
- Chodziliśmy z bratem przez pół roku na judo. Treningi rozpoczęliśmy w zimę, a po kilku miesiącach, gdy za oknem zrobiła się już ładna pogoda, stwierdziliśmy, że w kimono jest nam za gorąco - wspomina z uśmiechem na ustach Bartosz Slisz. Zapraszamy na drugą część rozmowy!
Pierwszą część rozmowy z Bartoszem Sliszem, w której zdradził on kulisy transferu, opowiedział o testach we Włoszech i Danii oraz wytłumaczył, dlaczego Ben Van Dael nazwał go kiedyś "odkurzaczem" znajdziecie TUTAJ.
- Do seniorskiej drużyny wchodziłeś wraz z Radosławem Dzierbickim. Trener Dietmar Brehmer mówił, że już wcześniej dostawał sygnały o dwóch utalentowanych zawodnikach w akademii. Będąc w nastoletnim wieku miałeś poczucie tego, że rzeczywiście wyróżniasz się na tle rówieśników?
- Kojarzę, że z Radkiem przez długi czas mieliśmy swoją wewnętrzną rywalizację. Obaj urodziliśmy się w 1999 roku i od najmłodszych lat graliśmy w jednej drużynie. Każdy z nas chciał udowodnić drugiemu, że jest lepszym zawodnikiem. Wiem, że teraz byłoby to całkowicie niezrozumiałe, ponieważ występujemy na zupełnie różnych pozycjach. Po części może rzeczywiście czułem, że się wyróżniam, ale generalnie tego nie lubię. Nie jestem typem osoby, która lubi wyróżniać się z tłumu. Nigdy nie czułem się gwiazdą.
- Z Tobą i Radosławem Dzierbickim związana jest jeszcze jedna historia, której chyba nie wspominasz miło.
- Powiem inaczej - teraz to dla mnie miłe wspomnienie, ponieważ uważam, że każdy człowiek powinien mieć do czego wracać pamięcią z dziecięcych czasów. Z Radkiem mieszkaliśmy niedaleko siebie, więc z treningów odbierał nas zazwyczaj któryś z rodziców. To była zima. Czekaliśmy pod halą, a trener akurat odjeżdżał. Wpadliśmy wtedy na pomysł, by obrzucić jego samochód śnieżkami. Kolejnego dnia spytał wprost, kto rzucał i po chwili ciszy obaj się przyznaliśmy. Ja byłem wówczas kapitanem naszego rocznika i tuż przed turniejem straciłem opaskę. Wtedy było to dla mnie straszne przeżycie, ale teraz podchodzę do tego z dystansem.
- No właśnie, turnieje. Przygotowując się do tej rozmowy przeczytałem o dwóch turniejach ze szkolnych czasów. Pierwszy to Puchar Niedobczyc, który wygraliście.
- To były zawody międzyszkolne. Uczęszczałem jeszcze do szkoły podstawowej, byłem wtedy w piątej klasie. Gdy akurat zbliżał się dzień zawodów, dostałem, nie pamiętam dokładnie, ale chyba biegunki. Gdy przyszedłem do szkoły w wyznaczonej godzinie to zobaczyłem, że reszta drużyny udała się już na autobus. Spytałem się o to pani siedzącej w portierni, a ta potwierdziła, że mój zespół wyszedł już ze szkoły. Zdecydowałem się na pogoń, która zakończyła się sukcesem. Dobiegłem na miejsce chyba 30 sekund przed odjazdem autobusu. Pojechałem z pozostałymi kolegami na turniej, który finalnie zakończył się naszym zwycięstwem. Gdyby mnie zabrakło, nie wiadomo jak sprawy by się potoczyły. To kolejna śmieszna historia z mojego dzieciństwa, która jednak udowodniła mi, że pomimo przeciwności losu potrafię radzić sobie z trudnościami.
- A drugi to Danone Cup, w którym tak dobrze Wam nie poszło.
