Legia Warszawa
vs Lechia Gdańsk
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Historia Legii Warszawa

1981-1990

W latach 80. nastąpiła fascynacja narodu etosem „Solidarności”, wywodzącej się z podziemia niepodległościowego. Dla milionów ludzi tracących zaufanie do państwa, które powinno być dla swoich obywateli autorytetem i ostoją, jawiło się ono jako nieprzyjaciel. Z kolei dla kacyków i chwalców reżimu komunistycznego, ludzie sympatyzujący z „Solidarnością” byli wichrzycielami, żywiącymi perfidne zamysły obalenia ustroju socjalistycznego. W Warszawie ważna była nie tylko „Solidarność Mazowsze”, na ulicy Łazienkowskiej tworzyła się wtedy wyjątkowa jak na Polskie warunki drużyna piłkarska, w której praktycznie na każdej pozycji grał reprezentant Polski.


Gen. Wojciech Jaruzelski ogłasza w Polsce stan wojenny.

Lata 80. ubiegłego stulecia, to dla mieszkańców stolicy przede wszystkim... dzikie kolejki. Stało się wtedy po wszystko – od papieru toaletowego po meble. Ludzie tworząc „komitety kolejkowe” gorączkowo sprawdzali listy społeczne. W szarym, biednym i smutnym mieście, były jednak także miejsca uchodzące za oazy luksusu. Jednym z takich miejsc, szczególnie ważnym dla piłkarzy Legii, był najnowszy wówczas i zarazem najnowocześniejszy hotel w Warszawie – „Vera”, nieopodal Dworca Zachodniego. W „Verze” nie brakowało „ptasiego mleka”. Tam zawodnicy Legii byli kimś więcej, niż tylko piłkarzami. W upadającym komunizmie, młodzi, dobrze ubrani w zachodnie i modne ciuchy ludzie, byli łakomym kąskiem nie tylko dla latających po hotelu „mewek”. To byli panowie życia, odwiedzający kawiarnie i restauracje, gratyfikując kelnerów solidnymi napiwkami.

Po błyskotliwym występie i triumfie w finale o Puchar Polski w Częstochowie (5:0 z Lechem), piłkarze Legii – po kilkuletniej przerwie – z nadzieją oczekiwali na start w rozgrywkach o Puchar Europejskich Zdobywców Pucharów. Wylosowany w pierwszej rundzie zdobywca Pucharu Bułgarii Slavia Sofia pozwalał na optymizm. „Najbardziej zaskoczył mnie brak zainteresowania meczem o PEZP, pomiędzy Legią, a Slavią Sofia” – pisał w korespondencji z Bułgarii wysłannik „Życia Warszawy”. „Brak większego zainteresowania meczem wyjaśnili mi dopiero koledzy z gazety ‘Oteczestwem Front’. Otóż Slavia cieszy się wśród bułgarskich kibiców popularnością warszawskiej Gwardii” – wyjaśniał dalej.

Spotkanie, które rozegrano 16 września 1980 roku w obecności zaledwie 7 tys. widzów, miało dziwny przebieg. Chociaż Legia grała przeciętnie, zepchnęła gospodarzy do obrony prowadząc od 38. minuty po golu Henryka Miłoszewicza 1:0. Z kolei po przerwie dominowali piłkarze Slavii, strzelając pasywnie grającej Legii... trzy bramki! „Zasłużone zwycięstwo gospodarzy” – skomentował po meczu porażkę (1:3) swojej drużyny trener Legii Lucjan Brychczy, który przeżywając jej gorycz zwrócił się z prośbą do kierownictwa klubu o odwołanie go z funkcji pierwszego trenera. „Nie wiem co się stało piłkarzom w drugiej połowie meczu” – zastanawiał się szef klubu płk Zenon Olszak, pozostając „głuchym” na prośbę „Kiciego”. „Uważam, że Legia odrobi straty z Sofii” – przekonywał korespondent „PS”. Niestety, chociaż w Warszawie Legia wygrała 1:0 (w 50 min. bramkę zdobył Okoński), to wynik ten w pełni satysfakcjonował piłkarzy Slavii, którzy awansowali do drugiej rundy rozgrywek. „Wojskowym” pozostała już tylko walka w lidze.


Tak prezentowała się „Żyleta” podczas pucharowego meczu Legii z Dynamem Tbilisi 3 marca 1982 roku. Widoczne „żywe krzyże” utworzone były przez milicjantów... przebranych za żołnierzy.

Po kiepskich występach zespołu w pierwszej rundzie rozgrywek po przegranym 0:2 meczu z Wisłą Kraków, ostatecznie kierownictwo klubu zaakceptowało pismo trenera Brychczego o rezygnacji z prowadzenia zespołu. „To nieobliczalna drużyna. Może wygrać z najlepszym, ale także przegrać z A-klasowym zespołem. Mam do siebie jedną podstawową pretensję – za bardzo zaufałem zawodnikom. Do klubu dochodziły słuchy o niesportowym trybie życia niektórych. Nie twierdzę, że piłkarze powinni być święci, ale coś w tym musiało być – rzeczywiście forma ulatywała. W tej sytuacji, nie mogąc znaleźć wspólnego języka z ze społem, postanowiłem zrezygnować z pracy jako trener drużyny Legii” – powiedział szkoleniowiec. Po rezygnacji Brychczego rolę pierwszego trenera Legii powierzono Ignacemu Ordonowi. „Kiedy po niefortunnym meczu ligowym z Wisłą sekretarz generalny zaproponował mi objęcie pierwszego zespołu Legii, byłem kompletnie zaskoczony” – przyznał nowy-stary trener, od 16 lat pracujący w klubie. „Kto wydawał się największym faworytem przed pierwszym gwizdkiem? Przede wszystkim Legia – z Kazimierskim, Janasem, Sobczyńskim, Baranem, Miłoszewiczem, Kustą, Okońskim i Adamczykiem. Obok niej Widzew. (...) Lista pretendentów nie kończyła się na tej dwójce. Musiały się liczyć Szombierki, jako obrońca tytułu i zarazem zespół bez ubytków kadrowych. Kraków wciąż wierzył w Wisłę, a Chorzów w Ruch” – pisali autorzy książki „Liga gra...”.


Piłkarze Legii, triumfatorzy rozgrywek o Puchar Polski w 1981 roku. W górnym rzędzie od lewej: Władysław Stachurski (asystent trenera), Paweł Janas, Ignacy Ordon (trener), Edward Załężny, Stefan Majewski, Mirosław Okoński, Jacek Kazimierski, płk Zenon Olszak (szef klubu), nn, Zbigniew Kakietek, Krzysztof Lasoń, nn, dr Henryk Soroczko oraz Ryszard Kosiński (kierownik drużyny). W dolnym rzędzie od lewej: Witold Sikorski, Janusz Baran, Marek Kusto, Krzysztof Adamczyk, Henryk Miłoszewicz, Stanisław Sobczyński, kapitan drużyny Adam Topolski, Ryszard Milewski oraz Krzysztof Sobieski.

W roku 1981 wobec dokonujących się ważnych zmian społeczno-politycznych w kraju, duży wpływ na funkcjonowanie klubów wywarły wydarzenia sierpniowe, po których nie mogły one liczyć na wsparcie prominentnych czynników, jak to było dotychczas. To wszystko powodowało oderwanie od wszelkich dóbr i obfitości płynących od wspierających kluby patronackich zakładów przemysłowych i resortów. Pierwszym zwiastunem piłkarskiej wiosny sezonu 1980/1981, był mecz rozegrany 15 marca 1981 roku w Gdyni pomiędzy Arką i Legią. Piłkarze Legii grając wspaniałą piłkę potwierdzili oczekiwania fachowców i kibiców, w sercach których kołatała się nadzieja na mistrzostwo. „Może właśnie teraz, już w tym roku, będziemy się cieszyć ze zdobycia mistrzowskiego tronu” – łudzili się fani z Łazienkowskiej. Trzy bramki w tym meczu strzelił dla Legii Krzysztof Adamczyk. „Nie kryję, że ten mecz miał dla mnie szczególne znaczenie” – powiedział po latach w wywiadzie dla NL. „Jadąc do Gdyni po cichu chciałem pokazać działaczom Arki, że odpuszczając mnie zrobili źle. Pamiętam, że się zmobilizowałem, wierząc w to, że zagram bardzo dobrze” – wspominał. I rzeczywiście tak było. Chociaż było zimno, a piłkarze grali w trudnych warunkach, to legioniści wygrali 4:1.


Legia z sezonu 1980/81 przed jednym z meczów przy Łazienkowskiej. Od lewej stoją: Mirosław Okoński, Janusz Baran, Waldemar Tumiński, Ryszard Milewski, Krzysztof Adamczyk, Henryk Miłoszewicz, Marek Kusto, Paweł Janas, Stefan Majewski, Jacek Kazimierski i Adam Topolski (kapitan drużyny).

