Legia Warszawa
vs Termalica
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2015-12-04 19:16:00
Newsletter

Powrót do przeszłości: Janusz Gol

Autor: Nikodem Chinowski Fot. Mateusz Kostrzewa, Jacek Prondzynski
Dlaczego Legia przegrała mistrzostwo w 2012 roku? Jak wyglądała zabawa po słynnym ''Golu na Łużnikach''? Jakie było tło konfliktu z trenerem Janem Urbanem? Oraz jak będzie grała Legia pod dowództwem Stanisława Czerczesowa? - między innymi o tym w rozmowie z legia.com w cyklu ''Powrót do przeszłości'' opowiada były legionista Janusz Gol. Polecamy!

legia.com: "Janusz Gol allez-allez!" - brzmi jeszcze w głowie ta nuta?

 

Janusz Gol: - Oczywiście, że brzmi. Lubię wracać wspomnieniami do tego meczu, do tej całej otoczki, która wtedy miała miejsce. Chyba nie tylko dla mnie, ale i dla całego środowiska legijnego, są to bardzo miłe wspomnienia. Teraz rzadko jestem w Polsce, ale jak już wracam i ktoś rozpozna mnie w Warszawie, to nie ma innej opcji niż pozdrowienie przez "Janusz Gol allez-allez". Bardzo mnie to cieszy.

 

Zagrałeś kilka dobrych, a kilka bardzo dobrych partii w Legii. Ale każdy na hasło "Janusz Gol" daje odzew "Moskwa". Nie szkoda tego? Nie czujesz, że jesteś bohaterem tylko jednego meczu i tego "Gola na Łużnikach"? 

- Tak się złożyło, że już zawsze będę kojarzony z tym meczem i z tą bramką. Moja gra nigdy nie była efektowna, byłem raczej nastawiony na efektywność. Dużo goli nie strzelałem. Ta bramka zapadła kibicom w pamięci i dla części z nich to jedyne, z czego mnie pamiętają. Rozróżniłbym jednak dwa typy kibiców, którzy mnie - i w ogóle piłkę - oceniają. Jedni to ci, którzy znają wyniki Legii z Internetu, a mnie kojarzą tylko z tej bramki. To osoby, które ligi nie oglądają i na dobrą sprawę wiele więcej o mojej grze już nie powiedzą. Druga grupa - nazwijmy ich "znawcy piłki" - to ci, którzy mają pojęcie o grze, którzy potrafili dostrzec u mnie też inne cechy, i którzy doceniali mój pozytywny wkład w grę i wyniki drużyny. 

 

 

Przenieśmy się z Moskwy do Wrocławia. To Twój drugi supermecz w Legii. Strzelasz dwie bramki liderowi, Legia wygrywa 4:0 na wyjeździe, mistrzostwo jest na wyciągnięcie ręki. A wy tej ręki nie wyciągnęliście… Co się stało z Legią na wiosnę 2012 roku?

- Nie wyszło... (dłuższa cisza). Coś nie zagrało tak, jak powinno… (cisza). Przyczyny? Pewnie złożone. Nałożyło się kilka czynników. Przede wszystkim drużyna została osłabiona. W zimie trener Skorża stracił Borysiuka, Komorowskiego i Rybusa, czyli trzon drużyny. Potem nie było pokrycia tych strat. Blanco i Novo okazali się zbyt słabi, nie mieli wystarczającego wpływu na grę drużyny. Tego zabrakło.

 

Tylko czynniki sportowe decydowały? Nie wdało się w was trochę zarozumialstwa, że co by się nie działo, to i tak doczołgamy się do mistrzostwa?

- Z pewnością nie było mowy o żadnym rozluźnieniu czy braku koncentracji. To nie wchodziło w grę. Każdy z nas wiedział, o co toczy się walka. Wszyscy bardzo chcieliśmy wygrać ten sezon. Trener Skorża uczulał nas, że każdy przeciwnik będzie chciał się na naszym tle sprawdzić, że każdy mecz będzie bardzo trudny. I tak było. Choć nadal uważam, że byliśmy lepsi niż reszta ligi. Dominowaliśmy w meczach, mieliśmy sytuacje, ale nie wygrywaliśmy. Gubiliśmy punkty... Brakowało szczęścia... Czasami przeszkadzał sędzia. Pamiętasz mecz w Gdańsku? Słabe sędziowanie. 

