Legia logo
News11 min read

Jacek Cyzio: Wyglądaliśmy, jakbyśmy przyjechali handlować na bazarze, ale dziś jesteśmy dumni [HISTORIA]

Plus500 logo
PKO Bank Polski Ekstraklasa logo

W sezonie 1990/91 Legia Warszawa królowała na salonach europejskiej piłki. W kwietniu 1991 roku Wojskowi zmierzyli się z wielkim Manchesterem United w ramach półfinału rozgrywek o Puchar Zdobywców Pucharów. Od ponad trzydziestu lat żadna rodzima drużyna nie jest w stanie dorównać temu osiągnięciu. O rywalizacji z Anglikami opowiada strzelec gola w domowej potyczce – Jacek Cyzio.



Sam już nie wiem, jak ten sukces smakował. To było tak dawno temu... Od tamtej pory żaden polski klub nie doszedł tak daleko, zatem było to ogromne osiągnięcie. Nikt na nas nie stawiał, nikt nie liczył. Nasza kadra była wąska, mieliśmy piętnastu piłkarzy do grania, dwóch trenerów i jednego masażystę. W dzisiejszych czasach jest to nie do pomyślenia.


DUŻO SIĘ DZIAŁO

Droga do półfinału sporo nas kosztowała. Odbiło się to na lidze, gdzie rozczarowaliśmy, zajęliśmy dziewiąte miejsce. Zdecydowała o tym właśnie wąska kadra. W Europie biliśmy się jak równy z równym z największymi klubami. Wyeliminowaliśmy przecież Sampdorię, potem trafiliśmy na Manchester United. To były wymagające starcia, musieliśmy przeskoczyć swoje możliwości. Ceną była gorsza postawa w ekstraklasie. Ze sportowego punktu widzenia było nam obojętne na kogo trafimy w półfinale – i tak musielibyśmy zmierzyć się z wielkim faworytem. Zespoły, które znalazły się na tamtym etapie rozgrywek, to były największe kluby europejskie, uznane marki: Juventus, FC Barcelona, Manchester United. A wśród nich my, skromna Legia Warszawa. We Włoszech byliśmy rundę wcześniej, więc liczyliśmy, że naszym rywalem nie będzie Juventus. Z FC Barceloną graliśmy w poprzednim sezonie. Jako nowe doświadczenie pozostał Manchester United. I tak też się stało, że los nas z nimi skrzyżował. Był to dla nas rywal za mocny, ale na pewno było miło, sympatycznie i trochę egzotycznie, gdy wielki Manchester przyjechał do nas na Łazienkowską. Troszkę się wtedy u nas działo... Jeśli dobrze pamiętam, na mecze ligowe mieliśmy zamkniętą główną trybunę, nie mogli wchodzić tam kibice, a nagle na puchary okazało się, że fani mogą pojawić się na stadionie. Przebieraliśmy się po drugiej stronie boiska. W rogu specjalnie wykonano blaszany tunel do wyjścia na murawę. Dla Polaków takie warunki były w miarę normalne. Przecież wszystkie kluby w Polsce na początku lat 90. tak funkcjonowały, prowizorka była wszechobecna. Ale dla takiego Manchesteru United to musiało być zderzenie z innym światem. Nie wiem nawet, gdzie oni się przed tym meczem przebierali. Prawdopodobnie w budynku, w którym mieszkali nasi piłkarze będący w wojsku, może w hotelu na mieście. Ten budynek został później przerobiony, bo główna trybuna groziła zawaleniem i została zamknięta, a wszystkie biura przenieśli właśnie do tego budynku. Dla piłkarzy Manchesteru musiało być to dziwne, egzotyczne i niezrozumiałe, że klub grający w półfinale pucharów funkcjonuje w taki sposób.

Pamiętam, że przed pierwszym meczem przeciwko Manchesterowi odwiedził nas Roman Kosecki, który przyleciał specjalnie z Turcji i wręczył nam bransoletki w ramach nagrody za awans do półfinału. Obiecał też prezenty za ewentualny finał, ale chyba już wiedział, że nie awansujemy. Romek zawsze był znany z ciekawych pomysłów.

