Legia Warszawa
vs Termalica
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2016-10-07 18:00:00

Zbigniew Kaczmarek: Celem Legii zawsze jest tytuł (wywiad)

Autor: Nikodem Chinowski Fot. Eugeniusz Warmiński/Archiwum Legii
Zbigniew Kaczmarek grał w Legii przez osiem lat, był również reprezentantem Polski. Rozmawiamy z nim o wicemistrzostwach, które były porażkami, graniu z Interem i FC Barceloną, talencie Andrzeja Strejlaua i Andrzeja Buncola. Zapraszamy do lektury kolejnego wywiadu z cyklu ''Powrót do Przeszłości''

Patrzę na skład personalny Legii w latach 80. i w głowę zachodzę, jak to możliwe, że tak wybitni piłkarze nigdy nie dali Warszawie Mistrzostwa Polski.

 

Zbigniew Kaczmarek: - Kariera w Legii nie ułożyła się nam, piłkarzom Legii drugiej połowy lat 80., jak powinna. Mieliśmy ciekawych piłkarzy, wielu ówczesnych i przyszłych reprezentantów Polski. Szatnia Legii to była wtedy bardzo obiecująca mieszanka – z jednej strony wielu młodych zawodników z ogromnym talentem, z drugiej znakomici, już ukształtowani piłkarze z odpowiednim doświadczeniem. W tym wszystkim zabrakło tylko jednego - zespołu. Parę razy byliśmy bardzo blisko mistrzostwa, walczyliśmy do ostatnich kolejek, ale zawsze brakowało zwieńczenia. Tego ostatniego kroku, by stanąć na szczycie. Zamiast tego spadaliśmy w dół i w kolejnym sezonie zaczynaliśmy się wspinać od nowa. I tak mijał sezon za sezonem, a my – oprócz Pucharów Polski – nic z Legią nie wygrywaliśmy.

 

Pojawiały się koncepcje wyjścia z impasu?

 

- Góra Legii zrobiła bardzo dużo, albo nawet wszystko, żebyśmy mogli wygrać. Byli wybitni piłkarze, trenerzy, obozy, świetne warunki do treningów. Brakowało tylko zespołu.

 

Mieliście wpływ na personalia w Klubie?

 

- Każdy w Klubie wiedział, kto się w Polsce wyróżnia, kogo warto sprowadzić do Warszawy. Przyszli Buncol, Dziekanowski, Wdowczyk, Buda, Kosecki, Kubicki. To byli piłkarze o statusie gwiazd. Nie wiem, kto jeszcze musiałby tu być, abyśmy wreszcie zdobyli mistrza…

 

Słyszę, że brak tego mistrzostwa wciąż pana boli...

 

- Dwa razy byłem wicemistrzem, ani razu mistrzem. I to jest tak: o braku mistrzostwa nie mogę zapomnieć, a o tych dwóch wicemistrzostwach nie chce pamiętać. Celem Legii jest zawsze tytuł, a nie drugie miejsce. Wicemistrzostwo to przegrana.

 

Potrafi Pan z dystansu zdefiniować przyczyny ciągnących się rok po roku niepowodzeń?

 

- Zawodników mieliśmy wybitnych. Połowa to byli reprezentanci Polski, którzy potem błyszczeli w mocnych ligach w Europie. Indywidualnie przewyższaliśmy ligę o krok. Czego zabrakło? Może jedności? Może za bardzo każdy grał pod siebie? No i chyba najważniejszego – determinacji w dojściu do celu. Za szybko się zadowalaliśmy małymi sukcesami. Potrafiliśmy jeden mecz zagrać genialnie, a potem, w decydującym momencie, zagrać dużo słabiej. Ogrywaliśmy po kapitalnych meczach Górnika, Wisłę czy Widzew, a potem przegrywaliśmy w Sosnowcu czy Bytomiu. Nie potrafiliśmy utrzymać równej formy przez cały sezon. Nie patrzyliśmy na cel ostateczny, który czekał na nas na końcu ligi. Patrzyliśmy krótkowzrocznie.