 

Zostawmy sędziów na boku. W piłkę graliście wy i to wy ten sezon przegraliście.

- Piłkarsko byliśmy lepsi i to mimo tych kadrowych osłabień. Zaliczyliśmy kilka niefortunnych występów. Traciliśmy łatwe punkty, których potem zabrakło. Tak było choćby z Widzewem - remis 1:1 po naszej zdecydowanej dominacji. Podobnie Bełchatów u siebie. To samo Jagiellonia. A na koniec jeszcze przegrana z Lechem u nas. Nawarstwiała się w nas frustracja, ale im więcej jej było, tym bardziej chcieliśmy. Nie można więc mówić, że przeszliśmy obok rundy, że uznaliśmy, że liga sama się wygra. To był splot różnych zdarzeń... Wielka szkoda. Brakuje tego tytułu.

 

Przygotowania do rundy wiosennej były rozpisane pod dwumecz ze Sportingiem. To miało znaczenie?

- Początkowo na pewno. Przez całą zimę rozmawialiśmy o Sportingu, o szansie, jaką mamy, o emocjach, które się ujawniały w związku z tym meczem. Potem jednak liczyła się już tylko liga. Graliśmy o mistrzostwo. Byliśmy blisko...

Wrócę jeszcze do tego meczu w Gdańsku, bo tam niby przegraliśmy tytuł. Ile my tam mieliśmy sytuacji! Ja miałem dwie fajne piłki – raz strzelałem z pola karnego, ale wybił Małkowski, potem znów miałem strzał z ostrego kąta, ale znów Małkowski to odbił. Piłkę na gola miał też na początku Ivica. W drugiej połowie strzeliliśmy gola, ale podobno był spalony. Sam widzisz – mieliśmy swoje okazje, byliśmy lepsi.

 

Pamiętasz ten mecz jakbyś grał go dziś rano. Rozgrywasz go jeszcze w głowie?

- Oczywiście. On we mnie ciągle siedzi. Cały sezon pracowaliśmy na mistrzostwo, wygraliśmy tyle meczów, by potem na sam koniec się pogubić. Przecież my w rundzie wiosennej wyszliśmy na prowadzenie, graliśmy już jako lider, mieliśmy przewagę. Nic tylko grać i wygrywać. 

 

 

Świetnie graliście za to w pucharach. Spartaka udało się ograć, Sportingu już nie. Portugalczycy to była półka wyżej niż Rosjanie?

- Porównywalny poziom. Jedni i drudzy na papierze trochę ponad nami, ale nadal w zasięgu. Wiadomo, że to były inne style gry – Portugalczycy dużo grali piłką, byli świetni technicznie, nie gubili piłek. Spartak też technicznie miał niezłych graczy, ale to był styl bliższy naszemu - dużo biegania i walki, częste styki między piłkarzami. Myślę, że w obu tych meczach decydowała dyspozycja dnia i szczęście. Gdybyśmy my mieli swój dzień, a Sporting słabszy, to coś by z tego było. Może zabrakło też szczęścia? Ono właśnie pomogło nam w Moskwie. Sekunda w tę czy we w tę i by nie było tej mojej bramki. W Lizbonie tego zabrakło, choć tam do awansu brakowało dwóch bramek, więc aż tak blisko nie było. 

 

W szatni czuć było "team-spirit"? Tworzyliście drużynę kumpli czy drużynę zawodników?

- Nie było żadnych zgrzytów, atmosfera była właściwa. Ale nie nazwałbym tego drużyną kumpli, raczej drużyną z jednej pracy. Łączyła nas głównie praca, bez dodatkowej zażyłości. Wiadomo, że grupki zawsze się tworzą. Każdy w pracy ma ludzi, których lubi bardziej lub mniej. U nas było to samo. Ivica trzymał się z Rado, Polacy ze sobą, młodsi ze sobą. To normalne.

 

Nie uważasz jednak, że to była duża niewykorzystana rezerwa tej ekipy? Dodatkowy katalizator?

