Legia logo
Piłka nożna10 min czytania

Richard Strebinger: Uwielbiam moment, gdy wybiegam na murawę z gęsią skórką

Plus500 logo
PKO Bank Polski Ekstraklasa logo

Richard Strebinger długo musiał czekać na debiut w pierwszej drużynie Legii, ale gdy już wskoczył do bramki, od razu potwierdził wysoką klasę. W rozmowie z Legia.com opowiedział o wrażeniach ze swoich pierwszych spotkań, ale także zdradził, dlaczego jego przyjaciel ucieszył się z transferu do Legii oraz dlaczego częściej oglądał mecze Artura Boruca niż ligę austriacką. Nie zabrakło też kontrowersyjnej opinii na temat austriackich skoczków narciarskich…

Bramkarz Legii Warszawa Richard Strebinger odpowiedziała na pytania po zakończeniu spotkania 30. kolejki PKO Bank Polski Ekstraklasy z Pogonią Szczecin.

 

- Możemy być bardzo źli na siebie. Mieliśmy dobry fragment po dwudziestu minutach. Stworzyliśmy sobie sytuacje, ale musimy poważnie porozmawiać o tym, co wydarzyło się po czerwonej kartce. Mieliśmy jednego zawodnika i powinniśmy kontynuować naszą grę. Niestety się zatrzymaliśmy. Pogoń miała jakość w pojedynkach jeden na jeden. Musimy być jednak bardzo źli na to, co się wydarzyło. 

 

- Z mojej perspektywy ciężko cokolwiek powiedzieć. Przestaliśmy dobrze grać, gdy Pogoń straciła jednego zawodnika. Moim zdaniem nie stworzyliśmy sobie żadnych sytuacji po czerwonej kartce dla rywali. Powinniśmy kontynuować dobrą grę. Byliśmy w stanie to dziś zrobić, dlatego tym bardziej jestem zły. Mogę tylko przeprosić. Do momentu czerwonej kartki graliśmy dobrze, a ostatecznie przegraliśmy. 

- Na ostatnim spotkaniu drużynowym trener Aleksandar Vuković powiedział nam bardzo cenne zdanie - „Legia nie jest zwyczajnym klubem, to miejsce jest wyjątkowe”. I jest to prawda - gra przed naszą publicznością, reprezentowanie tych barw to coś specjalnego. Odczuwasz to na własnej skórze.

- W Rapidzie spędziłeś ponad sześć lat, to na pewno nie była łatwa decyzja. Czego najbardziej żałowałeś, odchodząc z klubu?

- Tak, spędziłem tam mnóstwo czasu. Wspaniałego czasu. Po tak wielu latach wiesz o klubie wszystko, znasz każdego pracownika. Nie ma dla ciebie tajemnic. Zdążyłem już jednak polubić Warszawę i życie w tym miejscu. Ludzie są przyjaźnie nastawieni. Jestem wdzięczny, że przez tyle lat mogłem reprezentować Rapid Wiedeń, ale jestem też wdzięczny, że mogę w tym momencie być zawodnikiem Legii Warszawa. 

 

- Kibice Rapidu Cię uwielbiali. Na YouTubie jest nawet piosenka, w której autorzy dziękują ci za to, co zrobiłeś dla klubu. Niedawno na trybunach stadionu Rapidu pojawił się też baner z napisem “Danke fur alles Richie”. 

- To był niezwykły moment. Podczas przerwy reprezentacyjnej wróciłem do Wiednia i wybrałem się na mecz Rapidu, który grał akurat derbowe spotkanie z Austrią Wiedeń. To były pierwsze derby na naszym stadionie po zniesieniu obostrzeń covidowych. Wszystkie bilety się wyprzedały, na trybunach były tysiące ludzi. W takich okolicznościach podziękowano mi za lata spędzone w Rapidzie. To było niezwykłe doświadczenie, którego nigdy nie zapomnę. Jednym z powodów, dla których zdecydowałem się na przenosiny do Legii było właśnie podejście kibiców do piłki. W Rapidzie fani są fantastyczni i to samo mogę powiedzieć o kibicach Legii. Uwielbiam ten moment, gdy wybiegam na murawę i mam gęsią skórkę. Spoglądasz wtedy na trybuny i czerpiesz z nich niesamowitą energię. To cię napędza, wszystko inne pozostaje w tle…