OGROMNI ANGLICY

Różnice między nami a zawodnikami Manchesteru były widoczne na każdej płaszczyźnie, ale na boisku nie było ich już widać. Ograliśmy mistrzów Włoch, którzy też byli napakowani gwiazdami, stanowili wówczas potęgę. Anglicy, jak to Anglicy, byli... ogromni. Bardzo stawiano u nich na przygotowanie fizyczne, byli inaczej zbudowani, widać było ciężką pracę w siłowni. Robili wrażenie. W Polsce nie mieliśmy nawet odżywek, które tam stosowano na co dzień. Doktor Stanisław Machowski stawał na głowie i robił wszystko, co mógł, by zapewnić nam jak najlepsze warunki do rywalizacji. Cały sztab był zresztą fantastyczny. Skromny, ale fantastyczny. Nieżyjący już niestety trener Władysław Stachurski miał do nas bardzo fajne podejście. Jego kultowe teksty pamiętam do dziś – „malinowe nosy spod budki nad Wisłą”. W żartach mówił, że właśnie tak skończymy. Jego asystent, też już świętej pamięci, pan Ryszard Kosiński, też wprowadzał fantastyczną atmosferę. Nie można się było przy nim nudzić, rozluźniał atmosferę na odprawach. Trener Stachurski zadawał mu merytoryczne pytania, a on odpowiadał zupełnie inaczej, w swoim stylu, rzucając jakimś zabawnym tekstem. W sztabie szkoleniowym był też Lucjan Brychczy. Grupa była ciekawa, zgrana, świetnie się czuliśmy w swoim gronie. Pamiętam, że przed pierwszym meczem przeciwko Manchesterowi odwiedził nas Roman Kosecki, który przyleciał specjalnie z Turcji i wręczył nam bransoletki w ramach nagrody za awans do półfinału. Obiecał też prezenty za ewentualny finał, ale chyba już wiedział, że nie awansujemy. Romek zawsze był znany z ciekawych pomysłów. Grał już wtedy w Galatasaray, ale żył naszymi sukcesami, utrzymywał z nami kontakt. Jednak pewnych rzeczy nie dało się przeskoczyć. Byliśmy przy Anglikach chłopczykami – malutcy, drobniutcy. Ale na boisku tej różnicy nie było widać. Walczyliśmy z nimi jak równy z równym. W Manchesterze przecież zremisowaliśmy 1:1.

Grając przeciwko Manchesterowi United w jedenastu, byłoby nam ciężko, a co dopiero w osłabieniu?! Nie daliśmy rady napakowanym Anglikom. Przecież to była ekipa pełna gwiazd. Na ławce sir Alex Ferguson, który był dopiero na początku swojej drogi do galerii sław futbolu.

Mecz w Warszawie ułożył się jednak niecodziennie... Przegraliśmy 1:3, ale długo graliśmy w dziesiątkę, bo pod koniec pierwszej połowy czerwoną kartkę dostał Marek Jóźwiak. Grając przeciwko Manchesterowi United w jedenastu, byłoby nam ciężko, a co dopiero w osłabieniu?! Nie daliśmy rady napakowanym Anglikom. Przecież to była ekipa pełna gwiazd. Na ławce sir Alex Ferguson, który był dopiero na początku swojej drogi do galerii sław futbolu. W ataku Mark Hughes, w obronie Steve Bruce, z prawej strony Denis Irwin, na lewym skrzydle młoda gwiazda reprezentacji Anglii Lee Sharpe, który potem nieco się w życiu pogubił... Wielcy piłkarze grający w swoich reprezentacjach. My nie mieliśmy nic do stracenia. Wyszliśmy jak po swoje, nie położyliśmy się przed nimi, graliśmy bez strachu, tak jak wymyślił to sobie trener Stachurski. Wszystko się dobrze układało, prowadziliśmy przecież 1:0. Co prawda bardzo krótko, niespełna minutę, bo zagubiliśmy się gdzieś w trybunach po tej zdobytej bramce i zostaliśmy ukarani. Nie dojechaliśmy na własną połowę. Sędzia też troszkę chyba przegiął, bo za szybko wznowił grę, ale tak się kiedyś grało. Teraz arbiter musi poczekać, aż wszyscy zawodnicy wrócą na swoje pozycje, a wtedy pobiegłem do najdalej oddalonego narożnika, wszyscy ruszyli za mną i nie zdążyliśmy się ustawić. Akurat tak się złożyło, że na Lee Sharpe'a grał mój szwagier, Arek Gmur. Ta historia urosła do miana anegdoty, że szwagier poświęcił mi za dużo czasu przy chorągiewce, ale prawda jest taka, że cieszyła się ze mną cała drużyna, wszyscy wtedy zwariowaliśmy. Tak się to ułożyło, że chwilę później straciliśmy gola, potem ta czerwona kartka Marka Jóźwiaka i mecz się posypał... Natomiast na Old Trafford było bardzo fajnie, choć tam warunki były tragiczne. Boisko było źle przygotowane, my nie mogliśmy mieć przy nim kompleksów. W dzisiejszych czasach taka murawa byłaby nie do zaakceptowania.

