinkowa, która w późniejszym czasie odegra w historii klubu niebagatelną rolę, zyskując przezwisko „Pele”, status gwiazdy Legii i reprezentacji Polski. „Wielce utalentowanym zawodnikiem wydał mi się również Janusz Żmijewski. Ale zawsze był to dziwny chłopak. Zwykł grywać na pokaz, błysnąć jednym, dwoma fajerwerkami i... zwijał żagle. Systematyczność w pracy nie była jego silną stroną. Ech – wzdychałem od czasu do czasu – gdyby ten chłopiec mógł się dogadać z trenerem Kazimierzem Górskim i solidnie trenować, to byłby bardzo silnym punktem drużyny. Gra nietypowo, ma jakby wrodzony zwód, lubi nieschematyczne zagrywki” – pisał o młodziutkim skrzydłowym Legii Jerzy Lechowski w książce „Z juniorami przez stadiony Europy”.

Tak się złożyło, że junior Legii Janusz Żmijewski jest pierwszym piłkarzem w historii klubu, który zdobył medal – srebrny – dla Polski, w międzynarodowej imprezie piłkarskiej rangi mistrzowskiej. Należy do słynnego pokolenia piłkarzy nazywanego „Portugalczykami” – zdobywców srebrnego medalu (wicemistrzostwa Europy) podczas XIV turnieju UEFA rozgrywanego w 1961 roku w Portugalii. „To była bardzo silna ekipa, z Musiałkiem, Kowalikiem, Hausnerem i Szołtysikiem na czele. Ja byłem w szesnastce, ale w rezerwie. Odnieśliśmy tam wielki sukces. W finale ulegliśmy Portugalczykom 0:4, w składzie których wyróżniały się późniejsze wielkie gwiazdy Benfiki Lizbona, zdobywcy Pucharu Europy: Jose Torres i Jose Simoes. Wysoka przegrana wcale nie świadczyła o naszej słabości. Mecz graliśmy w osłabieniu ponieważ jedna z głównych postaci naszej drużyny – Rewilak – doznał kontuzji i musiał opuścić plac gry, a wtedy nie było zmian. To były piękne chwile. Po powrocie do kraju trener Kazimierz Górski zabrał mnie do pierwszej drużyny Legii” – wspominał na łamach NL popularny „Jojo”.

Na początku maja Legia była współorganizatorem i uczestnikiem międzynarodowego turnieju piłkarskiego z okazji jubileuszu 40-lecia „Przeglądu Sportowego”. Trzeba przyznać, że dzięki staraniom organizatorów obsada turnieju była imponująca. Rodzynkiem imprezy był zespół wielokrotnego mistrza Francji, dwukrotnego finalisty rozgrywek o Puchar Europy, słynny Stade de Reims, w którego składzie największym blaskiem świeciła gwiazda naszego rodaka Raymonda Kopy-Kopaszewskiego. Drugim zagranicznym rywalem Legii w tym turnieju była reprezentacja Bułgarii. Wobec tak atrakcyjnych rywali nie dziwne wydaje się olbrzymie zainteresowanie turniejem warszawskich miłośników piłki nożnej. Ponieważ pojemność Stadionu Wojska Polskiego była ograniczona do około 30 tysięcy miejsc, to kierownictwo klubu, wychodząc naprzeciw kibicom, postanowiło chociaż częściowo je powiększyć poprzez dostawienie dodatkowych ławek. W sobotni wieczór, 6 maja 1961 roku, kibice zasiadający na trybunach Stadionu Wojska Polskiego, byli świadkami wielkiej piłkarskiej uczty w wykonaniu Legii i Stade de Reims (1:3). Częste oklaski i gorący doping były odpowiednim miernikiem wysokiego poziomu spotkania. Raymond Kopa cały czas kontrolował grę Stade de Reims, będąc niezrównanym reżyserem panującym nad piłką. Trzy bramki, które straciła Legia, padły po akcjach Kopy. Był to niezwykły strateg, stąd nie może dziwić jego pseudonim – „Napoleon futbolu”.

Również w maju, w tymże samym roku, ku uciesze licznie zgromadzonej publiczności, na Stadionie X-lecia reprezentacja Polski z trzema legionistami w składzie – Jerzym Woźniakiem, Edmundem Zientarą i Lucjanem Brychczym – pokonała drużynę ZSRR 1:0. Po bramce strzelonej z rzutu karnego przez Ernesta Pola samemu Lwu Jaszynowi, stadionem wstrząsnęła trudna do opisania radość. Ówczesne zachowanie widzów było specyficzne dla emocjonalnego klimatu okresu powojennego – powszechnej niechęci do „ruskich”. Wracając do Legii należy przypomnieć, że niezbyt dobre przygotowanie drużyny do sezonu było aż nadto widoczne w kolejnych spotkaniach ligowych. W codziennej gazecie Wojska Polskiego, „Żołnierzu Wolności”, w numerze z 23 czerwca 1961 roku analizując grę Legii napisano: „Gdy maszyna się psuje... Tylko zmiany, oczywiście rozsądne, mogą poprawić sytuację w zespole. Gdy maszyna się psuje, albo wycierają się jej poszczególne tryby, wymienia się jedną lub więcej nadwerężonych części. Taką ‘reperację’ trzeba przeprowadzić w Legii” – sugerował sprawozdawca „ŻW”.


Stanisław Fołtyn (z lewej) i jego następca w bramce „wojskowych” Władysław Grotyński w szatni Legii.

W tym nierównym sezonie „wojskowi” najpierw – 3 września w Poznaniu, w obecności 15 tysięcy widzów – pokonali Lecha 4:2. O tym meczu Zbigniew Korol, prowadzący kronikę Legii, napisał: „Napastnicy nasi wykorzystywali błędy ambitnie, choć chaotycznie grającej defensywy Poznaniaków i stąd dość pewne zwycięstwo. Nieźle zagrał młody Janusz Żmijewski, strzelec dwóch bramek”. Kolejnym razem piłkarze Legii błysnęli 24 września, kiedy to potrafili odprawić 6:0 (!) chorzowski Ruch, mszcząc się za wcześniejszą porażkę 1:4. Ostatecznie Legia w sezonie 1961 zajęła w ekstraklasie trzecie miejsce. Dla wielu drużyn byłby to ogromny sukces i powód do radości, ale na ulicy Łazienkowskiej specjalnie się nie cieszono, ponieważ aspiracje dotyczące „wojskowych” były o wiele większe.

Jeśli chodzi o inne sekcje, to rok poolimpijski można śmiało nazwać okresem rozprężenia. Nie zawiedli zdobywając drużynowe tytuły mistrzów Polski gimnastycy i co już było tradycją – po raz dziewiąty – pięściarze. Bokserzy Legii w ostatniej walce o tytuł drużynowego mistrza Polski 61’ spotkali się z drużyną ŁTS Łabędy, rozstrzygając na swoją korzyść spotkanie z drużyną ze Śląska i tym samym zostając najlepszą drużyną w kraju. Ciekawostką jest to, że Lucjan Brychczy – zanim trafił do drużyny piłkarskiej ŁTS Łabędy – swoją przygodę ze sportem zaczynał od... boksu.


Legioniści podczas dekoracji za zdobycie Pucharu Polski w sezonie 1965/66. Od lewej stoją: Henryk Grzybowski, Henryk Apostel, Jerzy Woźniak, Ryszard Skurzyński, Wiesław Korzeniowski, Antoni Mahseli, Jacek Gmoch, Kazimierz Frąckiewicz, Bernard Blaut, Władysław Grotyński i Lucjan Brychczy.

Na Stadionie Wojska Polskiego systematycznie dokonywano zmian. Na rok 1961 zaplanowano wykonanie ogrodzenia wewnętrznego z betonu i siatki, odgradzającego trybuny od boiska. Wykonując prace na stadionie nie zapomniano również o kortach tenisowych. Postanowiono zlikwidować drewniane trybuny, które wskutek działań atmosferycznych uległy zniszczeniu. Na ich miejsce planowano wznieść nowe z żelbetonu, na 5560 miejsc. 12 kwietnia 1962 roku stał się w historii ludzkości dniem pobudzającym wyobraźnię i nadzieję na kolejne odkrycia. Wydarzeniem przykuwającym uwagę całego świata, był 108-minutowy lot kosmiczny dookoła globu ziemskiego – w kuli, która nie miała skrzydeł – pierwszego człowieka na świecie, radzieckiego kosmonauty Jurija Gagarina. W związku z tym historycznym wydarzeniem w Warszawie zapanowała euforia. Pod kioskami „Ruchu” ustawiały się tasiemcowe kolejki, każdy Warszawiak chciał mieć nadzwyczajny dodatek do gazet poświęcony drodze Gagarina w kosmos. „Kolumb kosmosu” – krzyczały wielkie tytuły, których czołówki opatrzono zdjęciem bohatera.

