Legia logo
Piłka nożna10 min czytania

Franciszek Smuda: Najwięcej błędów w życiu zrobiłem w piłce

Plus500 logo
PKO Bank Polski Ekstraklasa logo

Dlaczego nie zrobił zmian na Euro 2012? Jak jako trener Widzewa przeżył słynne 2:3 w 1997 roku, i co czuł, gdy z pozycji selekcjonera kadry wylądował w III lidze? Czemu przez własną butę odpalił największą gwiazdę ligi tureckiej, a z Legią – mimo sukcesów w innych klubach – nie wygrał absolutnie nic? Jak to jest narażać życie dla 250 dolarów tygodniowo i z pragnienia pić wodę z fontanny? Przed meczem z Widzewem Franciszek Smuda sporo nam odpowiedział.

- Panie trenerze, dzisiaj 29 października, a więc dziesiąta rocznica objęcia przez Pana posady selekcjonera. Składać gratulacje?

- A dlaczego nie? Ja pracę w reprezentacji wspominam z wielkim sentymentem, kadra to zawsze coś wielkiego w karierze każdego trenera.

 

- No ale Euro 2012 trudno uznać za sukces, od dziennikarzy swoje Pan dostał, za co miał Pan zresztą potem spore pretensje.

- Właściwie to jakichś wielkich pretensji nie miałem. Każdy ma prawo pisać to co chce, a ja z kolei wiem jaką miałem sytuację. Była ona trudna – mistrzostwa Europy graliśmy we własnym kraju, a wiadomo, że coś takiego to niesamowite ciśnienie. To też nie była kadra o takim składzie jak dziś, gdzie na upartego można by z reprezentantów wystawić dwie jedenastki. Wtedy zawodników na miarę kadrowiczów było trochę mniej. Teraz tych utalentowanych zawodników jest zdecydowanie więcej i selekcjoner ma z czego wybierać.

- Zmiany są fajne, jak jest z czego wybrać. Ale czasem odwracasz się w kierunku ławki, a tam siedzi dwóch, trzech juniorów.

- A jak to było z tymi zmianami, a właściwie ich brakiem?

- Niech pan teraz przeanalizuje sobie te wszystkie lata i naprawdę klasowe drużyny, które na co dzień występują na najwyższym poziomie. Ostatnio trener jednego z zespołów powiedział, że przegrał spotkanie, bo zrobił właśnie za dużo zmian. Poza tym – zmiany są fajne, jak jest z czego wybrać. Ale czasem odwracasz się w kierunku ławki, a tam siedzi dwóch, trzech juniorów. Chociaż pamiętam, że ja w Wiśle miałem raz sześciu – notabene mając w kadrze w sumie dziesięciu – i po rundzie jesiennej byliśmy na drugim miejscu w tabeli. Różnie to w piłce bywa, czasem na takiej sytuacji możesz skorzystać, a czasem stracić. Ja uważam, że w sytuacji o której mówimy wcale bym nie skorzystał.

 

- Reprezentacja to jedno, ale Pan prowadził zespół w Lidze Mistrzów, zdobył trzy mistrzostwa kraju, Puchar Polski i dwa Superpuchary. Jak w 2017 wylądował Pan w trzecioligowym Widzewie, to nie było takiej myśli: Boże, co ja tutaj robię?

- Nie, bo mi było tego klubu żal. Pomyślałem sobie: jeżeli tutaj osiągałeś sukcesy i stworzyłeś dobry zespół, to dlaczego teraz nie pomóc mu wygrzebać się z trzeciej ligi? Stwierdziłem, że czemu by nie, przecież nikt mi głowy nie urwie, bo tutaj musi być już tylko lepiej.

 

- No nie wiem, ciśnienie nawet w III lidze było ogromne. Pan się nawet zadeklarował, że jeżeli nie zrobicie awansu, to na Widzewie w kolejnym sezonie prędzej usiądzie Pan pod Zegarem niż na ławce trenerskiej.

- Nie, ktoś coś trochę poprzekręcał, bo takich słów nie powiedziałem. Natomiast jasne, że się zastanawiałem nad przyszłością, czy w tym klubie rzeczywiście wszystko jest poukładane organizacyjnie tak jak potrzeba. Wiedziałem, że ja zrobię co w mojej mocy żeby zrobić z zespołem awans, ale aspekt piłkarski to jedno, a gabinety to drugie. Na szczęście Widzew miał wtedy świetnego prezesa, Przemysława Klementowskiego. On tam poukładał przede wszystkim finansowe sprawy i to w dużej mierze dzięki niemu klub jest już w II lidze, a jestem przekonany, że niebawem będzie w pierwszej i ekstraklasie.

