Legia Warszawa
vs Termalica
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2015-08-10 16:45:00
Newsletter

Powrót do przeszłości: Tomasz Jarzębowski

Autor: Nikodem Chinowski Fot. Janusz Partyka, Włodzimierz Sierakowski
Jakie to uczucie gdy prosto z "Żylety" trafia się do drużyny? Jak przez lata zmieniała się legijna szatnia? Gdzie piłkarze bawili się po meczach? Który trener i piłkarz byli najsłabsi za jego kadencji w Klubie? - o tym wszystkim w rozmowie z legia.com w cyklu "Powrót do przeszłości" mówi były piłkarz Legii Tomasz Jarzębowski.

legia.com: Warszawiak, od małego kibic Legii, wychowanek klubu, dla Legii ponad setka meczów w Ekstraklasie. W dzisiejszych czasach rzadkość, a mimo to jesteś dość daleko od legijnego środowiska. Legia zapomniała o Tobie, czy Ty zapomniałeś o Legii?

 

Tomasz Jarzębowski: - Ja o Legii na pewno nie zapomniałem. Ale zgadza się - jestem chwilowo daleko od Legii. Gram jeszcze w piłkę w I lidze w Wigrach Suwałki i na tym się skupiam. Nie mam za dużo kontaktów z ludźmi z Legii. Ze znajomych twarzy w drużynie został już tylko Marek Saganowski. Mam jeszcze kontakt z Tomkiem Kiełbowiczem, od czasu do czasu się zdzwonimy. Poza nimi nie ma tu już ludzi, których poznałem gdy sam grałem w Warszawie.

 

Niebawem zakończysz zawodowe granie w piłkę, ale jak sam mówiłeś, nadal chcesz być blisko boiska. Masz pomysł na siebie po zakończeniu zawodowego grania?

 

- Normalną koleją rzeczy byłaby praca trenera w grupach młodzieżowych, ale nie wiem czy poradziłbym sobie z dziećmi. To wbrew pozorom bardzo ciężkie zadanie, trzeba mieć dużo przekonania i wyczucia. Zdecydowanie bardziej widziałbym się w dorosłej czy młodzieżowej piłce, w strukturach skautingu. Rozmawiałem z „Kiełbikiem” gdy on zaczynał pracę w skautingu. Przedstawił jak to wygląda w Legii, jak się tu pracuje. Wiem więc jak to smakuje i mam poczucie, że byłoby to coś dla mnie.

 

Czujesz, że masz oko do młodych piłkarzy? Umiałbyś wyłapać perełki?

 

- Nie chcę się chwalić, ale paru piłkarzy wyczułem, choćby Marcina Komorowskiego. „Komor” był strasznie niszczony przez trenera Lenczyka w Bełchatowie. Ja widziałem, że chłopak ma olbrzymi potencjał, że piłkarsko jest bardzo dobry. Lenczyk go jednak skreślił. Po tym, co grał na treningach wiedziałem jednak, że jak zmieni środowisko, to będzie z niego kawał piłkarza i chyba się nie pomyliłem.

 

 

W Młodej Legii też widziałeś takich kotów? Kończąc swój drugi pobyt w Legii grałeś chociażby z Arielem Borysiukiem czy Michałem Żyro.

 

- Żyro akurat wchodził do drużyny trenera Urbana gdy ja kończyłem grę w Legii. Widziałem u niego pewien potencjał, ale bardziej zwracałem uwagę na jego słabą grę w defensywie. I do dzisiaj chyba nie radzi sobie z tym elementem. Widać też, że Żyro nadal się momentami zawiesza - nie jest w stanie grać w pełni skoncentrowany przez cały mecz.

 

Mówiąc, że trzymasz się daleko od Legii, miałem na myśli fakt, że nawet nie przychodzisz na stadion. Czujesz się tu niekomfortowo?

 

- Byłem na jednym meczu, na Spartaku. Po pierwsze, od czterech lat nie mieszkam w Warszawie, a w weekendy na ogół gram swoje mecze. Inna sprawa, że faktycznie mam pewną zadrę do ludzi, którzy tu pracowali. Mam pretensje, że nie dano mi prawdziwej szansy. W 2010 roku, gdy kończyła się runda wiosenna, miałem zapis o przedłużeniu kontraktu po rozegraniu 900 minut w całej rundzie. Marek Jóźwiak miał jednak swój pomysł na drużynę. Postanowił posprowadzać swoich ludzi.

 

Biznes?