Tego dnia na całym świecie zapanował szał, nieprzeżywany od zakończenia II wojny światowej. Wcześniej, bo w połowie lutego, w rozgrywkach polskiej piłki nastąpiły zmiany regulaminowe. Wzorując się na większości krajów Europy postanowiono wprowadzić w Polsce system rozgrywek jesień-wiosna. Wobec czego na podstawie miejsc zajętych w 1961 roku, liczącą 14 drużyn ekstraklasę podzielono na dwie grupy. Tym sposobem Legia znalazła się w grupie A, wspólnie z takimi zespołami jak: Górnik Zabrze, Ruch Chorzów, Zagłębie Sosnowiec, ŁKS Łódź, Cracovia i Gwardia Warszawa. Decyzja o reorganizacji spowodowała przyspieszenie rozgrywek. Tak więc ten nietypowy sezon trwał zaledwie pół roku. „Zapowiadał się więc pracowity rok” – pisał na kartach książki „Pół wieku z piłką” ówczesny trener Legii Kazimierz Górski. „Podejmując służbę wojskową przybyli do Legii dobrze zapowiadający się piłkarze: Józef Gruszka z Lipin, Joachim Krajczy z Gliwic, Marian Koprowski z Częstochowy, Henryk Apostel z Bytomia i Bernard Blaut z Opola. Studia na Akademii Wychowania Fizycznego rozpoczął Antoni Piechniczek, który również wylądował przy ulicy Łazienkowskiej. Do tego doszli utalentowani juniorzy. (...) Narybku więc nie brakowało, a na każdą pozycję miałem kilku zawodników do wyboru. Chodziło jedynie o to, aby ten wybór był właściwy. Dobrą prognozą nowego sezonu było zwycięstwo (2:0 – przyp. red.) w Pucharze Polski nad Szombierkami w Bytomiu. W premierze ligowej byliśmy lepsi od Zagłębia Sosnowiec o jedną bramkę (1:0 – przyp. red.). Narodził się wówczas partner dla Brychczego – gliwiczanin Krajczy. Potem jednak zespół znów grał w kratkę i skończyło się na piątym miejscu. Identyczne zajęliśmy w rundzie jesiennej według nowego systemu rozgrywek. Było to znacznie poniżej naszych ambicji, a także możliwości. Ja tych możliwości nie potrafiłem wykorzystać, postanowiłem więc odejść” – pisał Górski.


Trener Virgil Popescu udziela rad legioniście Jackowi Gmochowi.

Anegdotą wartą wspomnienia jest wizyta w loży honorowej Stadionu Wojska Polskiego jednej z najbardziej wpływowych osobistości w światowym futbolu. 1 kwietnia 1962 roku honorowym gościem kierownictwa Legii na meczu z Cracovią (3:2), był prezes Realu Madryt, legendarny Santiago Bernabeu. Gwoli wyjaśnienia nie przyjechał kupować do najlepszej na świecie drużyny „Królewskich” Lucjana Brychczego. Pan Bernabeu przebywał w stolicy z drużyną koszykarzy mistrza Hiszpanii, która w rozgrywkach o Puchar Europy rywalizowała z koszykarzami Legii. Mecz, który odbył się w Warszawie 4 kwietnia 1962, ściągnął do Hali Gwardii nadkomplet publiczności. „Było ich około 5000 i należy żałować, że Warszawa nie posiada odpowiedniej sali, gdyż mecz chciało oglądać co najmniej 10-15 tysięcy ludzi” – czytamy w klubowym „Sprawozdaniu”. Mecz Legii z osławionym Realem Madryt zakończył się zwycięstwem „Zielonych Kanonierów” 72:63 i był jednym z największych sukcesów w historii sekcji koszykówki klubu z Warszawy.

Jeszcze zanim Kazimierz Górski odszedł z Legii, drużyna pod jego wodzą walczyła o Puchar Przewodniczącego St. Rady Narodowej. W pierwszym meczu mini turnieju, 19 września na boisku Polonii, legioniści wygrali ze Skrą Warszawa 4:1 (bramki: Brychczy, Apostel, Błażejewski i Żmijewski). „Mimo łatwego zwycięstwa i olbrzymiej przewagi, nasza drużyna ogólnie prezentowała się bardzo słabo i nie wykazała najwyższej formy. Szczególnie słabo wypadli skrzydłowi: Tadeusz Błażejewski i Janusz Żmijewski” – czytamy w klubowej kronice pióra Zbigniewa Korola. Niestety, w rozegranym 31 października finale, podopieczni Górskiego musieli uznać wyższość piłkarzy Gwardii Warszawa (2:5) i Puchar Przewodniczącego St. Rady Narodowej powędrował na ulicę Racławicką. W tym miejscu należy sprostować błędną informację autorów księgi jubileuszowej „Legia 1916-1966”, którzy mecze Legii o Puchar Przewodniczącego St. Rady Narodowej odnotowali jako gry towarzyskie. Schedę po Kazimierzu Górskim powierzono trenerowi drużyny juniorów Legii, majorowi Longinowi Janeczkowi, który z młodymi legionistami zdobył wicemistrzostwo Polski.

„To ciekawa sprawa z tym wicemistrzostwem, ponieważ kierownictwo klubu nie było zainteresowane treningiem młodego narybku. Po co juniorzy, skoro można było takiego a takiego zawodnika ściągnąć jednym telefonem? Ja bardzo kochałem młodzież, tak sobie przygarnąłem tych chłopców, że reprezentacja juniorów składała się prawie wyłącznie z zawodników Legii. Mecz finałowy o tytuł mistrza Polski juniorów, to był dla mnie wielki mecz. Bardzo go przeżyłem, ponieważ zmierzyły się nim ŁKS, którego byłem wychowankiem i moja drużyna, którą stworzyłem. Przegraliśmy 0:1. Niestety, z tego co zdołałem się dowiedzieć po latach, ŁKS nie wygrał z nami uczciwie. Do gry z nami wystawili starszych zawodników, którym podrobiono metryki” – wspominał w wywiadzie dla „Naszej Legii” rozżalony trener juniorów Longin Janeczek. Z kronikarskiego obowiązku należy odnotować, że finałowe spotkanie o mistrzostwo Polski juniorów pomiędzy drużynami ŁKS a Legią (1:0), rozegrano 3 września 1962 roku w Warszawie, na Stadionie X-lecia. Finałowe spotkanie drużyna juniorów Legii rozegrała w następującym składzie: Zbigniew Kaliński Marek Potykanowicz, Jerzy Stanisławski, Karol Siara, Wiktor Łastowski, Jan Makowski, Bogusław Komendarczyk, Wiesław Korzeniowski, Waldemar Obrębski, Jan Szczepłek i Krzysztof Siejko. Ponadto w drużynie występowali: Włodzimierz Janeczek, Mirosław Goszczyński, Wojciech Konarzewski i Ronald Doubrawa.


Puchar Polski 1966 w rękach kapitana drużyny Lucjana Brychczego.

Trener Janeczek po objęciu funkcji szkoleniowca pierwszoligowej drużyny Legii uważał, że piłkarze nie potraktowali go zbyt poważnie. „W drużynie juniorów w piłkę bawiłem się z młodzieżą, a w pierwszej trafiłem na cwaniaczków, którzy traktowali mnie niezbyt poważnie. Dopiero po upływie około pół roku mojej pracy przekonali się, że Janeczek nie jest taki głupi” – mówił na łamach NL. Trenerowi Janeczkowi zarzucano, że zabierając ze sobą do pierwszej drużyny kilku juniorów uparcie odmładzał zespół. „Moim dążeniem było oprzeć drużynę Legii na warszawiakach, zyskać sympatię publiczności, która tego żądała i nareszcie wyzwolić Legię z tego przepływu zawodników z innych regionów, którzy tu grali, ale myślami byli gdzie indziej” – odpowiadał na zarzuty Janeczek.