- Uważam, że w piłce nie robi się rzeczy ponad stan, a zawsze adekwatnie do możliwości. Wszędzie gdzie trenowałem uważałem, że z zawodników da się wydobyć jeszcze więcej.

- Panu się trudniej przychodziło do Widzewa w 2017 czy 1995 roku?

- W 1995 roku to też nie był zespół na miarę mistrzostwa czy Ligi Mistrzów i tam trzeba było wszystko zbudować. Materiał na wielkie granie jednak był, więc mimo zdecydowanie mojego mniejszego doświadczenia w tamtych latach, potencjał drużyny był po prostu większy.

 

- Wynik, który zrobiliście, był wprost proporcjonalny do umiejętności, czy raczej osiągnięty ponad stan?

- Uważam, że w piłce nie robi się rzeczy ponad stan, a zawsze adekwatnie do możliwości. Wszędzie gdzie trenowałem uważałem, że z zawodników da się wydobyć jeszcze więcej, więc powiedziałbym raczej, że osiągane przez zespół wyniki sportowe i indywidualne i tak mogły być jeszcze lepsze.

 

- A większym sukcesem była Liga Mistrzów Widzewa w 1996 roku, czy Legii w 2016? O Legię z 1995 roku nie pytam, bo tam zespół dotarł do ćwierćfinału.

- Obydwie drużyny miały podobne trudności z wywalczeniem udziału w rozgrywkach. I Legia miała świetną ekipę i miał ją również Widzew. Oczywiście Legia z 1995 roku, o której pan wspomniał, to również była kapitalna drużyna. W latach 90. to było tak jak z Barceloną i Realem w Hiszpanii – oczywiście zachowując odpowiednie proporcje. W Polsce liczyły się tylko Widzew Łódź i Legia Warszawa.

- W tej III lidze graliśmy u siebie z rezerwami Legii. Drużyny z materiału takiego, jaki w III lidze każdy ma – chłopaki, którzy albo dopiero zaczynają przygodę z piłką, albo zawodnicy, którzy po prostu nie przebili się wyżej. I z tego meczu na czwartym poziomie rozgrywkowym zrobił się klasyk, w którym zawodnicy wychodzili z siebie.

- To jak to się stało, że Legia nadal jest na topie, a Widzew miota się po trzecim poziomie rozgrywkowym?

- Ale to nie jest wina trenerów, którzy tam pracowali, tylko pokłosie sytuacji organizacyjnej w jakiej znalazł się klub. To co dzieje się w gabinetach, jest niesamowicie ważne, a w Widzewie w pewnym momencie zabrakło ludzi, którzy potrafiliby wytrzymać ciśnienie, a także unieść ciężar finansowy oraz organizacyjny. Było załamanie, było odejście dwóch prezesów – Grajewskiego oraz Pawelca i wszystko zaczęło się sypać w drobny mak.

 

- W naszym plebiscycie na stulecie klubu, kibice za największego przeciwnika w historii uznali Widzew. To rzeczywiście jest taka wielka rywalizacja?

- Dam panu taki przykład. W tej III lidze graliśmy u siebie z rezerwami Legii. Drużyny z materiału takiego, jaki w III lidze każdy ma – chłopaki, którzy albo dopiero zaczynają przygodę z piłką, albo zawodnicy, którzy po prostu nie przebili się wyżej. I z tego meczu na czwartym poziomie rozgrywkowym zrobił się klasyk, w którym zawodnicy wychodzili z siebie i wznosili się grubo ponad własne możliwości. Miałem wrażenie, że znowu gramy w ekstraklasie i bijemy się z Legią o mistrza, a to była tylko trzecia liga. Cholernie zacięta trzecia liga, skończyło się bowiem 3:2.

 

- Taki sam wynik padł dwie dekady wcześniej. Trauma w Warszawie trwa po tym do dziś.