 

- Myślę, że tak. Ze mnie nie byłoby pieniędzy. Podobnie jak ze Smolińskiego, Mięciela czy Szali. Wtedy wszyscy razem byliśmy na wylocie. Podobnie jak Radović czy Komorowski. Z tego grona w drużynie zostali tylko „Rado” i „Komor”. Potem udowodnili, że potrafią grać w piłkę. Ze mną mogło być podobnie, nikt jednak nie chciał mi zaufać. Nie oszukujmy się – to nie względy sportowe zadecydowały, że część chłopaków musiała odejść. Mam więc ten żal, gdzieś tam w środku to siedzi, że tak mnie mój klub potraktował. Kontrakt miałem do końca czerwca i mogłem jechać na obóz do Grodziska Wielkopolskiego. Mieliśmy wtedy nowego trenera, ale nawet nie miałem szansy pokazać się trenerowi Skorży. Czułem, że kilka osób mnie po prostu w klubie nie chciało. Biznes chyba liczył się trochę bardziej niż człowiek.

 

Może byłeś po prostu za słaby w tamtym momencie?

 

- Gdyby dano mi szansę i bym odstawał, to nie miałbym pretensji. Sam bym podziękował i odszedł. „Rado” też miał fatalną rundę wiosenną, ale w zespole został. Potem udowodnił, że warto było mu dać szansę. Wylądowałem w Miedzi Legnica, w II lidze. Duży spadek. Czułem, że potrafię dużo więcej, że stać mnie na grę w Ekstraklasie.

 

Gdzieś popełniłeś błąd? Inaczej byś dziś pokierował karierą 19-letniego Tomasza Jarzębowskiego wchodzącego do Legii?

 

- Nie mam sobie nic do zarzucenia. Ja miałem klapki na oczach, liczyła się dla mnie tylko piłka. Prowadziłem się sportowo, dbałem o dietę, o żywienie. Wejście do szatni też chyba miałem takie jakie być powinno. Podchodziłem z dużym szacunkiem do tych piłkarzy, których wcześniej oglądałem głównie w telewizji. Uczyłem się od nich.

 

Wracając do pytania, to być może trochę zabrakło mi w tamtym okresie wiedzy o medycynie. Dziś jestem dużo mądrzejszy w tym temacie. Wiem jak się przygotować mięśniowo do treningu czy meczu. Swoje w gabinetach przeszedłem. Dużo się dowiedziałem o anatomii, o stawach, o rehabilitacji. Wtedy mi takiej wiedzy brakowało, nie wiedziałem jak wejść w trening i stąd potem moje problemy z nogami. Dziś sam tłumaczę pewne sprawy chłopakom w Wigrach. Zrozumiałem, jak ważne dla piłkarza są kwestie związane z odpowiednim przygotowaniem do meczu czy treningu. Szkoda, że takiej wiedzy nikt mi nie przekazał te kilkanaście lat temu.

 

 

Skoro wszystko robiłeś jak trzeba, to czy czujesz się spełniony jako piłkarz? Wycisnąłeś maksa z tego co dostałeś od losu?

 

- Wydaje mi się, że to, co mogłem, to wycisnąłem. Naprawdę nie mam sobie wiele do zarzucenia. Moim problemem były kontuzje. Pamiętajmy też, że ja byłem wychowankiem klubu, więc nikt za mnie nie płacił żadnych wielkich pieniędzy. Od razu stałem na nieco gorszej pozycji. Wychowanek jak to wychowanek - gdzieś się tam kręci po różnych rocznikach, to w "jedynce", to w rezerwach. Trochę taka łata. Był moment, że trener Smuda nasprowadzał swoich zawodników, ale oni zaraz połapali kontuzje. Nie było kim grać, więc Smuda zajrzał do rezerw i paru chłopaków wciągnął do "jedynki". Wydaje mi się, że ja swoją szansę wtedy wykorzystałem. Trener Smuda przed swoim zwolnieniem nawet mnie wyróżniał po kilku meczach.

 

Dobrze grało mi się też w 2003 i połowę 2004 roku. Pojechałem nawet na kadrę. W połowie 2004 znów mi jednak nie wytrzymało kolano. Najpierw jedna noga, potem druga, i praktycznie na rok zostałem wyłączony z gry. Wróciłem po siedmiu miesiącach, na dodatek z nie do końca zaleczoną kontuzją. Posypałem się.

