
Z okazji setnej rocznicy urodzin Kazimierza Górskiego, na temat legendy polskiego futbolu rozmawialiśmy z Władysławem Żmudą.
2 marca obchodziliśmy setną rocznicę urodzin legendy polskiego futbolu - Kazimierza Górskiego. Z tej okazji Władysław Żmuda, wybitny reprezentant Polski, odwiedził Muzeum Legii Warszawa, a podczas swojej wizyty wspominał Kazimierza Górskiego Dwukrotny medalista mistrzostw świata, rekordzista Polski pod względem występów na mundialach opowiedział nam o fenomenie legendarnego trenera, jego odwadze i wyjątkowych relacjach z zawodnikami.
- Trenerowi Kazimierzowi Górskiemu zawdzięczam przede wszystkim całą moją karierę seniorską. Zaczęła się ona dla mnie po meczu towarzyskim z Irlandią. Od tamtej pory, jeśli nie miałem problemów zdrowotnych, występowałem w pierwszej drużynie i mogłem reprezentować nasz kraj na świecie.
- Fenomen trenera Kazimierza Górskiego polegał na tym, że był normalnym człowiekiem. Oprócz tego, że posiadał dużą wiedzę piłkarską i był świetnym trenerem, był również naszym psychologiem, kucharzem, przyjacielem. Potrafił wyczuć, w którym momencie drużynę przycisnąć, a kiedy nieco odpuścić. Pamiętam taką sytuację, kiedy rozpoczęliśmy trening i po dwudziestu minutach zauważył, że wyglądamy na zmęczonych. Trener Górski wtedy gwizdnął, powiedział, że wracamy do hotelu, gdzie zjedliśmy obiad i zapowiedział, że dziś będziemy się regenerować i zarazem integrować, dlatego zrobimy grilla. Następnego dnia trenowaliśmy na dwieście procent.
- Trener Górski był też niezwykle odważnym człowiekiem. Nigdy nie zamykał drzwi. Sprawa składu pozostawała otwarta. Wprowadził naturalną, sprawiedliwą konkurencję - grał ten, kto był lepszy. Trener Górski często mówił tak: “Włodziu jest dobrze, ale trzeba zaryzykować, bo może być jeszcze lepiej.” Myślę, że jestem tego najlepszym przykładem. Nie grałem w eliminacjach do mistrzostw świata, miałem na koncie trzy mecze towarzyskie, a trener nie bał się i na mundialu wystawił mnie na środku obrony, chyba najbardziej odpowiedzialnej pozycji. To był wyraz dużej odwagi.
- Kazimierz Górski nigdy nie komplikował. Uważał, że piłki nie można za bardzo zagmatwać. Prostymi słowami docierał do zawodników i w łatwy do zrozumienia sposób przekazywał nam role, jakie mamy odgrywać podczas meczu. W prosty, ale bardzo trafny sposób wypowiadał się dla mediów i taki też był w szatni.
- Podczas igrzysk olimpijskich w Montrealu w 1976 roku mieszkaliśmy w wielkim apartamencie, gdzie po wprowadzeniu losowaliśmy pokoje. Były pokoje pięcioosobowe, czteroosobowe, trzyosobowe i dwuosobowe. Wylosowałem ten sam numer co trener Kazimierz Górski i przez kilka tygodni mieszkaliśmy razem. Był dla mnie wielkim autorytetem. Tak dużym, że niewiele mówiłem (śmiech). Na koniec igrzysk trener Górski powiedział do mnie: “Włodziu, za dużo to my nie pogadaliśmy”. Nie pytał to nie odpowiadałem (śmiech). Kiedy byłem już starszy, nabrałem doświadczenia i moja znajomość z trenerem była też inna, to miałem z nim świetny kontakt. Był bardzo otwarty, życzliwy, nawet ojcowski. Potrafił wytworzyć rodzinną atmosferę. Można było wypić z nim piwo (śmiech).
- Jeśli myślę o moich kolegach z reprezentacji, którzy grali Legii Warszawa, to pierwszym zawodnikiem, który przychodzi mi do głowy jest oczywiście Kazimierz Deyna. Mnóstwo czasu mieszkaliśmy w jednym pokoju. Przed moim debiutem z Irlandią mieszkałem z Kazikiem, podczas mistrzostw świata w 1978 również był moim współlokatorem. Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu. Był niezwykle życzliwy i otwarty. Pasowaliśmy do siebie charakterami. Koledzy z drużyny często śmiali się, że nie musimy ze sobą rozmawiać, wystarczy, że skiniemy do siebie głowami i wszystko jest między nami jasne.
Więcej na temat historii Legii Warszawa i polskiego futbolu przeczytacie w Księdze Stulecia Legii.
Można ją kupić TUTAJ.