 

- Przepraszam, że się wtrące, ale zwróciłem właśnie uwagę przed meczem z Lechem w Poznaniu, że gdy wybiegłeś na rozgrzewkę przed spotkaniem i usłyszałeś doping naszych fanów, jeszcze bardziej go wzniecałeś. Widać było, jak bardzo jesteś zmotywowany. 

- O to w tym wszystkim chodzi. Jako piłkarz musisz szanować to, co dla klubu robią fani. W Legii, tak samo jak w Rapidzie, można odczuć, że dla kibiców klub jest wszystkim. Stawiają go na równi z rodziną, to dla nich całe życie. To dodatkowa motywacja i wyzwanie dla mnie. Dla kibiców muszę stawać się lepszym zawodnikiem. To wyraz szacunku dla fanów, dla pracowników, dla wszystkich, którzy żyją Legią. Musisz tym ludziom zrewanżować się swoją postawą na boisku. Od moich 90 minut zależy to, w jakich nastrojach spędzą cały kolejny tydzień. Uwielbiam kluby, które budzą emocje. Oczywiście w tym sezonie, emocje które wzbudzaliśmy my nie zawsze były pozytywne, za nami trudne momenty. Ale jeśli pokażesz, że w stu procentach poświęcasz się dla drużyny, to z pewnością zostanie to dostrzeżone. To połączenie, wzajemna zależność, bardzo mnie motywuje. 

 

-  Wiem, że jeden z twoich bliskich przyjaciół z Austrii jest Polakiem. Co ci mówił przed tym transferem?

- Masz zapewne na myśli Krzysztofa, który jest kapłanem w Rapidzie Wiedeń. Często ze sobą rozmawialiśmy na wiele tematów, więc oczywiście konsultowałem też z nim propozycję Legii. Nie miał żadnych wątpliwości, co powinienem zrobić (śmiech). W jego życiu liczą się dwa kluby - Rapid w Austrii i Legia w Polsce. Krzysztof odwiedzi mnie zresztą jeszcze w tym sezonie i obejrzy nasz mecz z trybun.

- Podczas przerwy reprezentacyjnej wróciłem do Wiednia i wybrałem się na mecz Rapidu, który grał akurat derbowe spotkanie z Austrią Wiedeń. To były pierwsze derby na naszym stadionie po zniesieniu obostrzeń covidowych. Wszystkie bilety się wyprzedały, na trybunach były tysiące ludzi. W takich okolicznościach podziękowano mi za lata spędzone w Rapidzie. To było niezwykłe doświadczenie, którego nigdy nie zapomnę. Jednym z powodów, dla których zdecydowałem się na przenosiny do Legii było właśnie podejście kibiców do piłki. W Rapidzie fani są fantastyczni i to samo mogę powiedzieć o kibicach Legii.

- Wiesz już jak będzie wyglądała twoja przyszłość? 

- Przez całą swoją karierę wychodziłem z założenia, że nie zdradzam szczegółów umów. Ja jestem w Legii bardzo szczęśliwy, występuję teraz w pierwszym składzie, mam dobry czas. Czerpię radość z każdego spotkania. Do końca sezonu zostało jeszcze kilka meczów i chcę się nimi cieszyć. To dla mnie specjalne chwile i dam z siebie wszystko dla Legii. 