 

 

Prasa Was nie zagłaskała? Byliście ulubieńcami Warszawy, pławiliście się w statusie gwiazd, obracaliście w kręgach, które dziś nazwalibyśmy celebryckimi. Może za mało energii szło w treningi?

 

- Prasa dużo o nas pisała, na ogół byliśmy chwaleni. Może nawet zagłaskani. Plus to, co powiedziałem wcześniej – szybko zadowalaliśmy się tym, co już osiągnęliśmy. Gra w Legii, duże pieniądze, życie w stolicy, rozpoznawalność, powołania do reprezentacji. Dla niektórych to był szczyt marzeń. Mieli podpisane wysokie kontrakty i się tym zadowalali. Jak przychodzili do nas z innych klubów, to też szybko podłapywali tę atmosferę. Przewodników po nocnej Warszawie nie brakowało... Wtedy wielu z nas nie miało pojęcia, jak istotny dla wyników sportowych jest tryb życia. Dopiero dziś mamy tego pełną świadomość i normą jest stawianie aspektów sportowych nad rozrywkowe. Wtedy było odwrotnie. W Górniku czy Widzewie też były takie grupy. Ale co z tego? Nie wolno nam było się oglądać na innych, wystarczyło trochę więcej skupienia na piłce i dziś Legia by miała dwa czy trzy mistrzostwa więcej.

 

Nie było lidera, który by postawił do pionu towarzystwo?

 

- W takich momentach taka osoba byłaby bardzo wskazana, ale tego charakteru zabrakło. Ja nie miałem problemów ze zbyt rozrywkowym trybem życia – abstynentem nie byłem, ale wydaje mi się, że wiedziałem, kiedy mogę i ile mogę. Nie szarżowałem. Dziś z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że zarówno wobec siebie samego, jak i wobec kolegów z drużyny, byłem fair.

 

Trudno było wejść do szatni Legii? Trzeba było się wkupić, nosić sprzęt za starszymi?

 

- Gdy wchodziłem do Legii w 1982 roku, miałem 18-19 lat. Wchodząc do szatni Legii, spotkałem połowę ówczesnej reprezentacji Polski: Janasa, Topolskiego, Kazimierskiego, Okońskiego, Kustę. Do tego Kazimierz Górski jako trener. Byłem przerażony! Ale drużyna szybko mnie przyjęła, nie było żadnych nieprzyjemności.

Atmosferę w szatni zawsze mieliśmy dobrą. Lubiliśmy się wzajemnie i docenialiśmy. To, czy ktoś pochodził z innego regionu czy miasta, nie miało znaczenia. Legia to był wtedy taki Klub, że jak ktoś tutaj przychodził to musiał być naprawdę wielkim piłkarzem, reprezentantem Polski. My to docenialiśmy, wiedzieliśmy, że żaden z nowych nie jest tu przypadkiem. Szybko się adoptowali w naszej szatni. Zresztą wystarczy, że dobry piłkarz pokaże na treningu, co potrafi, i już jest częścią drużyny.

 

Przejdźmy do bardziej chwalebnych momentów piłkarskiej Legii lat 80. Mecze w Europie dawały świadectwo, że wasze możliwości były olbrzymie.

 

- Muszę nieskromnie powiedzieć, że nasze mecze w pucharach wyglądały co najmniej dobrze. Zawsze wychodziliśmy pewni siebie, znaliśmy swoją wartość. Pamiętam mecz z Videotonem – góra w Legii miała obawy, czy zagramy na miarę swoich możliwości czy jednak podejdziemy frywolnie. Zagraliśmy swoje, awansowaliśmy. Za ten mecz generał Barański dał każdemu z nas po telewizorze marki... Videoton.