- Może i tak. Nie było takiego kolektywu, jaki być powinien, jak miałem choćby w Bełchatowie. Tam bardzo często spotykaliśmy się na kolacjach, braliśmy żony czy dziewczyny i siedzieliśmy razem. W Legii takich wyjść nie było. Wiadomo - Warszawa to inne miasto, tu ciężko czasem wygospodarować czas. Takie wyjścia spajałyby zespół. Byłaby okazja na zdobycie większego zaufania do kolegi czy powiedzenia mu czegoś, co w nas siedziało. 

 

Czy to, że Dusan Kuciak zadeklarował wówczas na łamach prasy, że nie szuka w szatni koleżeństwa, a was traktuje bardziej jako współpracowników, nie demotywowało reszty ekipy? Z zewnątrz można było odnieść wrażenie, że w waszej drużynie brakowało chemii.

 

- Dušan… Zawsze pierwszy do rodziny. Nie interesowały go żadne spotkania czy wyjścia. Kończył trening i wychodził, nawet nie było czasu pogadać czy zaprosić go gdzieś. 

Jak tylko przyszedł do Legii to był bardzo cichy i spokojny. Potem zyskał pewność siebie i pokazywał ten swój charakter. Czuł się już na tyle swobodnie, że nie miał oporów go pokazywać i stawiać na swoim. Ale Dušan to fajny facet, ja nie miałem z nim nigdy żadnych problemów.

 

W kolejnym sezonie był już dublet. Podeszliście do tego nowego sezonu na pełnej… frustracji?

- Czuliśmy, że musimy. Po tamtym poprzednim sezonie, rozczarowującym delikatnie mówiąc, musieliśmy już wygrać ligę. Nikt już nie dawał przyzwolenia na notowanie wpadek. Żadne remisy po drodze nie wchodziły w grę. Po pierwszej rundzie wypracowaliśmy sobie przewagę i już wiedzieliśmy, że tym razem tego nie stracimy.

 

 

Mistrz smakował lepiej niż gra w pucharach? Za Skorży wolałbyś przegrać ze Spartakiem i stracić wszystko to, co ugraliście w Lidze Europy, ale mieć mistrza, czy jednak zostawiłbyś tak, jak się ułożyło?

- Trudne pytanie. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem... Mistrz zawsze jest w Legii najważniejszy, ale z drugiej strony – nie grać w pucharach? Mieliśmy super mecze z Rapidem, z Hapoelem, potem ten Sporting. Wyjątkowe przeżycie, zupełnie inne mecze niż liga. Chyba bym tego nie zamienił na wygranie ligi. Tym bardziej, że ta bramka w Moskwie miała szczególne znaczenie dla mnie. Po niej mnie zapamiętali w Rosji, co otworzyło mi potem drzwi do ligi rosyjskiej. 

 

To spytam inaczej. Po którym z tych wydarzeń była większa radość i efektowniejsze świętowanie?

- Spartak był niespodziewany, przyszedł nagle. Droga po tytuł była dłuższa, przez co stopniowo to do nas docierało, że jeszcze krok-dwa i będzie mistrz. Mimo wszystko jednak radość większa była po mistrzostwie. Tych momentów się nie zapomina - najpierw mecz ze Śląskiem z kapitalnym wynikiem i tym, co się działo na trybunach. Potem feta przeniosła się na miasto. Przejechaliśmy autobusem, była duża radość kibiców. Świetnie to wyglądało. Dla mnie było to pierwsze mistrzostwo w życiu, pierwsza taka feta. Noc skończyliśmy na imprezie na mieście. Była cała drużyna, trenerzy, prezesi… Potem - w odpowiednim momencie - trenerzy i prezesi taktownie nas opuścili i dalej bawiliśmy się już sami. Piękne wspomnienia.

 

 

Po Spartaku celebracja ograniczyła się tylko do samolotu?

- Praktycznie tak. To był jednak środek sezonu, za chwilę mieliśmy mecz z ŁKS-em. Trener też nas uczulał, że to był tylko jeden mecz, że sezon dopiero się zaczyna. Pośpiewaliśmy trochę w szatni. Potem, w samolocie, bardzo miłą niespodziankę zrobił mi kapitan samolotu, który podłapał piosenkę i po oficjalnym przywitaniu nas w samolocie zaintonował przez radio "Janusz Gol allez-allez". Bardzo mnie zaskoczył. Finał zabawy był na Okęciu, gdzie licznie przybyli nasi kibice i gorąco nas przywitali. Tam też nie obeszło się bez piosenki o mnie. 

