
Mama od dziecka nie miała z nim łatwo, bo choć na co dzień jest raczej spokojny, zdarzało mu się drzeć koty… z kotami. Okazuje się również, że ma sporo wspólnego z gwiazdą ukraińskiego popu. Dynamo Kijów opuścił jako nastolatek, by wrócić do niego po latach doświadczeń, którymi naznaczyła go Ukraina. Zapraszamy na rozmowę z naszym obrońcą!
Mama od dziecka nie miała z nim łatwo, bo choć na co dzień jest raczej spokojny, zdarzało mu się drzeć koty… z kotami. Okazuje się również, że ma sporo wspólnego z gwiazdą ukraińskiego popu. Dynamo Kijów opuścił jako nastolatek, by wrócić do niego po latach doświadczeń, którymi naznaczyła go Ukraina. Dziurawe drogi, 14-godzinne wyjazdy, brak pensji, latające butelki i wojskowe kamizelki w szatni. Warto było to wszystko znieść, by na Camp Nou zmierzyć się z Messim. Czy na boisku też wygląda tak niesamowicie? No i o co chodziło po meczu z Piastem. Artem Shabanov sam o sobie mówi, że jest zamknięty, ale dla nas chyba się otworzył. Zapraszamy na rozmowę z naszym obrońcą!
Legia.com: - Na początek puszczę Ci pewien utwór. Zobaczymy czy rozpoznasz, okej?
Artem Shabanov: - Dawaj.
- I co, nic Ci to nie mówi?
- Nie znam tego, naprawdę.
- To szczerze mówiąc jestem zaskoczony, bo kiedyś na pytanie kim byś został gdyby nie piłkarzem, odpowiedziałeś, że piosenkarzem, jak Oleg Vinnik.
- (Śmiech) Bo to po prostu był taki żart, średnio mający cokolwiek wspólnego z wyborem drogi życiowej. Chodziło o to, że w pewnym momencie obaj byliśmy do siebie bardzo podobni. Czekaj, zaraz pokażę ci zresztą dobre zdjęcie.
- Mnóstwo osób mówiło mi wtedy, że wyglądam jak Vinnik. Niespecjalnie mnie to dziwi, bo z długimi włosami rzeczywiście byliśmy do siebie bardzo podobni.
- Mnóstwo osób mówiło mi wtedy, że wyglądam jak Vinnik. Niespecjalnie mnie to dziwi, bo z długimi włosami rzeczywiście byliśmy do siebie bardzo podobni.
- Faktycznie dobre.
- Mnóstwo osób mówiło mi wtedy, że wyglądam jak Vinnik. Niespecjalnie mnie to dziwi, bo z długimi włosami rzeczywiście byliśmy do siebie bardzo podobni. No i na Ukrainie facet jest dużą gwiazdą, słucha go mnóstwo ludzi, stąd skojarzenia były oczywiste. Taka jest więc historia tej mojej „chęci” bycia piosenkarzem.
- Ale za dzieciaka myślałeś o występach na scenie?
- Ja w ogóle nie umiem śpiewać! (śmiech) Kiedy byłem mały, to nawet nad piłką nie zastanawiałem się jakoś na poważnie. Myślę, że u większości z nas jest tak samo – nie myślisz o tym, że chciałbyś związać z futbolem swoje życie. Po prostu grasz, aż w pewnym momencie okazuje się, że jesteś dobry. I pewnie każdemu z nas rodzice jakiś czas mówią, żeby się uczyć, a nie zajmować głupotami (śmiech).
- O Twoją edukację dbano zresztą tak dobrze, że w szkole zostawiano Cię zdecydowanie dłużej niż to konieczne.
- Mam nadzieję, że mama nie będzie czytać polskich stron internetowych i niczego się nie dowie, także chyba mogę o tym opowiedzieć (śmiech). Z tego co pamiętam chodziłem wtedy do drugiej klasy podstawówki. Mama odstawiła mnie do szkoły i powiedziała, że potem mnie odbierze. Lekcje mieliśmy od 8:00 do 11:00. W końcu zadzwonił dzwonek, dzieci idą do domu, a ja czekam na mamę. Czekam godzinę, czekam, drugą, w końcu zrobiła się 15:00, potem 16:00, a mamy nie ma. Siedzę pod drzwiami do klasy i wreszcie pojawił się jakiś nauczyciel, który zaprowadził mnie na tramwaj. Tam były chyba do przejechania ze dwa przystanki, natomiast potem kawałek musiałem iść pieszo. Wracam do domu, a tam mama pyta ile miałem dzisiaj lekcji, że jestem w domu tak późno. No to jej mówię, że lekcje miałem normalnie do 11:00, tylko ona zapomniała mnie z nich zabrać (śmiech).