 

W tym momencie nie mogę nie spytać o doktora Stanisława Machowskiego. Pojawiały się spekulacje, że to właśnie błędne diagnozy Machowskiego i niewłaściwy sposób leczenia były przyczyną Twoich przewlekłych kontuzji.

 

- Myślę, że ogólnie poziom medycyny w tamtym czasie był w Legii problemem. Nasi medycy to byli fajni ludzie, prywatnie mieliśmy dobry kontakt - czy to z doktorem Machowskim czy z Jurkiem Somowem albo ze Zbyszkiem Sęktasem. To były jednak takie czasy, że mało kto miał specjalistyczną wiedzę w zakresie rehabilitacji. Dopiero jak pojechałem do kliniki w Szczecinie, to Zbyszek Pawłowski pokazał mi, co to znaczy prawdziwa rehabilitacja. W Legii to wyglądało tak, że przychodziłem na siłownię, zostawałem sam, ćwiczyłem sobie to czy tamto przez 3 godziny i jechałem do domu. W Szczecinie była zupełnie inna historia - zajęcia miałem od rana do wieczora, rozpisali mi specjalistyczne ćwiczenia, wszystko było na bieżąco analizowane. Czułem ogromną różnicę, pojąłem sens tych ćwiczeń. Pamiętam jak na sali pierwszy raz zobaczyłem „berety” do ćwiczeń. Nie wiedziałem co z tym robić. Za naszych czasów jedyny „Beret”, jaki był w Legii, to Marek Jóźwiak (śmiech).

 

Kiedyś się o takich sprawach nie mówiło, teraz dopiero widzę jakie to ma znaczenie. Wtedy jedna niedoleczona kontuzja zmieniała się w drugą. Najpierw miałem problem z przeprostami, potem ze zgięciami. To wszystko było niewłaściwie rehabilitowane i stało się jasne, że długo tak nie pociągnę. Wydawało się, że to koniec - tak mi mówili w Legii. Dopiero w Szczecinie stanąłem na nogi.

 

W Legii jednak dużo już nie pograłeś.

 

- Po Szczecinie wróciłem naprawdę silny, chciałem więc udowodnić, że dam sobie jeszcze radę w Legii. Kończyła się runda jesienna, załapałem się jeszcze na ostatni miesiąc gry. Miałem jeszcze ważny kontrakt, zaczęły się przygotowania i myślałem, że będę grał. Trener Wdowczyk zawołał mnie na rozmowę i powiedział, że po tak długiej przerwie nie widzi mnie w drużynie. Mam do niego szacunek, że zagrał fair i oznajmił mi to wprost. Powiedział, żebym poszukał sobie klubu, bo tu nie będę grał. To było w grudniu, tuż po końcu rundy. Gdyby powiedział to np. dopiero w lutym, to nie miałbym już żadnego ruchu i pewnie dokończyłbym sezon w rezerwach, a być może zakopałbym się tam już na dobre.

 

Radosław Osuch załatwił Ci wtedy grę w Bełchatowie.

 

- Zgadza się, poszedłem wtedy do Bełchatowa. Pamiętam, że idąc na pierwszy trening nie wiedziałem czego się spodziewać po trenerze Lenczyku. Już wtedy różnie się o nim mówiło wśród piłkarzy. Lenczyk wziął mnie przed treningiem i powiedział: „Pamiętam cię, strzeliłeś mi gola na Wiśle. Jeśli doktor Wielkoszyński cię zbada i powie, że się nadajesz, to ja cię biorę”. Od tego momentu wróciłem na dobre tory. Choć też nie od razu – na obozach grałem, ale jak przyszła liga, pod koniec lutego, to trener Lenczyk mi powiedział, że dla mnie jest jeszcze za wcześnie, i że postawi na mnie dopiero pod koniec rundy. Trochę się znowu podłamałem, bo na dzień dobry mieliśmy Legię, strasznie chciałem zagrać, a tu trener wyjeżdża z taką decyzją. Dziś mogę mu za to podziękować - faktycznie wpuścił mnie dopiero w kwietniu i być może oszczędził mi kolejnych kontuzji. Dużo też dała mi współpraca z doktorem Wielkoszyńskim, który wręcz uczył mnie poprawnie biegać. Czułem, że znowu jestem w gazie, dobrze się czułem, za chwilę przecież zrobiliśmy wicemistrzostwo Polski.

 

 

Siedziała Ci w głowie ta Legia? Mobilizowała do ćwiczeń, do gry?