Początek lat 80. należał do jednych z najgorętszych okresów jeśli chodzi o zachowanie widzów na trybunach. Zdarzało się, że nie było w ekstraklasie kolejki, by na trybunach nie doszło do bójek. Również na stadionie w Gdyni doszło do gorszących scen, kiedy miejscowi wobec garstki kibiców Legii chcieli urzeczywistnić próbę linczu. Podobnie było w Łodzi podczas meczu Widzew – Legia (0:0), rozegranego 16 maja 1981 roku, który okrzyknięto meczem wiosny. Obydwie drużyny walczyły o punkty, poważnie zbliżające je do upragnionego tytułu, z tym, że Widzew był w lepszym położeniu, ponieważ miał za sobą doping własnej publiczności, która wylewała żale w stosunku do Legii. Z grubsza chodziło o to, że Legia miałaby być faworyzowana przez władze, a Widzew przez nie karcony. Kiedy piłkarze Legii wybiegli na boisko po stadionie rozległ się ogłuszający gwizd. Konsekwencją takich zachowań była szarpanina i bijatyka, która przeniosła się na boisko, przez co w 75. minucie mecz został przerwany na pięć minut. To spowodowało, że sprawy organizacji meczów i związane z tym problemy kulturalnego zachowania się widzów stały się ogólnokrajowym tematem. „Trzeba wspólnie i bardzo wytrwale pracować nad likwidacją antagonizmów między pseudokibicami, przez eliminowanie ognisk zapalnych” – brzmiała lakoniczna treść komunikatu informującego opinię publiczną o konieczności działania władzy, zmierzających do poprawienia sytuacji na stadionach.


Legendarny trener Kazimierz Górski ze swoim podopiecznym z Legii Stefanem Majewskim na Stadionie Wojska Polskiego.

Jak zwykle w Polsce skończyło się na... wydaniu komunikatu. Spokoju na trybunach nie było, o czym świadczył pucharowy mecz Legii z Odrą Opole (2:0) z 18 czerwca 1981 roku. A wszystko za sprawą przebiegu meczu i sytuacji, kiedy zawodnik Legii Edward Załężny atakując wślizgiem zawodnika Odry złamał mu nogę. Na boisko wjechała karetka i zabrała poszkodowanego do szpitala. Na stadionie zrobiło się gorąco, a milicja miała pełne ręce roboty. Zaledwie siedem dni po opolskich wydarzeniach, doszło do kolejnych „zgrzytów” na linii kibice-milicja, poprzedzających finałowy mecz o Puchar Polski ‘81 pomiędzy Legią i Pogonią Szczecin, rozegrany 24 czerwca w Kaliszu. „Jak długo jeszcze mecze piłkarskie będą okazją do chuligańskich wybryków” – zastanawiano się na łamach prasy.

Zdecydowanym faworytem finału był oczywiście zespół Legii, jednak na boisku dzielni szczecinianie byli równorzędnym przeciwnikiem „wojskowych”. Cały mecz był oczekiwaniem na gola, tymczasem na świetlnej tablicy przez 117 minut widniał rezultat 0:0. Dopiero na dwie minuty przed zakończeniem meczu kapitan Legii Adam Topolski strzelił celnie. 1:0 i Puchar Polski ponownie znalazł się w rękach piłkarzy Legii. To był jedyny sukces legionistów w tym sezonie. „Mistrzostwo zdobyła drużyna dążąca doń wszelkimi metodami sportowymi i mniej sportowymi, pochodząca z klubu, który stosuje zasadę – ‘cel uświęca środki’. Co niektórym się podoba, ale większości mniej. Jak każdy nuworysz w towarzystwie firm takich jak Wisła, Legia, Ruch lub ŁKS, widzewiacy dążyli jednak zaciekle do celu. Dewiza ‘zwycięstwa za wszelką cenę’ triumfowała w końcu nad zasadą ‘zwyciestwo najmniejszym kosztem’ i zblazowane ‘arystokratyczne’ firmy (m.in. Legia) znalazły się na dalszych miejscach w tabeli. Nie będą się przecież wiślacy i legioniści wysilać po byle zaszczyty” – podsumował gorzko mijający sezon felietonista „Piłki Nożnej” Krzysztof Mętrak. Warto jeszcze dodać, że Krzysztof Adamczyk zdobywając 18 goli został „królem strzelców”. Był to pierwszy indywidualny sukces piłkarza Legii od czasów, kiedy tytuły najlepszego strzelca ekstraklasy zdobywał Brychczy.


Wiosna ‘82. Piłkarze Legii i Widzewa wychodzą na boisko przy Łazienkowskiej. Spotkanie wygrali legioniści 5:3.

Premiera sezonu 1981/1982 nastąpiła w Legii pod opieką opromienionego sukcesami z reprezentacją Polski i drużynami greckimi trenera Kazimierza Górskiego, który po 20 latach powrócił na trenerską ławkę „wojskowych”. „Legia jest moim klubem, w którym rozpoczynałem karierę w 1945 roku, w którym byłem trenerem (1959-1961 – przyp. red.)” – powiedział Górski po złożeniu podpisu pod umową z klubem. „Mogę zapewnić, że pieniądze nie odgrywały roli. W każdym innym klubie otrzymałbym wyższe sumy niż 11 tysięcy, które gwarantuje mi Legia” – podkreślił. Trener Górski na swojego asystenta wyznaczył Lesława Ćmikiewicza. „Ta propozycja była dla mnie jedną z ważniejszych w mojej karierze” – wyznał skromnie „Ćmik”. „Współpraca z panem Kazimierzem jest dla mnie olbrzymią szansą. Obym umiał ją należycie wykorzystać. Trudno nawet sobie wyobrazić lepszy start do nowej kariery, tym razem jako szkoleniowca. Nawet o tym nie marzyłem” – mówił asystent trenera.

„Nawet Górski nie pomoże...” – głosił tytuł relacji w „PS” z pierwszego meczu Legii rozegranego pod wodzą nowego trenera 9 sierpnia 1981 roku we Wrocławiu. W derbach drużyn wojskowych Legia przegrała ze Śląskiem 0:2. Kolejnym meczem Górskiego w roli trenera były derby Warszawy. Tym razem przy ulicy Łazienkowskiej Legia zmierzyła się z Gwardią, remisując 2:2. Mecz ten miał szczególne znaczenie, ponieważ na zwycięzcę czekał Puchar 60-lecia WOZPN. W związku z tym, że spotkanie derbowe zakończyło się rezultatem remisowym, w celu wyłonienia zwycięzcy zarządzono serię rzutów karnych. Celniej wykonywali je legioniści i wygrali 4:2 (po celnych strzałach Milewskiego, Lasonia, Okońskiego i Sobczyńskiego). Tym samym Puchar 60-lecia WOZPN stał się pierwszym trofeum trenerskim Kazimierza Górskiego po powrocie do klubu. Legia zdobywając Puchar Polski zdołała wywalczyć prawo do gry w europejskich rozgrywkach. W pierwszej rundzie turnieju spotkała się ze zdobywcą Pucharu Norwegii – Vaalerengen Oslo. W pierwszym meczu w Oslo, rozegranym 16 września 1981 roku, legioniści będąc zespołem lepszym zremisowali 2:2 (bramki Majewski i Okoński). Tak więc przed rewanżem więcej szans na awans dawano Legii. „Mogliśmy ten mecz wygrać” – powiedział po powrocie z Oslo trener Górski.

Rewanż na Stadionie Wojska Polskiego przebiegał po myśli Legii, która gładko – wygrywając 4:1 – jako jedyna z polskich drużyn przeszła do drugiej rundy. Na kolejnego przeciwnika los wyznaczył Legii zdobywcę Pucharu Szwajcarii Lausanne Sports. Obecni na losowaniu w Zurychu działacze Legii los ten skojarzyli jako dobry omen pamiętając, że Górski w 1971 roku debiutując z reprezentacją w Lozannie, odniósł zwycięstwo. Bardziej sceptyczni kibice ostrzegali jednak przed zbytnim optymizmem przypominając, że w edycji tych rozgrywek drużyny szwajcarskie poczynały sobie nieźle, a efektem ich dobrej postawy była obecność trzech drużyn w drugiej rundzie. Wprawdzie drużyna szwajcarska startowała w pucharach częściej od Legii, to nie odnosiła sukcesów. Na wieść o wylosowaniu Legii Szwajcarzy skakali z radości. Trzeba przyznać, że w pierwszym meczu w Warszawie przeważali legioniści, jednak po skromnym zwycięstwie 2:1 kibice opuszczali trybuny zawiedzeni. „Wygraliśmy stanowczo za nisko, co oczywiście stawia nas w trudnej sytuacji przed rewanżem” – powiedział po meczu trener Legii. „Z dużymi nadziejami, ale z jeszcze większym niepokojem czekaliśmy na rewanżowy mecz piłkarzy Legii, który miał zdecydować o tym, czy to już koniec pucharowych emocji dla polskich kibiców, czy gramy dalej...” – pisał w relacji z Lozanny korespondent „PS”. Jednak wszystko dobrze się skończyło, Legia uzyskując rezultat remisowy 1:1, awansowała do ćwierćfinału wracając po dłuższej nieobecności na piłkarskie salony Europy.


Piłkarze Legii i Interu Mediolan wychodzą na murawę Stadionu Wojska Polskiego w Warszawie.

Legia, która brylowała w pucharowym towarzystwie, w lidze grała bardzo słabo. Po meczu z Lausanne przegrała w Warszawie 0:1 z Lechem, lądując na 12 miejscu w tabeli. „Drużyna warszawska czasami się ośmieszała: jej piłkarze nie potrafili przyjąć piłki, podać, przeprowadzić składnej akcji” – napisano w „PS”. Ulubiona drużyna większości Warszawiaków spadła tak nisko, że kibice bali się spoglądać na ligową tabelę. Dalekie miejsce w lidze i słaba gra martwiły nie tylko trenera Górskiego, ale również kierownictwo klubu, które liczyło na zwyżkę formy po solidnie przepracowanym okresie zimowym.

