Legia Warszawa
vs Arka Gdynia
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2014-11-25 11:54:00
Newsletter

Jacek Magiera podsumowuje rundę

Autor: Maciej Prusiński Fot. Jacek Prondzynski
W ostatnim czasie będący pod sporym ostrzałem, choć jego praca przyczyniła się zarówno do świetnych wyników osiąganych przez pierwszy zespół, jak i tych w Centralnej Lidze Juniorów. - Czułem się jak Matka Teresa, która pomaga wszystkim dookoła, karmi ich bochenkiem chleba, a sobie zostawia okruszki - mówi w rozmowie z legia.com szkoleniowiec rezerw, Jacek Magiera. Zapraszamy do lektury wywiadu!
Ciężkie pięć miesięcy za panem. Najtrudniejsze w dotychczasowej pracy przy Łazienkowskiej?
- Jako pierwszy trener pracuję od niespełna roku, to dopiero moja druga runda w tej roli. Na pewno inaczej wygląda kwestia podejmowania decyzji - wcześniej, będąc drugim trenerem, uwaga nie była tak bardzo skupiona na mnie, niektóre rzeczy przechodziły więc bezboleśnie. Człowiek dąży jednak do nieustannego rozwoju, a ja, dzięki decyzji podjętej w styczniu tego roku, zrobiłem bardzo duży krok naprzód. Pod każdym względem. Doświadczenia, które zdobyłem na przestrzeni tego roku, nie zdobędzie się czytając nawet tysiące książek czy oglądając masę filmów szkoleniowych. Trzeba przez to wszystko przejść samemu, doświadczyć pewnych rzeczy na własnej skórze. Powiem w ten sposób - to było trudne pół roku, nie ma co tego ukrywać, ale i bardzo dobre pół roku. Ta nauka na pewno zaprocentuje w przyszłości. Może zabrzmi to dziwnie, ale cieszę się, że stało się tak, jak się stało - mam dzięki temu inne spojrzenie na wiele spraw i spotykając się z tego typu problemami za pięć czy dziesięć lat, będę mądrzejszy, niż byłem w styczniu.

Mówiąc "inne spojrzenie na wiele spraw" ma pan na myśli komunikację między pierwszym a drugim zespołem?
- Między innymi tak. Sztaby "jedynki" i "dwójki" muszą się dotrzeć. Przecież tak naprawdę wcześniej wogóle się nie znaliśmy. Były pewne niedoskonałości w naszych relacjach, pewne rzeczy sobie wyjaśniliśmy, sporo nowych ustaliliśmy za zamkniętymi drzwiami, bo tam powinno się to odbywać. Legia jest zbyt poważnym klubem, aby jakiekolwiek sprawy załatwiać na zewnątrz. Wszyscy jesteśmy bardzo ambitni, ale liczy się przede wszystkim dobro Legii. Do tego musimy dążyć. Był pewien moment kryzysowy, wyniki nie były zgodne z oczekiwaniami z początku sezonu, ale dzięki tym właśnie rozmowom wiemy, na czym stoimy.

Postrzeganie całej sytuacji musiało zmienić się z obu stron.
- I tak też się stało. Zmieniła się cała nasza współpraca, która jest teraz na o wiele wyższym poziomie niż na początku. Wszystkim wyszło to więc na dobre. Będziemy robić wszystko, aby z tej współpracy jak najwięcej korzyści miał pierwszy zespół i sami zawodnicy, choć są to oczywiście naczynia powiązane, bo naszym celem jest dostarczanie "jedynce" piłkarzy gotowych, ogranych, którzy wchodząc do Ekstraklasy nie będą mieli żadnych obaw, nie będą odstawać. 

Ciągłe "schodzenie" piłkarzy pierwszego zespołu do drugiego odbija się jednak na zawodnikach, bo ci, którzy mogliby grać w "dwójce", grają w Centralnej Lidze Juniorów, a ci, którzy powinni grać w CLJ, grają jeszcze niżej.
- Po części to prawda, ale zależy nam na zdobyciu mistrzostwa w Centralnej Lidze Juniorów. Wielokrotnie, jako koordynator obu zespołów, tak rotowałem zestawieniem, aby zarówno w jednej, jak i drugiej drużynie składy były optymalne. Zdarzało się nawet tak, że piłkarze będący w doskonałej formie odsyłani byli do CLJ, aby tam pomóc w zdobywaniu punktów. Przed sezonem zakładaliśmy, że z "dwójką" walczymy o awans, ale nasze plany zostały zweryfikowane z różnych powodów. W pierwszej bowiem kolejności liczy się przygotowanie zawodników do gry w pierwszym zespole i mistrzostwo w Lidze Juniorów. Nie zmienia to faktu, że w każdym meczu dążyliśmy do zwycięstwa, ale przy takiej rotacji, jaka miała miejsce w ostatnim półroczu, III ligi wygrać się po prostu nie da. W kadrze na 17 meczów znalazło się łącznie 45 piłkarzy, co jest przeogromną liczbą. Z tych 45 grało aż 42 - tylko trzech nie podniosło się z ławki. Nie może być więc mowy o stabilizacji czy zgraniu. Pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć, a bywało tak, że zawodnicy przychodzili do nas tylko na mecz, bez żadnego wspólnego treningu. Jestem jednak w stu procentach przekonany, że Legię stać na awans, w niedalekiej przyszłości go wywalczy i będzie grać w II lidze.

