Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2018-11-18 12:00:00
Newsletter

Saganowski: Dałem sobie radę

Autor: Jakub Jeleński Fot. Janusz Partyka, Mateusz Kostrzewa, Jacek Prondzynski; Video: Jakub Goliński, Tomasz Sejbuk
Jest ewenementem, bo równym szacunkiem cieszy się wśród kibiców Legii i ŁKS-u. Jego charakter kształtowały łódzkie podwórka, gdzie – jak sam przyznaje – często szukał kłopotów. Czasem jednak to one znajdowały jego i trwale wpływały na jego życie. Od awanturniczej młodości, rozbicia głowy na rolkach przed swoim meczem w derbach Łodzi, po piękne zwieńczenie kariery w Legii, wydoroślenie i zamianę boiska na ławkę trenerską. Zapraszamy na rozmowę, podczas której sami zdecydujcie, czy to jeszcze bardziej ''Sagan'', czy już jednak trener Saganowski.

 

Legia.com: - Na początek mały upominek.

Marek Saganowski: - O, Ptasie Mleczko!

 

- Tak, bo odpowiedniego pączka niestety nigdzie nie znalazłem. Myślałem też o hamburgerze z „Championa”, ale to podobno nieopłacalna inwestycja.

- No dobre macie te informacje (śmiech)! Kiedyś z Łukaszem Surmą pojechaliśmy do „Championa” na mecz. Chcieliśmy zobaczyć jakieś spotkanie naszej ligi i w trakcie oglądania trochę zgłodnieliśmy. Kiedy spostrzegliśmy ile kosztuje tam burger, to zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie wziąć sobie jednego na dwóch (śmiech). Przyjechaliśmy do Warszawy ze Śląska, gdzie ceny były dużo, dużo niższe. Ostatecznie każdy kupił sobie po jednym.

 

- Czyli pensja wytrzymała burgery z „Championa”?

- Wytrzymała, chociaż te różnice cenowe wszędzie nas szokowały. Na początku życia w Warszawie wcale nie było tak różowo. Mieszkanie w stolicy jest zdecydowanie droższe niż na Śląsku, w Krakowie czy Łodzi. 

 

 

- W tej Łodzi robił Pan rzeczy, których – cytuję – „synowi bym zabraniał”.

- Różnie tam bywało (śmiech). Wspinaliśmy się na naprawdę wysokie drzewa. Myślę, że tutaj, w parku przy Kanałku Piaseczyńskim gdzie rozmawiamy, żadne z drzew nie dorównuje wysokościom tamtym. Łaziliśmy po dachach, kręciliśmy się po starych domach albo budowach, zdarzało nam się nawet zapuszczać do kanałów. Na jednej ulicy wchodziliśmy pod ziemię, wychodziliśmy na drugiej. Zdarzało nam się wtedy pogubić – kilka razy mieliśmy stracha, że już nigdy stamtąd nie wyjdziemy. 

 

- Tego „stracha” Pańscy rodzice mieli chyba cały czas. Szybko dostał Pan motorynkę. 

- O, nie, nie, ja jej nie dostałem, kupiłem ją za swoje pierwsze w życiu zarobione pieniądze. Oszczędzałem sobie diety z reprezentacji Polski do lat piętnastu i za nie jeden z kolegów odsprzedał mi tę motorynkę. Tak naprawdę więcej przy niej dłubałem niż jeździłem, bo jak śmigałem godzinę czy dwie, to zaraz coś się działo i trzeba było naprawiać. Rozbierałem ją na części po każdej przejażdżce. 

 

- W takim razie długo Pan z nią wytrzymał?

- Albo ją sprzedałem, albo po prostu gdzieś zostawiłem... nie pamiętam. Już nie te lata, z pamięcią u mnie trochę krucho (śmiech). Wytrzymywałem z nią jednak bardzo długo. To była wielka frajda – pojeździć sobie, a potem pobawić się w mechanika. Mieliśmy na podwórku kilku kolegów, którzy mieli a to jakieś stare „jawki”, a to „ogary” i wspólnie dłubaliśmy przy tych naszych maszynach. Potem próbowaliśmy jeździć i tak non-stop. 

 

 

- Od dziecka lubił Pan szukać kłopotów. 