 

 

To był taki moment, kiedy poczułeś, że warto było przez tyle lat ciężko zasuwać na obozach, treningach, trzymać dietę, rygor pracy? 

- Wtedy jeszcze nie. Wszystko działo się szybko, nie było wolnej chwili na takie głębokie przemyślenia. Ale po paru dniach, gdy zdałem sobie sprawę z tego wszystkiego, co się wydarzyło, to faktycznie takie myśli były. To takie podziękowanie od piłki, za to, ile jej w życiu poświęciłem uwagi, energii i czasu.

 

Ile jest w prawdy w powszechnej opinii, że większość ligowców marzy o grze w Legii? Jak to wyglądało w Bełchatowie?

- Myślę, że faktycznie tak jest. Od lat Legia to najmocniejszy klub w Polsce. Największe pieniądze, mocna kadra, stolica, dużo kibiców i mediów wokół klubu. To musi się podobać, musi imponować. Widać, że Legia jeszcze się rozwija, że coraz bliżej jej już do tych naprawdę wysokich standardów, które obowiązują w Europie.

 

Duży był przeskok z Bełchatowa do Legii? 

- Głównie w kwestii organizacji klubu. W Warszawie piłkarz myśli tylko o treningu, o meczu, a wszystko wokół jest świetnie przygotowane. Sportowo oczywiście też był to krok do przodu. Możliwości rozwoju są w Warszawie z pewnością większe. Cały czas gra się pod dużą presją, każdy trening dużo daje.

 

Ta presja czasem paraliżuje? Ty lubiłeś grać ryzykownie, nieszablonowo, za co czasem Ci się obrywało.

- Ja nie boję się presji, nie mam strachu przed zagraniem trudnej piłki. Tu wracamy do tego, co mówiłem na początku – osoby, które mają pojęcie o piłce, ocenią moją grę inaczej niż osoby, które oglądają dwa mecze w roku. Nie sztuką jest zagrać piłkę do tyłu czy do boku. Ja potrzebowałem czegoś więcej i próbowałem piłek otwierających, dających kolegom sytuacje bramkowe. Czasem wyszło, czasem nie. Ale zawsze wolałem zagrać ryzykowną piłkę niż na asekurację. To nie każdemu się podobało, więc często spotykałem się z dezaprobatą ze strony kibiców. 

 

 

Między Legią a Amkarem też jest różnica? Sportowo, organizacyjnie, finansowo?

- Sportowo i finansowo tak, organizacyjnie już nie. Gdy przychodziłem do Amkara, to akurat było duże ciśnienie na osiągnięcie sukcesu w lidze. Był trener Stanisław Czerczesow, kupiono kilku bardzo dobrych piłkarzy. Treningi z nimi bardzo dużo mi dawały - to byli doświadczeni piłkarze, od których można było się sporo nauczyć. 

Organizacyjnie byli jednak lekko w tyle za Legią. To jednak nie ta półka co CSKA, Zenit czy Dynamo. Legia naprawdę w tej materii to już poziom europejski. Tak mówił chociażby "Żewłak", który trochę po Europie grał i wie jak to wygląda np. w Belgii.

 

Finansowo poszedłeś mocno w górę w Amkarze?

- Poszedłem do góry, ale nie był to żaden przeskok. Powiedzmy, że porównywalny poziom ze wskazaniem na Amkar. W zasadzie to dopiero teraz, w kolejnym sezonie, czuję różnicę finansową, bo kontrakt miałem tak podpisany, że dopiero po odpowiedniej liczbie zagranych meczów pensja rosła. Wcześniej był to poziom zbliżony do Legii, co zresztą nie miało istotnego znaczenia gdy przechodziłem z Legii. Wtedy liczyło się dla mnie to, że zagram w mocniejszej lidze zagranicznej, że spróbuję się na tle mocniejszych rywali. Na pewno to nie pieniędzmi Rosjanie mnie przekonali.

 

Jak wygląda tam infrastruktura? Widziałeś wcześniej stadion lub ośrodek treningowy, czy leciałeś w ciemno? 

- Nazwa "Amkar Perm" wiele mi nie mówiła. Poszukałem informacji w Internecie, zadzwoniłem do chłopaków z Tereka. Wiedziałem mniej więcej co mnie czeka. Dużo czasu na zbadanie tematu zresztą nie miałem, bo kluby się szybko dogadały. Poleciałem na testy medyczne, podpisałem kontrakt i już zostałem.