W tym chudym piłkarsko roku 1981 wiele chwały w sportowym świecie przynieśli Legii zawodnicy innych dyscyplin. Tytuł mistrza świata zdobył pięcioboista Janusz Pyciak-Peciak. Następnie ciężarowiec Jacek Gutowski na mistrzostwach świata i Europy wywalczył dwa srebrne medale, a „Biała błyskawica”, jak nazywano sprintera Legii Mariana Woronina, najszybszego wówczas białego człowieka na świecie, zdobył złoto podczas Halowych Mistrzostw Europy. Z kolei pięściarz Legii Krzysztof Kosedowski, po sukcesie olimpijskim dorzucił do kolekcji swoich trofeów wicemistrzostwo Europy. Trudno nie dać wiary opinii wielu fachowców, że ten młody pięściarz to był talent na miarę światową. Niestety, chłopaka dopadła ciężka choroba – zapalenie opon mózgowych – która na jakiś czas, wykluczając go ze sportu, zahamowała doskonale rozwijającą się karierę.


Interwencja bramkarza Interu Waltera Zengi po strzale Tomasza Arceusza. Mecz zakończył się zwycięstwem gości 1:0 po dogrywce (w pierwszym spotkaniu w Mediolanie padł remis 0:0).

13 grudnia 1981 roku, jeszcze przed ogłoszeniem stanu wojennego, milicja w całym kraju rozpoczęła falę aresztowań członków „Solidarności”. Wyrwani ze snu byli zawożeni do więzień. O północy wojsko spacyfikowało kraj. Na ulicach pojawiły się czołgi. Polskę ogarnął terror mrocznych dni stanu wojennego, byli zabici i ranni. W poszukiwaniu formy trener Górski najpierw zabrał swoich podopiecznych na obóz do Zakopanego, by potem na kilka kontrolnych spotkań wyjechać na Węgry. Nie udało się jednak panu Kazimierzowi nakłonić wszystkich do wytężonej pracy, co szczerze na kartach książki „Okoń” opisał Ryszard Chomicz: „Żaden gracz Legii nie mógł po kolacji oddalać się samowolnie z ośrodka, a o pozwoleniu nie było nawet co marzyć. (...) W wyjściu ‘Okonia’ z ośrodka pomogli mu jego koledzy z Legii. Związali trzy prześcieradła i w ten sposób opuścił on budynek przez okno na pierwszym piętrze. Pojechali we dwójkę do hotelu ‘Kasprowy’. Krótko później zjechało tam również kilku innych legionistów. Jeden z nich przyprowadził... trzy wczasowiczki do towarzystwa. Zabawa rozwijała się znakomicie, a głowy stawały się coraz bardziej gorące. ‘Okoń’ kilkanaście razy kazał zespołowi na estradzie wykonywać piosenkę z repertuaru Jacka Lecha ‘Dwadzieścia lat, a może mniej’”. „Mundzio” tak się rozbawił w „Kasprowym”, że w ośrodku zjawił się w chwili, kiedy reszta zespołu była... na śniadaniu. Na pytanie trenera Górskiego: co się spóźniasz, „Mundek” odpowiedział rezolutnie: przepraszam trenerze, zaspałem.


Krzysztof Adamczyk z Pucharem Polski (1981). To pierwszy legionista, który od czasów Lucjana Brychczego zdobył tytuł „króla strzelców”.

W czasie, gdy piłkarze Legii „sposobili” się do wiosennej rundy sezonu 1981/1982, służbę wojskową odbywał jeden z najlepszych rozgrywających w kraju, zawodnik Ruchu Chorzów, Andrzej Buncol. Na wieść o tym o szeregowego Buncola zaczęto dopytywać na Łazienkowskiej. Odpowiadając na wszelkie pytania dotyczące piłkarza działacze Legii twierdzili, że żadnych rozmów nie prowadzono. Być może – tłumaczono – zostaną podjęte jakieś kroki, dopiero po przejściu przez Buncola okresu rekruckiego i złożeniu przysięgi. Jak się miało później okazać Buncol już w lutym 1982 roku trenował z Legią, z tym, że nie będąc zgłoszony do pucharowych rozgrywek nie był brany pod uwagę w meczach z Dynamem Tbilisi. Można być pewnym, że upłynie jeszcze sto lat, a o tym meczu będą krążyły legendy.

W środę, 3 marca 1982 roku, podczas ćwierćfinałowego spotkania PEZP pomiędzy Legią a Dynamem, Stadion Wojska Polskiego bardziej przypominał twierdzę niż arenę sportową. Jego okolice były najbardziej strzeżoną częścią naszego kraju. Mecz ten rozgrywany był w czasach, kiedy gen. Jaruzelski – czołgami i karabinami – wymuszał posłuszeństwo Polaków wobec Komitetu Centralnego PZPR. Dlatego władza bardzo obawiała się tego spotkania. Tym bardziej, że przeciwnikiem Legii była drużyna z kraju, który entuzjastycznie popierał terror Jaruzelskiego i w razie potrzeby gotowy był służyć generałowi pomocą. Mecz przypadł w czasie trudnych warunków stanu wojennego. Napięcie społeczne było wówczas ogromne, w związku z czym obawiano się wybuchu, tym bardziej, że widowisko piłkarskie już samo w sobie wyzwala mnóstwo emocji. W takiej sytuacji wystarczyłoby jedno słowo, jakaś iskierka... Tak specyficzna sytuacja powodowała, że do Legii dochodziły sprzeczne wiadomości na temat miejsca rozegrania meczu. Były głosy, by obydwa spotkania rozegrać w... Tbilisi. Inna wersja mówiła o Budapeszcie. W końcu partyjna wierchuszka doszła do wniosku, że mecz zostanie rozegrany na stadionie Legii. Widoku tak przeraźliwie smutnych trybun nie było na Łazienkowskiej nigdy. Przygnębiająco prezentowały się „żywe krzyże” na każdym sektorze. Taki sposób rozmieszczenia wojska i milicji na trybunach miał w zamyśle doprowadzić do tego, by w jednej grupie nie mogło zgromadzić się zbyt wielu ludzi.


Drużyna Legii z początku lat 80 – wiele gwiazd, mało sukcesów...

O tym jak wyglądał stadion Legii decydował minister obrony narodowej generał Jaruzelski – dziś przez niektórych uznawany za... człowieka honoru. Nie bacząc na obecność milicji zebrani na stadionie co jakiś czas intonowali: „NSZZ, NSZZ, Solidarność Mazowsze jest...!”. W tamtych czasach i okolicznościach było to ekstremalne zachowanie, coś w rodzaju wymachiwania narodowym sztandarem i grożeniem pięścią wrogowi narodu, jakim bez wątpienia był PRON. Tego dnia animozje w stosunku do piłkarzy i kibiców Legii nie miały znaczenia. Wówczas cała Polska kibicowała Legii życząc, by „dokopała ruskim”. Niestety, mecz ten nie ułożył się po myśli legionistów. W 9. minucie wydarzyło się coś, co nie przyśniłoby się w najczarniejszych snach. Piłkarze Dynama po strzale Suakwelidze zdobyli prowadzenie. Stadion zamarł. Pomimo tego, że od tamtej pory aż do końca meczu legioniści wychodzili z siebie chcąc odrobić straty, wynik meczu – 0:1 – utrzymał się do końca. Choć w rewanżu w Tbilisi (17 marca 1982 roku) Legia rozegrała bardzo dobry mecz, uległa 0:1, odpadając niestety z pucharowych rozgrywek.

W związku ze zbliżającymi się finałami mistrzostw świata w Hiszpanii, rundę wiosenną 1982 roku rozgrywano w ekspresowym tempie. Zaskoczeniem dla wszystkich była imponująca seria Legii, która w całej rundzie nie poniosła porażki. Trener Górski metamorfozę swoich podopiecznych tłumaczył... restrykcjami stanu wojennego i godziną milicyjną. Tyle tylko, że zawodnicy zaprzeczali teorii trenera. „Kazimierz Górski nie miał racji. Nas godzina milicyjna nie obowiązywała. Mieliśmy wojskowe legitymacje, zaprzyjaźnionych restauratorów, dlatego bez przeszkód mogliśmy korzystać z uroków życia” – powiedział w rozmowie z NL napastnik ówczesnej Legii Witold Sikorski. Pechem Legii można nazwać sytuację, kiedy nie przegrywająca 18 kolejnych spotkań drużyna, zajmując czwarte miejsce w lidze nie sięgnęła po żadne trofeum, czy nawet premię promującą do udziału w rozgrywkach o europejskie puchary. Za taką sytuację działacze wojskowi ganili trenera Górskiego, wytykając mu: „Panie Górski, trzeba było na wszelki wypadek, tak jak to robią inni, kupić jeden lub dwa mecze, a wtedy tytuł mistrza Polski byłby w Warszawie”. Takie wówczas były kanony polskiej piłki, o mistrzostwie, czy być albo nie być w ekstraklasie, decydowano podczas sławetnych „niedziel cudów”. Co by nie powiedzieć dla części legionistów: Jacka Kazimierskiego, Pawła Janasa, Stefana Majewskiego, Andrzeja Buncola i Marka Kusto, których trener Antoni Piechniczek powołał do reprezentacji Polski uczestniczącej w Mundialu, rok 1982 pozostaje wspomnieniem największego piłkarskiego sukcesu, okraszonego medalem za zdobycie trzeciego miejsca.