 

- W takim razie wróćmy nieco do przeszłości. Miałeś piętnaście lat, kiedy musiałeś podjąć istotną decyzję - mogłeś trafić do Herthy Berlin lub Blackburn Rovers. Wybrałeś Herthę…

- W tamtym momencie nie była to może łatwa decyzja, ale z pewnością słuszna. Chciałem zmienić otoczenie, wyjechać z kraju i poznać nowe spojrzenie na piłkę. To prawda, miałem oferty z tych dwóch klubów. Byłem młodym człowiekiem i trafiłem do bardzo przyjaznego miejsca. Było nas około dziesięciu chłopaków z zagranicy, byliśmy pod opieką tamtejszych rodzin. Spędziłem w Berlinie świetny czas, wiele się nauczyłem. Oczywiście dla tak młodej osoby przeprowadzka nie była łatwa. Pamiętam też, że w pierwszym miesiącu doznałem kontuzji, co nieco utrudniło mi start w nowym klubie. Nigdy jednak nie żałowałem swojej decyzji. Mogłem swobodnie porozumiewać się w swoim języku, żyłem w kulturze podobnej do tej, w której zostałem wychowany. W stu procentach mogłem skupić się na rozwoju, a to było wtedy najważniejsze. 

 

- Nigdy jednak nie zagrałeś w pierwszej drużynie Herthy. Twoim następnym klubem był Werder Brema, gdzie zadebiutowałeś w Bundeslidze, ale licznik zatrzymał się na dwóch spotkaniach. Nie bałeś się, jak dalej potoczy się ta niemiecka przygoda?

- Byłem zawodnikiem Werderu ponad 2,5 roku. Spędziłem tam bardzo cenny czas. Zaczynałem jako trzeci bramkarz, później zostałem drugim golkiperem. Zdobyłem mnóstwo doświadczenia. Niemiecka Bundesliga to inne tempo gry, nowe wyzwania, z którymi mierzysz się też podczas treningów. Zagrałem w lidze dwa spotkania, ale jako młody zawodnik chcesz występować regularnie. Odczuwasz głód piłki i nie zadowala cię siedzenie na ławce. Dlatego zdecydowałem się na wypożyczenie do SSV Jahn Regensburg - zespołu grającego wówczas na trzecim poziomie rozgrywkowym. Byłem tam krótko, ale pozytywnie wspominam ten czas, występowałem w pierwszym składzie. Zdecydowałem się jednak na kolejną zmianę i trafiłem do Rapidu Wiedeń.  

 

- To był twój powrót do ojczyzny po blisko siedmiu latach. Te początki w Rapidzie też nie były łatwe. 

- Musiałem wywalczyć sobie miejsce w składzie. Pierwszym wyborem był wówczas doświadczony słowacki bramkarz Jan Novota. Dobrze zna go Jan Mucha, ponieważ grali ze sobą w drużynie narodowej. Jan był świetnym fachowcem, ale przy tym bardzo przyjaznym człowiekiem, który pomagał mi po dołączeniu do zespołu. Rywalizowaliśmy o to samo miejsce w bramce, ale nie wpływało to na nasze relacje. Zawsze darzyliśmy się szacunkiem i mogę nazwać go moim przyjacielem. Rywalizacja jest zresztą skutecznym sposobem na rozwój. Kiedy spojrzysz na najlepsze kluby i akademie piłkarskie, widzisz że posiadają w swoich szeregach po dwóch, trzech równorzędnych bramkarzy, którzy każdego dnia walczą o miejsce w bramce, a przy okazji napędzają się do jeszcze cięższej pracy. Tak to funkcjonuje na naszej pozycji. W każdym klubie daję z siebie wszystko i ostatecznie w Rapidzie wywalczyłem sobie bluzę z numerem jeden.

- Byłem zawodnikiem Werderu ponad 2,5 roku. Spędziłem tam bardzo cenny czas. Zaczynałem jako trzeci bramkarz, później zostałem drugim golkiperem. Niemiecka Bundesliga to inne tempo gry, nowe wyzwania, z którymi mierzysz się też podczas treningów. Zagrałem w lidze dwa spotkania, ale jako młody zawodnik chcesz występować regularnie. Odczuwasz głód piłki i nie zadowala cię siedzenie na ławce.

- Twoja praca się opłaciła, bo w 2018 roku zostałeś przez kibiców wybrany Najlepszym Piłkarzem Sezonu.    