W pucharach zawsze graliśmy jak drużyna, zespołowo. Tego brakowało w lidze, gdzie królowały sztuczki z piłką, gra pod siebie i brak pełnej koncentracji.

 

 

Pierwszy z wielkich dwumeczów to ten z Interem Mediolan. 0-0 w Mediolanie, 0-0 w Warszawie do 109. minuty starcia. Pół kroku od wyeliminowania wielkiego Interu...

 

- Miało dojść do karnych, byliśmy już mentalnie do tego gotowi, w głowie już krążyły myśli, jak te karne się ułożą. Trener przygotował rozpiskę, kto będzie strzelał. Gola straciliśmy w samej końcówce – po nim już nawet nie było ducha do dalszej walki, musielibyśmy strzelić jeszcze dwa... Duży pech. Piłkę dośrodkował Altobelli, Darek Kubicki mógł to zablokować, ale się odchylił, piłka doszła na drugi słupek i Fanna uderzył celnie głową. Zawód był ogromny. Byliśmy blisko karnych, być może nawet wyeliminowania Interu. W szatni oprócz dużego żalu było też jednak dużo dumy i zadowolenia. Wiedzieliśmy, że zagraliśmy na maksa.

 

Rok później znowu Inter.

 

- W pierwszym meczu prowadziliśmy 3-1, a z przebiegu gry powinno być jeszcze wyżej. I w takim momencie Inter strzelił nam gola z wolnego. Śmiem twierdzić , że ten gol uratował im dwumecz. Z 4-1 albo chociaż 3-1 by się już w rewanżu nie podnieśli. W drugim meczu Inter zagrał znacznie lepiej, wygrał to zasłużenie. To był ich czwarty mecz z Legią w krótkim czasie i chyba zdali sobie sprawę, że my też jesteśmy mocni. Rewanż zagrali już na miarę swoich możliwości, nie zlekceważyli nas. Byli po prostu lepsi, bo i lepszych piłkarzy mieli w składzie. W pełni to kontrolowali, nie mieliśmy tam dużo do powiedzenia. Gdyby w Warszawie skończyło się na tym 3-1, to byśmy przeszli i Inter, i do historii. A tak znów został niedosyt.

 

Stadion San Siro robił wrażenie?

 

- Sam stadion tak, ale płyta była w katastrofalnym stanie, dużo gorsza niż na Łazienkowskiej. Wiadomo, że my z takimi stadionami nie mieliśmy do czynienia, więc była to dla nas nowość. Atmosfera meczu, stadion, cała otoczka - wszystko było niezwykłe. Ta wyjątkowość wydarzenia od razu się każdemu udzieliła. Czuć było, że to podniosły mecz, który szybko się nie powtórzy. Wyjątkowy mecz, więc każdy chciał zagrać wyjątkowo.

 

Wracając do pucharów. Trzecie z wielkich starć i mało chwalebne 3-7 z Bayernem Monachium. Co tam się wydarzyło?

 

- W Monachium zagraliśmy jeszcze w miarę niezłe spotkanie. Był moment – przy 1-2 – że uwierzyliśmy, że Niemcy są do ogrania. Stres zszedł, zaczęliśmy grać piłką, otworzyliśmy się. Potem jednak zrobiło się 1-3 i z takim trudnym wynikiem wyszliśmy na rewanż w Warszawie. Z trenerem Strejlauem umówiliśmy się, że od razu wyjdziemy mocno do przodu, że zaczniemy ofensywnie. Zagraliśmy na trzech obrońców. Wydawało nam się, że lepiej niż u siebie Bayern już nie zagra, że trzeba szybko wyrównać stan dwumeczu. Takie myślenie nas zgubiło. Otwarta gra od samego początku okazała się błędem - Bayern od razu pokazał swoją siłę. Gdy strzelili na 0-1 to całe pozytywne ciśnienie z nas uleciało. Gra wyglądała już słabo, a nawet beznadziejnie. W drugiej połowie istniał już tylko jeden zespół. Gdyby chcieli, to by strzelili nam i dziesięć bramek. Ale chyba przez szacunek nas oszczędzili. Nie chcieli nam robić wstydu na własnym boisku. Po takim zachowaniu też się poznaje wielkie drużyny i wielkich piłkarzy.