Z lewej Witold Sikorski, zdobywca jednej najpiękniejszych bramek w pucharowych meczach Legii (w środku Krzysztof Gawara). Kolejne spotkanie z Interem zakończyło się zwycięstwem Legii 3:2. W rewanżu było 0:1.

Zdobycie przez reprezentację Polski medalu sprawiło, że przed rozpoczęciem rozgrywek sezonu 1982/1983 prezydent m. st. Warszawy, gen. dyw. Mieczysław Dębicki, spotkał się na Łazienkowskiej z piłkarzami Legii, uczestnikami Mundialu ‘82. „Z satysfakcją muszę stwierdzić, że reprezentacja Polski, której stanowiliście znaczną część, dostarczyła wszystkim Polakom, w tym także warszawiakom, wiele niezapomnianych przeżyć” – powiedział generał wręczając legionistom złote odznaki honorowe „Za zasługi dla Warszawy”.

Rozgrywki ligowe legioniści rozpoczęli bez dwóch piłkarzy, którzy zdobyli medal – Pawła Janasa, który za ponad 200 tys. dolarów trafił do francuskiego Auxerre oraz Marka Kusto, za którego belgijski Beveren zapłacił 175 tys. dolarów. Ponadto z drużyną pożegnali się Adam Topolski, Bogdan Kwapisz, Stanisław Sobczyński i Krzysztof Lasoń. Legioniści w inauguracji rozgrywek, 31 lipca 1982 roku, przegrali z beniaminkiem, GKS Katowice 1:3. Niepokój o słabą formę Legii wzrastał po kolejnych niezbyt ciekawych spotkaniach. Poprawa nastrojów nastąpiła po zwycięstwie 4:2 z Widzewem. Entuzjazmu kibiców nie podzielał jednak trener Górski, którego zdenerwowała postawa obrony w ostatnich minutach, przez co z 4:0 dla Legii zrobiło się tylko 4:2. „Nareszcie doczekaliśmy się ligowego meczu, jaki zawsze chcielibyśmy oglądać” – pisał „PS” po derbach Warszawy, w których Legia pokonała Gwardię 3:1 (bramki: Turowski – dwie i Miłoszewicz).

Wydarzeniem numer jeden ostatniego meczu ligowego rundy jesiennej sezonu 1982/1983 na Łazienkowskiej nie był wcale mecz Legii z Wisłą, ale pożegnanie Górskiego z warszawską publicznością. 14 listopada na trybunach stadionu Legii zadawano sobie pytanie, czy decyzji o przejściu na emeryturę nie przyspieszyli panu Kazimierzowi chimeryczni zawodnicy Legii. Pożegnanie wielkiego trenera trwało 20 minut. Nie zabrakło tradycyjnego „Sto lat!”, które pomimo tego, że frekwencja była mizerna, było na tyle głośnie, że mieszkańcy okolicznych bloków nie musieli włączać odbiorników, by słyszeć jak kibice Legii, nie mogąc pogodzić się z myślą, że na emeryturę przechodzi jedna z największych indywidualności polskiego futbolu, skandowali: „Kaziu nie odchodź!”. Ostatnim, który żegnał pana Kazimierza, był jego następca na fotelu trenera Legii – Jerzy Kopa. Niestety, nastrój wielkiej imprezy pękł jak bańka mydlana, kiedy zawodnik Wisły Sysło strzelił gola na 0:1. Ostatecznie przegrywając 0:2 legioniści nie zrobili prezentu trenerowi. Ich gra nie była godna uroczystości. Ta porażka mogła nawet utwierdzić Górskiego w słuszności decyzji. „Chciałbym kontynuować przepiękne tradycje piłkarskie klubu” – powiedział na spotkaniu z kibicami nowy trener Kopa. „Moim zadaniem numer jeden będzie znaleźć wspólny język z zawodnikami, nawet za cenę rezygnacji z niektórych gwiazd w zespole” – mówił.

Jednak w pierwszym meczu (12 marca 1983 roku) pod wodzą Kopy, piłkarze Legii nie zachwycili – wygrali zaledwie 1:0 z GKS Katowice. Warto zauważyć, że wraz z trenerem Kopą w barwach Legii zadebiutował Jan Karaś, pozyskany z Hutnika Kraków. „Najstarsi nie pamiętają!” – krzyczał tytuł w „PS” po efektownym zwycięstwie Legii (6:0) nad Górnikiem. „Legioniści grali znakomicie” – pisano w sprawozdaniu. Niespodziewanie opinię tę zweryfikowały zespoły Pogoni Szczecin i Widzewa Łódź, wygrywając z Legią kolejno 3:2 i 2:1. Ostatecznie Legia pod wodzą trenera Kopy, zajmując 8. miejsce w tabeli nie zdołała zakwalifikować się do rozgrywek o europejskie puchary. Tak więc niewiele wyszło z wcześniejszych deklaracji trenera i nowego sześciogodzinnego systemu treningowego. „Większość spotkań rozgrywanych przez Legię sprawiało wrażenie, że trener Kopa dokonuje w nich selekcji... negatywnej. W tym galimatiasie egzamin zdał tylko pozyskany z II ligi pomocnik lub obrońca Karaś. Nie był to udany sezon nawet dla mundialowców Majewskiego i Buncola. Jeszcze nie ‘przyjął’ się Turowski, wciąż nie spełnia nadziei Adamczyk, na finiszu zrezygnowano z Miłoszewicza. Drużyna w rozsypce” – czytamy w podsumowaniu sezonu przeprowadzonym przez dziennikarzy „Piłki Nożnej”.


Pekin, rok 1986. Legioniści z Pucharem Wielkiego Muru Chińskiego po zwycięstwie z reprezentacją Chińskiej Republiki Ludowej. Od lewej: Kazimierz Orłowski (kierownik drużyny), Tomasz Arceusz, Jacek Kazimierski (kapitan drużyny), Wojciech Jagoda, Dariusz Kubicki (z nr 2), Kazimierz Buda oraz Witold Sikorski (11).

Trener Jerzy Kopa nie zważając na krytykę, napompowany pyszałkowatością i pewnością siebie, ponownie przed nowym sezonem 1983/1984 zapowiadał ogromne zmiany w stylu gry Legii i związane z tym sukcesy. „Nie wiem jak będzie z Legią, nie życzę źle Kopie. W końcu dużo ryzykuje. Blefuje po raz drugi, a nie warto być w skórze tego, kto blef powtarza i zostaje na tym ponownie przyłapany” – skomentował buńczuczne zapowiedzi Kopy Krzysztof Mętrak. Przed nowym sezonem w drużynie zaszła zasadnicza kadrowa zmiana. Podejrzanego przez trenera o sprzedanie meczu ze Stalą Mielec (1:2) z 28 maja 1983 roku i z opinią „nie wylewającego za kołnierz” Henryka Miłoszewicza, miał zastąpić Kazimierz Buda. „Ja wiem, że Kazik ma charakter zabawowy. Ale wierzę, że uda mi się to zmienić” – tłumaczył roszadę Kopa. To była kolejna porażka pewnego siebie Kopy, ponieważ Kazimierz Buda w Warszawie na dobre się rozkręcił, tylko, że... nie na boisku, a podczas nocnego życia stolicy.

Po niezbyt ciekawym starcie szybciej niż ktokolwiek przypuszczał rozwiały się nadzieje kibiców Legii na spełnienie obietnic Kopy. Jaśniejszym punktem piłkarskiej Legii pozostawali w tym czasie juniorzy, którzy na turnieju w Krakowie zdobyli tytuł mistrzów Wojska Polskiego juniorów. „Legia sprawia wrażenie rozkojarzonej drużyny, której zawodnicy na dobrą sprawę nie realizują jasno określonej koncepcji” – taki ton opinii przeważał po większości meczów drużyny „wojskowych”. W okolicach Łazienkowskiej coraz głośniej mówiło się o konflikcie trenera z niektórymi zawodnikami. Jerzy Kopa zapytany na tę okoliczność przez dziennikarzy mówił: „W każdym zespole ligowym, istnieje tak zwana piąta kolumna. Niektórzy z tych co siedzą na ławie, piłkarze, którzy z racji swych umiejętności uważają, że powinni grać. A ja mam tylko 11 miejsc. Nie sądzę aby byli przeciwko mnie pozostali. Jestem w dobrych stosunkach z przywódcami zespołu. Poza tym ja naprawdę nie jestem despotą. Mogę z zawodnikami dyskutować o wszystkim z wyjątkiem sposobu trenowania. To musi być tak jak ja chcę” – tłumaczył tuż po zakończeniu rundy jesiennej sezonu 1983/1984, którą drużyna Legii zakończyła na ósmym miejscu w tabeli.


Piłkarze z Pucharem Wielkiego Muru Chińskiego na murawie Legii. Na górze stoją: Witold Sikorski, Tomasz Arceusz i Dariusz Dziekanowski. Klęczą: Jarosław Araszkiewicz i Dariusz Kubicki.