- Lubię powtarzać, że taki mecz zdarza się raz na tysiąc lat. Kiedy te dwa zespoły wychodziły naprzeciw siebie, to wtedy nikt nie szanował własnego zdrowia i był gotów wypruć sobie flaki dla zwycięstwa. Wszyscy cisnęli do końca, czy to Legia, czy to Widzew. Ja wtedy pomyślałem sobie w przerwie, że przy tym morderczym tempie gry ktoś w końcu musi paść. A my kondycyjnie byliśmy przygotowani perfekcyjnie, wiedziałem, że nie przydarzą się nam żadne skurcze, że po prostu nie braknie nam powietrza. Bardzo liczyłem na tę końcówkę, choć kiedy do końca było 10 minut, to mogło się wydawać, że jeśli trener myśli, że z 0:2 zrobi 3:2, to najpewniej ma coś z głową. Oczywiście, nie było tak, że byłem pewny swego, ale liczyłem przynajmniej na gola kontaktowego. I jak Sławek Majak strzelił na 1:2, to już wiedziałem, że nie przegramy, a co najmniej zremisujemy. Ostatecznie udało się wygrać.

- Kiedy przyszedłem do Legii zespół od razu zatrybił i potrafiliśmy wygrywać po cztery, pięć zero. Tę drużynę trzeba było jednak przebudować.

- Na wielkie przemowy miejsca w końcówce meczu nie było, ale co Pan rzucał do zawodników, że ostatecznie udało im się odkręcić ten wynik?

- W takich momentach albo się rzuca butelkami po ścianach, albo się ich przytula – jedno z dwóch. Ale wtedy nie trzeba było niczym ciskać z nerwów, bo tam nie miałem prawa niczego moim zawodnikom zarzucić. Widziałem, że każdy daje z siebie więcej niż ma, więc raczej głaskałem ich po głowie, zamiast walić pałą. Opłaciło się.

 

- Dało się coś więcej wyciągnąć z tego Pańskiego Widzewa?

- W Lidze Mistrzów na pewno, bo przy pierwszym spotkaniu z Atletico Madryt pięciu podstawowych piłkarzy miało kontuzje. Ostatecznie zabrakło nam jednego punktu, jeszcze w ostatnim meczu w Madrycie przy stanie 0:0 mieliśmy sam na sam, Michalski z Majakiem bili się o piłkę i któryś z nich strzelił w słupek. Za niewykorzystaną sytuację dostaliśmy bramkę i przegraliśmy 0:1. Może gdyby to dla nas padł pierwszy gol, to my byśmy awansowali dalej?

 

- Dwa mistrzostwa Polski z Widzewem, Superpuchar, faza grupowa Ligi Mistrzów. Z Wisłą mistrzostwo i Superpuchar, z Lechem puchar Polski i 1/16 Pucharu UEFA. Nawet w Lubinie zrobił Pan podium. W takim razie dlaczego z Legią się nie udało?

- Kiedy przyszedłem do Legii zespół od razu zatrybił i potrafiliśmy wygrywać po cztery, pięć zero. Tę drużynę trzeba było jednak przebudować. Nawet teraz, gdy po latach nadal jestem blisko z Jackiem Bednarzem czy Czarkiem Kucharskim i rozmawiamy, to oni zgadzają się ze mną, że zmiany personalne były wówczas koniecznością, bo ten zespół nie dawał mi perspektywy i odpowiedniej siły, żeby zawalczyć o wyższe cele. Ja przez rok walczyłem i robiłem wszystko, żeby zespół wyczyścić i doprowadzić go do tego, by mógł bić się o najwyższe cele. Po moim odejściu przyszedł Dragomir Okuka i zrobił mistrzostwo. Byłem w Lubinie, poukładałem zespół, zrobiliśmy trzecie miejsce, klub grał w Pucharze UEFA, ale ja już wcześniej podpisałem umowę z Lechem, więc musiałem tam odejść, bo gdyby nie to, to prawdopodobnie bym został. I ten zespół wygrał przecież tytuł. W Poznaniu po trzech latach drużyna sam pan wie jaka była – były spektakularne mecze, jak choćby niesamowity thriller z Austrią Wiedeń i po moim odejściu zespół w końcu był w lidze najlepszy. Odszedłem z Wisły, przyszedł Kasperczak – zrobił mistrzostwo. No to ma pan już cztery kluby.

- Ja jestem takim typem, który zawsze powie to co myśli, zawsze zgodnie z prawdą, chociażby nie wiem jak najgorsza ona była. Dlatego chyba wolę nic nie pisać, po co mi jakieś konflikty z ludźmi na stare lata.

- Dobrze rozumiem, że Pan się czuje współautorem tych wszystkich sukcesów?

