Legia Warszawa
vs Lechia Gdańsk
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2019-08-01 09:00:00
Newsletter

Powstanie Warszawskie: Miasto ruin

Autor: Jakub Jeleński Fot. Jacek Prondzynski, Kadry z filmu "Miasto ruin", Archiwum
O tym, że 1 sierpnia to dla historii Warszawy jeden z najważniejszych dni, wie chyba każdy mieszkaniec miasta. Pamięć o wydarzeniach z lata 1944 roku postanowiliśmy kultywować także wśród tych, którzy dopiero poznają stolicę. Do Muzeum Powstania Warszawskiego pojechaliśmy więc z piłkarzem Legii, Ivanem Obradoviciem. Zapraszamy na reportaż opisujący jak zwykła wizyta stała się opowieścią o mieście, które przeżyło własną śmierć.

- Cześć! Słuchajcie, ile nam to zajmie tak mniej więcej? zapytał Ivan Obradović, wsiadając do naszego samochodu. 

 

Odpowiedzieliśmy, że jakieś dwie godziny i zapytaliśmy Ivana, czy w ogóle wie dokąd jedziemy. Odrzekł, że do muzeum, które ma mu przedstawić historię wojny w Polsce. Sam temat bynajmniej nie jest mu obcy, w końcu doskonale pamięta to, przez co w latach 90. przeszły Bałkany. Miał dziewięć lat, kiedy na Belgrad spadały bomby, był wystarczająco dużym chłopcem, żeby zapamiętać jak wygląda człowiek trafiony pociskiem wystrzelonym z karabinu zastava M76 i jak charakterystycznie pracuje silnik wielozadaniowego myśliwca F-15E. Zastanawialiśmy się, czy na Ivanie Muzeum Powstania Warszawskiego w ogóle zrobi wrażenie. W końcu mieliśmy opowiedzieć o wojnie sprzed 75 lat komuś, kto 20 lat temu uciekał do piwnicy przed bombardowaniem.

 

 

- Cześć, jestem Michał – powitał Ivana przewodnik na dziedzińcu Muzeum – cieszę się, że wpadłeś. Jeżeli chcesz mieszkać w Warszawie, to powinieneś lepiej poznać jej mieszkańców, a to co za moment zobaczysz, to jedna z najważniejszych rzeczy w tożsamości tego miasta. Wiem, że sam przeżyłeś wojnę. Zobacz teraz, co przeżyliśmy my.

 

Samo przekroczenie progu Muzeum już robi wrażenie, nawet jeśli ktoś odwiedza je po raz kolejny. W podłodze, tuż obok wejścia znajduje się otwór, w którym nastoletni chłopak z niepewnością w oczach spogląda w górę i za moment znika w czeluści kanału. Na ścianie namalowana powieszona na szubienicy swastyka, napisane w pośpiechu „27 grudnia 1939 WAWER” – kilka pociągnięć pędzlem mające upamiętnić egzekucję 107 osób, rozstrzelanych w odwecie za śmierć dwóch niemieckich podoficerów. Każdemu, nawet najbardziej pogodnemu człowiekowi, uśmiech w końcu znika z twarzy.

 

 

- Zobacz, tutaj masz krzyż postawiony na masowym grobie w Palmirach. To taka wioska pod Warszawą, dokąd Niemcy wywozili mieszkańców miasta. Chodziło głównie o to, żeby wybić elitę – ciężarówkami do lasu transportowali profesorów, artystów, księży. Kopali dół, stawiali ich na skraju i ładowali w nich serię z karabinu maszynowego. Jeżeli ktoś jeszcze potem żył, to do dobicia wystarczyły krótkie pistolety, chociaż niekiedy zdarzało się, że zasypywali ludzi żywcem. W sumie rozstrzelali tam mniej więcej 1700 osób. O, a to jest zdjęcie z łapanki. Niemcy zastawiali wyjście z ulic i po prostu łapali ludzi. Jak ktoś miał szczęście, to trafiał na roboty do Niemiec. Jak nie, to zwykle kończył w obozie koncentracyjnym. Ciężko się było czuć bezpiecznie we własnym mieście, co? Nawet w zwykły dzień oni ci dobitnie przypominali o tym, kim jesteś. W tramwaju, w parku, teatrze, restauracji... wszędzie widniał ten jeden napis: Nur für Deutsche. Rozumiesz teraz dlaczego to powstanie musiało w końcu wybuchnąć?