Było nam trudno. Nie mieliśmy kim straszyć. Chcieliśmy wygrywać mecze w lidze, bylibyśmy głupcami, gdybyśmy odpuszczali mecze ligowe, bo za trzy dni gramy z United. W Manchesterze to my graliśmy z przyjemnością, wiedząc, że i tak zrobiliśmy już bardzo dużo. A w lidze musieliśmy wygrywać!

NIEŚMIERTELNY GOL

Powiem szczerze, że gol strzelony Manchesterowi przy Łazienkowskiej, był w mojej przygodzie z piłką najważniejszy. Dał mi swego rodzaju nieśmiertelność. Zdobyłem wiele bramek, byłem częścią tego sezonu i udało mi się strzelić gola po bardzo ładnej akcji zespołowej. Piotr Czachowski asystował mi piętą, wbiegłem między dwóch obrońców i ciekawie wykończyłem tę akcję. Ten gol dał nam prowadzenie. Zdobyliśmy wiele ważnych bramek w tamtym sezonie – Krzysiek Iwanicki dał nam awans z Aberdeen, Darek Czykier strzelił przeciwko Sampdorii czy Wojtek Kowalczyk, który zrobił show we Włoszech. To wszystko były wyjątkowe trafienia. Później, kiedy grałem już w Turcji, też strzelałem istotne gole, np. w półfinale krajowego pucharu. Dużo było takich fajnych bramek, ale o tej z Manchesterem się pamięta i będzie pamiętało. Przecież inaczej byśmy teraz nie rozmawiali. Szkoda tylko, że ostatecznie przegraliśmy tamten mecz. Absolutnie nie stawialiśmy rozgrywek europejskich ponad ligę. Nikt z nas tak do tego nie podchodził. Pojawiła się krytyka w mediach, ale w Polsce zawsze coś komuś nie pasuje. Po prostu nie mieliśmy pary, by walczyć na dwóch frontach. Graliśmy czternastoma zawodnikami. Trener nie miał zbyt dużego wyboru. Rąbaliśmy cały czas tym samym składem. Przed meczem z Sampdorią wypadł nam jeszcze ze składu Andrzej Łatka, ale wykorzystał to młodziutki Wojciech Kowalczyk, który został objawieniem i tak narodziła się jego kariera. Ale Andrzej nie mógł grać, a był ważnym zawodnikiem. Darek Kubicki i Krzysiek Budka też nie byli do grania... Było nam trudno. Nie mieliśmy kim straszyć. Chcieliśmy wygrywać mecze w lidze, bylibyśmy głupcami, gdybyśmy odpuszczali mecze ligowe, bo za trzy dni gramy z United. W Manchesterze to my graliśmy z przyjemnością, wiedząc, że i tak zrobiliśmy już bardzo dużo. A w lidze musieliśmy wygrywać! Po prostu brakowało nam sił. W meczach z Manchesterem czy Sampdorią nie mogliśmy zagrać na sto procent. To by nie wystarczyło. Musieliśmy tam przekraczać własne możliwości, grać na dwieście procent.

Do Manchesteru lecieliśmy powalczyć. Przegraliśmy 1:3 u siebie i musiał zdarzyć się cud, ale co mieliśmy do stracenia? Nikt na nas już nie liczył, a my znów pokazaliśmy się z dobrej strony. Więcej o nas pisano niż o Manchesterze United. Anglicy mieli z nami problemy, a przecież to oni ostatecznie sięgnęli po trofeum.