„Czy runda wiosenna 1984 roku będzie przyjemniejsza dla kibiców Legii?” – takie pytanie najczęściej zadawano przed rozpoczęciem rozgrywek trenerowi Jerzemu Kopie. „Chcemy grać tak, aby na Łazienkowską przychodziły tłumy. Sposób na to jest tylko jeden – musi to być gra widowiskowa, z dużą ilością celnych strzałów, gorących sytuacji podbramkowych i zawsze na 100 procent zaangażowania. W tej rundzie Legia powinna tak grać” – odpowiadał nie tracąc samopoczucia Kopa. Rzeczywiście, w pierwszym meczu rundy legioniści po dobrej grze wygrali z ŁKS-em 4:2 (bramki: Biernat, Adamczyk, Kubicki i Turowski), lecz już w następnych grach wszystko powróciło do normy i „wojskowi” nadal nie zachwycali. Krytykowany za taki stan rzeczy trener Legii na swoją obronę wymyślił teorię o nagonce na jego osobę przez dziennikarzy, którym... nie stawiał wódki i nie woził klubowym autokarem na mecze. Według Kopy o Legii pisało kilku facetów, którzy za kieliszek wódki czy podwiezienie na mecz gotowi byli stworzyć żądaną atmosferę. Dlatego on, abstynent, nie mógł liczyć na wsparcie ludzi pióra. „Nigdy nie czułem się tak szczuty przez niektórych dziennikarzy jak teraz” – narzekał, po czym wprowadził swoją listę „restrykcyjną” na której znalazły się nazwiska dziennikarzy krytykujących trenera Legii.

„I Warszawie coś się należy” – pisał przed rozpoczęciem nowego sezonu 1984/1985 „PS”. „Stolica jest złakniona dobrej, europejskiej piłki. Od lat żyję nadzieją, że może w kolejnym sezonie się coś zmieni, że warszawska drużyna zacznie grać na miarę oczekiwań. Tymczasem lata mijają, a puchary oglądają inni. Przez stołeczny klub przewijają się coraz to nowi piłkarze i szkoleniowcy, a sytuacja pozostaje bez zmian. Nie dali rady trenerzy Andrzej Strejlau i Kazimierz Górski, jak się wydaje nie poradzi sobie trener Kopa. Jeśli oczywiście nadal będzie się upierał, że jego drużyna gra dobrze” – pisano w „PS”. Po lekturze sportowego dziennika oburzony trener zarzucił dziennikarzowi podjudzanie warszawskiej publiczności przeciwko piłkarzom i drużynie Legii. Ktoś kiedyś powiedział – zarozumialstwo i pycha zawsze kroczą przed porażką. Te święte słowa jak ulał sprawdzały się w przypadku trenera Kopy, który od kilku lat obwieszczał wielkość trenowanej przez siebie Legii. Niestety, gra i wyniki nie szły w parze z buńczucznymi zapowiedziami. Trudno było w to uwierzyć, ale Legia po raz pierwszy od niepamiętnych czasów przewodziła ligowej tabeli. „Czy ta wielka Legia już jest?” – pytano trenera Kopę na łamach warszawskiej popołudniówki „Express Wieczorny”. „Nie powiem tego wprost, ale uważam, że jesteśmy na dobrej drodze do stworzenia drużyny, która będzie odgrywała dużą rolę nie tylko w krajowej piłce” – stwierdził szkoleniowiec.

Prymat Legii w ekstraklasie stał się faktem na który oczekiwano przez całe lata. Kibiców Legii cieszyły zwycięstwa – aż dziewięć – i nieco mniej remisy – cztery. W rundzie jesiennej ‘84 legioniści ponieśli tylko dwie porażki – z Lechem Poznań 1:2 i Widzewem Łódź 0:2. W sezonie 1984/1985 Legia, Górnik i Widzew, miały równe szanse na mistrzostwo Polski. Tymczasem na dole tabeli coraz gorzej wyglądały akcje znajdującej się na równi pochyłej szczecińskiej Pogoni. W ostatniej kolejce sezonu, rozegranej w niedzielę 23 czerwca 1985 roku, Pogoń podejmowała u siebie warszawską Legię. Był to ciekawy mecz, ponieważ gdyby Legia zremisowała z Pogonią, a Górnik Zabrze przegrał z Widzewem w Łodzi, to Legia mogłaby być mistrzem Polski, a Pogoń Szczecin zostawała w ekstraklasie. Niestety, Widzew według przypuszczeń większości kibiców w Polsce „podłożył” się Górnikowi. Łodzianie prowadząc do przerwy 1:0 przegrali z Górnikiem 1:2 i mistrzem Polski zostali zabrzanie.

Mecz Legii w Szczecinie również miał swój podtekst. Od początku można było wyczuć, że legioniści jadą do Szczecina po remis. Dlatego gdy w 32. minucie gry Witold Sikorski strzelił gola na 1:0 dla Legii, na boisku zapanowała konsternacja. „Dlaczego po strzeleniu przez ciebie bramki na 1:0 dla Legii w Szczecinie, koledzy zamiast gratulować mieli do ciebie pretensje? Nieświadomie rozwaliłeś jakiś układ?” – zapytano napastnika Legii podczas wywiadu do NL. „Nie, to nie był żaden układ” – mówił Witold Sikorski. „Może każdy nieświadomie myślał o tym, by nie robić Pogoni krzywdy, ponieważ znaliśmy już wynik meczu Górnika z Widzewem, w którym piłkarze z Łodzi podłożyli się zabrzanom tylko po to, by Legia nie zdobyła mistrzostwa? Dlatego to zwycięstwo, przy układzie naszych rywali, dawało nam niewiele. Ja miałem taką sytuację, że gdybym nie strzelił, to dopiero rozpętałbym burzę. Wiadomo, że było nam w tym momencie przykro, bo zaprzyjaźniona z kibicami Legii Pogoń spadała z ekstraklasy. Ale zdołali zremisować i przynajmniej oni mieli się z czego cieszyć. My niestety mistrzostwa nie zdobyliśmy, tylko i wyłącznie dlatego, że Widzew podłożył się Górnikowi, na co nie było reakcji piłkarskiej centrali...” – wyznał nie kryjąc żalu Sikorski.

Chociaż takiego sukcesu jak wicemistrzostwo Polski legioniści nie zanotowali od kilkunastu lat, to w drużynie i klubie trudno było szukać oznak euforii. Bardziej odczuwalną była kwestia zmęczenia... Trener Kopa będąc w klubie dwa i pół sezonu obiecywał i obiecywał, a wielkiej Legii nie było, wobec czego wykorzystując chęć wyjazdu Kopy do Grecji nikt w klubie nie robił mu problemów z odejściem. Wobec czego następcą Jerzego Kopy na stanowisku pierwszego trenera Legii mianowano Jerzego Engela, dotychczasowego asystenta Kopy.


Pomocnik Legii Andrzej Buncol w przedmeczowej rozmowie z trenerem Jerzym Engelem.

Młody, zaledwie 33-letni trener bez nazwiska i osiągnięć Jerzy Engel, obejmując 1 lipca 1985 roku pierwszą drużynę Legii powiedział: „Nie chcę zbyt wiele obiecywać, ale Legia będzie grać inaczej. Tak, by z meczu na mecz kibice byli coraz bardziej z jej gry zadowoleni”. Legia będąca wicemistrzem kraju zyskała prawo do występów w europejskich rozgrywkach o Puchar UEFA. By coś osiągnąć na europejskich boiskach drużyna potrzebowała wzmocnień. W pierwszej kolejności wybór trenera padł na Dariusza Dziekanowskiego. „Chciałem, żeby jak najszybciej wrócił z Widzewa. To był przecież mój były piłkarz z Polonii, w której w pewnym momencie jako 16-letniego zawodnika wziąłem z juniorów młodszych do drugoligowego zespołu. (...) Tak więc Darek przyjeżdżał do Warszawy późnym wieczorem. Moja żona z dziećmi szła na spacer, przyjeżdżał pułkownik Olszak i u mnie w mieszkaniu na Ursynowie odbywały się rozmowy. Wreszcie doszło do najwyższego ligowego transferu” – napisał po latach Jerzy Engel w książce „Futbol na tak”. 15 sierpnia 1985 roku wszelkie formalności przejścia Dziekanowskiego do Legii zostały załatwione pozytywnie. Dodatkowo w rozliczeniu za „Dziekana” do Widzewa przeszło dwóch zawodników – Wiesław Cisek i Kazimierz Putek. 18 sierpnia 1985 roku był dniem, w którym na ustach wszystkich interesujących się futbolem było tylko jedno nazwisko – Dziekanowski. W tym dniu w meczu ligowym z Bałtykiem debiutował w barwach Legii. 15 tysięcy ludzi było świadkami dobrej gry (4:3 dla Legii) i jednego z najpiękniejszych goli, jakie kiedykolwiek widziano przy Łazienkowskiej, a którego autorem był nie kto inny jak „Dziekan”.


Jacek Gutowski – multimedalista, najbardziej utytułowany ciężarowiec Legii.

11 września, od meczu z Vikingiem Stavanger, Legia pod wodzą trenera Engela zaczęła występy w rozgrywkach o Puchar UEFA. Pomimo tego, że w pierwszym meczu w Warszawie, na skutek awarii oświetlenia, mecz przerwano na kilkanaście minut, legioniści wygrali 3:0 (bramki zdobyli Dziekanowski, Arceusz i Buda). Remisując na wyjeździe 1:1 (bramka Dziekanowskiego) zespół Engela awansował do drugiej rundy rozgrywek. Podczas losowania w Zurychu los nie był dla Legii łaskawy, wyznaczając za rywala węgierską drużynę Videoton Szekesfehervar – finalistę poprzedniej edycji Pucharu UEFA, który w decydującej rozgrywce uległ słynnemu Realowi Madryt. W pierwszym meczu, rozegranym 23 października 1985 roku w Szekesfehervar, Legia niespodziewanie wygrała 1:0. To było fantastyczne spotkanie w wykonaniu „wojskowych”. „Brawo legioniści! Brawo Legia!” – krzyczały głośno tytuły polskich i... węgierskich gazet. Tak pisał o Legii „Nepszabadsag”: „Polacy potwierdzili swoją renomę. Zdobywca bramki, znakomicie dryblujący Araszkiewicz, przeszedł prawie całe boisko, ograł bramkarza i ulokował piłkę w siatce”. Z kolei „Magyar hirlap” podsumowując spotkanie przed rewanżem w Warszawie przepowiadał awans Legii pisząc: „Zwycięstwo Polaków było zasłużone i publiczność opuszczała stadion w przekonaniu, że za dwa tygodnie, po rewanżu w Warszawie, Videoton zakończy swój udział w Pucharze UEFA”. W tym przypadku rachuby węgierskich żurnalistów nie zawiodły i rzeczywiście po warszawskim rewanżu Videoton, remisując z Legią, pożegnał się z pucharami.