- To wyjątkowa nagroda. Dodatkowo zająłem drugie miejsce w Austrii w plebiscycie największej gazety sportowej. Wyprzedził mnie Marko Arnautović, wówczas zawodnik West Hamu United. Te dwa wyróżnienia były dla mnie ogromnym zaszczytem. Jednak dla mnie zawsze najważniejsze są nagrody zespołowe. W Rapidzie grałem blisko siedem lat i nie wygrałem żadnego pucharu. To był też powód, dla którego zdecydowałem się zmienić klub. W piłce nożnej najwspanialszym uczuciem jest wspólne świętowanie sukcesów z drużyną i z kibicami. Nagród indywidualnych tak się nie fetuje. Rywalizacja o mistrzostwo Austrii jest dla takiego klubu jak Rapid bardzo wymagająca - Red Bull Salzburg zdominował ligę i wygrywa ją od ośmiu sezonów z rzędu. W pucharze Austrii również są regularni. Pokonanie ich to nie lada wyzwanie. Mam żal, że nigdy nie udało mi się zdobyć z Rapidem trofeum. 

 

- W Rapidzie miałeś też problemy z plecami.

- Nie był to skomplikowany uraz. Problem polegał na tym, że doznałem kontuzji po Covidzie i łącznie straciłem około dwunastu kolejek. Nie mam jednak prawa narzekać, ponieważ nigdy nie doznałem poważnych kontuzji np. kolana, z którą musiałbym mierzyć się przez długie miesiące.

 

- Podczas lockdownu zostałeś nawet trenerem personalnym - widziałem twoje nagrania z treningów na Instagramie. 

- Wszystko wynika z tego, że chcę stawać się lepszym zawodnikiem. Szukam nowych sposobów, ćwiczeń, staram się prowadzić bardzo zdrowy tryb życia. Dużą uwagę zwracam na to, co jem, kiedy jem. Stawiam na dietę roślinną, unikam cukrów, mięsa, ryb. Ale nie jest też tak, że nigdy nie nakładam tych rzeczy na talerz. Obecnie kształcę się, by w przyszłości zdobyć tytuł licencjonowanego trenera. Po zakończeniu kariery chcę pomagać innym ludziom, szczególnie dzieciom i osobom w starszym wieku, w wypracowaniu odpowiedniej formy i prowadzeniu zdrowego trybu życia. Od lata ma też własną szkołę bramkarską. Staram się tam stworzyć odpowiednie warunki do szkolenia jak najlepszych bramkarzy, ale też otoczyć wychowanków właściwą opieką dietetyczną, psychologiczną. Dla przykładu, współpracujemy z trenerami jogi, by zadbać o każdy szczegół. Moją pasją jest przekazywanie doświadczenia i umiejętności młodszym bramkarzom. Wkrótce mam w planach wziąć udział w treningach bramkarskich Akademii Legii. Sprawia mi to wielką frajdę. Obecnie nie mogę trenować z wychowankami mojej szkoły, ale regularnie nagrywam filmy z ćwiczeniami, które są przekazywane trenerom na miejscu i wykorzystywane w treningach z dziećmi. Nie stworzyłem tej szkoły, po to by promować coś swoim nazwiskiem, ale chcę mieć realny wpływ na trenujące tam dzieci, a w przyszłości zostać pełnoprawnym trenerem.

- W Rapidzie grałem blisko siedem lat i nie wygrałem żadnego pucharu. To był też powód, dla którego zdecydowałem się zmienić klub. W piłce nożnej najwspanialszym uczuciem jest wspólne świętowanie sukcesów z drużyną i z kibicami. Nagród indywidualnych tak się nie fetuje.

- Jesteś we właściwym miejscu, bo w Legii możesz czerpać wzorce od legendarnego szkoleniowca Krzysztofa Dowhania. 