Jednym z jego najzdolniejszych piłkarzy był Wiesław Korzeniowski, nazywany „Dzieckiem Czerniakowa”. Ten chłopak miał nieprzeciętny talent, poza tym nauka piłkarskiego rzemiosła przychodziła mu z dużą łatwością. To go wyróżniało spośród innych, młodych piłkarzy trenujących przy ulicy Łazienkowskiej. Dlatego już jako bardzo dobrze wyszkolonego technicznie młodzika wysłano Korzeniowskiego wraz z trenerem Kazimierzem Górskim do Szwecji, jako demonstratora na międzynarodowym kursie szkoleniowym. Tam zrobił furorę, a jego umiejętności wzbudziły zachwyt obserwatorów z całej Europy. W nagrodę za wspaniały kunszt piłkarski otrzymał od organizatorów zegarek marki „Omega”, który jednak na zawsze pozostał w rękach opiekunów... Cóż, takie były czasy, a zegarek „Omega” to było cacko najwyższej klasy, dla Polaków nieosiągalne. Zadra związana z tym zegarkiem tkwiła w Korzeniowskim do końca.


Trofea Legii w specjalnej gablocie, umieszczonej przy trybunie krytej stadionu Legii na 50-lecie klubu.

Przejdźmy teraz do spraw pięściarstwa. Po raz kolejny drużyna Legii nie dała się zdystansować rywalom, zdobywając dziesiąty tytuł mistrza Polski, co było osiągnięciem rekordowym. Legia była najrówniejszym zespołem I ligi. Należała też do najlepiej wyszkolonych technicznie drużyn. „Pięściarze Legii to osobny rozdział w historii polskiego boksu. Dziesięć tytułów mistrza Polski zdobytych na przestrzeni ostatnich 11 lat, to wyczyn bez precedensu w sporcie i to nie tylko krajowym” – pisał 16 września 1962 roku „Żołnierz Wolności”. Z innych sekcji, oprócz piłkarzy, w sezonie 1962 spory zawód sprawili siatkarze. Typowani na mistrza Polski grali jakby bez wiary we własne siły. Udany sezon zaliczyli kolarze. Sekcja zaczęła się rozrastać, a jako ciekawostkę należy podać fakt, że to nie Legia ściągała teraz do siebie zawodników, ale kluby zabiegały o to, by ich kolarzami w okresie odbywania służby wojskowej zainteresowała się Legia.

W 1963 roku, na skutek niedbalstwa kierownictwa sekcji lekkoatletyki WKS Legia, miał miejsce skandal z niedopuszczeniem lekkoatletycznej drużyny juniorów Legii do mistrzostw Polski w Poznaniu. „Dlaczego zasadniczą karę za zaniedbania etatowych pracowników klubu ponoszą młodzi zawodnicy? Czy to jest wychowawcze, mobilizujące?” – oburzali się komentatorzy sportowi na łamach wielu pism. Nie był to jedyny zgrzyt dotyczący Legii. Sprawą, która pod koniec 1963 roku odbiła się szerokim echem w krajowej opinii sportowej, było ukaranie walkowerem siatkarzy Legii za opuszczenie parkietu podczas meczu z zespołem Chełmca w Wałbrzychu. „Dalecy jesteśmy od ferowania wyroków, wydaje się jednak mimo wszystko, iż spotkanie Chełmiec Wałbrzych – Legia, nie przebiegało w atmosferze, która sprzyjałaby prowadzonej od kilku miesięcy na naszych boiskach akcji fair play” – broniono siatkarzy Legii na szpaltach „Żołnierza Wolności”.


Rok 1966. Powitanie zawodników przed meczem Legii z Tottenhamem (2:0), rozegranym na stadionie X-lecia w Warszawie z okazji 50-lecia klubu z Łazienkowskiej.

Bardzo obiecująco sezon 1963/1964 rozpoczęli piłkarze. Trener Janeczek na fali popularności „brasiliany”, dążył do wprowadzenia nowego stylu gry – 4-2-4, stosowanego wówczas przez większość drużyn świata. Dla Legii było to dobre pociągnięcie, ponieważ w pierwszych dwóch spotkaniach zwyciężyła kolejno Pogoń Szczecin (5:2) i ŁKS (4:1), przy czym w meczu z łodzianami hat-trickiem popisał się Janusz Żmijewski. Z kolei w meczu z Ruchem (4:0), podobnego wyczynu dokonał Lucjan Brychczy. Po tym spotkaniu „Trybuna Ludu” tytułując swoje sprawozdanie „Legia rozegrała najlepszy mecz sezonu”, pisała: „Piłkarze Legii nawiązują w tym sezonie do swych najlepszych tradycji”. Zawodnicy Legii na tyle opanowali nowy system gry wdrażany im przez trenera Janeczka, że urośli do roli faworyta rozgrywek ligowych.

19 października 1963 roku przy ulicy Łazienkowskiej „wojskowi” rozegrali fantastyczne spotkanie z Górnikiem Zabrze, wygrywając 2:0. Najpierw w 7. minucie Huberta Kostkę pokonał Lucjan Brychczy. Później obrońca Legii Jerzy Woźniak kapitalnym strzałem z rzutu wolnego podwyższył na 2:0. Był to gol z rodzaju – „stadiony świata”. Po meczu kibice zgodnie twierdzili, że był to strzał życia Woźniaka i już tylko dla obejrzenia tej „bomby” warto było przyjść na Stadion Wojska Polskiego. Po zakończeniu rundy jesiennej sezonu 1963/1964, Legia zajmowała najbardziej eksponowane miejsce w tabeli – zdobywając tytuł mistrza półmetka rozgrywek. Z kronikarskiego obowiązku należy przypomnieć, że równie dobrze legioniści radzili sobie w rozgrywkach o Puchar Polski. Legendą obrósł pojedynek Legii z A-klasowym Mazurem Karczew. W miasteczku słynącym przede wszystkim z doskonałej kiełbasy, na „karczewskiej łączce” – jak nazywano stadionik Mazura – zjawiła się słynna Legia, lider ligowych rozgrywek. Niespodzianki nie było, legioniści szybko strzelili pięć bramek, w dalszej części gry pozwalając sobie na pozorowanie gry. Dodatkową zdobyczą pucharowej potyczki z A-klasowym Mazurem, było odkrycie dla Legii Władysława Grotyńskiego i Feliksa Niedziółki.

Rewelacyjna postawa Legii skłoniła dowództwo armii, by „wojskowi”, wzmocnieni kilkoma zawodnikami z innych klubów, reprezentowali Wojsko Polskie na turnieju piłkarskim Spartakiady Armii Zaprzyjaźnionych, odbywającej się w dalekim Wietnamie. Zgodnie z ówczesną propagandą impreza ta została rozdmuchana do granic absurdu. Wobec czego dochodziło do tak kuriozalnych sytuacji, jak ubieranie w mundur... cywila Henryka Grzybowskiego. Udział w SAZ reprezentacji Wojska Polskiego, opartej na zawodnikach Legii, nie wypadł zbyt okazale. Drużyna zajęła szóste miejsce, a zwyciężyła reprezentacja Armii Czerwonej. Dobra postawa piłkarzy Legii w lidze, jak i rozgrywkach o Puchar Polski, nie była gwarantem pracy z drużyną dla trenera Longina Janeczka. Dlatego podczas rozgrywek, w tajemnicy przed wszystkimi, rozpoczęto pertraktacje z Jugosłowiańskim trenerem Virgilem Popescu. Tak więc gdy na skutek mozolnej pracy trenera Janeczka zawodnicy przyswajając nowy system gry nabrali szlifu... zmieniono szkoleniowca. Majora Longina Janeczka zastąpił reprezentant Jugosławii Virgil Popescu. Zmiana trenera nie wyszła drużynie na dobre, „wojskowi” – zaliczając wiele wpadek – stracili szanse na mistrzowski tytuł. Rekompensatę za niepowodzenie w lidze, stanowiły tytuł „króla strzelców” Brychczego (18 bramek) i zdobycie Pucharu Polski.


