Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2016-02-04 20:00:00
Newsletter

Malarz: Do utraty tchu

Autor: Krystian Grzelak Fot. Mateusz Kostrzewa
- Jestem tytanem pracy. Uwielbiam wrócić po treningu do domu zmordowany i padać na twarz. Mnie to nakręca - mówi w rozmowie z legia.com Arkadiusz Malarz.

legia.com: Już prawie całe zgrupowanie za nami. Szybko leci, co?

Arkadiusz Malarz: - A wiesz, że tak? Dni mijają mega szybko. Jeden trening, drugi - człowiek nie ma zbyt wiele czasu, który mógłby marnować. Chwilę dla siebie mamy wieczorami, gdy wrócimy do hotelu. Fajnie, ja się z tego cieszę, bo takie obozy przygotowawcze są właśnie po to, by trenować do utraty tchu. Po prostu to lubię.

 

Gdy któregoś dnia zapytałem cię, czy jest ciężko, stwierdziłeś, że "ciężko" to ty masz na drugie imię.

- Serio, uwielbiam ciężką pracę. Jak mawiał klasyk: "panie władzo, ja lubię zapier***ać" (śmiech)". Nie jestem młodym zawodnikiem, który jest na obozie po raz pierwszy i musi się do tego przyzwyczaić. Dla mnie to żadna nowość. Przeżyłem już kilkanaście takich zgrupowań, więc wiem, z czym to się je. Obóz jest po to, by się przygotować na cały rok. Musimy wykonać swoją robotę, bo to podstawa. Organizm musi wytrzymywać natłok treningów i meczów w trakcie sezonu.

 

 

Nawet Wy - jako bramkarze - dostajecie niezły wycisk.

- I bardzo dobrze. Ludziom się wydaje, że bramkarze mają łatwiej. Dużo prawdy jest w tym, że może nie biegamy tyle, co chłopaki z pola, ale wykonujemy inne ćwiczenia. Wiele razy upadamy, podskakujemy, rzucamy się, latamy, podnosimy się, mamy mnóstwo przewrotów. Do tego oczywiście zrobiliśmy też podstawę tlenową wraz z resztą drużyny. Tego jest naprawdę dużo i nie możemy narzekać na nudę. Ciężko pracujemy po to, by to przyniosło efekt. Musimy pocierpieć, by czerpać z tego korzyści w przyszłości.

 

Dużą pomocą jest chyba współpraca z trenerami Dowhaniem i Staucem?

- Obaj szkoleniowcy znaleźli wspólny język już na samym początku współpracy. Trenerzy uzupełniają się, wymieniają. My, broń Boże, nie możemy na nic narzekać. Cieszymy się, że obaj dogadują się tak dobrze, bo my możemy na tym jedynie skorzystać. 

 

I korzystacie. Wydaje się, że wytworzyła się między wami świetna atmosfera.

- To prawda. Uważam, że to bardzo ważne, by mimo całej rywalizacji między nami, odpowiednio się dogadywać. A pamiętaj, że walczymy o pozycję numer jeden. Bramkarz to bardzo specyficzne miejsce na boisku. Niektórzy mogą powiedzieć: "a, jeden jest starszy, drugi młodszy, będzie bronił ten i ten". Każdy ambitny gość chce grać. Nikomu nie można zabronić woli walki i ambicji. Rywalizacja między nami była przez cały czas, jest i zawsze będzie. Ja uważam, że tylko nieudacznik byłby w stanie zadowolić się siedzeniem na ławce, bo przecież "jestem w Legii i to mi wystarczy". To dla mnie ludzie bez ambicji, którzy nie chcieliby podjąć rękawicy. Przede wszystkim jednak każdy z nas ma zdrowe podejście. Robimy sobie żarty i potrafimy się z siebie śmiać. Było tak, odkąd pamiętam. Z nikim nie wdajemy się w żadne pyskówki, nie patrzymy na siebie krzywo... Taka atmosfera jest potrzebna, bo na co dzień spędzamy czas sami. Chłopaki z pola to trochę inny organizm. 