 

- Na pewno. Czułem, że stać mnie na grę na najwyższym poziomie. Nie chciałem chodzić do mediów, żalić się po gazetach - chciałem po prostu pokazać to na boisku. Graliśmy na Legii, wygraliśmy, a ja dołożyłem swoją cegiełkę do tego. Pokazałem się. U siebie też z Legią wygraliśmy, a ja strzeliłem bramkę. To była moja odpowiedź, najlepsza jaką mogłem dać. Pokazałem niektórym ludziom w klubie, że za wcześnie mi podziękowano, że niesłusznie nie dano szansy. Być może to ten mój charakter sprawił, że jeszcze na koniec 2008 roku wróciłem do Legii.

 

Znów jednak Cię pożegnano, o czym już mówiłeś. Poszedłeś do Miedzi. Wtedy w mediach pojawił się też temat przejścia do Grecji, do Atromitosu Ateny.

 

- Do dziś nie wiem o co w tym chodziło. Gdzieś faktycznie przeczytałem, że jest zainteresowanie ze strony Greków. Wtedy w Atromitosie grał „Sagan”, więc przedzwoniłem do niego z pytaniem czy jest mój temat w klubie. „Sagan” spytał dyrektora sportowego czy myślą o mnie, ale okazało się, że tematu nie było. Do tej pory nie wiem skąd się wzięła ta informacja. Wtedy miałem podpisaną umowę menadżerską z człowiekiem działającym właśnie w tamtym regionie, więc trochę się podpaliłem. Ale nawet on powiedział, że żadnych sygnałów z Atromistosu nie miał.

 

Czego Ci zabrakło, żeby z Legii wybić się za granicę? Legia to taki klub, że nawet jak jesteś przeciętny, to i tak gra w Legii wystarcza, żeby zaczepić się gdzieś na Cyprze czy w Turcji...

 

- No właśnie, wtedy też tak myślałem. Nie wiem dlaczego tak się to skończyło. Miałem wtedy 32 lata, trochę gry było jeszcze przede mną. Nie takich jak ja brali wtedy na Cypr. Może zabrakło nieco lepszego menadżera? Może jakichś układów? Nie wiem. Sportowo na pewno bym sobie poradził.

 

Może konfliktowy byłeś i ktoś Ci złe rekomendacje wystawiał?

 

- Nie wydaje mi się. W szatni nie miałem nigdy problemów z chłopakami. Z trenerami też żyłem dobrze, jedynie z trenerem Kubickim miałem mały zatarg. Pojawił się wtedy w mediach temat nowego trenera z zagranicy i gdzieś tam w prasie chlapnąłem, że to dobrze, że będzie trener z zagranicy, bo zaczniemy lepiej grać. Trener Kubicki się wtedy wkurzył, od słowa do słowa się poprztykaliśmy, ale potem wszystko się uspokoiło. Teraz jest już OK, pogadaliśmy ostatnio jak graliśmy sparing z Olimpią Grudziądz. Młody byłem, nie ma co kitować – palnąłem głupotę.

 

Wchodziłeś do szatni Legii w 98 roku, kończyłeś w 2010. Jesteś gościem, który grał w Legii zarówno z Robakiewiczem, jak i z Żyro. Dwa kompletnie różne piłkarskie światy, kompletnie różne realia. Jak przez lata zmieniała się szatnia Legii?

 

- Wchodziłem do drużyny, gdy połowa chłopaków grała w Lidze Mistrzów. Dla mnie to był szok. Pamiętam, że miałem plecak-kostkę i jak Legia zdobyła mistrza w 95 to latałem po boisku i zbierałem autografy, a za chwilę siedziałem z tymi ludźmi w szatni. Czułem się wyróżniony. Chłopak z Warszawy, od małego kibic Legii. Z ojcem najpierw chodziliśmy na skraj „Żylety”, potem z chłopakami lataliśmy na „Krytą”. Dla mnie to była mega rzecz, ciężko mi to teraz opisać.

 

 

Zasady w legijnej szatni przez lata się zmieniały?