Reprezentacja Warszawy w piłce nożnej z Pucharem Stołecznej Rady Narodowej. W górnym rzędzie od lewej: Walerian Kisieliński (trener), Krystian Michalik (Gwardia), Zbigniew Pocialik (Gwardia), Antoni Mahseli (Legia), Antoni Trzaskowski (Legia), Władysław Grotyński (Legia), Kazimierz Deyna (Legia), Ryszard Kielak (Gwardia). W dolnym rzędzie od lewej: Feliks Niedziółka (Legia), Stanisław Fołtyn (Legia), Wiesław Korzeniowski (Legia), Lucjan Brychczy (Legia), Jacek Gmoch (Legia), Joachim Marks (Gwardia) i Robert Gadocha (Legia).

Zdobycie przez Legię Pucharu Polski w sezonie 1963/1964, po nieudanym sezonie w lidze, było nagrodą pocieszenia. Nie ulega wątpliwości, że to piłkarze spod znaku „eLki” byli faworytami meczu finałowego, w którym mieli się zmierzyć z bytomską Polonią. Po pierwsze Legia po raz czwarty grała w finale tych rozgrywek, a Polonia po raz pierwszy. Po drugie, finałowy mecz rozgrywano na Stadionie X-lecia w Warszawie, legioniści grali więc jakby na swoim stadionie. Wobec powyższego zanim jeszcze piłkarze wybiegli na boisko... dla większości kibiców Legia już była triumfatorem rozgrywek. Życie jak zwykle zweryfikowało nieco te plany i piłkarze Legii na ostateczny sukces musieli się mocno napracować, wygrywając dopiero po dogrywce 2:1. Chociaż mecz rozgrywano 1 maja 1964 roku, to na skutek dogrywki kończono go w ciemnościach. Piłka i zawodnicy ginęli w mroku i kiedy na trybunach zaczęto mówić o powtórce finału, Henryk Apostel w 118. minucie strzelił zwycięskiego gola.

Zdobywając po raz trzeci w historii klubu Puchar Polski, drużyna Legii wystąpiła w następującym składzie: Stanisław Fołtyn, Antoni Mahseli, Antoni Piechniczek, Jacek Gmoch, Antoni Trzaskowski, Joachim Krajczy, Wiesław Korzeniowski, Janusz Żmijewski, Lucjan Brychczy, Henryk Apostel i Hubert Kulanek. W powyższym zestawieniu z pewnością razi brak takich nazwisk jak: Jerzy Woźniak, Henryk Grzybowski i Bernard Blaut. Jerzy Woźniak pauzował na skutek złamania ręki, Henryka Grzybowskiego z gry wykluczyła kontuzja pachwin, natomiast Bernard Blaut po zakończeniu służby wojskowej zdecydował się zostać w Legii i w związku z tym działacze Odry Opole robili ogromne trudności. Oto jak „Żołnierz Wolności” relacjonował zaistniałą sytuację: „Okazało się, że zwykły obywatel nie może decydować o swoim losie, o wyborze miejsca zamieszkania, jeżeli oczywiście chce nadal uprawiać swoją ulubioną dyscyplinę sportu”. By zdyskredytować Bernarda Blauta w oczach opinii publicznej, działacze z jego macierzystego klubu rozpuścili po kraju plotkę, jakoby piłkarz zażądał od Odry horrendalnych pieniędzy w kwocie 70 tysięcy złotych... tytułem strat za grę w „wojskowej” Legii za skromny żołd. Natomiast Legia w przypadku pozostania Blauta w Warszawie i pełnienia przezeń służby nadterminowej, obiecała spełnić jego finansowe oczekiwania. Były to brednie wyssane z palca. „Przecież stwierdzenie przez działaczy, iż zawodnik zwrócił się do nich z propozycją wypłacenia 70 tysięcy złotych, kwalifikuje się do rozpatrzenia przynajmniej przez nasze sportowe władze, gdyż jest to nadużycie nie tylko etyki zasad sportowca” – czytamy w archiwalnym numerze „Sportowca”.

W maju 1964 roku doszło do jakże spektakularnego spotkania z udziałem koszykarzy Legii, który w wypełnionej po brzegi Hali Gwardii zmierzyli się z drużyną... gwiazd NBA. „Przyjechali naprawdę najbogatsi z NBA, a my, to biedna Legia, która na europejskim poziomie grała, ale w rywalizacji klubowej” – wspominał w jednym z wywiadów ówczesny koszykarz Legii Andrzej Pstrokoński. „Przed wyjściem na parkiet myśleliśmy o jednym, by się nie skompromitować. No, chłopaki, idziemy na bój... może ostatni – mówiliśmy sobie” – ciągnął dalej swoją opowieść koszykarz Legii. „Trzymaliśmy się przez ponad pół godziny, potem Amerykanie zrobili wynik z przewagą 20 punktów. To był świetny wynik, ponieważ później innych walili po 50 punktów” – podkreślał z dumą Pstrokoński. Po meczu – wzorem piłkarzy – koszykarze Legii poszli z gwiazdami światowej koszykówki trochę się zabawić. „Były dziewczyny i w ogóle...” – rozmarzył się były as koszykarskiej drużyny Legii. „My, koszykarze, do Grandu wchodziliśmy jak do siebie. Piłkarze, oni mieli inne miejsca pobytu, szli na ilość, a my na jakość. Siatkarze się wtedy nie liczyli” – podsumował Pstrokoński.


Trener Jaroslav Vejvoda podczas zajęć z piłkarzami Legii – z lewej dwie wielkie gwiazdy w jego drużynie: Lucjan Brychczy i Kazimierz Deyna. Za szkoleniowcem stoi Władysław Dąbrowski.

Zdobywając Puchar Polski jedenastka piłkarskiej Legii reprezentowała Polskę w rozgrywkach o Puchar Zdobywców Pucharów. Jej przeciwnikiem była drużyna Admiry Wiedeń. „Wojskowi” po dobrej grze, wygrywając w Wiedniu (2 września 1964 roku 3:1, bramki: Brychczy i Żmijewski – dwie) i w Warszawie (23 września 1:0, bramka Brychczy), tym samym zostali pierwszą drużyną z Polski, która awansowała do drugiej rundy europejskich pucharów. Kolejnym pucharowym rywalem Legii był turecki zespół Galatasaray Stambuł, z którym by awansować do dalszej fazy rozgrywek PZP, legioniści stoczyli trzy mecze: kolejno wygrywając w Warszawie (2:1), przegrywając w Stambule (0:1) i wygrywając (1:0) na neutralnym terenie w Bukareszcie. Kiedy poznano przeciwnika Legii w ćwierćfinale rozgrywek o PZP, którym okazał się silny niemiecki zespół TSV 1860 Monachium, działacze przeczuwali koniec pucharowej przygody. I mieli rację. Już w pierwszym meczu w Warszawie (3 marca 1965 roku), po fatalnych błędach rezerwowego bramkarza Ignacego Penconka (pierwszy bramkarz Stanisław Fołtyn miał złamaną rękę), Legia przegrała 0:4. W międzyczasie trzeci bramkarz Legii Władysław Grotyński w wojskowej kantynie poważnie poturbował jednego z zapaśników, za co trafił do „ancla”. W obawie przed monachijskim blamażem zdesperowany trener Virgil Popescu szukał pomocy wśród... dziennikarzy. Ci podpowiedzieli mu, że w wojskowym areszcie siedzi całkiem niezły bramkarz Grotyński. Trener posłuchał, wyciągnął bramkarza z ponurej celi, Legia (17 marca 1965 roku) zremisowała w Monachium 0:0, a były aresztant i debiutant w legijnej bramce został okrzyknięty najlepszym zawodnikiem meczu. Od tamtej pory Władysław Grotyński na długie lata został pierwszym bramkarzem Legii.


Trener Tadeusz Chruściński z juniorami wywalczył w 1969 roku tytuł mistrza Polski.

Po zakończeniu sezonu, kiedy rumuński szkoleniowiec Virgil Popescu nie spełnił oczekiwań działaczy i rozwiązano z nim umowę, prowadzenie drużyny zaproponowano trenerowi rezerw ppor. Ignacemu Ordonowi. Ten odmówił tłumacząc, że jeszcze nie jest gotowy i musi przynajmniej rok popracować z drugą drużyną Legii, by mógł ocenić przydatność niektórych zawodników aspirujących do gry w pierwszej drużynie. Wobec tego z Zawiszy Bydgoszcz rozkazem ściągnięto mjr. Longina Janeczka. Już wówczas działacze i piłkarze Legii wyjazdy na mecze pucharowe traktowali jako okazję do podreperowania swoich budżetów. W archiwach zachowały się dokumenty z których wynika, że przemytniczym procederem trudnili się nawet najwyżsi rangą działacze Legii. Na przykład podróżujący z piłkarzami w roli asa kontrwywiadu gen. bryg. Tadeusz Jedynak, wykorzystując swój paszport dyplomatyczny przewoził w dużej skrzyni z Monachium futra, które były... własnością zawodników. Przywożono też do kraju towary, które można było szybko spieniężyć. To był początek przemytniczej historii, która w późniejszych czasach odcisnęła piętno na dobrym imieniu Legii.