Trzecia runda przyniosła Legii wyjątkowego rywala. Był nim jeden z najsławniejszych zespołów świata Inter Mediolan, dwukrotny zdobywca Pucharu Europy (1964 i 1965), którego największą wówczas gwiazdą, był czołowy napastnik świata, zakupiony z Bayernu Monachium, niemiecki internacjonał Karl-Heinz Rummenigge. „Legia okazała się za silna dla Interu” – pisał z relacji z meczu w Mediolanie sportowy dziennik „La Gazetta dello Sport”. „Inter nie taki straszny!” – tytułował relację z meczu „PS” podkreślając, że wynik 0:0 niczego nie przesądza i jest korzystny dla obydwu zespołów. „W rewanżu u nas (11 grudnia – przyp. red.) stworzyliśmy porywające widowisko. Graliśmy znakomicie, ale szczęście nam nie sprzyjało. W normalnym czasie, przy dwóch słupkach i poprzeczce, znów zakończyło się bez bramek. Dopiero pod koniec dogrywki po strzale głową Pietro Fanny przegraliśmy 0:1” – pisał Jerzy Engel na kartach swojej książki „Futbol na tak”.


Swego czasu najszybszy biały człowiek na świecie – legionista Marian Woronin.

Chociaż piłkarze Legii odpadli z dalszych rozgrywek o Puchar UEFA trzeba przyznać, że dało się zauważyć inny styl drużyny. Pod wodzą trenera Engela „wojskowi” prezentowali nowoczesny, pełen polotu i zaangażowania futbol, co powodowało, że kibiców nie trzeba było specjalnie zapraszać do odwiedzania Stadionu Wojska Polskiego. Na Legię Engela i Dziekanowskiego po prostu się chodziło. W rundzie wiosennej sezonu 1985/1986 legioniści do ósmej kolejki szli bez porażki, gromiąc po drodze najgroźniejszych rywali do tytułu – 2 kwietnia 1986 roku w Poznaniu Lecha 4:1 (bramki: Arceusz, Dziekanowski i Buncol – dwie), a następnie, 6 kwietnia w Warszawie Widzew 3:0 (bramki: Arceusz i Dziekanowski – dwie). Pierwsza bramka Dziekanowskiego to był jeden z serii najpiękniejszych goli, jakie kiedykolwiek padły na Łazienkowskiej – ocenili kibice obserwujący to spotkanie.

Następny mecz jaki miała Legia do rozegrania, z Górnikiem w Zabrzu (12 kwietnia 1986 roku), był kluczowym wydarzeniem owej wiosny, dlatego zainteresowanie nim było ogromne. Z Warszawy do Zabrza wyruszyło pięć autokarów, oraz spora grupa kibiców podróżujących koleją, tak więc na stadionie Górnika w Zabrzu stawił się nadkomplet kibiców. I już na dwie godziny przed meczem stadion pękał w szwach. Magnesem dla 30 tys. widzów były wielkie nazwiska piłkarzy występujących w obydwu drużynach, jak i stawka meczu. Dla Legii zwycięstwo w tym spotkaniu oznaczało praktycznie mistrzowski tron. Niestety, jak się później okazało, najbardziej naiwni okazali się jak zwykle kibice, którzy wierzyli w swoją drużynę i w to, że jej zawodnicy „wyprują z siebie flaki”, by zdobyć dla Warszawy długo oczekiwany tytuł. Legioniści, przegrywając 0:3, nie oddali ani jednego strzału w światło bramki Górnika. Trener Legii Jerzy Engel wspominając po latach ten mecz na łamach NL mówił: „W szatni chłopcy skakali sobie do oczu, były niesnaski. Dla mnie było to o tyle przykre, że poczułem się oszukany”. Kto komu skakał do oczu? Proste – ci spoza układu tym, co się dogadali z Górnikiem.

Dla tej części zawodników Legii zdobycie tytułu pozostawało najmniej istotną sprawą. Ich fascynowała potęga pieniądza, perspektywa dostatniego życia i możliwość zgarnięcia wielkiej puli jaką dawał Górnik. Pieniądze ukryte w pudełku po piłkarskich butach zostały przekazane jednemu z popularniejszych w tamtym okresie piłkarzy Legii. Wiele do myślenia dawało także zachowanie kilku zawodników – już samo to, że nie wracali z drużyną autokarem, tylko z pewnym kibicem jego fordem. To w bagażniku tego auta było pudełko z „butami”. „Chciałem się włamać do tego kufra i sprawdzić to pudełko. Tylko, że bałem się milicji. Bo gdyby mnie złapano zostałbym posądzony o próbę kradzieży. Kto wie, co by było, gdyby nie zabrakło mi odwagi? Dziś znalibyśmy tajemnicę tego pudełka” – mówił wprost wzburzony kierownik ówczesnej drużyny Legii Kazimierz Orłowski. Dziś można zapytać, dlaczego kierownictwo klubu nie zajęło się zawodnikami wracającymi wówczas fordem? Pewnie dlatego, że byli to zawodnicy, którzy dyktowali tempo tej drużyny. Byli to czołowi zawodnicy nie tylko Legii – to reprezentanci kraju. Niestety to co zrobili było nielojalne wobec klubu, z którego otrzymywali godziwe pieniądze, wobec trenera Engela, działaczy i wobec kibiców.


Andrzej Gołota pierwsze sukcesy na ringu odnosił w Legii. Począwszy od czasów juniorskich, aż do brązowego medalu IO w Seulu ’88.

Raz na cztery lata świat zapomina o wszystkim z wyjątkiem futbolu. Po raz czwarty z kolei, a piąty w historii, reprezentacja Polski pojechała na mistrzostwa świata w piłce nożnej, które tym razem odbywały się w Meksyku. Trener Antoni Piechniczek na mundial zabrał pięciu legionistów: Jacka Kazimierskiego, Andrzeja Buncola, Jana Karasia, Dariusza Kubickiego i Dariusza Dziekanowskiego. Wytypowany do wyjazdu na mundial był także obrońca Legii Dariusz Wdowczyk, ale przed wylotem popadł w konflikt z trenerem i musiał zostać w Warszawie. Mistrzostwa w Meksyku pamiętamy poprzez pryzmat „klątwy Bońka”, która ciągnęła się za narodową reprezentacją Polski aż do 2002 roku i mistrzostw w Korei i Japonii.

Po mundialu z Legii do niemieckiego FC Homburg odszedł Andrzej Buncol, w którego miejsce próbowano ściągnąć Kazimierza Putka. Niestety, rozmowy w tej sprawie zakończyły się fiaskiem. Przed rozpoczęciem rozgrywek rundy wiosennej 1986/1987, drużyna Legii wyjechała do Chin, by uczestniczyć w turnieju o Puchar Wielkiego Muru. Po bardzo dobrych występach Legia, pokonując w finale w obecności 100 tys. widzów reprezentację ChRL 2:0 (bramki Wdowczyk i Witold Sikorski), zdobyła główne trofeum. Opromienieni sukcesem za wielkim murem piłkarze Legii po powrocie do kraju prezentowali mizerną formę, 10 sierpnia przegrywając 2:5 z GKS Katowice, przez co jako pierwsi w historii rozgrywek ekstraklasy zainkasowali ujemny punkt. Od razu trzeba nadmienić, że w myśl nowych przepisów drużynie, która przegrywała różnicą trzech bramek, odejmowano jeden punkt.

Po zdobyciu pamiętnego wicemistrzostwa Polski Legia ponownie uzyskała prawo startu w rozgrywkach o Puchar UEFA. Tym razem już w pierwszej rundzie los wyznaczył „wojskowym” bardzo silnego rywala – radziecki zespół Dniepr Dniepropietrowsk. Pierwszy mecz w Warszawie, rozegrany 17 września 1986 roku, zakończył się rezultatem 0:0. W rewanżu, który bardziej przypominał walkę wręcz niż mecz piłkarski, lepsi okazali się piłkarze z Warszawy (wygrana 1:0, bramka Araszkiewicza) i to oni awansowali do II rundy rozgrywek. O tym jak bezpardonowa była to walka, niech świadczy fragment opisu z książki Jerzego Engela: „Wyglądali fatalnie – porozcinane twarze, getry, pokrwawione koszulki i spodenki. Doktor Machowski powiedział: Słuchaj Jurek, daj mi pięć minut, bo muszę ich... pozszywać”. Zwycięstwo Legii było pięknym prezentem piłkarzy na 70-lecie klubu, który w roku jubileuszu miał 16 sekcji, zrzeszał 2 tys. zawodników i zatrudniał 130 trenerów. „Szacunek dla tradycji. Nadzieja na lepsze czasy” – takie było motto obchodów jubileuszu. Niestety, w świecie w którym rządzi pieniądz, w klubie nie wykorzystano wielu szans. Zaniedbując rozwój bazy sportowej doprowadzono do sytuacji, w której potężna Legia likwidując kolejne sekcje traciła na znaczeniu.