 

- Teraz młodsi mają inne podejście do świata, inne wartości. To co się zmieniło to chociażby stosunek do starszych. Kiedyś starszyzna w szatni to był pełen szacun. Teraz to wygląda zupełnie inaczej. Na przykład wchodzi do szatni taki chłopek nie wiadomo skąd, ręka w kieszeni i wypala „cześć Jarza”. Mi to akurat zwisa, nie mam o to pretensji, ale za moich czasów było inaczej. Gdybym ja na wejściu do Legii powiedział „siemasz Zielu” czy „siema Benek”, to by mnie Zieliński z Bednarzem raz-dwa stamtąd pogonili. Ja miałem duży szacunek do tych chłopaków. Przed pierwszym wejściem do szatni spytałem kierownika zespołu czy mam im mówić „na pan”. Kiero powiedział, że wystarczy po imieniu, a i tak czułem się nieswojo. Przecież to byli goście, których jeszcze chwilę wcześniej oglądałem grających w Lidze Mistrzów dla mojej Legii. Goście, których oglądałem z „Żylety” albo w telewizji. A teraz wchodziłem do tej drużyny. Po ksywce zacząłem do nich mówić dopiero po roku czy dwóch. Zresztą do dziś mi to zostało. Moim dyrektorem sportowym w Wigrach jest Jacek Zieliński i nawet teraz mam problem by do niego powiedzieć „Zielek”. Tak po prostu, z szacunku.

 

Także na treningach inaczej wygląda teraz gra między młodymi, a starymi. Dziś młodzi nie patrzą czy ktoś jest zasłużony, czy nie. Ja, gdy mieliśmy gierki treningowe, to uważałem na nogi starszych. Wiadomo jak oni podchodzili do treningów – nigdy nie grali na maksa, coś tam sobie odpuszczali, folgowali. I tak wiedzieli, że liczy się tylko mecz. Walczyło się z nimi, ale z zachowaniem umiaru, by czasem nie wejść za ostro. Dziś młodzi nawet na treningach grają na maksa, nie liczą się ze zdrowiem innych. Nie chcę oceniać czy to dobrze czy źle - mówię tylko to, co się zmieniło przez lata.

 

Największa przepaść była chyba jednak w kwestiach organizacyjnych i finansowych?

 

- Wtedy pieniądze w Legii były zupełnie inne. Ja nie miałem dużej pensji, jako wychowanek miałem najniższy kontrakt. Ci, co przychodzili, mieli dużo lepiej płacone, nawet różne „wynalazki”, które tu były. We mnie się gotowało – widziałem, że jestem lepszy i nie gram, a oni nie dość, że grali, to jeszcze zarabiali po cztery razy więcej. Takie to były czasy - nie zawsze liczyło się to co umiesz, a to skąd i po co przyszedłeś. Taka była wtedy dola wychowanków, choć ja szanowałem to co miałem i dokąd doszedłem. Dziś taki młody w Legii z marszu dostaje dość grube pieniądze. Znów nie chcę oceniać czy to dobrze czy źle, ale może lepiej jakby taki młody skupił się na piłce, a nie na pieniądzach? Często też menadżerowie robią im w głowach sieczkę. Wolą zrobić jeden skok na kasę niż spokojnie chłopaka prowadzić. Za moich czasów nie było menadżerów – może Jarek Kołakowski zaczynał, ale to były początki, mało kto takimi sprawami się zajmował. Dziś każdy młody zaczyna od menadżera, a dopiero potem idzie na trening.

 

 

Jednorazowy strzał kontraktowy zaliczył np. Dawid Janczyk. Miał papiery na karierę?

 

- Piłkarsko zdecydowanie lepszy był Korzym. Janczyk bazował na szybkości, ale czysto piłkarsko nie był za mocny. Korzym wyglądał dużo lepiej. Jak Janczyk szedł do CSKA to wiedziałem, że nie da sobie tam rady, nie z tymi piłkarzami, którzy tam byli. Szkoda, że tak się to skończyło, że się chłopak pogubił. Swoje zarobił, ale głowa mu nie wytrzymała. W Moskwie kasa, którą dostawał musiała być naprawdę kosmiczna.

 

Na Ciebie nie czyhały pokusy wielkiego miasta? Nie powiesz chyba, że tamta Legia po treningach czy meczach grzecznie zjeżdżała do domu?...

 

- Wiedzieliśmy ile i kiedy. We wcześniejszej Legii była fajna ekipa – „Surmik”, „Włodar”, „Kiełbik”, Boruc, „Sagan”, „Vuko”, „Wróbel”… Mieliśmy swoją knajpę na Chmielnej – „Kaisera”. Wtedy jeszcze nie było tych wszystkich smartfonów, że każdy mógł zdjęcia robić. Ale bawiliśmy się z umiarem, wiedzieliśmy na ile możemy sobie pozwolić. Po prawie każdym meczu tam chodziliśmy - albo sami, albo z rodzinami. Atmosfera w Legii była wtedy świetna, ona nakręcała wyniki. A wyniki atmosferę.