- Mierzyliśmy się ze starszym rocznikiem i odpadliśmy. Byłem tak załamany, że aż się popłakałem. Trener podszedł do mnie i zapytał: „Bartek, płaczesz?”. Stanowczo zaprzeczyłem, mimo iż nie dało się tego ukryć (śmiech).
- Czekaliśmy pod halą, a trener akurat odjeżdżał. Wpadliśmy wtedy na pomysł, by obrzucić jego samochód śnieżkami. Kolejnego dnia spytał wprost, kto rzucał i po chwili ciszy obaj się przyznaliśmy. Ja byłem wówczas kapitanem naszego rocznika i tuż przed turniejem straciłem opaskę.
- Czekaliśmy pod halą, a trener akurat odjeżdżał. Wpadliśmy wtedy na pomysł, by obrzucić jego samochód śnieżkami. Kolejnego dnia spytał wprost, kto rzucał i po chwili ciszy obaj się przyznaliśmy. Ja byłem wówczas kapitanem naszego rocznika i tuż przed turniejem straciłem opaskę.
- W szkole podobno byłeś prymusem?
- W tej kwestii wspominam najbardziej jeden moment. Na apelu z okazji zakończenia gimnazjum otrzymałem statuetkę „Małego Pitagorasa”. Zawsze wyróżniałem się matematyki, z dużą łatwością wchodziła mi do głowy, ale mimo to ta nagroda była dla mnie dużym zaskoczeniem i powodem do dumy, że z całego rocznika to ja zostałem wyróżniony w ten sposób. Jeśli się nie mylę, Radek Dzierbicki, na tej samej ceremonii, otrzymał z kolei statuetkę dla najlepszego sportowca w szkole. Nie przejąłem się tym jednak za bardzo (śmiech).
- Moim kolejnym pytaniem miało być pytanie o ulubiony przedmiot, ale w takich okolicznościach mogę je chyba odpuścić.
- Matematyka towarzyszyła mi od zawsze. Nigdy nie miałem z nią problemów i bardzo lubiłem się jej uczyć.
- Na świadectwach zawsze miałeś czerwony pasek?
- W szkole podstawowej miałem zawsze. W gimnazjum było trochę trudniej, ponieważ musiałem łączyć naukę z treningami. W tamtym okresie czerwonych pasków już nie było, ale średnią nadal miałem całkiem dobrą.
- Trudno było to połączyć?
- Chodziłem do gimnazjum sportowego, więc aż tak trudno nie było. Mieliśmy lekcje rano, a później treningi, albo na odwrót. W liceum było ciężej, ponieważ wtedy trenowałem już z seniorami i czasu na szkołę właściwie nie było. Musiałem oczywiście zaliczać wszystkie kartkówki oraz sprawdziany. Miałem szczęście, ponieważ moi nauczyciele byli bardzo wyrozumiali. Nie robili trudności, lecz starali się pomagać w tym, by sukcesem zakończyć edukację.
- Na apelu z okazji zakończenia gimnazjum otrzymałem statuetkę „Małego Pitagorasa”. Zawsze wyróżniałem się matematyki, z dużą łatwością wchodziła mi do głowy, ale mimo to ta nagroda była dla mnie dużym zaskoczeniem i powodem do dumy, że z całego rocznika to ja zostałem wyróżniony w ten sposób.
- Na apelu z okazji zakończenia gimnazjum otrzymałem statuetkę „Małego Pitagorasa”. Zawsze wyróżniałem się matematyki, z dużą łatwością wchodziła mi do głowy, ale mimo to ta nagroda była dla mnie dużym zaskoczeniem i powodem do dumy, że z całego rocznika to ja zostałem wyróżniony w ten sposób.
- Z tego co wiem, w Twojej rodzinie nie jesteś jedyną osobą, która uprawia piłkę nożną?
- Mój brat uprawiał, a teraz, po roku przerwy, wraca i będzie grał w B-klasie. Dla niego to bardziej sposób na oderwanie się od życiowej rzeczywistości. Mam również osiem lat młodszą siostrę i ona również gra w piłkę nożną. Trenuje bodajże od dwóch lat, ale nie gra w polu, lecz stoi na bramce. Fajnie, że również ona poszła w tę stronę.