 

 

Po odejściu Dusana stało się jasne, że metaforyczna bluza z numerem jeden jest twoja.

- Rozumiem, o czym mówisz, ale ja podchodzę do tego trochę inaczej. Nie czuję się pewniakiem. Codziennie muszę udowadniać swoją wartość i przydatność dla drużyny. Nie jest tak, że ktoś podszedł do mnie i powiedział wprost: "Arek, Dusan odszedł, więc jesteś numerem jeden". Tak nie ma w żadnym klubie. Lubię rywalizację, ona mnie nakręca. Dusan odszedł i rozpoczął nowy etap w swojej karierze. Mocno trzymam za niego kciuki, o czym zresztą najlepiej wie on sam. Kiedy się żegnaliśmy, życzył nam mistrzostwa i powodzenia. Ja mam nadzieję, że będzie grał w pierwszym składzie, bo jest świetnym bramkarzem. Będę starał się go godnie zastąpić. Zrobię wszystko, by pokazywać się z jak najlepszej strony. Ale nie jako Arek Malarz, tylko część Legii. W mojej hierarchii wartości to zespół zawsze stoi na pierwszym miejscu, a nie jednostki. Mamy zdobyć mistrzostwo i musimy zrobić wszystko, żeby tak się stało.

 

Prawda jest jednak taka, że startujesz z pozycji tego, który bluzy z "jedynką" musi bronić. To sprawia, że czujesz jeszcze większą odpowiedzialność za drużynę, o której sam mówisz?

- Jak najbardziej. Spinam się podwójnie, by wykrzesać z siebie jeszcze więcej siły i koncentracji - tak, aby z każdego treningu schodzić na czworakach. Uwielbiam dawać z siebie wszystko i mam pewną satysfakcję, jeśli wiem, że wykonałem kawał dobrej roboty. To jest jeszcze większa odpowiedzialność. Chcę dawać kolegom jak najwięcej.

 

 

Kontrakt z Legią podpisał Radosław Cierzniak. Widać między wami podobieństwo - jesteście doświadczonymi polskimi golkiperami, którzy mają za sobą wiele lat za granicą, a teraz spotkacie się w Warszawie. Gotowy na kolejną rywalizację?

- Każdy jest inny. Trudno jest mi ocenić Radka. Przyjdzie - zobaczymy. Nie boję się rywalizacji z nikim. Uśmiecham się, bo mnie to nakręca. Nie czuję strachu czy obawy, że przyjdzie nowy bramkarz. Będziemy się szanować i dobrze dogadywać. Myślę, że walka o skład jeszcze nikomu nie zaszkodziła.

 

Malarz jest jak wino - im starszy, tym lepszy?

- Ja się w ogóle nie czuję na tyle lat, co mam. Ludzie mogą się śmiać z tego, co gadam, ale niech im to idzie na zdrowie. Może nie czuję się jak nastolatek, ale już na takie 25 - 26 lat jak najbardziej. Zwinność - jest, sprawność - jest, refleks - jest. Oby tylko omijały mnie kontuzje! Walka o miejsce w składzie też. Mimo że u trenera Berga nie pograłem zbyt wiele, bo sam się wyeliminowałem po czerwonej kartce w Poznaniu, u trenera Czerczesowa dostałem czystą kartę. Robię swoje i nie odpuszczam. 

 

 

Skoro czujesz się na 25 lat, to może dociągniesz do pięćdziesiątki?

- (śmiech) Nawet nie myślę o tym, by skończyć granie w piłkę. Kiedyś mój przyjaciel powiedział, że gdy zawiesił buty na kołku czuł, że brakowało mu tej energii... Że piłka nie sprawiała mu tej przyjemności, co na początku. U mnie jest wręcz przeciwnie. Ja się, kurna, cieszę każdym dniem, każdym treningiem, każdą interwencją. Jak dzieciak! Może ludzie będą mówić, że jestem walnięty w głowę, ale... trudno. Taki już jestem. Na obóz byłem spakowany pięć dni wcześniej. Piłka to dla mnie wszystko. Nawet przez myśl mi nie przeszło, by z tym skończyć. Na razie - odpukać - ze zdrowiem wszystko jest w porządku, więc trenuję i walczę dalej.