 

Po moim powrocie takiej atmosfery już tu nie było. Być może to wynikało z tego, że piłkarze już bardziej uważali gdzie i z kim chodzili po meczach. Ale były też jednostki, z którymi można było wyjść na miasto - był „Rocky”, „Miętowy”, „Komor”, Janek Mucha, Maciek Iwański, Wojtek Szala. Wtedy przecież było słynne wkupne, gdzie nam porobili zdjęcia z ananasami. Były momenty, ale to co najlepsze to było wcześniej.

 

 

Byłeś jednym z ulubieńców trybun. W tamtych czasach skandowanie nazwiska z „Żylety” było wielką rzadkością. Doceniałeś?

 

- Czułem się wyróżniony. Myślę, że zasłużyłem sobie na to swoją postawą. Byłem wychowankiem Legii, od 7. roku życia tu grałem. Kibicowałem Legii, chodziłem na mecze, czułem się częścią tego klubu. Na boisku też zawsze grałem na maksa, zawsze zostawiałem zdrowie. Wiadomo, były mecze gorsze i lepsze, ale zaangażowania nigdy mi nie brakowało. Jeśli chodzi o kibiców to zrobili mi bardzo miłą niespodziankę gdy graliśmy w Bełchatowie z Legią. Skandowali moje nazwisko podczas meczu, pamiętali o mnie. Równie fajna rzecz była w 2012 roku, gdy przyjechałem na Legię z Arką Gdynia na półfinał Pucharu Polski. Już na rozgrzewce kibice skandowali moje nazwisko. Po meczu zeszliśmy do szatni, przyszedł jeden z chłopaków z Legii i powiedział, żebym podszedł pod „Żyletę”. Poszliśmy, a tam cała „Żyleta” skanduje moje nazwisko. Mega przeżycie, łzy w oczach mi stanęły. Mocno mnie to podpompowało - po tylu latach grania dla innych klubów jeszcze mnie tu pamiętali.

 

Po latach wsparcia z trybun „odwdzięczyłeś” się transferem i grą dla Arki Gdynia. Miałeś jakieś nieprzyjemności ze strony czołowych kibiców jednej czy drugiej strony?

 

- Nie, nikt nigdy nie robił mi problemów z tego, że gram dla Arki, a kibicuję Legii. Byłem wtedy bez klubu, dostałem propozycję z Gdyni i nie mogłem z tego zrezygnować. Obawiałem się tego trochę, ale nie miałem wyjścia. W Gdyni szybko ułożyłem sobie relacje z kibicami. Powiem wręcz, że mnie szanowali za to, że ja nigdy się z Legią nie kryłem. Zakumplowałem się tam szczególnie z jednym ze znanych, starszych kibiców - Cezarem. Śmiał się, że jestem „ich legionistą”. Starsi szanowali mnie, a ja szanowałem ich. Oni widzieli, że grając dla Arki gram na maksa, że nie olewam ich klubu. Na koniec jednak trochę się te relacje popsuły. Graliśmy końcówkę sezonu z Kolejarzem Stróże. Mecz przegraliśmy. Następnego dnia kibice Arki weszli do nas do szatni, zaczęły się jakieś słowne przepychanki. Byłem kapitanem, więc jako kapitan musiałem zareagować i powiedziałem coś od siebie. Na następnym meczu, z Puszczą Niepołomice, kibice Arki śpiewali: „Niepołomice, wracają dziś przez stolicę, zabierz się z nimi, nie wracaj nigdy do Gdyni!”. To poszło z gniazda, śpiewała cała trybuna. Ale to byli młodsi kibice, ze starszyzną szacunek pozostał. W każdym razie piosenka mi się podobała (śmiech).

 

Z kibicami Legii też nigdy nie było tematu gry w Arce. Kolegowaliśmy się, nie było powodów do jakichkolwiek reakcji z ich strony. Ci starsi wiedzieli, że nie idę do Arki, bo mi pieniądze położyli. Po prostu, nie miałem wtedy klubu, trafiła się oferta z I ligi, więc bez żadnych podtekstów podpisałem kontrakt.

 

Na nowym stadionie byłeś tylko raz. A w telewizji oglądasz Legię?

 

- Oglądam.

 

 

Jak oceniasz grę Vrdoljaka, Jodłowca i Furmana? Grają na Twojej pozycji.