- Zrobił się hałas, mama się odwraca i widzi syna walczącego z kotem. Słyszę jak wrzeszczy: co ty robisz, puść kota! Ja krzyczę do niej, że nie puszczę, bo to jego wina, że jestem chory. Cyrk się zrobił straszny.
- Zrobił się hałas, mama się odwraca i widzi syna walczącego z kotem. Słyszę jak wrzeszczy: co ty robisz, puść kota! Ja krzyczę do niej, że nie puszczę, bo to jego wina, że jestem chory. Cyrk się zrobił straszny.
- Parę przygód z mamą mieliście, podobno pewnego razu poszło o zwierzaka.
- To było jeszcze dawniej, miałem może ze cztery lata. Na mojej ulicy było bardzo dużo kotów. Często się między nimi bawiłem i pewnego dnia mama zauważyła, że zrobił mi się liszaj. Wytłumaczyła, że to pewnie od tych bezdomnych kotów na ulicy i że mam się z nimi więcej nie bawić. No więc okej, zapamiętałem. Parę dni później poszliśmy razem do sklepu. Mama robiła zakupy, a ja kręciłem się gdzieś obok. Nagle zobaczyłem w sklepie kota, sprawcę mojego liszaja. Od razu rzuciłem się na zwierzaka i z zemsty zacząłem go szarpać. Zrobił się hałas, mama się odwraca i widzi syna walczącego z kotem. Słyszę jak wrzeszczy: co ty robisz, puść kota! Ja krzyczę do niej, że nie puszczę, bo to jego wina, że jestem chory. Cyrk się zrobił straszny, na szczęście mama w porę opanowała sytuację (śmiech).
- Do paru fajnych historii udało się dokopać, ale przyznam, że nie było łatwo. Niewiele osób z Twojego otoczenia potrafiło podzielić się jakimiś smaczkami.
- Wiesz co, ja chyba po prostu jestem trochę zamkniętym człowiekiem. Faktycznie może być ciężko znaleźć u mnie jakieś głośne historie, nigdy też nie popadłem w jakieś tarapaty.
- Duże waga przywiązana do kwestii prywatności wzięła się też stąd, że Twoja partnerka jest modelką?
- Rzeczywiście, nie lubię kiedy ktoś pisze coś na nasz temat. I jest to pewnie też jeden z powodów, dla których naprawdę rzadko udzielam wywiadów.
- Pokora to ważna cecha, zwłaszcza w piłce. Kiedy będąc wychowankiem Dynamo musiałeś odejść do mniejszego Arsenalu Kijów, również otrzymałeś jej lekcję?
- Myślę, że to był zbyt wczesny etap mojej gry w piłkę, żeby używać w odniesieniu do niego takich słów. Byłem w Akademii Dynamo, w której funkcjonowały dwa zespoły. W pewnym momencie zrobiono z nich jeden no i pojawił się problem, bo zawodników było po prostu za dużo. Przyszedł nowy trener i powiedział mi, że owszem, zostaję w drużynie, ale raczej nie będę u niego dostawać szans. Pogadałem o tym z mamą, od której usłyszałem: dziecko, jeśli myślisz o piłce na poważnie, to teraz przede wszystkim musisz grać, więc po prostu zmieńmy klub. No i zapisałem się na treningi w Arsenale Kijów, który siedzibę miał zresztą niedaleko mojego domu. Przejście do Arsenału okazało się być bardzo dobrą decyzją – tamten rocznik akademii radził sobie naprawdę dobrze. Byliśmy równorzędnym konkurentem dla Dynama nie tylko w Kijowie, ale i w krajowych rozgrywkach. Zresztą jak popatrzysz na tamten skład, to większość chłopaków do dzisiaj gra w Premier Lihe, niektórzy zaszli nawet wyżej. W każdym razie z drużyny młodzieżowej niebawem trafiłem do pierwszej, gdzie zadebiutowałem w lidze.