Czuje się pan przez to wszystko nieco poszkodowany? Koordynuje pan Legię II i CLJ, gdzie nasi zawodnicy przewodzą tabeli. Ci, którzy dostają swoje szanse w "jedynce", zazwyczaj też je wykorzystują. Robi więc pan dobrą robotę dla jednych i drugich, a najbardziej cierpi na tym "dwójka". Również w internecie...

- Gdybym miał się przejmować komentarzami w internecie, to prawdopodobnie nie pracowałbym w sporcie. Nie interesuje mnie opinia osoby anonimowej, która siedzi przed komputerem, nie widzi meczu i na podstawie suchych wyników lub własnego widzimisię wyraża swoją opinię. Jestem świadom, że za wyniki odpowiedzialność bierze przede wszystkim trener, ale znam swoją wartość. Zawsze do wszystkiego podchodziłem profesjonalnie i jestem gotów, aby pracować na wysokim poziomie. Owszem, był moment, kiedy czułem się jak Matka Teresa, która pomaga wszystkim dookoła, karmi ich bochenkiem chleba, a sobie zostawia okruszki. Tak to w pewnym momencie wyglądało. Wszyscy byli zadowoleni, a wyniki drugiej drużyny odbijały się na mnie. Traktuję to jednak jako doświadczenie, a ocenę mojej pracy - pozytywną lub negatywną - zostawiam właścicielom klubu. Jeśli uznają, że nie wykonuję jej dobrze i będą szukali na moje miejsce kogoś innego - uszanuję to. Znam swoje miejsce w szeregu, ale z drugiej strony wiem co chcę osiągnąć i moje ambicje nie kończą się na prowadzeniu drugiej drużyny. Na wszystko potrzeba jednak czasu, a każdą szansę trzeba jak najlepiej wykorzystać. Zawodnikom powtarzam często "luck is what happens when preparation meets opportunity". Tłumacze to tak, że każdy z niecierpliwością czeka na swoją szansę, a gdy przychodzi co do czego, to nie potrafi jej wykorzystać i ma pretensje do wszystkich dookoła. Trzeba być na nią nieustannie przygotowanym i tyczy się to nie tylko piłkarzy, ale i trenerów. Wszystkie nasze działania podporządkowane są więc temu, aby w przyszłości nic nas nie zaskoczyło.



A gdzie sięgają pana ambicje? Czuje się pan teraz lepszym trenerem?

- Zdecydowanie. Na wiele spraw patrzę inaczej niż kilka lat temu, kiedy byłem jeszcze drugim trenerem. Dziś muszę zarządzać nie tylko zawodnikami, ale i sztabem szkoleniowym, medycznym i w jak największym stopniu wykorzystać ich potencjał. Współpracownicy większą robotę wykonują na boisku, prowadzą treningi, ale do wszystkich mam bardzo duże zaufanie i uważam, że sztab drugiej drużyny jest dobrze dobrany pod względem merytorycznym oraz mentalnym. Pracują u nas fachowcy, którzy na pewno daleko zajdą. Krzysiek Dębek przez wiele lat pracował z młodzieżą i wielu zawodników wychował oraz ukształtował np. taktycznie. Rafał Kubów wykonuje kawał dobrej roboty analitycznej, a także związanej z treningiem indywidualnym, Tomek Grudziński z przygotowaniem fizycznym, Arek Białostocki z treningiem bramkarskim. Do tego kierownik drużyny Marcin Muszyński i sztab medyczny z "maserami" Marcinem Batorem, Sebastianem Karstem, Przemkiem Wielebskim, którzy dostępni są dla zawodników praktycznie 24 godziny na dobę. Wszystko to "hula" jak należy i nie ma w naszym działaniu żadnych nerwowych ruchów. Dziś nie jestem w stanie powiedzieć, jakie będą moje cele w przyszłości, choć moje ambicje sięgają bardzo wysoko. Poprzeczkę podnoszę sobie stopniowo, w miarę osiąganych sukcesów - to samo robiłem będąc jeszcze piłkarzem. Ludzi, z którymi występowałem na jednym boisku, a którzy dziś działają w profesjonalnej piłce, mogę policzyć na palcach jednej ręki. Nie byli wystarczająco konsekwentni, zdeterminowani czy pracowici. Talent, liczne kontakty i dobry manager to nie wszystko. Mając to, owszem, można otrzymać swoją szansę. Ale jeszcze raz powtórzę - trzeba być na nią przygotowanym.

Czyli mimo, że rok do łatwych nie należał, jest satysfakcja z tego, co udało się zrobić?
- Jest duża satysfakcja. Sześciu zawodników - którzy byli u nas w ubiegłej rundzie - zadebiutowało w pierwszej drużynie Legii w Ekstraklasie - czy to nie jest najważniejsze? Patrząc wyłącznie przez pryzmat wyników może wydawać się to dziwne, ale nie da się wygrać ligi 16- czy 17-latkami. To są młodzi, zdolni ludzie, ale potrzebują czasu. Gdy zbyt wcześnie zerwie się z drzewa jabłko, które wygląda pięknie, może okazać się, że jest jeszcze kwaśne. Tak samo jest z piłkarzami - muszą dojrzeć. Gdy na początku wpuszczaliśmy na lewą obronę Hołownię, to nie wiedział jak ma się poruszać, co robić, do tego doszedł jeszcze stres i w konsekwencji chłopak bał się kopnąć piłkę. Ostatni mecz był w jego wykonaniu najlepszy, co znaczy, że zrobił progres, a cierpliwość popłaciła. To samo było z Wieteską czy Ryczkowskim w poprzedniej rundzie. Łatwiej jest wejść do drużyny - co spotkało np. Krystiana Bielika - gdy wokół ciebie grają Jodłowiec, Vrdoljak, Rzeźniczak czy Saganowski. Wtedy mogą udzielić ci wielu wskazówek, zaasekurować, a nawet przestawić na boisku. Zupełnie inaczej jest, gdy obok ciebie jest drugi 17-latek, który też boi się odezwać. Cały łańcuch rzeczy wpływa na kształtowanie się zawodnika. Przede wszystkim trzeba być cierpliwym, ja staram się taki być i dam tym chłopakom tyle, ile tylko będę mógł. Od nich oczekuje tego samego. Jeżeli nie będą pracować, to nic nie osiągną, a na przebieg kariery składa się masa szczegółów.