 

- Jeśli chodzi o Vrdoljaka to nie widzę w nim piłkarza za milion euro. Na pewno potrafi grać, ma swoje plusy, ale nie wygląda na gościa, za którego płaci się takie pieniądze. Ma swoje walory, chociażby odbiór piłki, ale ma też spore problemy z kreacją gry, z grą do przodu. Myślałem, że będzie dużo lepszy. Byłem też mocno zdziwiony, zresztą chyba nie tylko ja, gdy od razu został kapitanem drużyny. To była niezrozumiała decyzja. Byli tam inni zawodnicy, którzy mogli to wziąć na siebie - choćby Tomek Kiełbowicz czy Dickson Choto. Nie wiem czym kierował się trener Skorża przy tym wyborze, bo nie było mnie już wtedy w drużynie, ale koledzy też byli zaskoczeni.

 

Tomek Jodłowiec bardzo mi się podoba. To chłopak, na którego patrzyłem już wcześniej, jeszcze w Grodzisku. Ma duży potencjał, może grać zarówno na defensywnym pomocniku, jak i na stoperze. Imponuje niesamowitą wydolnością - może biegać dwa mecze jeden po drugim i oba zagra na tym samym, wysokim poziomie. Do tego ma ciąg na bramkę, strzela gole. To zawodnik, który nie bez powodu jest powoływany na kadrę.

 

Furman przyszedł już po moim odejściu, nie widziałem jego gry na żywo. Tyle co w telewizji, ale wiadomo, że to co innego niż treningi czy mecze na żywo. Na pewno Furman dużo zyskał we Francji, gra dojrzalej, umie się ustawiać, dobrze myśli na boisku.

 

Dałbyś jeszcze radę być tym czwartym do gry w Legii? Na defensywnym pomocniku albo na stoperze?

 

- Na pewno czuję, że jeszcze potrafię grać. Nie chcę jednak mówić czy dałbym radę. Musiałbym stanąć na boisku, zagrać coś z tymi chłopakami, którzy grają teraz i byśmy zobaczyli. Z zewnątrz łatwo się mówi, że „dałbym radę”, ale z boiska to inaczej wygląda. Nie wiem jak motorycznie bym wyglądał przy nich. W każdym razie, w I lidze daję sobie radę. Miałem fajny sezon, zmieniłem pozycję na stopera – jest mniej biegania (śmiech). Jeszcze przez rok mam kontrakt w Wigrach i jeśli zdrowie dopisze to chcę go wypełnić. Starsi koledzy mówią żeby grać, ile tylko można - potem trudno się odnaleźć w życiu. Jeśli więc Legia będzie mnie chciała to ja jestem gotowy (śmiech).

 

Mówiłeś, że jesteś specjalistą od rehabilitacji. Jeśli nie piłkarz, nie grupy młodzieżowe, to może zostałbyś fizjoterapeutą? (śmiech)

 

- Ta dziedzina idzie mocno do przodu, więc chyba nie (śmiech). To, co ja wiedziałem parę lat temu, to już pewnie się nie sprawdzi. Wolę jednak pracę z piłką na boisku. Chętnie sprawdzę się w odnajdywaniu młodych talentów. Wszystko zależy jednak od drugiej strony, ja nie będę się pchał na siłę.

 

Rozumiem jednak, że gdyby prezes Leśnodorski zadzwonił, to nie odrzucisz połączenia?

 

- Na pewno nie. Gdyby taka propozycja padła to ja jestem gotowy. Mówię otwarcie – chcę wrócić do mojej Legii!

 

 

Kończymy krótką ankietą. Twój najlepszy mecz w Legii?

 

- Legia – Pogoń 3:2. Jedyny mecz, w którym strzeliłem dwie bramki dla Legii.

 

Najgorszy?

 

- Nie było takiego! A poważnie - ten sam sezon, wyjazd na Stomil. Przegraliśmy 1:2, obie bramki zawalone przeze mnie. Słaby mecz, co tu dużo mówić.

 

Najlepszy kumpel w szatni Legii?

 

- Patrząc z perspektywy czasu to chyba Tomek Kiełbowicz. Wcześniej blisko się trzymałem z Arturem Borucem czy Radkiem Wróblewskim, ale to się w pewnym momencie ucięło. Z „Kiełbikiem” kontakt został mi do dziś.

 

 

A po drugiej stronie szatni? Z którymi piłkarzami Legii raczej nie było Ci po drodze, i których raczej nie zaprosisz na swoją 50-tkę?