- Jeden z bramkarzy Legii, Radosław Cierzniak, opowiadał mi kiedyś o swojej grze w Wołyniu Łuck i Karpatach Lwów. Wspomniał, że po powrocie ze zgrupowania w domu nie tylko nie miał ciepłej wody, ale temperatura wewnątrz mieszkania wynosiła jeden stopień Celsjusza. Naprawdę w tych zespołach z dołu tabeli bywało tak ciężko?
- Może po prostu w mieszkaniu popękały mu rury, na Ukrainie często się tak dzieje (śmiech). Ale w Wołyniu naprawdę nie mieliśmy źle. Przepychu tam może nie było, do warunków Dynama czy Legii daleko, natomiast nie sądzę żeby można było narzekać. Możliwości treningu były niezłe, mieliśmy
bardzo dobre główne boisko, a i bocznemu niczego nie brakowało. O Wołyniu Łuck nie powiem złego słowa, są zespoły, w których bywa zdecydowanie gorzej.
- Pamiętam mecz, na który jechaliśmy 14 godzin. Graliśmy z FK Ochtyrka – to miasto leżące kompletnie po drugiej stronie kraju. Prowadził nas Witalij Kwarciany, dosyć specyficzny trener. Powiedział, że mamy założyć… kamizelki wojskowe, w których mieliśmy trenować.
- Pamiętam mecz, na który jechaliśmy 14 godzin. Graliśmy z FK Ochtyrka – to miasto leżące kompletnie po drugiej stronie kraju. Prowadził nas Witalij Kwarciany, dosyć specyficzny trener. Powiedział, że mamy założyć… kamizelki wojskowe, w których mieliśmy trenować.
- Ale co posiedzieliście w autokarze na wyjazdach to wasze.
- Fakt, dróg to nie mamy za dobrych (śmiech). Pamiętam mecz, na który jechaliśmy 14 godzin. Graliśmy z FK Ochtyrka – to miasto leżące kompletnie po drugiej stronie kraju. W niedzielę mieliśmy ligę, natomiast w środę czekał nas mecz w pucharze. Wyjechaliśmy w poniedziałek, droga zajęła nam całą noc i na miejscu byliśmy jakoś po 10 rano. Poszliśmy od razu spać, a wieczorem wyszliśmy na trening. Wtedy prowadził nas Witalij Kwarciany, dosyć specyficzny trener. Powiedział, że mamy założyć… kamizelki wojskowe, w których mieliśmy trenować. Każda ważyła po cztery, pięć kilogramów. My byliśmy niewyspani, zmęczeni drogą, a do tego doszły jeszcze te kamizelki. W końcu przyszedł czas na mecz. Byliśmy tak zajechani, że nie potrafiliśmy normalnie biegać, podawać – no nic nie potrafiliśmy (śmiech). Jak łatwo się domyśleć, przegraliśmy. Dostaliśmy 0:2 od drugoligowca.
- Kwarciany w latach 90. trenował w Polsce, zresztą nawet z Ukrainy napływały o nim ciekawe historie. Podobno nie jest najprzyjemniejszy dla piłkarzy.
- To bardzo emocjonalna osoba, która często działa przez ich pryzmat. Jeśli zagrałeś źle, potrafił niemiłosiernie cię zbesztać, wszystko ci wygarnąć, wykopać za drzwi. A potem emocje opadały i za parę dni już normalnie z tobą rozmawiał. Dużo można o nim usłyszeć, ale to naprawdę nie jest zły człowiek.
- Słyszałem, że potrafił rzucać w zawodników butelkami z wodą.
- W zawodników nie, ale po szatni już tak (śmiech). Bywało też, że obrywało się koszowi na śmieci, który akurat stał obok. Kiedy trener był zły, mógł robić różne rzeczy.
- Skrajności nigdy nie są dobre, ale gdybyś miał wybierać – wolałbyś trenera, który jest za emocjonalny, czy szkoleniowca będącego z kolei za miękkim dla piłkarzy?
- Najgorszy trener to taki, który nic nie mówi zawodnikom. Przy kimś takim nie wiesz co robić, jak się zachowywać, nikt nie wie czy jest potrzebny tej drużynie, czy drużyna nie potrzebuje go w ogóle. A Kwarciany może i był ostry, ale przy nim każdy od razu wiedział o co chodzi. No i nawet jeśli krzyczał, to zawsze wszystko mówił ci w twarz. Chyba więc lepiej być za emocjonalnym niż za miękkim.