- Czy ja wiem? Mi nie chodziło o kłopoty, a o adrenalinę. Jako dzieciaki uwielbialiśmy ją, zawsze mieliśmy kilka fabryk, jakieś stare budowy, gdzie mogliśmy coś przeskrobać i rzeczywiście w takich miejscach te kłopoty często się do nas przyklejały. 

 

- Zwłaszcza w łódzkich bramach. 

- Wiadomo. Mieszkałem na starym Śródmieściu, gdzie każda brama to była jedna ekipa. My mieliśmy dużą paczkę w naszej bramie na Rewolucji 42. Byliśmy liczni i rządziliśmy na swojej ulicy. Zdarzało się, że kogoś zaczepialiśmy tylko po to, żeby coś się działo.

 

- No i działo się – dostaliście gazem po oczach. 

- Ale to przez mojego brata (śmiech)! Paru chłopaków szło z jakimiś dziewczynami, więc pewnie chcąc się popisać, zaczęli coś do nas mówić. My byliśmy przecież u siebie na ulicy. A od dzieciaka byliśmy uczeni przez wujów i ojców, że na twojej ulicy nie ma prawa ci się nic stać, więc się zaczęło. Nie spodziewaliśmy się jednak, że chłopak wyciągnie z kieszeni gaz – jak nam psiknął w oczy, to padliśmy jak muchy. 

 

 

- Ale tymi kłopotami chyba niezbyt się Pan przejmował, nawet jako piłkarz ŁKS-u. Nie słyszałem o zawodniku, który przed derbami Łodzi miałby wypadek na rolkach zakończony utratą przytomności i rozbitym łokciem. 

- Dosyć dużo jeździłem na rolkach. W czwartek, przed meczem, kolega mnie namówił, żeby zjechać tyłem po schodach na takiej „piramidzie”. No a ona nie miała poręczy... Noga mi się omsknęła, poleciałem na potylicę i przywaliłem tak, że kumpel musiał mnie cucić. Dodatkowo bardzo mocno uderzyłem się w łokieć i kiedy przyjechałem w sobotę na derby, to byłem mocno obolały. Ale specjalnie mi to nie przeszkadzało – nawet zdobyłem wtedy bramkę (śmiech). 

 

- Nie zapalała się Panu w głowie żadna czerwona lampka? 

- Nie, bo to były inne czasy. Więcej czasu spędzaliśmy na podwórku, często było tak, że w drodze na trening spotykałem kolegów. Oni mówili wtedy: Dobra, przestań, gdzie będziesz jechał. Zostań z nami, jutro też masz trening. Ale ja z uporem maniaka jeździłem do klubu, bo tam na ŁKS-ie też się bardzo dobrze czułem, niemalże jak w rodzinie. Mi to po prostu sprawiało wielką przyjemność. 

 

- Drzewa, budowy, kanały, draki w bramach, rozbita głowa na rolkach. Musimy chyba dojść do tej najpoważniejszej rzeczy. O wypadku po prostu chciałby Pan zapomnieć, czy to raczej pewnego rodzaju przestroga?

- Po czasie człowiek może żałować i myśleć o tym, co by się stało, gdyby tego wypadku nie było. Jednak wszystkie decyzje były moje i podjąłem je świadomie. Zawsze będę powtarzał, że i tak jestem bardzo szczęśliwy z tego, co osiągnąłem. Nie wiem co by było, gdybym wtedy nie jechał motocyklem, ale jechałem i koniec. Powiem szczerze, że już kilka dni po wypadku myślałem już tylko o tym, kiedy znowu wrócę na boisko. Zawsze wierzyłem w to, że i tak będę grał w piłkę. 

 

 

- Nawet przez myśl Panu nie przeszło, że to może być koniec?

- Wtedy nie, choć taka myśl o końcu pojawiła mi się na moment, kiedy poszedłem do Odry Wodzisław. Wydawało mi się wtedy, że to taki początek tego końca. Zastałem tam jednak bardzo fajną drużynę i wspaniałych ludzi, takich jak dyrektor Socha, czy trener Wieczorek. Zacząłem się tam odbudowywać na tyle, że zagrałem kilka fajnych meczów, w tym spotkanie z Legią. Szkło mi na tyle dobrze, że dyrektor Olędzki i trener Okuka zdecydowali się ściągnąć mnie do Warszawy.

 

- Niby niczego Pan nie żałuje, ale przecież powiedział Pan takie zdanie: Moja kariera po wypadku przypominała czyściec. To jak to w końcu jest?