Rzadko się zdarza, by rzeczywistość była tak piękna jak marzenia. Tak było na XVIII Igrzyskach Olimpijskich w Tokio, gdzie polscy zawodnicy wywodzący się z Legii odnieśli wiele cennych zwycięstw, przywożąc do kraju grad medali. Pięściarz Legii Jerzy Grudzień spełnił marzenia wszystkich kibiców i działaczy o olimpijskim złocie. Był pierwszym sportowcem Legii, który zdobył mistrzostwo olimpijskie. „Dekoracja złotym medalem, spiker wymienia nazwisko zwycięzcy ‘Grudzień-san’. Włodzimierz Reczek zawiesza złoty medal na szyi rodaka” – pisano w książce „Bij mistrza”. „W Warszawie wielka feta. Pani Irena – małżonka, synowie Mariusz i Robert, byli bardzo dumni z męża i tatusia. Ze swojego Józka” – czytamy dalej. Poza nim medale na olimpiadzie w Tokio zdobywali następujący legioniści: kpt. Marian Foik – srebro w sztafecie 4x400, Jerzy Różycki – srebro we florecie, kpt. Marian Zieliński – brąz w podnoszeniu ciężarów, plut. Andrzej Badeński – brąz w biegu na 400 m., Maria Golimowska i Danuta Kordaczuk – brąz w siatkówce, kpt. Jerzy Pawłowski, kpt. Andrzej Piątkowski i Ryszard Zub – brąz w drużynie szablowej. „Jest to największy sukces, jaki odnieśli kiedykolwiek reprezentanci naszego Klubu. Cenimy to i jesteśmy z tego dumni” – pisali autorzy klubowego „Sprawozdania” za rok 1964.


Stadion Wojska Polskiego, rok 1965. Kapitanowie drużyn przed meczem w ramach rozgrywek o Puchar UEFA Legia – TSV 1960 Monachium.

Jakże inne nastroje panowały w Legii w kolejnym roku, kiedy to sportowcy spod znaku „eLki” utracili kilka mistrzowskich tytułów. Również piłkarze walczyli w rozgrywkach ligowych ze zmiennym szczęściem, przy czym więcej było zaskakujących i nieoczekiwanych porażek niż zwycięstw. Taka huśtawka nastrojów i formy była przyczyną tego, że w pewnym momencie rozgrywek Legia pozostawała drużyną zagrożoną spadkiem z ekstraklasy. „Zupełnie niespodziewanie na końcu stawki znalazła się Legia z jednym punktem i Ruch, bez żadnej zdobyczy” – czytamy z kart książki „Liga gra...”. Do jaśniejszych punktów sezonu 1964/1965 należałoby zapisać tytuł „króla strzelców”, który zdobył Lucjan Brychczy strzelając 20 goli.

Rok 1966 był szczególnym w historii Legii, ponieważ hucznie obchodzono jubileusz 50-lecia klubu. Dzięki archiwom IPN i zachowanym dokumentom bezpieki mamy możliwość poznać historię obchodów jubileuszu Legii od strony, o której w czasach komunizmu nie moglibyśmy nawet pomarzyć. Ze sprawozdań funkcjonariuszy bezpieki dowiadujemy sie, że w PRL-u trwały ostatnie przygotowania do uroczystości obchodzenia tysiąclecia państwa polskiego (966-1966). Ta rocznica rodziła konflikt na linii państwo-kościół. Dla obu stron obchody Milenijne były swoistą próbą sił. Władze nie szczędziły sił i środków, żeby nadać obchodom świecki charakter. Chodziło o odciągnięcie obywateli od uroczystości organizowanych w kościołach. Cały aparat państwowy został zaangażowany w tę akcję. W związku z tym wykorzystano jubileusz Legii, który zorganizowano z wielką pompą i towarzyszącym temu ceremonialnym imprezom. Ale szybko się okazało, że akademie i spotkania z najlepszymi sportowcami Legii, a nawet mecz piłki nożnej Legia – Tottenham (2:0) organizowane w czasie uroczystości kościelnych, nie były w stanie zakłócić przebiegających obchodów religijnych. Na mecz, który miał odciągnąć ludzi od obchodów kościelnych, zorganizowany z premedytacją – ze względu na dużą pojemność – na Stadionie X-lecia, wybrało się tylko ponad 60 tysięcy widzów. Wśród gości honorowych zasiedli ówczesny minister Spraw Wewnętrznych Mieczysław Moczar oraz Minister Obrony Narodowej, gen. broni Jerzy Bordziłowski. Trzeba przyznać, że zespół Tottenhamu potraktował mecz z Legią nad wyraz ulgowo, tak więc sukces w postaci zwycięstwa 2:0 okraszony był lekkim „zakalcem”. Okrzyknięty wielkim odkryciem jubileuszowych spotkań drużyny piłkarskiej Legii – 30 kwietnia z Duklą (1:1, bramka Pieszko) i 3 maja z Tottenhamem (2:0) – został wypożyczony z Zawiszy Bydgoszcz napastnik Jan Pieszko.

W tymże 1966 roku do Warszawy przyjechał czechosłowacki trener Jaroslav Vejvoda i zaczął przyrządzać piłkarski rarytas, na który w Warszawie czekano od dziesięciu lat. Kulturalny i zawsze mający swoje zdanie Vejvoda nie raz i nie dwa doprowadzał do szału rządzących w klubie oficerów. Szczególnie w sytuacji, kiedy wchodzili do szatni z nieodpartą chęcią przekonania trenera, że powinien wstawić do składu tego a nie innego zawodnika. Wówczas to grzecznie, z klasą, lecz tonem nie znoszącym sprzeciwu pokazywał im drzwi mówiąc, że w szatni on jest generałem. „Chcecie, bardzo proszę, jeśli ktoś potrafi zrobić to lepiej, niech zajmie moje miejsce” – tłumaczył w takich chwilach. Niemniej początek w Legii trener Vejvoda miał słaby i nie brakowało głosów żałujących zatrudnienia czeskiego szkoleniowca. Ale „Pepik”, jak go nazywano, mając wizję stworzenia z Legii czołowej drużyny piłkarskiej w Europie nie zrażał się nieprzychylnymi opiniami, stopniowo i z żelazną konsekwencją wprowadzał swoje porządki. Niestety w roku jubileuszowym piłkarze się nie popisali. Z dorobkiem 26 punktów uplasowali się na szóstym miejscu w tabeli ekstraklasy. Na szczęście „na otarcie łez” były jeszcze rozgrywki o Puchar Polski. Zawody te okazały się dla Legii częściową rekompensatą za przeciętną postawę w lidze. W cieniu doniosłych wydarzeń jubileuszowych piłkarze Legii zdołali dotrzeć do finału, w którym 15 sierpnia 1966 roku na stadionie Warty w Poznaniu rozgromili Górnika Zabrze 4:1!