- Nie, chociaż w Lubinie niektórzy działacze, czy potem w Lechu Jacek Zieliński, mówili, że to też moja zasługa. Ja chciałbym tylko pokazać, że wykonywałem swoją pracę sumiennie i nikt mi nie może zarzucić, że trener, który przyszedł po mnie, zastał niepoukładany i rozwalony zespół. Ja zawsze pracowałem tak, by mój następca miał komfort pracy.

 

- Pan jeszcze planuje wracać do piłki, czy to już definitywna emerytura?

- Ja się czuję wyśmienicie, w ubiegłym roku przeszkodziło mi tylko kolano, ale już wszystko wróciło do normy. Jestem – odpukać w niemalowane – „na chodzie” i mógłbym coś poprowadzić, komuś doradzić… No, po prostu mogę jeszcze dużo, dużo zrobić. Cieszę się dobrym zdrowiem, przestało mi przeszkadzać kolano, bo tam co chwila kule, jeden zabieg, drugi zabieg, ale teraz zrobiłem to już porządnie i mogę zająć się innymi rzeczami.  

 

- „Książki piszą ci, którzy potrzebują pieniędzy, ja nie potrzebuję”. Podtrzymuje to Pan, czy jednak optyka się zmienia? W końcu w piłce siedzi Pan od lat 60., trochę historii by się znalazło.

- (Śmiech). Bez przerwy mnie ktoś namawia, bo sporo osób mnie zna i wie, że tych przeżyć rzeczywiście mam masę. Ostatnio nawet dzwonił do mnie Roman Kołtoń i mówi: Franek, proszę cię, zrób to, ludzie będą te twoje historie czytać. Ja jestem takim typem, który zawsze powie to co myśli, zawsze zgodnie z prawdą, chociażby nie wiem jak najgorsza ona była. Dlatego chyba wolę nic nie pisać, po co mi jakieś konflikty z ludźmi na stare lata. Chyba tylko to mnie powstrzymuje, bo przeżyć nie tylko piłkarskich, ale i życiowych, to rzeczywiście mam całą masę.

- Z Kaziem Deyną pogubiliśmy kasę – biznes się nie udał, ogólnie mówiąc.

- Zdarzyło się nawet z pragnienia pić wodę z fontanny…

- Zdarzyło. Z Kaziem Deyną pogubiliśmy kasę – biznes się nie udał, ogólnie mówiąc.

 

- …albo narażać życie dla 250 dolarów tygodniowo.

- Tak, w Stanach pracowaliśmy w rafinerii w strasznych warunkach. Kilkanaście metrów nad ziemią bez żadnego zabezpieczenia, co chwilę się zdarzało, że ktoś stamtąd spadał i się łamał. Ja na szczęście nie popełniłem tam kosztownych błędów. Zdecydowanie więcej zrobiłem ich w piłce.

 

- Hakan Şükür to największy z nich?

- No to był z mojej strony babol okrutny. Ambicja mnie chyba zjadła, bo on chciał przyjść do nas na testy, a ja mówię do jego menedżera: Co, w Denizli go odpalili z testów i się na nim poznali, to go mi pan do Konyasporu będzie wciskał? Jeszcze raz go będę testował i to samo powiem?. A on zaraz poszedł do Galatasaray i został tam ogromną gwiazdą. Trenera, który błędów nie popełnia nie ma. Ale po tym zajściu obiecałem sobie, że nawet jak mi własna mama powie, że widziała jak gdzieś na łące fajny chłopak grał, to na pewno go wypróbuję.

 

- A w środę wieczorem kto tych błędów popełni więcej?

W takich meczach poziom ligowy nie będzie miał znaczenia, bo to będzie po prostu klasyk. Życzyłbym sobie dramaturgii i widowiska dla kibiców. Stadion będzie tak wypełniony, że na 18 tysięcy miejsc wejdzie pewnie ze 20 tysięcy ludzi (śmiech). W pucharze czasem nie ma różnicy między poziomem ligowym. Pamiętam, jak z Widzewem graliśmy w środę mecz w europejskich pucharach, a cztery dni później, my, wielcy gwiazdorzy, pojechaliśmy do Wrocławia na mecz z Polarem, trzecioligowym klubem takiej firmy, co to lodówki produkuje. I pogonili nas, wygrali 1:0! Jak drużyna z ekstraklasy jedzie na niższą ligę, to zawsze, nawet podświadomie, lekceważy rywala. Tamci idą na całość i ambicje są tak rozbudzone, że zaciera się ta różnica poziomów. Liczę więc na naprawdę kapitalny mecz w Łodzi.

Udostępnij

Powiązane newsy

Zobacz wszystkie