Prezes Leśnodorski powiedział w wywiadzie dla legia.net coś takiego: "Największy kłopot jest chyba w ambicjach. Jak młody chłopak trenował z pierwszym zespołem, a po chwili ma zagrać w juniorach, to powstaje jakiś problem w głowie". Pan by się pod tym podpisał?
- Nie do końca, zależy to od charakteru i świadomości. Gdy z Legii II ktoś "schodzi" do juniorów, zazwyczaj wygląda tam jak profesor, bo gra z równieśnikami. Ale ten, który "schodzi" z "jedynki" do nas, gra z przeciwnikami starszymi od siebie i na boisku zaczynają się większe problemy, bo brakuje mu doświadczenia. Człowiek chce osiągnąć jak najwięcej. Gdybyśmy na początku roku porozmawiali z jakimkolwiek 17-letnim zawodnikiem drugiej drużyny, to oddałby on wszystko, żeby tylko trenować z pierwszym zespołem. Kiedy już tam trafi, to samo trenowanie przestaje go interesować i chce coraz więcej. Przebywa w szatni z zawodnikami, którzy mają lepsze kontrakty, którzy są rozpoznawani na mieście, wśród kibiców, którzy powoływani są do kadry, których zaprasza telewizja. Patrząc na nich otwiera buzie i też chce być taki. Nie interesuje go tylko trening, chce zacząć grać. W pewnym momencie dochodzi do sytuacji jak z jabłkiem - piłkarz się stara, pięknie wygląda, ubrany w strój Legii niczym nie różni się od pozostałych, z zewnątrz wszystko cudownie, ale jest "kwaśny", brakuje dojrzałości. Brakuje szczegółów, które decydują o tym czy gra czy nie. Zaczyna się frustracja i szukanie błędów dookoła, zamiast pracować nad własnymi słabościami. "Schodząc" w takiej sytuacji do drugiego zespołu, zawodnik ten nie gra na sto procent swoich możliwości, ale nie dlatego że nie chce, ale głowę ma zaprzątniętą zupełnie innymi sprawami, często niepotrzebnymi, które powinien szybko z niej wyrzucić, aby jej nie zaśmiecać. Jednak w zawodowym sporcie u młodych ludzi to normalna rzecz, której trzeba się nauczyć. Z drugiej strony to właśnie w tym wieku - między piłką juniorską a seniorską - jest największy przesiew, największa selekcja. Kolejna rzecz - w juniorach często bierze się zawodnika na bok i tłumaczy mu się powody, dla których nie gra. W zawodowej piłce sentymentów już nie ma, każdy musi zakasać rękawy i zasuwać. Tam są rodziny, sława, europejskie puchary - niby wszyscy nadal są kolegami, ale tak naprawdę walczą między sobą o grę, powołania i piłkarskie życie. Zdrzemniesz się na moment i od razu ktoś wchodzi na twoje miejsce, a ciebie nie ma. Kolejna sprawa - samozadowolenie. Jestem w pierwszej drużynie, czyli mam to, co chciałem. Kiedyś na odprawie z zawodnikami porównałem to z żabą, którą wrzuca się do gorącej wody. Szybko wyskoczy, zareaguje, bo wie, że coś jest nie tak. Ale jak wrzuci się ją do zimnej wody, to będzie sobie pływać. Zaczniesz powoli podgrzewać wodę i żabie będzie coraz lepiej, przyzwyczai się, rozleniwi, aż w końcu ogłupiała się ugotuje i będzie po niej - sama się załatwi. To samo dzieje się z młodzieżą, która musi nieustannie pielęgnować to, co dostaje od losu. Wiem, że nie jest to łatwe, bo inaczej na świat patrzy się mając 17, a inaczej mając 30 lat. Kiedyś z Górnikiem na Legię przyjechał Błażej Augustyn i mówi do mnie, że gdyby kilka lat temu miał dzisiejszy rozum, to jego kariera wyglądałaby zupełnie inaczej. Wtedy nie chciał mnie słuchać, wydawało mu się, że gadam głupoty. U młodych ludzi to jednak normalne.