- Zanim Ty zacząłeś uprawiać tę dyscyplinę sportu, próbowałeś swoich sił w zupełnie innej.
- Chodziliśmy z bratem przez pół roku na judo. Treningi rozpoczęliśmy w zimę, a po kilku miesiącach, gdy za oknem zrobiła się już ładna pogoda, stwierdziliśmy, że w kimono jest nam za gorąco (śmiech). Tata postanowił zabrać nas na piłkę i tak właśnie rozpoczęła się nasza przygoda z tym sportem.
- Oprócz judo trenowałeś także biegi przełajowe i czwórbój.
- To były bardziej zawody szkolne niż regularne treningi. W biegu na kilometr byłem całkiem niezły. Na niższych szczeblach zawsze wygrywałem, a na mistrzostwach Śląska, w których startowali zawodnicy ze szkół sportowych, zająłem drugie miejsce. To dla mnie również fajne wspomnienie. Oprócz tego wszystkiego w szkole ćwiczyłem także koszykówkę i siatkówkę, a we wcześniejszych latach organizowane były również gry i zabawy. Tak naprawdę korzystałem z każdej możliwości, jeśli chodzi o sport.
- Wulkan energii (śmiech).
- Na pewno tak. Wykorzystywałem każdą wolną chwilę. Często graliśmy pod blokiem z bratem i kolegami z klatki. Bardzo miło wspominam swoje dzieciństwo.
- W biegu na kilometr byłem całkiem niezły. Na niższych szczeblach zawsze wygrywałem, a na mistrzostwach Śląska, w których startowali zawodnicy ze szkół sportowych, zająłem drugie miejsce.
- W biegu na kilometr byłem całkiem niezły. Na niższych szczeblach zawsze wygrywałem, a na mistrzostwach Śląska, w których startowali zawodnicy ze szkół sportowych, zająłem drugie miejsce.
- W nauce nie przeszkadzała Ci pasja do gier komputerowych?
- Gram w Counter Strike’a, a czasami lubię również pooglądać, jak robią to topowi zawodnicy. Czasami, co oczywiste, gram również w Fifę. Nie przeszkadzało mi to w nauce, ponieważ umiałem to wszystko pogodzić. Wiedziałem, kiedy jest czas na książki, kiedy na trening, a kiedy na relaks.
- Counter Strike czy Fifa?
- Można powiedzieć, że w Counter Strike’a przegrałem tysiące godzin (śmiech). W Fifę także grałem często, ale myślę, że jeśli miałbym wybierać, to wybieram pierwszą opcję. W Fifę gram dopiero od dwóch, może trzech lat.
- Ale z tego co słyszałem, jesteś w nią całkiem dobry. Jak to wyglądało, gdy mierzyłeś się z kolegami w Zagłębiu?
- W Zagłębiu graliśmy głównie podczas zgrupowań. Wydaje mi się, że gram całkiem nieźle, ale na pewno nie jest to jakiś wybitny poziom. Jeśli chodzi o Fifę, to wolę rywalizację w trybie online.
- W jednym z tekstów o Tobie napisano, że na Twojej lodówce powiesiłeś kartkę z celami do odhaczenia. Kilka z nich udało Ci się już zrealizować. Jakie są kolejne?
- Jeśli się nie mylę, mam jeszcze cztery cele do zrealizowania, ale nie chciałbym ich teraz zdradzać. Mogę przyznać, że wśród nich było zdobycie statuetki Młodzieżowca Miesiąca, zdobycie premierowego gola w ekstraklasie, a także, dość nietypowy cel, czyli przebiegnięcie 13 kilometrów w jednym meczu. Wiem, że ludzie powiedzą, że lepiej mądrze stać, niż głupio biegać. Ja jednak jestem zawodnikiem, który dużo biega. Te trzy udało mi się już zrealizować.