 

Europejską tetralogię kończyliście dwumeczem z FC Barceloną. Drużyną, która dwa sezony później wygrała Puchar Europy. Znów byliście o grubość lakieru od awansu…

 

- Już w pierwszym meczu, w Barcelonie, powinniśmy zapewnić sobie awans. Zagraliśmy tam świetne spotkanie, ale skończyło się mało fortunnie, głównie przez sędziego. Mieliśmy jedną kasetę VHS z meczami Barcelony i w trakcie analizy ich gry zobaczyliśmy, że Zubizarreta często wychodzi daleko od swojej bramki. Mieliśmy plan, by to wykorzystać. I się udało – Łatka wyszedł świetnie do dalekiej piłki, Zubizarreta się z nią minął i Andrzej mógł z 40 metrów kopnąć do pustej bramki. Potem Hiszpanie mieli przewagę, ale nic z niej nie wynikało – my byliśmy naprawdę świetnie ustawieni taktycznie, na niewiele im pozwalaliśmy. Czuliśmy się pewnie, wiedzieliśmy, że wszystko kontrolujemy. W drugiej połowie udała nam się jeszcze jedna kontra – poszło moje dośrodkowanie, z którego Kosecki strzelił gola. „2-0 na Barcelonie, super wynik!” - myślę. Patrzę na sędziego, a ten pokazuje, że gola nie ma. Bzdura kompletna! Nie było absolutnie żadnych podstaw, by tego gola nie zaliczyć. Mielibyśmy 2-0, Barcelona by już nie wstała po tym. A tymczasem pod koniec sędzia znów dał popis, gwizdnął problematycznego karnego i skończyło się tylko na 1-1…

 

Zareagowaliście jakoś na taką postawę arbitra?

 

- Raczej unikaliśmy kontaktów z nim. Nic by to nie dało. Nie pamiętam już jego nazwiska, ale to był sędzia z jednego z demoludów. Widocznie uroki Barcelony go zaślepiły…

 

 

Mimo to do rewanżu na Łazienkowskiej przystępowaliście z korzystnym rezultatem.

 

- Chcieliśmy zagrać na 0-0. Czuliśmy swoją siłę w grze defensywnej, byliśmy świadomi, jak trudno było Barcelonie cokolwiek wypracować w pierwszym meczu. Niestety, szybko strzelili gola i trzeba było się otworzyć, poszukać wyrównania. Tym razem to jednak Barcelona zagrała po profesorsku, trzymała nas daleko od bramki i wygrała zasłużenie. Szkoda wielka, bo w dwumeczu nie byliśmy gorsi. Powinniśmy rozstrzygnąć sprawę w pierwszym meczu, a w Warszawie zagrać dla kibiców. Z tak mocną drużyną graliśmy piłkę równą, jeśli nawet nie lepszą. Byliśmy bardzo mocni.

 

Wczoraj San Siro i Camp Nou, jutro Bytom, Mielec i Jastrzębie-Zdrój. Jak podchodziliście do takich diametralnych przeskoków między pucharami a ligą?

 

- Musieliśmy zejść na ziemię. Motywacja do gry z Interem i motywacja do gry ze Stalą to jest zupełnie inna historia. Nam się wydawało, że taki mecz wygramy z marszu - wyjdziemy z szatni, strzelimy trzy gole i wrócimy do domu. A tu się okazywało, że takie Szombierki czy Stal podchodzą do nas tak, jak my do Interu. Grają swój mecz sezonu. Nakręcali ich kibice, działacze obiecywali premie, na trybunach siedzieli przyjaciele i rodzina… Właśnie w takich meczach gubiliśmy punkty i traciliśmy mistrzostwa.