 

- Trudne pytanie. Chyba nie było w szatni zawodnika, którego bym źle wspominał. Z każdym się dobrze dogadywałem. Nawet z obcokrajowcami, choć wiadomo, że z nimi mniej się trzymało, ale byli w porządku.

 

Może nawet nie pamiętasz wszystkich? Rowland Eresaba? Frankline Mudoh? Ahmed Ghanem? Dong Fangzhuo?

 

- Kojarzę wszystkich. Dong fajny chłopak, ale piłkarskim wirtuozem to on nie był. Wyszedł mu jeden mecz – sparing, na który przyjechał akurat prezes Walter. Był jeszcze taki Argentyńczyk, jak on się nazywał…?

 

Garcia. Manuel Garcia. Zawalił finał Pucharu Polski z Lechem.

 

- O właśnie, Garcia. Też pamiętam, że ten mecz zawalił – nie strzelił w końcówce „patelni” na 2:0.

 

Najlepszy trener w Legii? Zarówno warsztatowo jak i charakterologicznie.

 

- Kilku się ich przez szatnię przewinęło. Warsztatowo na pewno najlepszy był trener Urban. Poza boiskiem też bardzo fajny człowiek. Na treningach potrafił mocno na mnie „usiąść”. Pamiętam, że ciągle podkręcał Ariela Borysiuka, by ze mną jechał: „Borys, co ty, z takim starym sobie nie poradzisz?”. Ale treningi miał super, dużo piłki. Na treningu swoje dostawałem, parę „jobów” od trenera zebrałem, ale po zejściu z boiska można było bardzo fajnie porozmawiać.

 

Najgorszy trener?

 

- Okuka. Warsztatowo treningi miał bardzo słabe. Dużo biegania i to bez żadnych badań, więc każdy biegał w jednakowym tempie. Na jednym treningu, przez dwie godziny, potrafił zrobić wszystko – wytrzymałość, szybkość, gierkę, strzały, taktykę. No tak się treningu nie robi... Mieliśmy dużo szczęścia, że wtedy zrobiliśmy mistrzostwo. Druga sprawa, że jako człowiek też nie był zbyt przyjemny, szczególnie dla mnie i innych młodych. Takie jest moje zdanie. Zresztą potem już nigdy nic nie wygrał – ani z Wisłą, ani z żadnym innym klubem.

 

 

Najlepszy piłkarz, z którym grałeś w Legii?

 

- Jeśli chodzi o walory czysto piłkarskie, to zdecydowanie Roger. Imponował mi. Miał znakomitą technikę. Rado obudził się trochę później. Za mojej obecności to różnie z nim bywało – raz w górę, raz w dół. Ale potencjał miał od początku. Dobry był też „Miętowy” – to co robił na treningach, na takim luzie, jakieś przewrotki… to tylko można żałować, że większej kariery nie zrobił. No i Bartek Karwan – świetna prawa noga, szkoda, że potem przesadził nieco z siłownią (śmiech).

 

Kończymy pytaniem o najgorszego piłkarza w Legii.

 

- Za trenera Kopy był taki piłkarz Janiak. Maciej Janiak. Troszkę nie te buty jeśli chodzi o Legię. Mówię oczywiście o tych, którzy parę meczów tu zagrali.

 

No właśnie. Ciekaw jestem czy pamiętasz kilku takich, którzy byli wtedy zgłoszeni na ligę, ale nawet nie wyszli z szatni. Kostia Machnovskyj? Tomasz Cymerman? Daniel Małkiewicz?

Kostia? W porządku chłopak. „Cymek”? Graliśmy razem w rezerwach, dobra lewa nóżka. Małkiewicz? Mój dobry kolega, syn starego Małkiewicza. W 1998 roku razem wchodziliśmy do pierwszej drużyny. Mnie się udało, jemu nie, podobnie jak paru innym. Ale pamiętam wszystkich!

 

Rozmawiał: Nikodem Chinowski

 

Autorem wywiadu jest Nikodem Chinowski - kibic Legii, który w ubiegłym sezonie zdobył rangę Pułkownika w programie Legiony. Oznacza to, że Nikodem był na wszystkich meczach "Wojskowych" rozegranych przy Łazienkowskiej 3 w sezonie 2014/2015. Gratulujemy!


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

arni87
arni87
Porucznik
2015-08-11 03:09:38
Extra wywiad :) Pozdro

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 229
PLN
Cena 299
PLN
Cena 99
PLN