 

Skoro byłeś spakowany pięć dni wcześniej, to dzieciaki albo żona nie wyciągały rzeczy z walizki, żeby opóźnić twój wyjazd?

- Nie, Daria zna mnie już na tyle, że wie, że lubię mieć wszystko przygotowane zawczasu. A młodzi... wiadomo, tęsknią i ciągle pytają, kiedy tatuś wróci. Mówię, że za tydzień, ale nie potrafią jeszcze poukładać sobie w głowie, ile to jest tydzień. Ja też tęsknię za nimi, ale Daria dba o to, by chłopakom jak najmniej brakowało taty.

 

Jakie masz rozrywki tu, na Malcie?

- Zdarza mi się pograć na PlayStation, żeby rozładować trochę emocje. Czy to jakieś sporty walki, czy FIFA - lubię od czasu do czasu zmierzyć się z kolegami. Poza tym jakiś dobry film... i tak upływa ten wolny czas.

 

 

Jeszcze lubisz pozaczepiać Guilherme na Instagramie...

- To świadczy tylko o tym, że jesteśmy zgraną paczką. Jak mi teraz powiedziałeś, że lubię pozaczepiać "Cyganka" na Instagramie, to tak sobie przypomniałem, że gdy leżałem w łóżku na pierwszym obozie, zdałem sobie sprawę, jak fajna grupa się wytworzyła w Legii. Nie pamiętam nawet, kiedy po raz ostatni ktoś się spiął ze sobą na treningu, co w drużynach jest normą, bo wiadomo - sport to emocje. Każdy ma do każdego szacunek i respekt. Strasznie mnie to cieszy.

 

Tłumaczyłeś "Gui" jego drugi pseudonim?

- "Cyganek"? On chyba sam znalazł to w Internecie, bo kiedyś przyszedł do mnie i powiedział, że już wie, jak go nazywam. Nie miał z tym żadnych problemów. To dobry dzieciak, fajny chłopak, ale przede wszystkim świetny piłkarz. Kocham go jak brata. Bije od niego sympatia, dobroć i pozytywna energia. Jego nie można nie lubić. A to się uśmiechnie, a to krzywo spojrzy, a to napisze coś złośliwego na Facebooku. To taka przylepa, fajny chłopaczek. Za to go szanuję, ale nie tylko jego, bo cała nasza ekipa jest mega pozytywna. Mamy super atmosferę.

 

 

To widać nawet wówczas, gdy schodzicie z treningów - zmęczeni, wyczerpani, ale zadowoleni.

- Wiesz, wokół trenera Czerczesowa wytworzył się taki balon, łatka "zamordysty". Jasne, padamy na twarz, ale trener nie jest żadnym sadystą. Ma swoją szkołę, którą my teraz przechodzimy. Mimo zmęczenia, każdy jest zadowolony. Organizm jest bardziej wytrzymały, a dzięki temu baterie będą naładowane na maksa.

 

Sam wywołałeś temat trenera... Co odpowiedziałeś na jego tekst rozpoczynający zgrupowanie: "Nie wiem, jak wy, ale ja się cieszę, że was widzę"?

- Uśmiałem się, bo trener lubi rzucić przed każdym treningiem złotą myślą czy anegdotką. Mieliśmy lekkie przerażenie w oczach, bojąc się, że trener coś kombinuje, ale przetrwaliśmy pierwszy obóz, więc dlaczego mielibyśmy przetrwać drugiego? Musimy zapierdzielać, ile sił w nogach, by na stulecie klubu zdobyć tego mistrza. Nie ma innej opcji.

 

Rozmawiał: Krystian Grzelak

 

Kup bilet na mecz z Jagiellonią Białystok!

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 89
PLN
Cena 114,50
PLN
Cena 119
PLN