- Dużego żalu nie miałem, po prostu zastanawiałem się nad tym, co by było gdyby. W 1998 roku swój ostatni mecz przed wypadkiem zagrałem z Rakowem Częstochowa. Wówczas na trybunach siedział Ottmar Hitzfeld, trener Borussii Dortmund, ówczesnego zdobywcy Pucharu Europy. Prezes Antoni Ptak mówił, że wszystko jest dogadane i to tylko kwestia czasu, aż ja tam przejdę. No i na początku roku byłem nawet w Borussii na testach, gdzie poszło mi bardzo dobrze. Gdyby nie motocykl pewnie to wszystko wyglądałoby inaczej, ale jest jak jest. I tyle.

 

- Pan leżał w szpitalu, a na stole w gabinecie leżał kontrakt ze zwycięzcą Ligi Mistrzów UEFA. Ciężko takie rzeczy wyrzucić z głowy?

- Nie, bo ja się nad tym zastanawiałem, a nie zadręczałem. Mówimy teraz o moich kłopotach za młodu, ekstremalnym poszukiwaniu wrażeń. Teraz to wszystko wygląda inaczej. Rok temu założyłem rolki, bo chciałem pojeździć z dzieciakami i taka czerwona lampka już zaczęła mi się w głowie zapalać. Skończyłem pędzić za adrenaliną.

 

 

- Ale wtedy, po tym wszystkim i tak bardzo szybko wsiadł Pan na motor. 

- Kiedy tylko wróciłem do domu ze szpitala podjechał do mnie kolega i od razu wsiadłem z nim na motocykl. Jak nigdy nie miałem z tym problemu. W życiu zawsze kochałem piłkę nożną i motocykle. Jeżdżę na nich od 1997 roku aż do dziś. Nie potrafiłbym tak po prostu wyrzec się jednej z tych pasji.

 

- Ciekawa to była rehabilitacja – jazda w gipsie na motocyklu, a potem narty...

- No to w ogóle była ciekawa sytuacja, bo po raz pierwszy w życiu pojechałem z żoną – wtedy jeszcze dziewczyną – do Austrii na lodowiec. Kamila chciała pojeździć na nartach, a kiedy ja wszedłem z nią na górę i spojrzałem w dół, to od razu sam zachciałem zjechać. Zadzwoniłem do mojego rehabilitanta i spytałem się, czy w ogóle mogę zapiąć narty do nóg. On powiedział, że jest to szalenie niebezpieczne i broń Boże nie powinienem tego robić, ale ja wierciłem mu dziurę w brzuchu cały czas. Mówiłem, że przecież to w gruncie rzeczy ćwiczenia, które mogą wzmocnić moje kości i mięśnie. Męczyłem go i męczyłem, aż ten wreszcie dał za wygraną i powiedział, że jeśli nic mi się nie stanie, to w gruncie rzeczy narty będą dobrym ćwiczeniem na uda. Pomyślałem sobie, że na pewno nic mi się nie stanie i tak nauczyłem się jeździć na nartach (śmiech).

 

- Ciekawe doświadczenie – „pójdę na narty i zobaczę co się stanie”.

- No było to trochę ryzykowne i – jak patrzę na to z perspektywy czasu – nie za mądre. Ale ja nigdy nie miałem z tyłu głowy, że coś musi mi się stać. Patrzyłem na świat bardzo pozytywnie i nie bałem się żadnych kłopotów. 

 

- A jak na to wszystko patrzyła żona?

- Ona zna mnie od szkoły podstawowej i zdaje sobie sprawę, że ja po prostu taki jestem – lubię adrenalinę. Myślę, że ona w pewnym momencie też ją polubiła. Chyba dawno pogodziła się z moim charakterem. 

 

 

- Podobno była to jedyna osoba na świecie, która powiedziała, że Marek Saganowski wróci do Legii. 

- Mówiła, mówiła i to nie raz (śmiech)! Kiedy jeszcze grałem w ŁKS-ie powtarzała mi: „Zobaczysz, w końcu znowu zagrasz w Legii”. Ja wtedy uważałem to za jakiś absurd. A jednak wróciłem, zdobyłem trzy mistrzostwa i trzy Puchary Polski. Wychodzi na to, że trzeba słuchać mądrej żony!