Gramy na starym stadionie, typowo sowieckim. Mamy sztuczną murawę, bo klimat tam jest taki, że inaczej nie dałoby się zagrać całego sezonu. Trybuny nie są kryte, więc już tak od października kibice nierzadko siedzą w śniegu. Frekwencję mamy na poziomie 5000-6000 osób, jest też grupka ultrasów. Jak gramy z Zenitem czy z klubami z Moskwy to frekwencja idzie w górę. 

 

 

Jakie były kulisy Twojego odejścia z Warszawy do Permu? Sam zabiegałeś o zmianę środowiska?

- To był już ten moment, kiedy moje relacje z trenerem Urbanem był złe. Nie rozumieliśmy się wzajemnie. Trener Urban mi ten transfer podpowiedział. Pokazał mi kierunki, gdzie by mnie najchętniej widział (śmiech). Wiadomo było, że trzeba coś zrobić, bo ta sytuacja, gdy nie grałem w Legii, mnie frustrowała.

Najpierw pojawił się temat transferu do Kazachstanu, ale tym nie byłem zupełnie zainteresowany. Powiedziałem menadżerom, którzy przy tej sprawie pracowali, że jeżeli mam jechać na Wschód, to tylko do Rosji, do mocnej ligi. Wtedy odezwali się z Amkaru. Czułem, że to ciekawe wyzwanie. Miałem też wsparcie trenera Czerczesowa, który o mnie zabiegał. To mnie przekonało.

 

Jakościowa różnica między Amkarem a Legią jest wyraźna? Bo co do jakości samych lig to chyba nie ma podstaw do sporu.

- Trudno mi porównać bezpośrednio Legię z Amkarem. Oba zespoły grają inaczej, mają inne cele w lidze, inaczej podchodzą do swoich rywali. Inaczej się gra, gdy się ma najmocniejszą drużynę w lidze jak Legia, a inaczej, gdy swoje trzeba wybiegać.

 

Liga rosyjska jest dużo mocniejsza niż polska. Praktycznie co drugi mecz gramy z bardzo mocnym rywalem – jest Zenit, CSKA, Spartak, Dynamo, Lokomotiw, jest mocny Krasnodar czy Terek. Czuć jakość tych zawodników. Granie przeciwko nim daje dużo doświadczenia - wiadomo, że każdy piłkarz w tych drużynach wysoko stawia poprzeczkę, i ja do takiej poprzeczki muszę w meczu doskoczyć. Największe wrażenie robi Hulk z Zenita. To taki piłkarz, że w moment może się urwać dwóm czy trzem rywalom i to na przestrzeni dwóch metrów. Świetny jest też Diarra z Lokomotiwu – to też zawodnik środka pola, więc gramy na siebie. Zresztą w prawie każdym meczu mój rywal ze środka pola prezentuje się znakomicie, więc ja się muszę do takiego poziomu szybko dostosować. Nie mogę odstawać. Nie ma chwili na dekoncentrację czy gorsze zagranie. Cały mecz gra się na najwyższym poziomie.

 

Odchodząc do Permu zostawiłeś za plecami konflikt z trenerem Urbanem. I Ty, i trener Urban znani jesteście raczej jako sympatyczne, niekonfliktowe osoby. Skąd więc takie zderzenie charakterów?

- Zderzenie było, nie ma co temu przeczyć. Nie rozumieliśmy się głównie na płaszczyźnie sportowej. Trener stawiał na innych zawodników - grał Furman, Łukasik czy Ivica. Ja czułem po treningach i po okresie przygotowawczym, że zasługiwałem, aby grać. Czułem, że nie jest fair wobec mnie.

 

Ta sytuacja mnie jednak dużo nauczyła. Wiedziałem, że nie mogę odpuścić, że muszę dawać sobie radę i trenować jeszcze mocniej. Wiedziałem, że gdy już wejdę na zmianę to nie mogę zawieść, bo wtedy dam trenerowi Urbanowi argument za tym, że słusznie na mnie nie stawia. To mnie nakręcało na treningach i potem jak wchodziłem na końcówki meczów. Ale trener Urban miał też swoje plusy, trochę różnych pozytywów od trenera wyciągnąłem.