U schyłku 1966 roku w barwach „wojskowych” zadebiutowało dwóch młodych zawodników, którzy zachwycając swoją grą na trwałe zapisali się w historii klubu. W listopadzie szansę gry w pierwszej drużynie dostali Robert Gadocha i Kazimierz Deyna. Najpierw szczęście uśmiechnęło się do Gadochy, który 13 listopada w Bydgoszczy, podczas meczu ligowego Legii z Zawiszą (0:0), po raz pierwszy zagrał w słynnej Legii. Tydzień później, 20 listopada, tym razem na Stadionie Wojska Polskiego podczas meczu o mistrzostwo ekstraklasy Legia – Ruch Chorzów (0:0) w koszulce Legii pojawił się kolejny debiutant – Kazimierz Deyna. Grający w ataku nowy nabytek Legii nie zachwycił, o czym w tytule z relacji meczu informowano na łamach „PS”: „Debiutancka trema paraliżowała ruchy Dejny”, wówczas nawet nie przywiązując wagi do poprawnej pisowni nazwiska. Natomiast znużenie piłką odczuwał najlepszy piłkarz w dotychczasowej historii klubu Lucjan Brychczy, który poważnie rozważał pożegnanie z boiskiem. „Przykro mi trenerze, ale straciłem motywację do dalszego kontynuowania kariery” – powiedział trenerowi Vejvodzie, kiedy ten obijającego się na treningach „Kiciego” wyrzucił z zajęć. Wówczas to Vejvoda dokonał rzeczy wydawałoby się niemożliwej. Namówił 36-letniego zawodnika do ciężkiej harówki, tłumacząc: „Chciałbym, żebyś zmienił zdanie. W dalszym ciągu posiadasz wielką piłkarską klasę. Obiecuję ci, że jeśli zaczniesz sumiennie trenować i stosować się do moich zaleceń, przez dwa, trzy lata będziesz grał jak za swoich najlepszych czasów”. Od tamtej pory nastąpiło odrodzenie „Kiciego”, któremu trener przydzielił rolę przewodnika drużyny.


Piłkarze Legii z kibicami fetują na stadionie przy ulicy Łazienkowskiej zdobycie tytułu mistrza Polski w 1969 roku. Chwilę wcześniej pokonali Ruch Chorzów 6:0.

Rok 1967 był okresem, w którym przede wszystkim myślano o przygotowaniach sportowców Legii do olimpiady w Meksyku ‘68. W związku z tym wszelkie poczynania w klubie były w jakimś sensie powiązane z zakwalifikowaniem się najlepszych zawodników do reprezentacji olimpijskiej. Siłą rzeczy sportowcy Legii wielu dyscyplin, realizując plany szkoleniowe trenerów, by z optymalną formą trafić na olimpiadę, nie zawsze myśleli tylko o miejscu w tabeli. Czy to się komuś podobało czy nie, to jednak piłka nożna pozostawała siłą napędową klubu i od piłkarzy wymagano zwycięstwa w rozgrywkach ligowych. Tym bardziej, że odmłodzenie zespołu – jak się później okazało – bardzo utalentowanymi zawodnikami – Kazimierzem Deyną i Robertem Gadochą – zbawiennie wpłynęło na postawę pozostałych zawodników.

Do stylu gry młodszych kolegów dostosował się „mistrz” Brychczy, dzięki czemu legioniści rozegrali szereg porywających spotkań. „Legia miała kilka spotkań doskonałych, podczas których mieliśmy okazję obserwować futbol naprawdę najwyższej marki – szybki, pomysłowy, dobry technicznie” – pisano w „Trybunie Ludu” z 24 czerwca 1967 roku, w komentarzu poświęconym zakończeniu rozgrywek I ligi. „Dzięki tej metamorfozie zespół wojskowych uplasował się na wysokim, czwartym miejscu w tabeli. Wielka szkoda, że przyszła ona tak późno. Gdyby forma zawitała wcześniej, to kto wie, czy Górnik cieszyłby się po raz ósmy tytułem mistrzowskim” – podsumowano. „Świetna praca szkoleniowa trenera Vejvody oraz ambitna postawa zawodników pozwalały nam patrzeć z optymizmem na czekający nas nowy sezon” – czytamy w klubowym „Sprawozdaniu” za rok 1967.


1 października 1969 roku. Losowanie stron boiska przed meczem Legii z UT Arad, w ramach eliminacji Pucharu Klubowych Mistrzów Europy. Legia odniosła w tym spotkaniu rekordowe zwycięstwo w pucharach (8:0). Z lewej kapitan Lucjan Brychczy.

15 października 1967 roku przeszedł do historii klubu. W meczu z Polonią Bytom (0:0) Lucjan Brychczy po raz 500 wystąpił w barwach Legii! Rzadki to piłkarski jubileusz, dlatego przed rozpoczęciem meczu odbyła się miła uroczystość, podczas której kierownictwo klubu wręczyło „Kiciemu” bukiet kwiatów i okolicznościowy, pięknie haftowany proporczyk. W roku 1967 zakończyli także swe bogate kariery sportowe zasłużeni piłkarze Legii, reprezentanci Polski i olimpijczycy (1960): Jerzy Woźniak i Henryk Grzybowski. Po zakończeniu rundy jesiennej 1967/68 drużyna Legii wyruszyła na dwa mecze do Afryki. Spotkania te stanowiły uświetnienie imprezy zorganizowanej z okazji święta narodowego Algierii. W pierwszym spotkaniu, rozegranym 31 października 1967 roku w Oranie, Legia wygrała z młodzieżową reprezentacją Algierii 1:0, po bramce strzelonej przez Janusza Żmijewskiego.

W drugim meczu, który odbył się 1 listopada 1967 roku w Algierze, Legia tym razem zremisowała z reprezentacją Algierii 2:2, po bramkach Brychczego i Gadochy. Ten mecz zyskał szczególną oprawę. Trybuny stadionu wypełnione były kilkudziesięcioma tysiącami kibiców, a w loży honorowej zasiadł przewodniczący algierskiej rady rewolucyjnej, odpowiednik naszego premiera, Bumedien. Mało brakowało, by ten wyjazd zakończył się międzynarodowym skandalem. Według wcześniejszych ustaleń algierczycy mieli przed meczem zapłacić piłkarzom Legii. Ponieważ nie wywiązali się z umowy, trener Jaroslav Vejvoda polecił zawodnikom, by ci nie wychodzili na boisko. Jednak na wyraźne polecenie władz partyjnych – na trybunach stadionu w składzie polskiej delegacji zasiadał wicepremier PRL tow. Piotr Jaroszewicz, co w tamtych czasach znaczyło „propozycję nie do odrzucenia” – legioniści rozegrali spotkanie. Co ciekawe tego polityka w ogóle nie widywano na meczach Legii. Władza ludowa PRL-u, dokonując kolejnego wielkiego kroku umocnienia autorytarnych rządów, wprowadziła do konstytucji zapis, że PZPR jest kierowniczą siłą narodu, a Polska jest krajem socjalistycznym związanym sojuszem z ZSRR, zaś prawa obywateli mają być uzależnione od wypełnienia przez nich obowiązku wobec socjalistycznego państwa. Przeciwko takim zapisom ośmielili się zbuntować studenci Uniwersytetu Warszawskiego i innych uczelni.


Po meczu z St. Etienne francuska prasa nazwała Kazimierza Deynę (z meczowym proporcem) „La generale”.

Nie bacząc na niebezpieczeństwo, w marcu 1968 roku wyszli na ulice, by żądać wolności. Protest młodych tłumiono pałkami, jednocześnie władza PRL-u roznieciła antysemicką nagonkę zmuszając do wyjazdu z Polski tysiące ludzi z żydowskim rodowodem. W prasie na ten temat nie można było pisnąć ani jednego słowa. W związku z wydarzeniami marcowymi, również działaczy Legii nie ominęła czystka etniczna. Usuwano w cień oficerów wyższej rangi o żydowskim rodowodzie. Chociaż oficjalnie w Legii prześladowań nie było, w głębokiej tajemnicy wnikliwie badano pochodzenie etniczne oficerów zarządzających klubem. Taktyka wywiadu była prosta. Podczas wyborów zarządów do poszczególnych sekcji, będący dotychczas we władzach sportowych Legii „syjoniści” – a więc Żydzi – przepadali w „tajnym” głosowaniu, otrzymując... najmniej głosów. By nie zostać posądzonym o rasizm, tajne służby zdecydowały o pozostawieniu w klubie mecenasa Jerzego Lewińskiego, będącego osobą narodowości żydowskiej, mającego za sobą przeszłość oficera policji żydowskiej w Getcie warszawskim... dzięki czemu zyskał szczególne uznanie bezpieki. W międzyczasie Wojsko Polskie, wspólnie z Armią Czerwoną, dokonało najazdu na Czechosłowację, by w bezbronnym bratnim kraju „zaprowadzić ład i porządek”. „Te przykre wydarzenia wywarły ogromny wpływ na naszą psychikę. W szatni nie potrafiliśmy rozmawiać o piłce, kiedy na ulicach Warszawy wrzało, a UB-ecy pacyfikowali uniwersytety. W dodatku kręcący się w klubie agitatorzy polityczni wpajali nam, robiąc mętlik w głowach, że imperializm czyha tylko na to, by pognębić nas, żyjących w państwie socjalistycznym i zabrać nam wszystkie zdobycze tego wspaniałego systemu” – czytamy we „Wspomnieniach ‘Kiciego’”.