 

Ivan rozumie. Pierwsze pięć minut w Muzeum w zupełności wystarczyło, żeby na paru zdjęciach, obwieszczeniach z epoki, tabliczkach i belkach krzyża zobaczyć piekło, jakiego od 1939 roku doznawali Polacy. Za chwilę przekraczamy jego kolejny krąg. Pomiędzy Złotą i Stawki oraz Młynarską i Freta bałby się zamieszkać nawet diabeł. Zapraszamy na wycieczkę do getta.

 

 

- 2,9 kilometra kwadratowego to obszar prawie trzy razy mniejszy niż najmniejsza z dzielnic Warszawy, Żoliborz. W trakcie wojny w warunkach gorszych niż zwierzęta gospodarskie mieszkało tam 450 tysięcy Żydów – opowiada przewodnik. – Niemcy mogli zrobić z nimi wszystko. Chciałeś pobić Żyda na ulicy? Nie ma problemu. Chciałeś dla zabawy kogoś rozstrzelać? Proszę bardzo. W końcu w kwietniu 1943 roku Żydzi doszli do wniosku, że lepiej umrzeć z bronią w ręku niż pod płotem i zaczęli swoje Powstanie. Nie mieli najmniejszych szans, wiedzieli o tym zaczynając walkę. Im nie chodziło o zwycięstwo, a o godną śmierć. Wszyscy zginęli. 300 tysięcy osób Niemcy wsadzili do wagonów i wywieźli do obozów zagłady, z których nikt już nie wrócił. W samym getcie zabili 55 tysięcy ludzi, a cały obszar zrównali z ziemią. Teraz zobacz, jak równana z ziemią była reszta miasta.

 

1 sierpnia 1944 roku 50 tysięcy osób rzuciło do najbliższych „idę” i wyszło z domu, którego w zdecydowanej większości przypadków nigdy później już nie zobaczyło. Warszawa miała zapłonąć w Godzinę „W”, ale pierwsze walki rozpoczęły się już kilka godzin wcześniej. Jak pech to pech – niemiecki patrol przyłapał Powstańców wynoszących z piwnicy pakunki z bronią i trzeba było zacząć strzelać. A potem strzelali już wszyscy. Dzielnica po dzielnicy, ulica po ulicy, podwórko po podwórku. Chociaż „strzelać” to dużo powiedziane, bo na dziesięciu żołnierzy tylko jeden dostawał do ręki visa. Pan Michał tłumaczy zaciekawionemu Ivanovi, że zdaniem wielu ekspertów, to jeden z najlepszych pistoletów na świecie. Tylko co z tego, skoro – tak jak w hymnie Batalionu „Parasol” – na polski pistolet samopowtarzalny Niemcy odpowiadali SdKfz 181, ciężkim czołgiem potocznie nazywanym „Tygrysem”.

 

 

- Wiesz czym Powstańcy walczyli z czołgami? Butelkami z benzyną. Brali szklaną butelkę, lali benzynę, do środka wkładali nasączoną szmatę, podpalali i rzucali w wieżyczkę. Jeżeli komuś się udało, to płonąca benzyna przez szpary w pancerzu wlewała się do środka i czołg był unieruchomiony. Niekiedy udawało się nawet przejąć wrogie pojazdy. Tak naprawdę wszystko Powstańcy musieli zabrać wrogowi, nawet mundury nie były nasze. Na początku żołnierze zakładali biało-czerwone opaski na ramię, a potem z magazynu na ulicy Stawki udało się ukraść niemieckie uniformy, z czasem zdobywano również broń. Mówiłem ci o visach, prawda? Wyobraź sobie, że za jego pomocą musisz zdobyć gniazdo karabinu maszynowego. To co tutaj widzisz to MG42. Wiesz ile pocisków na minutę wystrzeliwywał? 

 

- Nie mam pojęcia, pewnie ze sto. 

 

- Tysiąc dwieście, kolego. I oni te gniazda zdobywali mając w ręku visa z ośmionabojowym magazynkiem. 

 

Ale na każdego bohatera, który w niewyobrażalny sposób przechwytywał czołg czy gniazdo, przypadało kilku, z których wspomniane czołg bądź gniazdo szatkowały na kawałki. Żeby pomóc będącym w sytuacji beznadziejnej Powstańcom, alianci zorganizowali zrzuty. Ivan w milczeniu obserwuje wiszący nad salą muzealną kadłub Liberatora B-24 – ciężkiego bombowca, który dla umierającego miasta był jedyną nadzieją na odrobinę żywności, lekarstw i broni. Ponad połowa zrzutów wylądowała jednak w rękach Niemców, a na 10 samolotów, które wystartowały nad stolicę, jeden nigdy już nie wylądował. Ten znajdujący się w Muzeum również nie miał szczęścia. Zestrzelono go pod Bochnią w czasie lotu powrotnego po zrzuceniu pomocy dla Powstania. 