 

Uczył Cię szybkiej, hiszpańskiej piłki?

- Tak, zwracał na ten aspekt dużą uwagę. Często mówił o szybkości operowania piłką, o zagraniach instynktownych. Ja lubię taki styl, lubię zagrać szybką piłkę do przodu. To zasługa trenera Urbana. Moja współpraca z nim to więc i plusy, i minusy.

 

Dziś jesteś bardziej wartościowym piłkarzem niż wtedy, gdy odchodziłeś z Legii?

- Na pewno mam ogromne doświadczenie z gry na innym, wyższym poziomie. Umiem grać równy mecz, ciągle na dużej koncentracji. Idąc do Amkaru miałem cel, aby najpierw się rozwijać tu w Permie, a potem poszukać jeszcze mocniejszego klubu w Rosji. Na razie ten pierwszy cel spełniłem - czuję, że się rozwinąłem. Zobaczymy czy teraz uda się poszukać mocniejszego klubu.

 

 

W Amkarze trafiłeś na trenera Czerczesowa. Dużo, a nawet bardzo dużo, zostało już o nim powiedziane w ostatnim czasie w polskich mediach. Które opinie są prawdziwe, a które podkoloryzowane?

- Trener Czerczesow dużo wymaga. Lubi dyscyplinę i ciężką pracę. Ale to drużynie szybko przynosi korzyści, można się szybko przekonać do takiej intensywności. Po informacji o przyjściu trenera Czerczesowa do Warszawy było trochę telefonów od chłopaków z Legii, więc ich uspokoiłem, że dadzą radę. Dzwonili też dziennikarze, więc dzięki trenerowi Czerczesowowi była okazja się znów pokazać w polskiej prasie (śmiech).

 

Czyli gdyby zamiast do Legii, Czerczesow wrócił do Amkara, to byłbyś zadowolony? Czy jednak już masz dość jego intensywnych treningów?

- Na pewno bym się cieszył. To trener, który daje jakość.

 

Jak taktycznie ustawia zespoły? Analizuje rywala czy skupia się na własnej drużynie?

- Bardzo umiejętnie potrafi ustawić zespół pod silniejszych przeciwników. Potrafi rozpracować rywala, odpowiednio dobrać styl gry czy ustawienie. My zawsze dobrze się prezentowaliśmy na tle Zenita czy CSKA. Myślę, że z szacunku do naszej ligi na początku będzie tylko obserwować jak grają inni i skupi się na swojej drużynie. Legia w każdym meczu będzie faworytem, więc też pole do grania pod rywala będzie zawężone. 

 

Stałe fragmenty. Potrafi wymyślić coś ciekawego? Za Henninga Berga to jedna z płaszczyzn, na której byliśmy piłkarsko mocni.

- Jeśli trener Czerczesow zobaczy, że ma odpowiednich piłkarzy do tego, to na pewno będzie chciał kilka swoich pomysłów wprowadzić. Rogi i wolne dobrze wykonuje np. Furman czy Brzyski, więc trener nie będzie zawiedziony. Myślę, że porozmawia z chłopakami i wspólnie ustalą, które warianty z trenera Berga zostawić, a co nowego dodać.

 

Te treningi korzystnie przekładają się na motorykę, siłę i wytrzymałość?

- Ja zawsze u trenera Czerczesowa czułem się fizycznie dobrze. Potrafił nas dobrze przygotować do sezonu. Zresztą ja już w Legii czułem się w tym elemencie bardzo mocny, choć, jak się okazało, trener Czerczesow w Permie jeszcze to poprawił (śmiech). Trener zdecydowanie lubi prowadzić intensywne treningi, takie z dużą aktywnością i pełną koncentracją na ćwiczeniach. Preferuje też dużo małej gry - trzech na trzech, czterech na czterech. Ogólnie motoryka to duży atut trenera. 

 

Jaka będzie Legia Stanisława Czerczesowa?

- Wydaje mi się, że przede wszystkim będzie atakować. Będzie grała wysokim pressingiem, stale na połowie przeciwnika. My tak właśnie graliśmy w Amkarze – mocne założenie pressingu, odbiór, a potem spokojne rozgrywanie piłki. Od początku meczu wszyscy będą na dużej intensywności, będzie dużo biegania i wymuszania błędów na przeciwniku. Trener Czerczesow z pewnością będzie dużo wymagał od piłkarzy. Każdy będzie musiał pokazywać na treningach, że zależy mu na graniu w meczach. A grać będą ci, którzy na to zasługują.