26 listopada 1969 roku. Powitanie kapitanów AS St. Etienne oraz Legii – Roberta Herbina i Lucjana Brychczego (z prawej).

W cieniu wydarzeń marcowych (10 marca 1968 roku), przy niemal pustych trybunach w zimowej scenerii i błocie, Legia zmierzyła się z chorzowskim Ruchem, remisując 1:1. Rok 1968 był drugim rokiem pracy w Legii trenera Jaroslava Vejvody. Czechosłowak coraz pewniej czuł się przy ulicy Łazienkowskiej, ponieważ początkowo nieufni mu działacze widząc efekty jego pracy, pozostawili „Pepikowi” całkowicie wolną rękę przy ustalaniu składu drużyny. Poza tym „Jarga” – to jedno z wielu przezwisk Vejvody – wprowadził w drużynie dyscyplinę, o jakiej poprzedni trenerzy Legii mogli tylko pomarzyć. Karności wymagał od wszystkich, czy to był jego pupil Bernard Blaut, czy kolejny ulubieniec Kazimierz Deyna, których potrafi ł przykładnie ukarać za przewinienia. W przypadku Blauta pięciominutowe spóźnienie na trening, czy Deyny za nieobecność na treningu – odsunięciem od meczu.

13 czerwca 1968 roku, po meczu Legii z Górnikiem Zabrze (0:0), na Stadionie Wojska Polskiego doszło do niewyobrażalnej dziś sytuacji. Na murawę wbiegły setki warszawskich kibiców, by w dowód uznania broniącego fenomenalnie w tym spotkaniu bramkarza gości Huberta Kostkę... odprowadzić do szatni! W meczu tym młokos Kazimierz Deyna, pewny siebie i z tupetem, uprzedzając „mistrza” Brychczego w egzekwowaniu karnego, zamanifestował w Legii... zmianę warty. Gwoli ścisłości „rebeliant” Deyna karnego nie strzelił... Musiał uznać wyższość Kostki. Kazimierz Deyna, który był człowiekiem dość specyficznym, wyprowadzając go z równowagi zepchnął w cień Wiesława Korzeniowskiego. Bojąc się utraty miejsca w drużynie, a przede wszystkim tego, że młody Deyna piłkarsko zdystansował go już kompletnie – w dodatku szydząc z jego umiejętności – „Korzeń” stracił gdzieś „motor”, który napędzał go przez ostatnie lata. To zapewne sprawiło, że do dziś o Wiesławie Korzeniowskim mówimy: „Największy niespełniony talent w historii Legii”. Deyna grał wówczas tak fantastycznie, że swoją grą uszczęśliwiał kibiców, a „Cudowne Dziecko Czerniakowa” popadło w sportowe zapomnienie. O świetnej grze „Kaki” świadczy popis z przedostatniej kolejki sezonu 1967/68, kiedy to w meczu z ŁKS (7:0) był zdobywcą czterech goli!


W akcji napastnik Legii Jan Pieszko.

Wakacje 1968 roku piłkarze Legii spędzili na boisku w cieniu wielkiego sportowego święta, jakim bez wątpienia były Igrzyska Olimpijskie w Meksyku, oraz meldunkach o sukcesach legionistów, zdobywców olimpijskich medali. Tym razem w laurowy wieniec czempiona olimpijskiego przystrojono szermierza Jerzego Pawłowskiego. Jeśli zaś chodzi o pozostałych legionistów, to udekorowano ich medalami z nieco słabszego kruszcu: srebrnym pięściarza Jerzego Grudnia, brązowymi ciężarowca Mariana Zielińskiego, kolarza torowego Janusza Kierzkowskiego oraz siatkarki Krystynę Jakubowską-Toboli i Krystynę Ostromęcką-Guryn. Piłkarze zaś toczyli boje w ramach rozgrywek o Puchar Lata. Szło im bardzo dobrze i zajmując w swojej grupie pierwsze miejsce zgarnęli pulę 10 tysięcy franków. Dobrze to rokowało, ponieważ dla Legii zaczynał się najlepszy okres od czasów pracy Vejvody. Wreszcie nastały czasy, kiedy do najbardziej znaczących należały mecze Legii z Górnikiem Zabrze. Wówczas to wszyscy pasjonujący się piłką dzielili się na dwie olbrzymie grupy, z których jedni kibicowali Legii, a drudzy piłkarzom ze Śląska.

Sezon piłkarski 1968/1969 był tym, który w kronikach klubowych zapisał sie złotymi zgłoskami. Legia pod wodzą trenera Jaroslava Vejvody, przerywając hegemonię śląskich drużyn, zdobyła dla Warszawy upragnione mistrzostwo Polski. 22 czerwca 1969 roku stołeczni kibice rezygnując z niedzielnego wypoczynku i słonecznej kąpieli na warszawskiej wiślanej plaży, tłumnie stawili się przy ulicy Łazienkowskiej. Magnesem był mecz Legii z ubiegłorocznym mistrzem Polski Ruchem Chorzów, a także fakt, że istniała szansa na to, by po 13 latach tytuł mistrzowski powrócił do Warszawy. Był jeden warunek – Legia musiała przynajmniej zremisować. Piłkarze plan wykonali w 100 procentach, gromiąc Ruch 6:2 (po bramkach Pieszki – 2, Deyny – 2, Gadochy i Żmijewskiego)! Po tak efektownym zwycięstwie owacjom nie było końca. Zakochana w futbolu i swojej drużynie publiczność odśpiewała piłkarzom „sto lat”, po czym kibice wyposażeni w setki transparentów odbyli triumfalny przemarsz przez miasto, skandując nazwiska nowych mistrzów Polski: Władysława Grotyńskiego, Władysława Stachurskiego, Jacka Gmocha, Feliksa Niedziółki, Antoniego Trzaskowskiego, Andrzeja Zygmunta, Kazimierza Deyny, Bernarda Blauta, Janusza Żmijewskiego, Lucjana Brychczego, Roberta Gadochy, Wiesława Korzeniowskiego, Jana Pieszko, Horsta Mahselego, Henryka Apostela, Zbigniewa Kasalika, Zygfryda Blauta i Stanisława Fołtyna. Niestety, mecz z Ruchem był ostatnim dla Legii pod wodzą trenera Vejvody, który postanowił wrócić do Czechosłowacji. Jego miejsce miał zająć Ignacy Ordon, ale na skutek zakulisowych rozgrywek podczas tournee po USA – gdzie drużyna poleciała w nagrodę za zdobycie mistrzostwa – trenerem Legii mianowano Edmunda Zientarę.

Rok 1969 pod względem sukcesów piłkarskich nie miał sobie równego w dotychczasowej historii klubu. Trzeba przypomnieć, że poza drużyną seniorów tytuł mistrzowski zdobyli także juniorzy Legii, których trenował Tadeusz Chruściński. Jako mistrz Polski drużyna Legii została zgłoszona do rozgrywek o Puchar Europy Mistrzów Klubowych. Był to już trzeci start Legii w tych rozgrywkach. Należy przypomnieć, że pierwsze dwa legioniści kończyli na pierwszym szczeblu tych rozgrywek. W trzecim starcie los przydzielił Legii mistrza Rumunii zespół UT Arad. Włókniarze z Rumunii byli uważani za silnych rywali, dlatego zwycięstwo w Arad (2:1, bramki: Żmijewski i Gadocha) przyjęto z zadowoleniem, niemniej obawiano się rewanżu w Warszawie (1 października 1969 roku). „Pamiętam ten mecz” – wspominał na łamach NL Bernard Blaut. „To nie był zwykły mecz, lecz piłkarska uczta. Włożyliśmy w to spotkanie wszystkie swoje siły i ambicje. Mistrz Rumunii nie był słabym zespołem, a jednak tego wieczoru tylko do 51 minuty, kiedy to strzeliłem pierwszego gola, zdołał utrzymać się na poziomie godnym tytułu” – mówił Blaut. Gol strzelony przez Blauta rozpruł worek z bramkami. Wszystko, co działo się potem, fachowcy nazwali „piłkarskim poematem godnym rekordu Guinnesa”. Legioniści z minuty na minutę grali coraz składniej i skuteczniej, w rezultacie strzelając kolejnych siedem bramek (Gadocha – 2, Brychczy, Stachurski, Deyna, Żmijewski i Pieszko – po 1). Ostatecznie Legia rozgromiła UT Arad aż 8:0, strzelając wszystkie bramki w ciągu zaledwie 34 minut. To osiągnięcie wręcz nieprawdopodobne.