 

 

Liberatory były dla miasta ratunkiem. Zdecydowanie więcej było jednak samolotów, które niosły śmierć. Urszula Katarzyńska, która w momencie wybuchu walk miała 19 lat, wspominała po latach: „Początkowo bombardowania zdarzały się sporadycznie. Niemcy zrzucali bomby tylko w dzień i to w dość długich odstępach czasu, także w jakimś stopniu mogliśmy nawet przewidzieć przybliżony czas nalotu. Stare Miasto było jednak chyba pierwszą dzielnicą, w której zaczęto bombardowania nocne, więc nikt z nas nie mógł już spać spokojnie. Jeszcze później doszło do tego, że zaskoczeniem nie było bombardowanie, a jego brak.” 

 

Wkrótce do ostrzału z powietrza doszedł także ten z ziemi. Samobieżny moździerz Karl-Gerät 040 kalibru 600 mm był w stanie strzelać na odległość dwóch kilometrów i 800 metrów. W sierpniu 1944 roku pozycje Powstańców ostrzeliwał z parku generała Sowińskiego na Woli. Jeden z pocisków trafił w szczytową część Prudentiala, a fotografia zrobiona przez Sylwestra Brauna w momencie uderzenia, stała się jednym z najbardziej ikonicznych zdjęć II wojny światowej. Wieżowiec wytrzymał ostrzał, czego nie można powiedzieć było o pozostałej części miasta.

 

 

- Wiesz jak bardzo Warszawa była zniszczona? 86 procent miasta stało się ruiną – mówi pan Michał, a Ivan coraz szerzej otwiera oczy. - I mówiąc o ruinach, nie mam na myśli wybitych okien, czy spalonego dachu. Z budynków czasem zostawały ściany zewnętrzne, ale bardzo często domy były starte na proch. Chodź, pokażę ci – mówi przewodnik i zabiera Ivana na projekcję filmu. Pięć minut wystarczyło, żeby Serb nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. Tak działa „Miasto ruin”.

 

Trójwymiarowy film nie pokazuje nic skomplikowanego. Perspektywa z lotu ptaka prowadzi nas od wysokości mostu Łazienkowskiego do mostu Gdańskiego. Przy okazji początkowego ujęcia pan Michał zwraca się do swojego gościa: - Popatrz, jest nawet wasz stadion. Rzeczywiście, trybunę krytą widać wyraźnie. Stadion w trakcie wojny miał to szczęście, że znajdując się na terenie dzielnicy zamieszkanej przez Niemców, praktycznie uniknął zniszczenia. Znalezienie kolejnego charakterystycznego punktu nie jest już jednak takie proste. 

 

 

- Byłeś na Starówce? – pyta Ivana przewodnik. 

- Tak, to jedno z pierwszych miejsc jakie zobaczyłem.

- No, to to jest Rynek Starego Miasta i Zamek Królewski – mówi pan Michał i pokazuje gruzy na ekranie. 

 

Za moment nie widać już nawet ścian domów, o tym, że było tam kiedyś miasto, świadczą tylko kwartały ulic. Pomiędzy nimi piętrzą się sterty cegieł. Niemcy bardzo skrupulatnie zadbali o to, by po getcie została wyłącznie pamięć. 

 

Ostatni rzut oka na zniszczoną stolicę wieńczy krótka wiadomość. Dowiadujemy się, że przed wojną Warszawę zamieszkiwało 1 milion 300 tysięcy osób. W dniu wybuchu Powstania liczba ludności spadła do 900 tysięcy, zaś po jego upadku w mieście nie zostało jej nawet tysiąc. Ivan nie bardzo wie co powiedzieć. I chyba jeszcze nie znalazł się ktoś, kto by wiedział.

 

- Widziałeś co nam zrobili z miastem – powiedział przewodnik, wychodząc z Ivanem z sali kinowej – Teraz opowiem ci jak to robili. 

 

I opowiedział. 