 

Liga grała przeciwko wam? Były tworzone tzw. spółdzielnie?

 

- Z pewnością wszystkie zespoły szczególnie motywowały się na Legię. To były dla nich najważniejsze mecze sezonu. W Warszawie byliśmy uwielbiani, poza nią nienawidzeni - to się równoważyło. Legia wtedy miała dużo argumentów, by ściągać do siebie zdolną młodzież i gwiazdy innych klubów. Liga wiedziała, że jedynym sposobem równorzędnej rywalizacji z nami jest stosowanie zasady „wszyscy kontra Legia”. Czy była spółdzielnia? Chyba nie jest to żadną tajemnicą, że pod koniec sezonu liga grała przeciw Legii...

 

 

Podsumujmy karierę Zbigniewa Kaczmarka: najlepszy i najgorszy mecz w Legii?

 

- Pamiętam fajny mecz z Górnikiem Zabrze, w 1983 roku, na samym początku mojej gry w Legii. Wygraliśmy 6-0, a ja strzeliłem dwie bramki. Górnik był wtedy topową drużyną w kraju, ale na ten mecz wyszedł wyjątkowo słaby, bo byli po długim tournee po Ameryce Południowej. Snuli się po boisku, a my to wykorzystaliśmy. 6-0 z Górnikiem to była wtedy wielka rzecz. Drugi mecz, z którego jestem bardzo zadowolony, to spotkanie z ŁKS-em z 1984 roku. Zagrałem udane zawody, wygraliśmy 3-0, a ja w nagrodę dostałem powołanie do reprezentacji Polski.

Tych najsłabszych meczów było relatywnie mało, poniżej średniego poziomu nie schodziłem. Może ten Bayern 3-7? Tam każdy z nas zagrał bardzo słabo, ja również. Cały mecz to była katastrofa.

 

Najlepszy piłkarz, z którym pan grał w Legii?

 

- Postawiłbym na Buncola. Rewelacyjny zawodnik. Przyszliśmy do Legii w tym samym czasie, on od razu wszedł bardzo mocno do zespołu. Zdążył w tym samym roku załapać się jeszcze do reprezentacji Polski na Mistrzostwa Świata w 1982 roku. Tam też zagrał wspaniale. W tamtym czasie w Legii nie było lepszego – znakomicie grał tyłem do bramki, miał kiwkę, szybkość, strzał. Teraz takich piłkarzy już nie ma, on był wyjątkowy.

 

Najsłabszy?

 

- Pewnie kilku by się znalazło, ale nie chciałbym robić im przykrości. Byli w Legii, nie sprawdzili się i tyle – Legia to bardzo wysoko postawiona poprzeczka, więc to naturalne, że wielu piłkarzy się tu nie sprawdza. Co nie znaczy, że są słabi – nie ma co ich po latach piętnować.

 

Najlepszy trener?

 

- Ja miałem szczęście do trenerów przy Łazienkowskiej. Zaczynałem od legendy, czyli Górskiego. Potem byli Kopa, Engel, Strejlau, Kapera. Wszystkie te osobowości to byli trenerzy o bardzo dużych umiejętnościach, od każdego można było się dużo nauczyć. Lata 80. to były czasy, kiedy Polska mocno odstawała od krajów zachodnich na wielu płaszczyznach życia. W sporcie też nie mieliśmy dostępu do zachodnich rozwiązań, szkoleń, myśli taktycznej. A jednak oni mieli bardzo dużą wiedzę, praktycznie na poziomie tej z Hiszpanii czy Niemiec. Pamiętam, że co pewien czas do Legii przysyłano książki ze Szwecji, z których trenerzy wyciągali różne ciekawostki. Np. trener Engel wprowadził jako pierwszy stretching – wtedy to była dziwna ciekawostka, która z czasem stała się normą. Trenerzy Legii byli przykładem dla całej Polski, potem zostawali selekcjonerami drużyny narodowej. To nie był przypadek - oni swoich kolegów z innych klubów przewyższali wiedzą.