Przegrany finał rozgrywek o Puchar Polski ‘88 z Lechem Poznań w Łodzi. Od lewej: Paweł Janas (kapitan drużyny), Zbigniew Robakiewicz, Grzegorz Szeliga, Zbigniew Kaczmarek, Dariusz Dziekanowski, Arkadiusz Gmur, Dariusz Kubicki, Leszek Pisz, Andrzej Łatka, Tomasz Arceusz i Krzysztof Iwanicki.

„Inter na Łazienkowskiej! – to hasło znowu obowiązuje piłkarską Warszawę” – pisał „PS” po tym, jak w drugiej rundzie o Puchar UEFA legioniści ponownie trafili na drużynę z Mediolanu. W pierwszym meczu w Warszawie, 22 października, 25 tys. kibiców zgromadzonych na trybunach i miliony zasiadających przed telewizorami było świadkami sensacji na skalę Europy – Legia wygrała 3:2 (bramki Witolda Sikorskiego, Dziekanowskiego i Karasia). „Szkoda straconej szansy” – pisano w „PS” po meczu rewanżowym w Mediolanie, w którym Legia przegrała 0:1, a „katem” warszawskiej drużyny ponownie został Pietro Fanna.

Po zajęciu przez Legię piątego miejsca w ekstraklasie trener Engel prowadząc jeszcze drużynę w czterech meczach sezonu 1987/1988 podał się do dymisji, a obowiązki pierwszego trenera przejął Lucjan Brychczy. W tym czasie na Stadionie Wojska Polskiego trwały wytężone prace nad likwidacją bieżni żużlowej. Dzięki temu można było powiększyć płytę boiska, co dawało więcej możliwości zawodnikom Legii podczas ataku pozycyjnego. Dla formalności należy dodać, że płytę przebudowywano według koncepcji chorążego Wiesława Stępniaka. Pierwszym meczem na nowej płycie było spotkanie rozegrane 15 sierpnia 1987 roku pomiędzy Legią i Stalą Stalowa Wola, wygrane przez legionistów 3:1 (dwie bramki Dziekanowskiego i Pisza). Chociaż trener Engel był pomysłodawcą poszerzenia boiska, to nie było mu dane długo się nim cieszyć. Oficjalny komunikat klubowy głosił, że rozczarowany postawą prowadzonej przez siebie drużyny postanowił zrzec się funkcji trenera. Mniej oficjalna wersja głosiła, że to władze klubu – po porażce z Górnikiem 0:1 – zasugerowały trenerowi, by ten podał się do dymisji. A ponieważ sugestia brzmiała jak „rozkaz”, szkoleniowiec nie miał wyboru innej możliwości.


Rok 1986. Sektor kibiców Legii podczas pamiętnego meczu Górnik Zabrze – Legia (3:0). Kibice o pudełku z... banknotami dla legionistów dowiedzieli się kilka lat później.

Po niezbyt ciekawym starcie, od momentu przejęcia drużyny przez trenera Lucjana Brychczego gra Legii poprawiła się na tyle, że branżowy tygodnik „Piłka Nożna” ogłosił go trenerem września 1987 roku. „Jestem zaskoczony. Faktem jest, że Legia zdobywa punkty. Ale jej gra nikogo nie zachwyca, co łatwo zauważyć po reakcjach publiczności, także warszawskiej” – powiedział laureat. Prowadzona przez Brychczego Legia zakończyła rundę jesienną 1987 na siódmym miejscu. Po zakończeniu rozgrywek na stanowisku trenera Legii doszło do kolejnej zmiany. Z dniem 1 grudnia 1987 roku nowym opiekunem pierwszej drużyny Legii został Andrzej Strejlau, który stanowisko to piastował już w latach 1975-1979. Miłym zaskoczeniem dla kibiców była postawa Legii podczas wiosny 1988 roku i co bardziej odważni zaczęli oczekiwać dubletu: „To naturalne, że każda drużyna chciałaby zdobyć jak najwięcej, ale...” – studził rozgrzane kibicowskie głowy trener Strejlau. „Nasza ekstraklasa jest obecnie dużo bardziej zgniła i brudna, niż kilkanaście lat temu. Kupczenie meczami, oddawanie punktów, drukowanie spotkań przez sędziów, stało się rzeczą nagminną” – kontynuował. Zawodnicy Legii twierdzili natomiast, że trener Strejlau był bardzo podejrzliwy i przewrażliwiony na temat sprzedawania meczów.

Za przykład niech posłuży historia Dariusza Dziekanowskiego. Zwyczajem tamtych lat było koszarowanie drużyny przed meczami na Fortach Bema, skąd piłkarze bezpośrednio przyjeżdżali na stadion. Pewnego razu na takim zgrupowaniu, które odbywało się przed meczem z poznańską Olimpią (7 maja 1988 roku), piłkarz Legii Dziekanowski postanowił napić się kawy. Na Fortach było to niemożliwe, ponieważ jedyna funkcjonująca tam kawiarenka była już zamknięta. Dlatego Darek, by zrealizować swoje pragnienie, wyruszył do miasta. Na wieść o tym trener Strejlau wpadł w szał. Tak go to zezłościło, że chciał natychmiast zawiesić „Dziekana”, ponieważ podejrzewał, że pojechał dogadać się z Olimpią. Jednak po bardzo burzliwej dyskusji na linii trener-zawodnicy postanowił wystawić „Dziekana” w składzie. I tak kibice nie znający przedmeczowych kulis przymierzali się do trzech punktów. Niestety, wbrew oczekiwaniom piłkarze i kibice przeżyli szok, ponieważ już w 8 min. meczu Olimpia prowadziła 1:0. Proszę sobie wyobrazić, co w takiej chwili czuł trener. Na szczęście wszelkie wątpliwości zostały rozwiane w ciągu... czterech minut. Pomiędzy 22., a 26. minutą, podejrzewany przez trenera o niecne czyny Dziekanowski dokonał niezwykłego wyczynu – strzelił trzy gole! Gdy w kolejnym meczu z Widzewem (1:0) zdobył kolejną bramkę, zapytany o plany na trwający sezon odpowiedział: „Chciałbym zdobyć wicemistrzostwo ligi, Puchar Polski i tytuł króla strzelców”. Oczekiwania „Dziekana” spełniły się tylko w jednym przypadku. Będąc zdecydowanie najlepszym piłkarzem Legii z 20 golami na koncie został „królem strzelców” ekstraklasy. W lidze „przedziwna drużyna”, jak nazywano Legię, ostatecznie zajęła trzecią lokatę – za Górnikiem Zabrze i GKS-em Katowice.


Zapaśnik Andrzej Wroński ze złotym medalem olimpijskim.

Fatalnym ukoronowaniem sezonu okazał się udział w finale o Puchar Polski. W Warszawie liczono, że po ligowej porażce drużyna przywiezie z Łodzi „nagrodę pocieszenia” w postaci Pucharu Polski. Jakoś na Łazienkowskiej nikomu nie przyszło do głowy, że w Poznaniu też chcieli mieć to trofeum. Po niezbyt ciekawym meczu padł remis 1:1, a ponieważ dogrywka także nie dała rozstrzygnięcia sędzia zarządził serię rzutów karnych. Tu lepsi okazali się piłkarze Lecha (3:2).


Olsztyn, 24 czerwca 1989 roku. Finał o Puchar Polski Legia – Jagiellonia (5:2). Kapitan Legii Zbigniew Kaczmarek z uniesionym w górę głównym trofeum.