 

Jak oceniasz obecny środek pola w Legii?

- Nie wszyscy ostatnio byli w najwyższej dyspozycji. Wiem, że potrafią grać lepiej, ale i tak nie wygląda to źle. Jak złapią rytm to będzie już naprawdę dobrze. Mocno liczę na Michała Masłowskiego, bo on ma duży potencjał. Pamiętam go jeszcze z gry w Zawiszy. Potrafi grać do przodu, choć faktycznie początek w Legii ma słaby. Być może presja go przygniotła? Ja też miałem słabszy start, dopiero potem odpaliłem. Może i Michał, jak już się wyleczy, wskoczy na swój poziom i będzie kluczowy dla środka pola.

 

 

Widzisz w linii pomocy Legii miejsce dla Janusza Gola?

- Widziałbym się. Czemu nie? Na pewno taką propozycję bym poważnie rozważył. Jeśli Legia by mnie potrzebowała, to możemy rozmawiać. Mimo, że niedawno przedłużyłem umowę z Amkarem, to w tym momencie byłaby na to szansa.  Moja sytuacja rodzinna nieco się zmieniła – żona zaszła w ciążę i mamy pomysł, żeby za pół roku czy rok wrócić do Polski.

 

Twój pobyt w Legii był krótki, ale intensywny. W dwa i pół sezonu wygrałeś 3 razy Puchar Polski i jedno mistrzostwo. Czujesz, że Legia to jest Twój klub czy to tylko miejsce pracy? 

- Podchodzę do Legii z dużym sentymentem. Spędziłem tu piękny czas, grałem w wielu ważnych meczach, udało się co nieco wygrać. Zapisałem się w historii klubu. Zawsze miło wracać do Warszawy i do Legii. Wielką fanką Legii została moja żona, która teraz ogląda wszystkie mecze i mocno je przeżywa. Z Legią mamy same dobre wspomnienia. Jednak wydaje mi się, że nie nazwałbym Legii "moim klubem". Byłem tam za krótko. Są bardziej zasłużeni ode mnie. Może gdybym tu wrócił, dograł do końca kariery, to mógłbym tak powiedzieć? Na razie uważam, że jest jeszcze za wcześnie na takie deklaracje.

 

Tym "Golem na Łużnikach" zapracowałeś na wieczną chwałę w Warszawie. Masz poczucie, że nie warto tego stracić np. jednym nieodpowiednim transferem?

- Cieszę się, że jestem w Warszawie dobrze wspominany. Z perspektywy czasu nabieram coraz więcej uznania do tego, co się działo wokół mnie w Warszawie i tego jak jestem tu odbierany. Wcześniej nie podchodziłem do tego w ten sposób. Teraz jednak widzę, że warto o tym pomyśleć. Na pewno każdą decyzję o transferze przemyślę też pod tym kątem. Szkoda byłoby jednym ruchem stracić to, co udało mi się w Warszawie zbudować. Tak jak powiedziałeś – jeden nieodpowiedni transfer mógłby zniweczyć te wcześniejsze osiągniecia w Legii.

 

Tradycyjnie kończymy serią pytań ankietowych. Twój najlepszy i najgorszy mecz zagrany dla Legii?

- Najlepszy mecz w Legii zagrałem z Jagiellonią w Białymstoku na koniec mojej gry w Warszawie. To było tuż po meczu ze Śląskiem, w którym trener Urban zdjął mnie z boiska w 30. minucie. Ta zmiana bardzo mnie zabolała, bo rzadko trener ściąga piłkarza jeszcze przed przerwą. A mnie trener Urban ściągnął. Wiedziałem jednak, że w Białymstoku zagram od początku, bo tam nie mógł grać Ivica. Do meczu z Jagiellonią były trzy dni i przez całe te trzy dni mocno nakręcałem się na to spotkanie. Chciałem udowodnić trenerowi Urbanowi, ale też sobie, że się nadaję, że zrobił duży błąd, odstawiając mnie. No i udało się. Zagrałem bardzo dobry mecz, wygraliśmy 3:0. Miałem po tym bardzo dużo satysfakcji. Pokazałem, że potrafię.