Można z tego wysnuć taki wniosek, że problemem młodych piłkarzy Legii jest przemotywowanie. Tym bardziej, że prawie po każdym spotkaniu podkreślał pan, że woli walki odmówić nikomu nie może.
- Każdy się stara, daje z siebie wszystko, ale umiejętności mają różne. Jeden wejdzie od razu do pierwszego zespołu i gra, inny trafia tu okrężną drogą. Jeden będzie szczęśliwy mając 18 lat, drugi 30, gdy po ciężkiej pracy i szkole życia, jaką przeszedł w niższych ligach, osiągnie to, co chciał. Nie ma przepisu na karierę, wszyscy przechodzą indywidualną ścieżkę. Każdy ma patrzeć tylko na siebie i ciężko pracować. Czy zawodnicy są przemotywowani? Nie mogę się z tym do końca zgodzić. W niektórych meczach byliśmy zdecydowanie lepsi, ale brakowało detali wynikających z braku dojrzałości. Mnie cieszy to, że nasi zawodnicy, niezależnie od sytuacji, na treningach zostawiali serce, dawali z siebie sto procent. Każdego dnia wzajemnie się mobilizowaliśmy, bo dzień czy dwa dni później mógł zadzwonić trener pierwszego zespołu i powiedzieć: "X-siński ma jutro przyjść do nas na trening". X-siński musi być wtedy gotowy, bo ten trening może być najważniejszym w jego karierze, a 10 minut, które dostanie w czasie meczu, może zadecydować o jego dalszych losach.

Ci którzy przez ostatnie pół roku trenowali z "jedynką" są dojrzalsi, zmienili się? Czy "schodząc" do drugiej drużyny w głowie mają ciągle dorosły zespół?
- Mają go w głowie, bo posmakowali tego, do czego dążą. Gdybyśmy w styczniu powiedzieli im, że zagrają jeden mecz w Ekstraklasie, a potem będą musieli występować niżej, to byliby przeszczęśliwi, bo pół roku temu było to dla nich nieosiągalne wręcz marzenie. Ciężką pracą doprowadzili do swojego debiutu i nie interesuje ich już, że miał to być tylko jeden mecz. Chcą więcej i więcej. Muszą jednak wiedzieć, że nie rywalizują już z rówieśnikami, tylko z najlepszymi piłkarzami w tym kraju oraz obcokrajowcami na poziomie reprezentacyjnym, jak Orlando Sa, Miro Radović, Ivica Vrdoljak czy Dusan Kuciak. Topowi zawodnicy. Nikt więc nie będzie stawiał na młodego tylko dlatego, że jest młody. Wracając do pierwszej części pytania - zmienili się i to bardzo. W pierwszej drużynie zwraca się uwagę na inne aspekty, 90 procent ludzi to ludzie bardziej dojrzali, mający swoje rodziny, którzy zdążyli się już wyszumieć. W "dwójce" mamy zupełnie inne problemy - szkoła, dziewczyny, pierwsze miłości. Tam są z kolei większe pieniądze, samochody, inwestycje, rozmowy na zupełnie innym poziomie. Młodym to imponuje, chcą być jak Rzeźniczak, Astiz czy Saganowski. Ale wszystko krok po kroku, trzeba iść swoją drogą, kierować się swoim zasadami, choć w środowisku sportowym nie jest to łatwe, bo zazwyczaj otaczamy się ludźmi zamożnymi.



Mówimy o własnej ścieżce, przepisie na karierę, a w związku z tym spodziewać się należy, że kilku zawodników - którzy liczyli na częstsze występy - zimą będzie chciało odejść - czy to na wypożyczenie czy też definitywnie - i szukać swoich szans w wyższych ligach.
- Na pewno tak, choć myślę, że większe zmiany czekają nas dopiero po zakończeniu sezonu. Z każdym z zawodników będę chciał porozmawiać indywidualnie i wiem, że znajdą się tacy, którzy odejdą. Nikt w Legii skreślony jednak nie będzie. Zdarzały się przypadki, że ktoś szedł na wypożyczenie, a potem trafiał do pierwszego zespołu. Najlepszy przykład to Artur Jędrzejczyk, który był i w Dolcanie, i w Koronie, a dziś jest podstawowym piłkarzem reprezentacji i każdy chciałby być na jego miejscu. Będziemy szukać najlepszej opcji dla każdego piłkarza i na pewno nie zrobimy tak, jak w czerwcu, kiedy - z kilkoma wyjątkami - zostawiliśmy prawie wszystkich. Nie chcę dziś rzucać nazwiskami, ale kilka osób na pewno nas opuści. Nie dlatego, że są słabi, ale chcemy stawiać na młodszych. Ci, dla których III liga to za niskie progi, a Ekstraklasa za wysokie, powinni walczyć o swoje gdzie indziej.