 

 

Niemcy nie bardzo przejmowali się konwencją genewską, o czym najlepiej świadczą dziury po kulach  na wiszących w gablocie mundurach sanitariuszy. Strzelanie do lekarzy było jednak igraszką w porównaniu z tym, czego zbrodniarze dokonali pacyfikując Wolę. Pan Michał opowiada, a Ivan nie dowierza. Bo jak wierzyć, że ktokolwiek był tak okrutny, by mordować ludzi w szpitalnych łóżkach? Jak wierzyć, że skoro litr benzyny był tańszy niż amunicja do mausera, to podczas rzezi żołnierze postanowili oszczędzać kule w karabinach i zamiast strzelać do rannych, zaczęli palić ich żywcem? Jak w końcu uwierzyć w historię polskiej Niobe, Wandy Lurie?

 

Niemcy byli bardzo pragmatyczni, dlatego podczas rzezi Woli ludzi do egzekucji ustawiano czwórkami. Ulica po ulicy, podwórko po podwórku. Mechanizm eksterminacji był wyjątkowo wydajny – cztery osoby, cztery pociski z pistoletu. Pani Wanda znajdowała się w dziewiątym miesiącu ciąży, kiedy wraz z trójką swoich dzieci została ustawiona przy stercie ciał, z których każde ostatnie kroki w życiu stawiało ramię w ramię z trzema innymi osobami. Kobieta próbowała przekupić Niemców, ofiarując żołnierzowi trzy złote pierścionki. Okazało się, że złoto miało za mało karatów.

 

Pierwsza kula roztrzaskała główkę najstarszego, jedenastoletniego Wiesia. Za moment w kałuży krwi leżała sześcioletnia Ludmiłka. Trzeci pocisk odebrał życie trzyletniemu Lesiowi. Czwarty miał zabić mamę, ale ten jeden raz niemiecka precyzja zawiodła i strzał przeszedł na wylot przez kark oraz szczękę, zamiast życia zabierając ze sobą zęby. 

 

 

Pani Wanda wygrzebała się ze stosu trupów po trzech dniach. Oprócz pocisku, który miał ją zabić, pięć innych kul trafiło ją w nogi. I kiedy przyglądając się zwłokom swoich dzieci była gotowa umrzeć, poczuła ruch dziecka, które nosiła pod sercem. 15 dni po egzekucji urodziła syna, któremu dała na imię Mścisław. Kobieta zmarła 21 maja 1989 roku, jej syn odszedł przed rokiem, 22 czerwca.

 

Nasz gość milczy, my milczymy również. Swoją pracę musi natomiast kontynuować pan Michał: - Podczas wyrzynania Woli jeden z dowódców SS depeszował do Berlina, że nie ma wystarczająco dużo amunicji żeby zabić wszystkich. Wiesz, jaką poniósł odpowiedzialność? Absolutnie żadnej. Po wojnie został politykiem.

 

I rzeczywiście, SS-Gruppenführer Heinz Reinefarth w 1951 roku objął funkcję burmistrza nadmorskiej miejscowości Westerland, a od 1958 roku zasiadał w landtagu kraju związkowego Schleswig-Holstein. Co prawda w 1963 rozpoczęło się przeciw niemu postępowanie w związku z popełnionymi zbrodniami, ale sąd we Flensburgu umorzył je po czterech latach z braku dowodów, zaś za trudy postępowania Reinefarth otrzymał odszkodowanie w wysokości 100 tysięcy marek niemieckich. Zmarł w Westerland w wieku 76 lat.

 

 

- Zastanawiasz się pewnie, co zrobiono z tymi wszystkimi zamordowanymi ludźmi. Część ciał została pogrzebana, część leżała na ulicach aż do końca walk. Trupów i szczątek było tak dużo, że nie liczono ich w sztukach. Po skremowaniu z człowieka zostaje około czterech litrów popiołu. Z Warszawy w 1945 roku wywieziono dwanaście ton ludzkich prochów. 

 

Ivan poznaje historię do końca. Nie mówi wiele, na koniec pyta tylko pana Michała, dlaczego zdecydował się zostać przewodnikiem. 

 

- Moja rodzina to wszystko przeżyła. Ojciec walczył o kraj, a kiedy potem do niego powrócił, został potraktowany jak zdrajca. Zmarł w 1997 roku, a ja byłem za młody i za głupi, żeby rozmawiać z nim o historii i o tym co przeżył. Dlatego mam teraz wobec niego i miasta dług, który spłacam kultywując pamięć o bohaterach i historii. Co roku na uroczystości rocznicowe zapraszamy Powstańców i co roku przybywa na nich pustych miejsc. Dlatego ja robię wszystko, żeby pamięć o ich czynach nigdy nie wygasła. Nawet, kiedy wszystkie miejsca będą już puste.

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 89
PLN
Cena 114,50
PLN
Cena 119
PLN