- Po grze w Łucku trafiłeś do Stali Kamieńskie. Najtrudniejszy moment kariery?
- Na pewno było ciężko. Odszedłem z Wołynia i odpuściłem klubowi dwie pensje, bo dogadaliśmy się ze Stalą, że ona pokryje te koszta. Ale ostatecznie nie pokryła, mało tego, nie pokryła absolutnie niczego, bo przez pół roku nie zobaczyłem na oczy żadnych pieniędzy. Okazało się, że zespół ma gigantyczne problemy finansowe i nie jest w stanie mi płacić – po prostu nie miał z czego. Zresztą niedługo potem Stal z wiadomych względów została rozwiązana.
- I odszedłeś do Olimpiku Donieck, który Donieck miał jednak tylko w nazwie. Jak gra się w klubie, który – z powodu wojny – nie może występować we własnym mieście?
- To nie była dla mnie jakaś nowość, bo Stal Kamieńskie siedzibę miała w Kijowie, a swoje mecze rozgrywała na stadionie w Dniepropietrowsku. Olimpik przeniósł się do Kijowa już na początku walk i – podobnie zresztą jak Stal – swoje mecze rozgrywał praktycznie bez kibiców, bo przecież nikt w tej sytuacji nie jeździł przez pół kraju wspierać nas w weekend. Może też dlatego trochę się przyzwyczaiłem do gry przy pustych trybunach?
- Kontrolujemy grę, potem zmiana i piłkę ma Barca. Wszystko toczy się w środku pola, nie ma zagrożenia pod żadną z bramek. Trwa to parę minut i Messi po prostu sobie stoi, jakby w ogóle nie brał udziału w grze. A potem nagle dostawał piłkę i robił na raz czterech, pięciu naszych graczy z nieprawdopodobną łatwością.
- Kontrolujemy grę, potem zmiana i piłkę ma Barca. Wszystko toczy się w środku pola, nie ma zagrożenia pod żadną z bramek. Trwa to parę minut i Messi po prostu sobie stoi, jakby w ogóle nie brał udziału w grze. A potem nagle dostawał piłkę i robił na raz czterech, pięciu naszych graczy z nieprawdopodobną łatwością.
- Niemal wszyscy bałkańscy piłkarze Legii z którymi rozmawiałem, wspominali wojnę w Jugosławii, a to było przecież 30 lat temu. W jaki sposób funkcjonuje się ze świadomością konfliktu, który ciągle trwa?
- Tak naprawdę to wszystko nie dotknęło sportowców, ale zwykłych ludzi żyjących w Ługańsku i Doniecku. Ludzi muszących nagle opuścić swoje domy i przede wszystkim osoby, które zdecydowały się zostać na miejscu. Ja tylko mogę mieć nadzieję, że to wszystko szybko się zakończy.
- Z donieckiego klubu trafiłeś do Dynama, choć tak naprawdę byłeś już dogadany z kimś innym.
- To prawda, miałem praktycznie wszystko ustalone z Zorią Ługańsk. Klub przysłał mi do wglądu kontrakt, a w nim znajdowały się dwa punkty, które nie do końca mi się spodobały. Powiedziałem: słuchajcie, wszystko jest okej, ale zmieńcie proszę te dwie rzeczy. Usłyszałem, że oczywiście, nie ma problemu i góra za dwa dni dostanę nową umowę. Dwa dni minęły i nic się nie działo, więc pomyślałem – trudno, jadę na urlop. Tam dostałem telefon od Aleksandra Chackiewicza, ówczesnego trenera Dynamo, który spytał mnie, czy nie chciałbym być w jego zespole. Co mogłem odpowiedzieć: oczywiście, że bym chciał, bo w końcu marzyłem o tym od dziecka. Odmówiłem więc Zorii i trafiłem do Kijowa.
- A tam, oprócz zdobycia mistrzostwa i superpucharu kraju, udało Ci się zagrać przeciwko naprawdę poważnym firmom. Wyszedłeś na boisko choćby przeciwko Chelsea czy Barcelonie, a jako lewy obrońca grałeś na prawego skrzydłowego Barcy, Lionela Messiego. Jak było?