Wypożyczenia są optymalnym rozwiązaniem? Patrząc na to, jak wygląda sytuacja co poniektórych naszych zawodników, można mieć co do tego spore wątpliwości. Przykład Olka Jagiełły jest chyba najlepszym.
- Tu znów musimy wrócić do dojrzałości i metafory z jabłkiem. Niektórym wydaje się, oglądając mecz w telewizji, że daliby sobie radę w Ekstraklasie czy nawet reprezentacji. My drugi zespół traktujemy jak uniwersytet, który ma ich nauczyć życia, walki, gry w seniorach, podejścia do zawodu. Wszystko po to, aby w przyszłości było im łatwiej. Olek Jagiełło w pewnym momencie za szybko trafił do pierwszej drużyny. Potrzebował wtedy stopniowego, harmonijnego rozwoju, nie zebrał wystarczającego doświadczenia w Młodej Ekstraklasie i przeskok okazał się zbyt gwałtowny. Tym bardziej, że Olek wchodził do drużyny nie jako gotowy, uformowany piłkarz, ale taki, który musi o wszystko walczyć. Zawodnik idący z Legii do innego klubu musi robić różnicę - wtedy trener na niego postawi. W II lidze nie ma też takiej rywalizacji, bo na boisku musi przebywać dwóch młodzieżowców, więc o miejsce w składzie jest łatwiej. Problem zaczyna się wtedy, gdy kończy się wiek młodzieżowca i trzeba zacząć walczyć z mężczyznami nawet z rocznika '77. Po rundzie będziemy rozmawiać z trenerem Bergiem na temat kształtu drużyny, zobaczymy kto dostanie szansę wyjazdu na obóz. Dziś trwa jeszcze Ekstraklasa, Liga Europy - na rozmowy o personaliach przyjdzie czas, choć jesteśmy już na nie przygotowani, mamy raporty na każdy temat i nowe zadania do wykonania. Łatwo nikt miał nie będzie, ale spójrzmy na przykład Sebastiana Mili, który rok temu został odsunięty od zespołu z powodu nadwagi. Był obrażony na wszystkich, na trenera w pierwszej kolejności, wydawało mu się, że jest najlepszy na świecie i nie musi nad sobą pracować. Podejrzewam, że był cholernie wściekły na trenera Pawłowskiego, a dziś uważa, że to świetny fachowiec, bo doprowadził go do miejsca, w którym się teraz znajduje - wrócił do kadry, strzela Niemcom. Pracować nad sobą trzeba całe życie. Jeśli ktoś powie, że wszystko już umie, to będzie to początek jego końca. Największym zagrożeniem nie są imprezy czy alkohol, ale samozadowolenie i szukanie problemów wszędzie, tylko nie w samym sobie. Było już wielu takich, co w wieku 20 lat byli panami świata, a dziś nikt o nich nie pamięta, są wrakami. Jeśli ktoś postępuje w ten sposób, to jest po prostu głupi.

Ciężko jednak przypuszczać, aby chłopcy z rocznika '94, jak Łukasz Moneta, Łukasz Turzyniecki czy Kamil Kurowski, któremu wypożyczenia nie są obce, mieli jeszcze szansę zaistnieć w pierwszym zespole. Choć pracę wykonują olbrzymią.
- Faktem jest, że pojawiają się już zawodnicy z '98, a więc młodsi o cztery lata. Ale nie znaczy to, że ci z '94 są już skreśleni. Każdy z nich nadal może zrobić karierę, może być piłkarsko szczęśliwy. Być może będą zmuszeni do odejścia z Legii, ale za jakiś czas, już z innej pozycji - nie tego, któremu na siłę szuka się pozycji w czasie gierki treningowej, ale tego, który ma wyrobione nazwisko - powrócą. Na nazwisko pracuje się długo i ciężko, trzeba się rozpychać łokciami, ugruntować swoją pozycję. Nie można się poddać. Wywieszenie białej flagi jest najgorsze. Sport nie raz udowodnił już, że można podnieść się nawet z najgorszej pozycji. Zamiast pytać dlaczego nie dano mi szansy, trzeba zapytać samego siebie co zrobiłem, aby tę szansę otrzymać. Nikt z piłkarzy nie ma tu prawa narzekać, wszystko jest w ich rękach, nogach, mają talent, są zdrowi, a warunki w Legii mają takie, jak nigdzie indziej. Niektórzy pojmują to dopiero, gdy odchodzą i wtedy dociera do nich, że mogli się bardziej starać, dać z siebie więcej. Wtedy pozostają im jednak tylko wspomnienia.

Jest w "dwójce" ktoś, kto przez ostatnie pół roku nie zanotował progresu, nie zrobił tyle, ile mógł?
- Każdy z nich zrobił postęp. Każdy jest lepszym piłkarzem, lepszym człowiekiem, bardziej doświadczonym, dojrzałym. Oczywiście jedni byli w lepszej formie, dostawali więcej okazji do pokazania się, ale pamiętajmy, że to wciąż młodzi, 18-, 19-, 20-letni ludzie. A są i młodsi. Gdyby którykolwiek z nich w tym wieku osiągnął apogeum swoich możliwości, to nie byłby w Legii. W klubie pracuje bardzo wielu ludzie - od scoutingu, po szkolenie i akademię - i prawdopodobieństwo pomyłki co do któregoś z nich jest niewielkie. Każdy kto tu jest, musiał na to zasłużyć.

Po ostatni meczu w sezonie powiedział pan, że trenerowi Bergowi poleci Norberta Misiaka. Ktoś jeszcze zasłużył na takie wyróżnienie?
- Norbert na pewno zasługuje na to, aby taką szansę otrzymać. Nigdy nie przebywał z pierwszym zespołem dłużej niż dwa dni. Dwa lata temu zerwał więzadła, mnóstwo czasu spędził na rehabilitacji, długo wracał do zdrowia. Poprzednia runda była w jego wykonaniu udana, ta miniona - bardzo udana. W 13 meczach zagrał w pełnym wymiarze czasowym, został kapitanem i stał się zawodnikiem, od którego dużo zależało. Był wzorem do naśladowania na treningach i może czuć się wygranym. Jestem jednak pewien, że każdy z nich dałby sobie radę w "jedynce". Pojedynczy zawodnicy wchodząc do treningu ze starszymi wcale nie odstają, co wiele razy zaobserwowałem.