- Mamy obecnie dwóch trenerów, bo jest jeszcze Jan Mucha. Uważam, że to idealne rozwiązanie, ponieważ szkoleniowcy mogą bardziej skupić się na poszczególnych bramkarzach, poświęcić więcej czasu konkretnym przypadkom. Szkolenie stoi tu na bardzo profesjonalnym poziomie. Praca z Krzysztofem Dowhaniem i Janem Muchą to dla mnie okazja na doskonalenie swoich umiejętności bramkarskich, ale też podpatrywania ich podejścia do zawodu. Pomagają mi w każdej sytuacji, mogę z nimi porozmawiać na wszystkie tematy z czego często korzystam po treningach. Siadamy sobie w gabinecie i dyskutujmy, na czym powinniśmy skupić się w przyszłości, na jakie elementy szczególnie zwrócić uwagę. W przypadku zawodowego sportowca istotną rolę pełni też mentalność, bywa nawet ważniejsza niż umiejętności stricte piłkarskie. Trenerzy Dowhań i Mucha zwracają na to uwagę. Bramkarz, który wybiega na boisko i chroni naszej bramki podczas meczu czuje wsparcie i wie, że może liczyć na trenerów w każdej chwili. 

 

- W szatni jest też jeszcze jeden mocny charakter bramkarski - Artur Boruc, o którym wcześniej rozmawialiśmy. Zastanawiam się jednak, czy pamiętasz go z meczu Polska - Austria podczas Euro 2008? Dla nas był to jeden z najlepszych występów bramkarza w historii reprezentacji.

- Oczywiście pamiętam, ale z Arturem mam jeszcze ciekawszą historię. Mój najlepszy przyjaciel z dzieciństwa, z którym grałem też w drużynach młodzieżowych był wielkim fanem szkockiej Premier League. Uwielbiał ten twardy brytyjski styl, agresywne pojedynki. W pokoju oglądał mnóstwo meczów Celtiku z Arturem w bramce. Mogę więc powiedzieć, że częściej oglądałem spotkania Artura niż austriacką Bundesligę. Mój przyjaciel zawsze mówił “Nie będziemy oglądać naszej ligi, tylko Celtic i Rangersów.” (śmiech).

- Praca z Krzysztofem Dowhaniem i Janem Muchą to dla mnie okazja na doskonalenie swoich umiejętności bramkarskich, ale też podpatrywania ich podejścia do zawodu. Pomagają mi w każdej sytuacji, mogę z nimi porozmawiać na wszystkie tematy z czego często korzystam po treningach. Siadamy sobie w gabinecie i dyskutujmy, na czym powinniśmy skupić się w przyszłości, na jakie elementy szczególnie zwrócić uwagę.

- Na koniec muszę zadać nieco podchwytliwe pytanie. Wiem, że interesujesz się skokami narciarskimi. Kto twoim zdaniem był najlepszym skoczkiem w historii i dlaczego był to Adam Małysz?

-  Wybierasz Adama Małysza, a nie Kamila Stocha?! (śmiech)

 

- Adam jest bardziej kultowym skoczkiem, od niego wszystko się zaczęło.

- Okej, okej. Każde dziecko w Austrii kocha sporty zimowe i ogląda je nałogowo. Oczywiście dobrze znam Adama i pamiętam, jak żyliśmy jego rywalizacją z Gregorem Schlierenzauerem. To co powiem może być kontrowersyjne, ale muszę być szczery - jeśli spojrzysz na długowieczność sukcesów Adama Małysza i Kamila Stocha, to trzeba powiedzieć, że ci dwaj skoczkowie są większymi legendami niż nasi zawodnicy. Choć nasi też są wybitni! Zawsze jednak doceniam ludzi, którzy są na szczycie przez lata - w skokach takimi zawodnikami byli również Noriaki Kasai i Janne Ahonen. W piłce wzorem jest Gianluigi Buffon. 

 

- Nie masz zatem nic przeciwko, aby tę rozmowę zatytułować - Richard Strebinger: Polscy skoczkowie są lepsi niż austriaccy.

- Ech, zadaj mi to pytanie jeszcze raz (śmiech). 

Udostępnij

Powiązane newsy

Zobacz wszystkie