- Interesująco (śmiech). Naprawdę świetnie było popatrzeć na najlepszego piłkarza świata – jak gra, jak rozumie mecz, jak porusza się po boisku: serio, to jest coś. Szybko dostaliśmy bramkę, ale potem doszliśmy do siebie i sądzę, że zaprezentowaliśmy się na Camp Nou z niezłej strony.
- Tak z perspektywy boiska: Messi naprawdę jest z innej planety?
- Kosmonauta. Słuchaj: kontrolujemy grę, potem zmiana i piłkę ma Barca. Wszystko toczy się w środku pola, nie ma zagrożenia pod żadną z bramek. Trwa to parę minut i Messi po prostu sobie stoi, jakby w ogóle nie brał udziału w grze. A potem nagle dostawał piłkę i robił na raz czterech, pięciu naszych graczy z nieprawdopodobną łatwością. Absolutnie niesamowity piłkarz.
- W meczu z Chelsea też miałeś godnego rywala.
- Tak, tylko tam nie grałem na lewej obronie, a na środku, gdzie mierzyłem się z Giroud. I powiem szczerze, że z Chelsea grało nam się trudniej niż z Barceloną. Ten zespół nie pozwolił nam praktycznie na nic, nie dawał czasu, cały czas był w posiadaniu piłki i spychał nas pod bramkę. Z Barceloną jednak mieliśmy taki swój kwadrans, w trakcie którego strzeliliśmy jej gola. W Londynie nie było ani jednego takiego momentu.
- To prawda, że pięć meczów w Europie uczy więcej niż cały sezon w lidze?
- Myślę, że ta nauka trwa cały czas. Bo czasem, choćbyś nie wiem jak się starał, popełnisz jakiś błąd. Z każdego musisz wyciągnąć wnioski, każdy powinien cię czegoś nauczyć. Dlatego nie byłbym tutaj aż tak restrykcyjny – uważam, że każdy mecz w lidze również jest bardzo wartościową lekcją dla zawodnika. Jasne, że najwięcej uczysz się od najlepszych, ale nie można deprecjonować innych spotkań.
- Na pewno nie tylko ja byłem rozgoryczony, drużyna szybko zeszła z placu i podejrzewam, że nikt mnie po prostu nie zauważył. Kiedy przyszedłem do szatni wszyscy mnie wsparli, powiedzieli, żebym tego nie przeżywał, że to się zdarza.
- Na pewno nie tylko ja byłem rozgoryczony, drużyna szybko zeszła z placu i podejrzewam, że nikt mnie po prostu nie zauważył. Kiedy przyszedłem do szatni wszyscy mnie wsparli, powiedzieli, żebym tego nie przeżywał, że to się zdarza.
- No dobra, skoro już wywołaliśmy temat błędów, to chyba wiesz o co chcę teraz zapytać.
- Wiem. Po meczu z Piastem byłem na siebie bardzo zły. Położyłem się na boisku i myślałem o tym, dlaczego tak zagrałem, dlaczego pozwoliłem sobie na taką pomyłkę. Chciałem pomóc drużynie, a przez złe podanie zawaliłem mecz. Było mi po prostu źle przed kolegami, sztabem, kibicami.
- Długo przeżywasz pomyłki?
- Zależy jakie, bo często jeden błąd nie jest równy innemu błędowi. Ale jeśli masz na myśli coś takiego jak w pucharze to tak, bolało mnie to mocno.
- A jak z Twojej perspektywy wyglądała słynna już sytuacja po ostatnim gwizdku?
- Grałem na lewej obronie, zejście do szatni jest z prawej strony boiska, więc pod koniec meczu znajdowałem się na praktycznie na skraju placu. Byłem zły, położyłem się na murawie i po prostu myślałem o tym co zrobiłem. Na pewno nie tylko ja byłem rozgoryczony, drużyna szybko zeszła z placu i podejrzewam, że nikt mnie po prostu nie zauważył. Kiedy przyszedłem do szatni wszyscy mnie wsparli, powiedzieli, żebym tego nie przeżywał, że to się zdarza. Ja od razu przeprosiłem cały zespół, a sam usłyszałem: trudno, wszyscy się mylą. Koledzy mówili też, że ten mecz można było skończyć dużo wcześniej, wykorzystać sytuacje, które sobie stworzyliśmy. Nikt z nikogo nie robił winnego. Porażki bolą, ale czasu nie da się cofnąć. Musisz po prostu wyjść na boisko i wygrać kolejny mecz.