 

- Co było trudniejsze i bardziej stresujące: powrót do Warszawy po latach, czy moment, w którym trzeba było zawiesić buty na kołku i od nowa poukładać sobie życie?

- Kiedy przychodziłem do Warszawy bardzo mocno chciałem udowodnić, że zawodnik mający 32 lata spokojnie może jeszcze grać na wysokim poziomie i przekreślanie go jest niczym nie uzasadnione. W Polsce mamy taką tendencję, że jeśli ktoś ma trójkę z przodu, to znaczy, że jest emerytem i powinien kończyć granie. Ja jednak czułem się bardzo dobrze i chyba udowodniłem, że warto było na mnie postawić. Wróciłem do Legii na sam koniec kariery, a przeżyłem w niej jedne z najfajniejszych momentów w życiu. 

 

- Ale w końcu przyszedł czas pożegnania. Co dla piłkarza oznacza koniec kariery?

- Miałem jeszcze okazję pójść w Polskę i trochę pograć, ale dużo rozmawiałem na ten temat z ówczesnym prezesem i on przekonał mnie, że dobrze byłoby gdybym został w Akademii. Akurat w tym czasie kończyłem szkołę trenerów, więc postanowiłem zostać w Warszawie, już w nieco innej roli. 

 

 

- Jak wyglądały pierwsze dni, kiedy „Sagan” stał się trenerem Saganowskim?

- Były wspaniałe. Czasem co prawda dopadają mnie takie myśli, że może jednak nie trzeba było jeszcze kończyć, że były mną zainteresowane kluby, gdzie spokojnie dałbym sobie radę. Ale takie myślenie zdarza mi się bardzo rzadko, bo czas po zakończeniu mojej kariery sportowej był znakomity. Miałem wtedy prawie 2,5 miesiąca wakacji, co przez kilkanaście lat gry w piłkę było nieosiągalne. Wreszcie mogłem poświęcić się rodzinie, przyjaciołom, czy po prostu zająć się sobą. Pojechałem trochę na przejażdżkę motocyklową, potem razem z żoną ruszyliśmy w podróż po Europie, miałem też czas na to, by zabrać w piękne miejsca swoje dzieci. Nie było to jak zawsze – szybko, szybko, jedziemy, bo mam kilka dni wakacji, a za moment znowu trening. Nie, na spokojnie, bez pośpiechu – po prostu odpocząłem.

 

- Żałował Pan, że nie skończył grać wcześniej? Gdyby stało się to po hat-tricku ze Śląskiem w 2013 roku, wówczas odszedłby Pan w glorii i chwale. Tuż przed rzeczywistym zakończeniem kariery rzadko przecież bywał Pan na boisku. 

- Mi piłka po prostu sprawiała wielką przyjemność. Grałem w najlepszym klubie, co roku jeździliśmy po Europie grając w pucharach, zdobywaliśmy trofea w kraju. Nie, nie żałuję, że skończyłem grać tak późno. Dużo rozmawiałem na ten temat z trenerem Czerczesowem, zostałem tak spokojnie wygaszony. Ale przecież nawet w tym ostatnim sezonie też coś tam dawałem drużynie i miałem swoje miłe momenty.

 

- Nie żałuje Pan momentu zakończenia kariery, łobuzerskich wybryków młodości, a nawet wypadku na motocyklu. Jest w ogóle coś czego Pan żałuje?

- Żałuję, że nie pojechałem na mistrzostwa świata do Niemiec, gdzie – mimo tego, że wcześniej byłem regularnie powoływany – nie zabrał mnie trener Paweł Janas. Żałuję też, że nie zagrałem w Premier League, choć przecież miałem ku temu okazję. I to chyba tyle.

 

 

- Jak na taki bagaż doświadczeń wiele tego żalu nie ma.

- Nie, bo trzeba się cieszyć z tego, co jest. Ja nie miałem żadnych olbrzymich problemów, a po wypadku, po którym miałem nie chodzić, zagrałem w Lidze Mistrzów UEFA, Lidze Europy UEFA, wystąpiłem na mistrzostwach Europy w reprezentacji Polski. Grałem w kilku krajach, w tym w moim ulubionym, w Anglii – co prawda tylko w Championship, ale to i tak były piękne momenty. Zdobyłem trzy mistrzostwa i trzy Puchary Polski. Teraz mogę sobie usiąść, popatrzeć na to wszystko i z czystym sumieniem powiedzieć, że jakoś się jednak spełniłem, że dałem radę.