 

Proszę jednak o wyróżnienie jednego i uzasadnienie wyboru.

 

- Na pierwszym miejscu stawiam Andrzeja Strejlaua. Grałem pod nim i w Legii, i w reprezentacji. To był mój najlepszy okres w karierze. Strejlau był niesamowicie nowoczesny, świetny taktycznie, dobrze czytał grę, wprowadzał dużo ciekawych treningów.

 

Najsłabszy?

 

- Tu takich nie było. Każdy miał swój okres świetności. W Legii pracowali najlepsi trenerzy. Z Legii odszedłem do Auxerre, gdzie trenerem był legendarny Guy Roux. Wiedza o piłce, rozwiązania taktyczne, zmysł, treningi – to wszystko u niego było zbliżone do tego, co wyniosłem z Legii. To, co wtedy nas szkoleniowo różniło od Zachodu, to dostępna infrastruktura – brak boisk, hal, sprzętu, medycyny. Dlatego w piłce seniorskiej nie osiągaliśmy sukcesów. I druga sprawa - nasza młodzież szybko ulegała pokusom wesołego życia w tamtych trudnych ekonomicznie czasach. Gubili się. Ale jeszcze raz podkreślę – trenerów mieliśmy na najwyższym europejskim poziomie. Słabych w Legii nie trzymali.

 

 

Najlepsi koledzy z drużyny i tacy, z którym się Pan nie dogadywał?

 

- Darek Kubicki i Darek Wdowczyk. Do dziś mamy dobry kontakt. Na zgrupowaniach trzymaliśmy się zawsze razem.

Nie miałem w szatni zatargów czy problemów z jakimikolwiek piłkarzami. Oczywiście, były momenty, gdy sobie skakaliśmy do oczu - nawet z „Dziekanem” czy Kubickim - ale to normalne i szybko wszystko wracało no normy. Z „Dziekanem” ćwiczyłem w parze, często graliśmy na siebie mocno, agresywnie. Grzało się, ale w szatni się uspokajaliśmy. Zapewniam, że na nikogo złym wzrokiem w Legii nie patrzyłem.

 

Nawet po meczu z Górnikiem mógł Pan każdemu spokojnie w oczy spojrzeć?

 

- Dużo czasu mi zajęło, był mógł o tym zapomnieć. To wraca z każdym sukcesem Legii. Gdy patrzę na tych młodych chłopaków, jak zdobywają Mistrzostwo, biegają po murawie, świętują z kibicami to ten koszmar wraca. To mogliśmy być my…

 

Na koniec pytanie o najlepsze i najgorsze wspomnienie z czasów gry w Legii. To najgorsze to właśnie ta zgaga po Górniku?

 

- Bez wątpienia tak. Do dzisiaj mnie to trzyma. I pewnie nigdy się z tym nie pogodzę.

Jeśli chodzi o to najlepsze, to po pierwsze mecze w pucharach. To było na tamte czasy wielkie przeżycie. Poza meczem z Bayernem w Warszawie w każdym innym pokazywaliśmy się z bardzo dobrej strony i możemy być dumni ze swojej gry. Przyjemnymi momentami były też wygrane w finałach Pucharu Polski. Na osłodzenie porażek w lidze. Dzięki tym Pucharom Polski mogę powiedzieć, że coś trwałego po mnie w Legii zostało. 

 

 

 

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

gunner
Podporucznik
2016-10-07 19:15:39
Zbigniew Kaczmarek mówi z kim miał najlepsze relacje a z kim nie ale chyba zapomniał wymienić w tym gronie Araszkiewicza. Zorientowani wiedzą o czym mówię.

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 229
PLN
Cena 299
PLN
Cena 99
PLN