Zatrzymajmy się na moment przy ocenach indywidualnych. Artur Haluch po głupiej czerwonej kartce nie zagrał już ani minuty. To był sygnał dla innych, że nie ma miejsca na "gwiazdorzenie"? Został przykładnie ukarany?
- Był taki moment, że Artur rzeczywiście trochę odleciał. W meczu z ŁKS-em zagrał bardzo dobrze, był przez wszystkich chwalony. Po czerwonej kartce powiedziałem to, co uważałem. Dwa mecze musiał pauzować, a w kolejnych bronili albo Łukasz Budziłek, albo Konrad Jałocha. Było to odgórne polecenie Krzyśka Dowhania. Ostatnie lata były dla Artura trudne - ciągle był czwartym lub nawet piątym bramkarzem, ale uważam, że to półrocze było dla niego udane. Dostał swoją szansę, występował w sparingach przed sezonem, podczas których przekonał nas do siebie i stał się pierwszym bramkarzem Legii II. Inna sprawa, że pierwszy bramkarz Legii II jest tak naprawdę drugim, bo na tę pozycję zazwyczaj "schodzi" ktoś z pierwszego zespołu. Gdyby nie odsyłano do nas Budziłka czy Jałochy, Haluch prawdopodobnie dalej by bronił. Dawid Leleń był w o tyle lepszej sytuacji, że wiek umożliwiał mu jeszcze grę w Centralnej Lidze Juniorów.

Łukasz Budziłek poprawił z kolei nie tylko grę, ale i atmosferę. Świetnie wkomponował się do zespołu, występy w III lidze potraktował bardzo profesjonalnie i wydaje się, że Legia może mieć z niego sporo pociechy.
- Jestem bardzo zadowolony z jego postawy. Rzeczywiście zachowywał się bardzo profesjonalnie, wykonywał swoje obowiązki tak, jak należy. Dodatkowo był dobrym duchem drużyny, szybko złapał kontakt z pozostałymi, aczkolwiek z tym nikt problemów nie miał. Łukasz, jak i pozostali zawodnicy "schodzący" z pierwszego zespołu - Lewczuk czy Piech - z szacunkiem odnosili się do młodszych kolegów, starali się im pomagać. Jedynym wyjątkiem było zachowanie Arka w Aleksandrowie Łódzkim, gdzie dostał czerwoną kartkę i zachował się bardzo nieodpowiedzialnie, co oczywiście ode mnie usłyszał. Takich rzeczy nie toleruję, ale rozmowa pomogła, bo w kolejnych spotkaniach pomagał, zdobywał ważne bramki i został najlepszym strzelcem - pięć bramek w sześciu meczach, do tego jedna asysta. W klasyfikacji kanadyjskiej wyprzedził go tylko Bajdur z czterema golami i czterema asystami. W lidze przeciwnicy się go bali, bo każdy wie, kim jest i gdzie grał Arkadiusz Piech.

Kolejnym wygranym jest chyba Rafał Makowski, który od momentu wskoczenia do składu już miejsca nie oddał i nie było sytuacji, w której by zawiódł.
- Rafał jest wygranym. Grał bardzo dobrze, zaczął od 6. kolejki - w Wieluniu zmienił Czarka Michalaka - i od tamtej pory, z dwiema przerwami, grał we wszystkich meczach w pełnym wymiarze czasowym. Dobrze się wkomponował, uspokoił grę w obronie i może zaliczyć to półrocze do udanych. To bardzo pracowity chłopak, z dobrymi warunkami fizycznymi. Mimo to musimy popracować nad grą głową, bo przy 190 centymetrach nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału. Najbliższy czas poświęcimy na postęp w tym właśnie aspekcie. Stawiamy przy nim duży plus, jesteśmy zadowoleni, on sam też może być.

Mateusz Wieteska i Bartłomiej Kalinkowski - świetny początek sezonu, dobre występy i w "jedynce" i w "dwójce", potem z każdym meczem forma spadała. Powodów szukać należy w głowie, w "zasmakowaniu" dorosłej piłki, o którym mówiliśmy, czy jeszcze gdzie indziej?
- To są inteligentni, rozsądni ludzie, którym nie trzeba jak krowom tłumaczyć, co mają robić - wystarczy powiedzieć im raz. Są świadomi tego, co przed nimi, jakie mają braki, nad czym muszą pracować. Wahania formy biorą się m.in. z nietypowego rytmu meczowego. Najpierw grali w pierwszej drużynie, potem przyszła przerwa, potem siedzieli na ławce, potem grali w "dwójce". Odpowiedni cykl i ogranie są bardzo ważne. Inaczej nie czuje się piłki, atmosfery, współpracy z partnerami i w tym widzę jedną z przyczyn. Ich mikrocykl treningowy bardzo różnił się od pozostałych graczy, a w pierwszej i w drugiej drużynie treningi te wyglądają zupełnie inaczej, gramy w różne dni, każdy szykuje optymalną formę na swój mecz. Nie chcę jednak za wiele mówić o tym na forum publicznym, musimy radzić z tym sobie sami, wewnątrz klubu. Od tego są trenerzy przygotowania fizycznego, aby to wszystko miało ręce i nogi.