W kolejnej rundzie los dla Legii nie był łaskawy, wyznaczając za rywala silny zespół francuski, jeden z najlepszych w Europie – St. Etienne. Warszawskim zwycięstwem (2:1, bramki: Pieszko i Deyna) piłkarze Legii doprowadzili do wielkiej euforii swoich kibiców. Sympatycy „wojskowych” ciesząc się ze zwycięstwa nie potrafili zapanować nad emocjami. W konsekwencji na murawie wylądowało kilka twardych przedmiotów, w tym także butelka, która raniła w głowę jednego z piłkarzy mistrza Francji, Jaqueta. W tej sytuacji niewiele brakowało, by na skutek walkowera legioniści znaleźli się za burtą tych rozgrywek. Kibice Legii nie zdawali sobie sprawy z niebezpieczeństwa jakie zawisło nad ich pupilami. Legii groziły poważne kary, od wysokiej grzywny do wykluczenia klubu z rozgrywek włącznie. Na szczęście odbyło się bez walkowera i piłkarze Legii mogli wyruszyć do Francji, by w spotkaniu rewanżowym walczyć o awans do ćwierćfinału europejskich rozgrywek. 29 listopada 1969 roku – ten dzień przeszedł do historii dzięki piłkarzom Legii. Ci, dokonując prawdziwego cudu, rozgrywając fantastyczne spotkanie i zwyciężając w rewanżowym meczu z drużyną mistrza Francji 1:0 (fantastyczny gol Deyny, po którym zawodnicy mistrza Francji stanęli jak wryci i sprawiali wrażenie ludzi nie wiedzących, co się wokół nich dzieje), jako drugi polski zespół – po Górniku Zabrze – awansowali do ćwierćfinału tych rozgrywek. Francuzi załamani porażką nie przyszli nawet na pożegnalny bankiet. Przegrana z Legią zachwiała w posadach klubem, który zorganizowany niczym wspaniale funkcjonujące przedsiębiorstwo stracił nagle miliony franków. Od tego dnia St. Etienne przestał się liczyć nie tylko w Europie, ale i we Francji. To wtedy po raz pierwszy francuska prasa nazwała Kazimierza Deynę „La generale”. Po takich doświadczeniach z ćwierćfinałowym rywalem, tureckim zespołem Galatasaray Stambuł, legioniści nie mieli kłopotów. Potyczkę mistrza Polski z mistrzem Turcji można śmiało określić mianem: „Brychczy – Galatasaray 3:1”, ponieważ ten dwumecz był popisem gry właśnie Lucjana Brychczego, zdobywcy wszystkich trzech bramek – 4 marca w Warszawie (1:1) i 18 marca w Stambule (2:0).

Drużyna stworzona przez trenera Vejvodę, a później prowadzona przez trenera Edmunda Zientarę, podbijając Europę nie miała także równych sobie w kraju, sięgając w dobrym stylu po premię półmetka rozgrywek ekstraklasy sezonu 1969/1970, przez co ponownie zyskała miano „Wielkiej Legii”. Awansując do półfinału rozgrywek o Puchar Mistrzów Klubowych Europy, piłkarze z Warszawy znaleźli się w elicie czterech najlepszych drużyn kontynentu, obok takich piłkarskich potęg jak: zdobywca trofeum z 1967 roku Celtic Glasgow, mistrz Anglii Leeds United, czy mistrz Holandii Feyenoord Rotterdam. W wyniku losowania na drodze legionistów stanął słynny Feyenoord Rotterdam. Na pierwszy mecz (1 kwietnia 1970 roku) przybyło do Warszawy kilkaset holenderskich kibiców. Zrozumiałe więc, że w kraju rządzonym przez komunistów tak niecodzienni goście wywołali ogromne zainteresowanie funkcjonariuszy bezpieki. W związku z tym oddelegowano do ich inwigilacji kilkudziesięciu tajnych wywiadowców. Ludzie, widząc poubieranych w oryginalne cylindry w czerwone i białe pasy, przystrojonych szalikami w tych samych kolorach i z klubowymi flagami w rękach, przewracali oczami. Wówczas to po raz pierwszy Polacy mogli się przekonać w jaki sposób potrafią być związani ze swoim klubem kibice. Przyjezdni zaprezentowali coś, co było w Polsce zupełnie nieznane. Pogoda niestety nie dopisała, nieustannie padający deszcz zmienił boisko w błotną maź, po której trudno było się zawodnikom obydwu drużyn poruszać. Nie ułatwiało to gry, powodując kilka zmarnowanych sytuacji przez piłkarzy Legii. Najpierw Lucjan Brychczy, a później Jan Małkiewicz, nie wykorzystali swoich „setek”. „Na suchym boisku i Brychczy i Małkiewicz wykorzystaliby je z lepszym skutkiem” – pisano w „PS”. Legioniści nie wykorzystali wielkiej szansy, a bezbramkowy remis był sukcesem drużyny z Holandii. Na drugi dzień po meczu pod budkami z piwem i kawiarniami całej Warszawy mieszkańcy stolicy rozprawiali o meczu, kibicach Feyenoordu, straconej szansie i sytuacjach Brychczego oraz Małkiewicza.

Przed odlotem do Rotterdamu na mecz rewanżowy na lotnisku Okęcie miało miejsce wydarzenie, które odcisnęło trwałe piętno na historii Legii. Po tym, jak odprawiono wszystkich uczestników wyjazdu, w hali odpraw ponownie zjawiło się dwóch celników, którzy poprosili zawodników Legii – Władysława Grotyńskiego i Janusza Żmijewskiego – do... kontroli osobistej. Okazało się, że obaj piłkarze mają przy sobie znaczną sumę dolarów. „Po przeprowadzonej odprawie celnej przedstawiciel kierownictwa klubu – z-ca sekretarza Generalnego mjr Korol – na sygnał przedstawiciela Punktu Kontroli Granicznej, wspólnie z nim dokonał rozmowy z zawodnikami: sierż. Grotyńskim i sierż. Żmijewskim, polecając zostawić obcą walutę, którą przy sobie posiadają. Rozmowa była przeprowadzona dyskretnie, a zawodnik Żmijewski natychmiast przekazał ponad dwa tysiące dolarów USA” – czytamy z notatki służbowej wiceprezesa WKS Legia, płk. Edwarda Potorejko. Warunki w jakich znaleźli się piłkarze Legii nie pozwalały na koncentrację przed tak ważnym dla Legii meczem. Zestresowani legioniści 15 kwietnia 1970 roku ulegli w Rotterdamie drużynie Feyenoordu 0:2, nie awansując do finału najważniejszych rozgrywek klubowych w Europie. Po powrocie do kraju obydwu piłkarzy ukarano opłatą celno-skarbową, dążąc do zatuszowania sprawy. „Już samo to, że po interwencji gen. Huszczy pozwolono nam lecieć do Holandii świadczyło, że tej sprawie zostanie ukręcony łeb. Tak też się stało. Wojsko i Legia ją zatuszowały. Skończyło się na karach dyscyplinarnych – zawieszeniu przez klub i grzywnie 15 tys. złotych, którą pomogła mi spłacić Legia. Opowieści o tym, że pilnował nas cały czas, byśmy nie zostali w Holandii, cały autokar ludzi bezpieki to jest pic. Mieliśmy z Władkiem paszporty i gdybyśmy chcieli, zostalibyśmy w Holandii bez problemu. Dopiero później, po zakończeniu sezonu, gdzie nikt nie myślał o aresztowaniach, wynikła sprawa koszykarzy Legii – z Włodzimierzem Tramsem w roli głównej” – prostuje na łamach NL krążącą od dziesięcioleci błędną tezę o „aferze na Okęciu” jeden z jej uczestników, Janusz Żmijewski.

Po zakończeniu pucharowej przygody drużyna Legii jeszcze raz potwierdziła swoja wyższość w kraju, zdobywając kolejny tytuł mistrza Polski sezonu 1969/1970.

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 459
PLN
Cena 89
PLN
Cena 149
PLN