 

Jako najgorszy wskazałbym natomiast mecz na Podbeskidziu w 2012 roku. Wygraliśmy 1:0, bramkę strzelił Wolski. Mimo tego, że wygraliśmy, byłem bardzo niezadowolony z tego jak zagrałem. Bardzo mało dałem od siebie drużynie w tym meczu. Wymagam od siebie więcej.

 

Najlepszy kumpel w szatni Legii?

- Było kilku, z którymi się bardzo dobrze dogadywałem. Szczególnie z "Saganem" i "Kiełbikiem", z nimi na ogół byłem w pokojach na zgrupowaniach. No i Dickson Choto. Pamiętam, że jak przyszedłem pierwszy raz do szatni Legii, to jeszcze nikogo z chłopaków w niej nie było. Jako pierwszy wszedł właśnie Dickson i przywitał mnie tym swoim uśmiechem. Zawsze był wesoły, lubiliśmy się.

 

Chłopak z Legii, z którym najbardziej było Ci nie po drodze?

- Nie było takiego. Z każdym chciałem żyć w dobrych relacjach.

 

Najlepszy i najgorszy trener w Legii? Miałeś ich nad sobą tylko dwóch, więc wybór chyba oczywisty? 

- Wybór jasny. Najlepszy trener Skorża, najgorszy trener Urban. Ale zaznaczam, że od trenera Urbana też się trochę nauczyłem.

 

 

Najlepszy piłkarz, z jakim grałeś w Legii oraz ten, który do poziomu Legii nie sięgał?

- Numerem jeden był Danijel Ljuboja. Od początku było widać, że to wielki piłkarz, i że potrafi niesamowicie dużo. Był świetnie wyszkolony techniczne, z piłką potrafił zrobić bardzo wiele. Nie dość, że miał ogromne możliwości, to jeszcze wiedział jak i kiedy z nich korzystać. Widać było, że grał na Zachodzie, i że wiele się tam nauczył. Dodawał drużynie dużo jakości.

Natomiast jako najsłabszego wskażę chłopaka, który był z nami tylko pół roku. Chciał go trener Skorża, ale chyba nie tak go sobie wyobrażał. Mam na myśli Feliksa Ogbuke. I nawet nie chodzi o to, że był słaby piłkarsko, bo coś tam potrafił, ale o jego podejście do treningów i ogólnie do piłki. To nie był człowiek, który mógł cokolwiek wartościowego wnieść do drużyny.

 

Najlepsze i najgorsze przeżycie związane z naszym klubem?

- Najgorzej wspominam ten nieszczęsny Śląsk. Trener Urban zdjął mnie w pierwszej połowie, mimo, że nie grałem źle. Nie wiem dlaczego padło na mnie... Byłem na niego wściekły. To była wisienka na torcie, jeśli chodzi o moje relacje z trenerem Urbanem.

Najlepsze momenty to te związane z meczem ze Spartakiem. Radość na boisku, w szatni, no i to, co się działo w drodze powrotnej z Moskwy. Byliśmy świetnie przyjęci na lotnisku w Warszawie, był tłum kibiców. Śpiewali piosenkę, skandowali moje imię i nazwisko. Świetne wspomnienia, tego się nie zapomina. Równie dobrze pamiętam mistrzostwo Polski i to, co się działo w Warszawie po ostatnim meczu tamtego sezonu. Za te wszystkie miłe momenty i za skandowanie mojego nazwiska jestem bardzo wdzięczny kibicom Legii. Serdecznie Wam za to dziękuję!

 

Rozmawiał: Nikodem Chinowski*

 

Pozostałe materiały w serii "Powrót do przeszłości":

 

Powrót do przeszłości: Tomasz Jarzębowski

 

Powrót do przeszłości: Piotr Mosór

 

*Autor to Pułkownik naszego programu lojalnościowego Legiony

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

maik
maik
Porucznik
2015-12-05 18:23:42
Janusz Gol allez-allez... Wirtuozem nie był, ale pamiętam go jako Walczaka. Przy obecnej mizerii w środku pola na pewno by się przydał.
dziadu70
Szeregowiec
2015-12-05 23:42:43

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 229
PLN
Cena 299
PLN
Cena 99
PLN