Krystian Bielik jest z kolei najmłodszy w całej stawce, a do pierwszego zespołu wszedł z ogromnym impetem. W przypadku 16-latka nie można jednak mówić o nie wiadomo jak ciężkiej pracy, którą już wykonał. Ma więc aż tak olbrzymi talent?
- Krystian ma ogromny potencjał, a do tego znakomite warunki fizyczne. Musi dużo pracować nad grą w strefach, taktyką zespołową i indywidualną. Jeździłem na wiele stażów, sympozjów i konferencji, gdzie miałem okazje porozmawiać z trenerami juniorów w znanych europejskich klubach. Mój wniosek dotyczący największej różnicy między prowadzeniem trampkarzy, juniorów czy juniorów młodszych w Polsce i na Zachodzie jest następujący: tam dyscyplinę taktyczną trzyma się przez całe spotkanie, niezależnie od tego, ile ono trwa. U nas dyscyplina trzymana jest do stanu 3:0, bo mecze kończą się nawet dwucyfrówkami. Drużyna przeciwna nie zmusza bowiem do gry w strefie czy bronienia się. I w tym jest rola trenera, aby tę dyscyplinę narzucić. Ciężko jednak być skoncentrowanym na grze przy takich rezultatach. Potem mamy jednak zderzenie z Europą - nie umiemy się wrócić do obrony, odpowiednio ustawić, są złe odległości między formacjami, brakuje pressingu. Krótko mówiąc nie umiemy zareagować na to, co robi rywal. Zdarza się, że najmłodsi chłopcy w Legii celowo ustawiają się na własnej połowie, a przeciwnik i tak nie chce atakować. W tym elemencie przeskok jest zbyt duży, bo potem wydaje im się, że wystarczy wziąć piłkę, okiwać kilku zawodników i zdobyć bramkę. Zaczęliśmy o Krystianie, ale tyczy się to wszystkich. Bielik zagrał w sześciu meczach, ale na pewno był zawodnikiem wyróżniającym się - szczególnie z Sokołem czy Pogonią Grodzisk. Należy dać mu czas, ciągle musi nad sobą pracować. Miałem okazję poznać jego rodziców, kilkukrotnie przeprowadzałem z nim indywidualne rozmowy i wiem, że ma poukładane w głowie. Oby tylko wiedział, czego chce i dążył do realizacji swoich celów.



Dwa mecze w tym sezonie pokazały, jak ważna jest u piłkarzy głowa. Spotkanie z Wartą Sieradz, któremu towarzyszyła niesamowita euforia, ale przede wszystkim derby z Polonią, które bez doświadczenia Piecha i Lewczuka wygrać byłoby ciężko.
- Na pewno bez nich byłoby inaczej, ale trudno powiedzieć, jak wtedy ułożyłby się ten mecz. Nie sprawdzimy tego i nawet nie zamierzam się nad tym zastanawiać. Zacznę od Warty, bo to był nasz najlepszy mecz w tym sezonie. Od początku do końca był pod naszą kontrolą, dominowaliśmy, graliśmy tak, jak trenowaliśmy - "zszedł" do nas jedynie Łukasz Budziłek. Zagraliśmy więc składem, który się dobrze zna i to było widać. Mecz pokazowy. Wtedy napięcie się rozładowało, zeszło z nas ciśnienie, radość rzeczywiście była ogromna. Co do Polonii - nastawialiśmy się na trudny mecz. Jadąc do Kleszczowa na trybunach jest 16 osób, w Aleksandrowie Łódzkim może 50, a atmosfera nie meczu, tylko sparingu. W derbach spodziewaliśmy się wrogo nastawionej publiczności, która mogła nas jednak tylko zmobilizować. Cały czas powtarzaliśmy chłopakom, że mają skoncentrować się na sobie i na tym, co dzieje się na boisku, a nie na trybunach. Niektórzy pierwszy raz wystąpili w takiej atmosferze, ale nie pękli. Może poza ostatnimi kilkunastoma minutami, kiedy rozpaczliwie się broniliśmy, chcąc dowieźć wynik do końca. Wcześniej mieliśmy jednak szanse, aby go podwyższyć, co nie udało się właśnie przez gorące głowy. Patrząc na wszystkie mecze w tej rundzie, byliśmy najmłodszą drużyną w całej lidze. Średnia wieku Legii II wyniosła "jesienią" 19,8 - z Piechem, Lewczukiem, z meczem z Lechią, gdzie grali Pinto, Rzeźniczak czy 35-letni Saganowski. To bardzo młody zespół. Średnia wszystkich pozostałych drużyn wyniosła z kolei 24,5. Olbrzymia różnica jeśli chodzi o doświadczenie. Najmłodszy skład mieliśmy w meczach z Targówkiem, Radomiakiem i Startem Otwock - średnia 18,5. Radomiak miał wtedy 24,9, a z gry, techniki i boiskowego zachowania wcale nie było tego widać. Nie mamy się więc czego wstydzić. Zabrakło doświadczenia, fauli na połowie rywala, szybkiego przerywania kontr, opóźniania akcji czy asekuracji. Wszystko to przychodzi z wiekiem. Radomiak to robił, dzięki czemu nas wypunktował. W każdym meczu - mówię to w pełni świadomie - byliśmy od rywali lepsi technicznie. Po starciu z ŁKS-em, który ma w swoich szeregach kilku piłkarzy z ekstraklasową przeszłością - dziennikarze mówili  na konferencji, że dawno nie widzieli drużyny grającej tak nowoczesny futbol jak Legia. To bardzo cieszy i jest dla nas budujące. Dla zawodników i trenerów to dobra nauka.