W 1988 roku w Seulu odbyły się Igrzyska Olimpijskie, w których sukcesy notowali sportowcy spod znaku „eLki”. Zapaśnik Andrzej Wroński wzbogacił swoją kolekcję medali o olimpijskie złoto. Srebrny medal zdobył szablista Janusz Olec a brązowe krążki zawisły na piersiach pięściarzy Legii: Henryka Petricha i Andrzeja Gołoty. Warto pamiętać, że na światowych arenach sukcesy odnosiła pięcioboistka Dorota Idzi, zdobywając indywidualnie i drużynowo tytuły mistrzyni świata. Zanim nastąpiła premiera ligowa sezonu 1988/1989, trener Andrzej Strejlau udzielając wywiadu dla „Życia Warszawy” powiedział: „Wierzę, że możemy osiągnąć więcej niż w ubiegłym sezonie. Stać nas na to. Przyznaję zresztą, że w Legii będzie to moja ostatnia próba”. Pierwsze rozczarowanie nastąpiło już w inauguracyjnym spotkaniu, które legioniści przegrali z Olimpią Poznań 1:2. Parę dni później było już nieco lepiej, gdyż „wojskowi” wygrali 1:0 z GKS Jastrzębie. Potem legioniści, pobudzeni czekającymi ich meczami o Puchar UEFA ze słynnym Bayernem Monachium, wygrywali kolejno z Górnikiem Wałbrzych (3:0) i Stalą Mielec (2:1). Jednak już na Stadionie Olimpijskim w Monachium nie sprostali jedenastce klubu-legendy Bayernu i opuszczali murawę tak szczęśliwej dla Polaków areny sportowej ze spuszczonymi głowami i... bagażem trzech bramek. Tę jedyną dla Legii zdobył po pięknym uderzeniu z woleja Krzysztof Iwanicki. Ciekawostką meczów Legii z Bayernem Monachium pozostają stroje, w jakich występowała wówczas Legia. Na użytek firmy „Kefir Kalinka” zrezygnowano z tradycyjnych barw klubu. Piłkarzy ubrano w koszulki z dużym logo firmy, przy którym mikroskopijnych rozmiarów „eLka” była niemal niewidoczna. Był to przykład tego, jak niewiele dla działaczy klubu znaczyło jego godło. Ważniejszym okazały się marki, które trafiły do kieszeni działaczy za pośrednictwem mieniącego się sympatykiem Legii Andrzeja Grajewskiego, niż poszanowanie klubowych barw. Dwa tygodnie później, 6 października 1988 roku, na Stadionie Wojska Polskiego odbył się rewanż. Piłkarze Bayernu przycisnęli już od pierwszych minut i tylko wspaniałej grze Macieja Szczęsnego legioniści zawdzięczali, że w tej części gry było 0:0. Jednak co się odwlecze... Po 20 minutach gry Bayern prowadził już 2:0. Nadzieje na dobry rezultat podsycił Dariusz Kubicki, strzelając na 1:2. Niestety, Niemcy byli bezlitośni i przed zejściem do szatni strzelili Legii jeszcze dwie bramki. Po przerwie padły kolejne dwie i zapachniało kolejnym pogromem. Na szczęście Bayern, prowadząc już 6:1, mocno spuścił z tonu, co skwapliwie wykorzystał Ryszard Robakiewicz zdobywając dwie bramki. Jednak ostatnie słowo i tak należało do Bawarczyków i na minutę przed zakończeniem spotkania Eck ustalił wynik meczu na 3:7. Z przykrością należy stwierdzić, że nigdy wcześniej (ani nigdy później) legioniści nie stracili w europejskich pucharach aż siedmiu goli, chociaż potykali się z takimi drużynami, jak: Feyenoord, Atletico Madryt, AC Milan czy Inter Mediolan.


13 września 1989 roku Legia zmierzyła się w 1/16 finału Pucharu Zdobywców Pucharów ze słynną Barceloną. Mecz zakończył się remisem 1:1, jednak wyrównująca bramka, którą w 85. minucie strzelił z rzutu karnego Ronald Koeman, wzbudziła wiele kontrowersji. 

Jednym z najpiękniejszych finałów o Puchar Polski, jaki przeszedł do historii naszej piłki, był ten rozgrywany 24 czerwca 1989 roku w Olsztynie, w którym to Legia zmierzyła się z Jagiellonią Białystok. Mecz finałowy Legia rozpoczęła w wielkim stylu. Już w 8. minucie po kapitalnym strzale Romana Koseckiego sektor z kibicami z Warszawy wybuchł niczym wulkan – 1:0 dla Legii! Od tego momentu na boisku panowała niepodzielnie drużyna „wojskowych”. Po kolejnych minutach gry na 2:0 podwyższył Dariusz Dziekanowski. Dziewięć minut później gola na 3:0 zdobył nieuchwytny dla zawodników „Jagi” Kosecki. W Olsztynie zapachniało pogromem, ale prowadząc trzema bramkami piłkarze Legii trochę przysnęli, co skrzętnie wykorzystali rywale zmniejszając rozmiary porażki na 1:3. Po przerwie ponownie Kosecki ograł kilku rywali i wyłożył piłkę Krzysztofowi Iwanickiemu, a ten kapitalnym strzałem podwyższył na 4:1. Po tej bramce nad stadionem rozległo się chóralne: „Puchar jest nasz...!”, które słuchać było chyba w całym Olsztynie. Jagiellonia walcząc do końca zdołała jeszcze strzelić drugiego gola, ale tego dnia ostatnie słowo miało należeć do Legii. I tak też się stało – Dziekanowski ustalił wynik meczu na 5:2. Kiedy rozległ się ostatni gwizdek sędziego, piłkarze przy śpiewie kibiców wykonali taniec radości. Kulminacja euforii nastąpiła w momencie, kiedy kapitan Legii Zbigniew Kaczmarek odebrał cenne trofeum i triumfalnie wzniósł je do góry. W tamtym okresie Legia grała tak dobrze, że kiedy 8 lipca 1989 roku w Zamościu w meczu o Superpuchar stawała naprzeciwko mistrza Polski Ruchu Chorzów, na zwycięzcę wskazywano zdobywców Pucharu Polski. Oczekiwania się spełniły i Legia wygrała 3:0, a rolę pierwszej gwiazdy zespołu, po odejściu „Dziekana” do Celtiku Glasgow, w fantastyczny sposób przejął Kosecki, strzelając gola po akcji, która została okrzyknięta przez prasę ubiegłego stulecia „Akcją XXI wieku”. W 62. minucie meczu Kosecki, wznosząc się na światowy poziom, w stylu największego w owych czasach piłkarza świata Diego Maradony minął kilku rywali i nie dał szans bramkarzowi Ruchu ustalając wynik meczu na 3:0. W meczu o Superpuchar legioniści po raz kolejny udowodnili, że jeśli tylko chcą nie ma na nich silnych – niech by to był nawet mistrz Polski.

Bez wątpienia jednym z najpoważniejszych pucharowych wydarzeń w historii Legii były potyczki legionistów w pierwszej rundzie o Puchar Zdobywców Pucharów ze słynną Barceloną. Pierwszy mecz odbył się 13 września 1989 roku, na słynnym gigantycznym obiekcie Camp Nou. Niestety, „trzynastka” okazała się niezbyt szczęśliwa dla piłkarzy Legii. Przy prawie pustym Camp Nou (15 tys. widzów) grając wspaniałe spotkanie zostali ostudzeni przez... sędziego. Pan w czerni najpierw nie uznał prawidłowo strzelonej bramki przez Koseckiego na 2:0 dla Legii, a później dyktując karnego ułatwił Katalończykom uzyskanie remisu 1:1. Remis osiągnięty przez Legię w Barcelonie sprawił, że rewanż z „Dumą Katalonii” w Warszawie wywołał olbrzymie zainteresowanie. Takich tłumów nie było przy ulicy Łazienkowskiej od pamiętnego pożegnania Deyny. Nie bez znaczenia był fakt, że Legii do awansu potrzeba było „tak niewiele” – wystarczyło zremisować 0:0. Niestety, 22 września 1989 roku, piłkarze Legii na tle Barcelony wypadli blado przegrywając 0:1. Ten mecz dla Koseckiego pozostaje w pamięci nie tylko ze względu na jego sportowy aspekt. W czasie, kiedy „Kosa” wspólnie z kolegami toczył ciężkie boje z piłkarzami Barcelony, złodzieje wynosili z jego mieszkania cały dobytek. „Po meczu zmęczony pojechałem do domu. I co się okazało? Że trzech panów u mnie w mieszkaniu też oglądało mecz. Wszystko mi zrabowali. Mieszkanie wyglądało jak po wybuchu bomby. Po tym zdarzeniu musiałem sprzedać Poloneza, by kupić pewne rzeczy, które zginęły z domu” – mówił przygnębiony Kosecki.

Choć na początku lat 90. Legia nie była drużyną gorszą od innych I-ligowców i aż roiło się w jej szeregach od reprezentantów Polski (Szczęsny, Kaczmarek, Kubicki, Kosecki), to coś się w trybach tej machiny nie zazębiało. W lidze nie wiodło się jej najlepiej czego konsekwencją była zmiana trenera. Prowadzący drużynę Rudolf Kapera zrezygnował, a jego następcą został (etatowy już następca) Lucjan Brychczy, który do tamtej pory siedmiokrotnie zdobywał Puchar Polski – cztery razy jako zawodnik i trzy jako trener. Mogłoby się wydawać, że ósme podejście popularnego „Kiciego” nie powinno być zbytnio emocjonujące i drużyna Legii w Turnieju Tysiąca Drużyn łatwo dopnie swego. A jednak doświadczony trener przed finałowym meczem z GKS-em Katowice był bardzo zdenerwowany i nie mógł wprost znaleźć sobie miejsca. 17 czerwca 1990 roku warszawskim Dworcem Wschodnim zatrzęsło w posadach, kiedy zbierający się tłum kibiców zaintonował: „Ce... Wu... Ka... Es...!”, by potem już podczas podróży pociągiem relacji Warszawa – Łódź dyskutować tylko o jednym – piłkarze Legii muszą ten mecz wygrać. Zgodnie z oczekiwaniami Legia gładko wygrała z GKS-em 2:0 (bramki Cyzia i Koseckiego), lecz sam mecz nie był grą na najwyższym poziomie. Jedyne o czym później rozprawiali dziennikarze całego kraju, to była najbardziej nieprzemyślana interwencja policji jaka miała miejsce na naszych stadionach, kiedy to policjanci forsując płot oddzielający kibiców od boiska wpadli na sektor, by na oślep taranować i tłuc kibiców. Kiedy na trybunach rozgrywały się gorszące sceny piłkarze Legii podbiegli z pucharem krzycząc do funkcjonariuszy, by ci przestali. Bez skutku. Na drugi dzień w całej polskiej prasie z relacji z tego meczu na pierwszy plan wybijała się krytyka tej bezmyślnej interwencji policji, dominował zaś tytuł: „Puchar z pałowaniem w tle”.

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 229
PLN
Cena 299
PLN
Cena 99
PLN