 

- Patrzy Pan na to z perspektywy trenera juniorów Legii. A jeszcze rok temu powiedział Pan: „Młodzieżowa piłka jest dla bardziej doświadczonych, ja mógłbym zrobić krzywdę dzieciakom”. To jak Pan wylądował w CLJ-tce?

- Mówiąc o dzieciakach miałem na myśli U10 czy U12, tutaj mam pod sobą zawodników, którzy za pół roku czy rok będą już seniorami, bo to siedemnastoletni, czy osiemnastoletni zawodnicy.

 

- No tak, ale grają u Pana również piętnastolatkowie. 

- Ale oni także wchodzą na bardzo wysoki poziom i mogliby spokojnie grać z seniorami, a podczas niektórych sparingów nawet z nimi grają i nie odstają umiejętnościami. Mi wtedy chodziło o to początkowe szkolenie dzieci, mających po dziesięć, góra dwanaście lat. Tam powinni być najbardziej doświadczeni trenerzy, którzy mają do nich odpowiednie podejście. Ja jako były piłkarz na pewno patrzę na to zdecydowanie inaczej, na razie nie podjąłbym się trenowania takich maluchów. 

 

 

 

- A z tymi „prawie seniorami” jest łatwiej czy trudniej niż Pan przypuszczał?

- Różnie. Na pewno jest to fajna przygoda. Oni dopiero wchodzą do piłki i trzeba im tłumaczyć, że to dopiero początek długiej drogi. Że mają ciężko pracować i skupiać się na odpowiednich rzeczach. Gros zawodników faktycznie słucha i to jest bardzo miłe, ale wiadomo, że są też chłopcy, którzy albo nie chcą, albo mają innych, lepszych ich zdaniem doradców. 

 

- Dzisiaj u juniorów trudniej o talent piłkarski czy o odpowiednią głowę?

- Powiedziałem kiedyś, że zdecydowanie łatwiej znaleźć zawodnika utalentowanego technicznie, aniżeli zawodnika, który będzie mocno ukierunkowany na ciężką pracę. Teraz faktycznie większość z nich potrafi robić różnego rodzaju sztuczki techniczne, ale czasami brakuje im jakości w prostym podaniu.

 

- Trzeba czasem studzić głowy chłopaków? 

- Oj, zdarza się (śmiech)! Tak naprawdę jeszcze nawet nie weszli do piłki seniorskiej. „Seniorka” określa, czy jesteś gotowy do grania czy nie, w juniorach różnie to bywa. Każdy chce grać na najlepszych stadionach w Europie, ale do tego droga jest daleka i zaczyna się tak naprawdę od dorosłego futbolu.

 

 

- To dlaczego zawodnicy, którzy święcili triumfy w CLJ przepadają, a ci „gorsi” przebijają się do ekstraklasy czy wyżej?

- No właśnie – głowa i ciężka praca. Wielu jest zawodników, którzy w juniorach radzili sobie znakomicie i wcale nie musieli przy tym ciężko trenować, bo talentem nadrabiali bardzo dużo. Potem przychodzi przeszkoda w postaci seniorskiej piłki i nagle okazuje się, że wcale nie ma tak łatwo, że pojawiają się schody. W takich sytuacjach wielu zawodników szybko się poddaje i odpada. CLJ ma jednak sens, bo to prawdziwa ogólnopolska liga, co uważam, że jest strzałem w dziesiątkę. Mógłbym tylko podyskutować na temat wieku, bo moim zdaniem niepotrzebnie Centralna Liga Juniorów nie jest już rozgrywką do lat dziewiętnastu, tylko osiemnastu. Szkoda, bo uważam, że jeden rok może bardzo dużo zmienić.

 

- Czego trenerowi Markowi Saganowskiemu życzyć na nowej piłkarskiej drodze?

- Jak najwięcej dobrych meczów w wykonaniu mojej drużyny, bo to jest najważniejsze. Wynik jest oczywiście ważny, aczkolwiek ja bym chciał, by któryś z moich zawodników będąc kiedyś na wysokim poziomie powiedział, że kiedyś usłyszał kilka cennych wskazówek od swojego trenera.

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 159
PLN
Cena 69,90
PLN
Cena 249
PLN