A z czego wynika fakt, że sześć z siedmiu porażek miało miejsce u siebie, a sześć z siedmiu zwycięstw odnieśliście na wyjazdach?
- Dla mnie to największy paradoks tej rundy, nie potrafię tego wytłumaczyć. Biorąc pod uwagę mecze na własnym boisku, jesteśmy na ostatnim miejscu w tabeli. Patrząc na mecze wyjazdowe jesteśmy liderem. Na pewno jest to temat do dyskusji, do głębszego przemyślenia. Na Polonię przyszło 3 tysiące widzów, na ŁKS 2,3, na Broń Radom niespełna tysiąc - może to jest przyczyna, bo w Sulejówku, mimo że warunki do gry mamy świetne - wielu kibiców się nie pojawia. Czy zawodników paraliżuje obecność członków sztabu pierwszej drużyny i przedstawicieli władz klubu? Może, chociaż tak być nie powinno, byłby to duży problem. Zawodnik, których chce grać na wysokim poziomie, nie może patrzeć na trybuny i być sparaliżowany obecnością trenera Berga. Są mecze, kiedy gra się przy kilkudziesięciu tysiącach, pojawia się prezydent, politycy, aktorzy, rodzina czy kibice, którzy w Warszawie są bardzo wymagający - i co wtedy? Taki ktoś nie nadawałby się do piłki.

Wróćmy jeszcze na chwilę do Radomiaka, który mecz z Legią wygrał wprawdzie pewnie, ale niczym specjalnym nie zachwycił. Przewagę w tabeli ma jednak bardzo dużą. Jest poza zasięgiem wszystkich rywali?
- Nie, sporo spotkań szczęśliwie im się ułożyło, potrafili wypunktować przeciwnika. Kilka wygranych spowodowało, że odskoczyli całej reszcie. Różnica punktowa faktycznie jest zbyt duża. Po meczu z nimi, gdy wszyscy machnęli na nas ręką, usiedliśmy wspólnie z chłopakami ze sztabu i postawiliśmy sobie za cel drugie miejsce na koniec rundy. Było to bardzo realne, byliśmy w stanie zacząć wygrywać. Najbardziej żałuję meczu z Pelikanem, który zagraliśmy na wysokim poziomie. Dodatkowe trzy punkty dałyby nieco inny obraz całej sytuacji.

Zamykając więc już temat całego zamieszania, które towarzyszyło "dwójce" - dlaczego mecz z Lechią wyglądał tak, jak wyglądał? Rozmowa z Henningiem Bergiem odbyła się przecież przed spotkaniem z Wartą i gdy wydawało się, że wszystko wraca do normy, nagle w składzie pojawia się prawie 11 piłkarzy "jedynki", a z ławki drużyną dowodzi Paco.
- Taka została podjęta decyzja. Przed tym meczem rozmawiałem z trenerem Bergiem, który chciał, aby to spotkanie tak właśnie wyglądało i koniec tematu... Uważał, że skoro w kadrze jest 13 zawodników pierwszego zespołu, to tak będzie najlepiej. Ja się na to zgodziłem. Gdybym powiedział "nie", być może wyglądałoby to inaczej. Tak zostało to ustalone, ale prasa widziała w tym wszystkim drugie dno, temat został rozdmuchany. Ze swojej strony nie chcieliśmy już nawet tego komentować. Cały mecz okazał się jednak jednym wielkim niewypałem, bo wynik nie był taki jak powinien - porażka 0:3 z ostatnią drużyną w tabeli jest niedopuszczalna. Po czasie nie ma już co szukać problemów, działamy dalej.

Jaki jest w takim razie cel Legii II na drugą rundę? Gdzie chcecie znaleźć się na koniec sezonu?
- Nie chcę w tej chwili mówić, czy będzie to drugie czy trzecie miejsce. Zobaczymy, którzy zawodnicy zostaną na "wiosnę", którzy odejdą, kto przyjdzie, kto będzie "wskakiwał" do "jedynki". Gramy o jak najlepszy wynik - ja jestem ambitny, zawodnicy też i chcemy wygrać wszystko, co tylko się da. Czas pokaże, które zajmiemy miejsce. W pierwszej kolejności patrzymy na rozwój, dopiero potem na wynik, dlatego rozmowy o awansie póki co odkładamy na bok, bo nie da się wygrywać cały czas eksperymentując składem. Potrzebna jest stabilizacja. W klubie zapadły decyzje, że liczy się rozwój, a awans na pewno przyjdzie. Czy za rok, czy za dwa - zobaczymy.

Przerwa zimowa będzie w tym roku wyjątkowo długa. Jaki jest plan przygotowań do kolejnej rundy?
- To też jest duży problem. Rozgrywki skończyliśmy 15 listopada, w Centralnej Lidze Juniorów skończą się 30 i na swoich obiektach zamierzamy trenować do 12 grudnia. Do 5 stycznia zawodnicy będą mieli wolne, wtedy wrócą do treningów indywidualnych z Tomkiem Grudzińskim - choć oczywiście dostaną rozpiski z wytycznymi na przerwę świąteczną - a 12 stycznia zaczniemy przygotowania drużynowe. Do 22 lutego zagramy pięć lub sześć sparingów - pod balonem lub na wyjeździe, jeśli pozwoli na to pogoda. Na koniec chcemy wyjechać na wspólne zgrupowanie "dwójki" i CLJ. Tam będziemy szlifować formę przed rundą rewanżową, która zacznie się w marcu. Nie jest to korzystne dla młodych zawodników, ale taka jest specyfika pracy w niższych ligach, gdzie nie ma podgrzewanych muraw i oświetlenia. Trzeba więc robić wszystko, aby trafić w takie miejsce, gdzie gra się częściej.


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Więcej na temat

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 229
PLN
Cena 299
PLN
Cena 99
PLN