DUMNI Z REMISU

To się później odbijało. Nie przypominam sobie, abym nie miał siły na boisku, ale patrząc z perspektywy czasu, mając pewne doświadczenie, wiem że to musiało mieć odbicie w naszych organizmach. Przecież wypoczynek i regeneracja jest istotna też w dzisiejszych czasach, a warunki są nieporównywalnie lepsze. Na pewno żadnego meczu nie odpuściliśmy. A że ktoś miał pretensję? Zawsze tak jest. Do Manchesteru lecieliśmy powalczyć. Przegraliśmy 1:3 u siebie i musiał zdarzyć się cud, ale co mieliśmy do stracenia? Nikt na nas już nie liczył, a my znów pokazaliśmy się z dobrej strony. Więcej o nas pisano niż o Manchesterze United. Anglicy mieli z nami problemy, a przecież to oni ostatecznie sięgnęli po trofeum. Jechaliśmy na stadion z wiarą, że może szybko strzelimy gola, może mecz potoczy się dla nas pozytywnie. Ostatecznie odpadliśmy, ale byliśmy z siebie dumni. Sir Alex Ferguson w tamtych latach zaczynał wielką karierę. Nikt o nim jeszcze nie mówił, jak o legendzie futbolu i najwybitniejszym trenerze Manchesteru United w historii. Ale i tak było o nim wówczas głośno. Zrobił super robotę w szkockim Aberdeen, trafił do United, aby odmienić ten klub, zbudować go na nowo na własnych zasadach, co później jak doskonale wiemy się wydarzyło. Wiązano z nim ogromne nadzieje.

Nikt się w Europie nie spodziewał, że Legia Warszawa znajdzie się w półfinale takich rozgrywek. To była sensacja. Wielcy ludzie futbolu nas docenili. Byliśmy chwaleni z każdej strony, każdy z nas zagrał swoje mecze życia.

Po meczu w Anglii piłkarze Manchesteru szybko zaczęli schodzić do szatni... Ja miałem farta, bo stałem obok Denisa Irwina, który zdjął koszulkę i mi ją dał, a ja sprezentowałem mu swoją. Jednak pozostali zawodnicy nie byli chętni do wymiany. Na drodze do tunelu stanął im wówczas Alex Ferguson, wtedy jeszcze bez tytułu szlacheckiego, i nakazał zawrócić, aby wymienić się z nami koszulkami. To był gest szacunku wobec nas. Nikt się w Europie nie spodziewał, że Legia Warszawa znajdzie się w półfinale takich rozgrywek. To była sensacja. Wielcy ludzie futbolu nas docenili. Byliśmy chwaleni z każdej strony, każdy z nas zagrał swoje mecze życia. To było niewyobrażalne pokonać Aberdeen, które było wtedy silniejsze od Celtiku, cenione w Europie, a co dopiero wyeliminować Sampdorię, która w tamtych czasach była potęgą włoskiej piłki? To była ekipa naszpikowana gwiazdami... Gianluca Pagliuca, Gianluca Vialli, Roberto Mancini... Sami wybitni piłkarze! A my, skromni chłopcy, tam pojechaliśmy i ich opędzlowaliśmy. Biedny klub z Polski wszedł na europejskie salony. Gest Fergusona był pięknym zwieńczeniem tej pięknej przygody.

Europa piała z zachwytu z powodu Legii Warszawa. Trener Sampdorii Vujadin Boškov był pod wielkim wrażeniem naszej gry. Wypowiadał się o nas w samych superlatywach. Władze Legii były nam za to ogromnie wdzięczne. Czuliśmy ich wsparcie. Absolutnie nie brakowało pieniędzy na awans do finału.

WIELKA PREMIA

Zarząd, a dokładniej pan Jerzy Wojtysiak, nagrodziłby nas za ewentualny awans do finału w taki sposób, w jaki byśmy sobie zażyczyli. Wojtysiak był z ramienia wojska głównym sponsorem, on nas finansował. Na spotkaniu przed meczem z Sampdorią zapytał radę drużyny o kwestię premii, chłopaki odpowiedzieli konkretną kwotą, a pan Wojtysiak od razu się zgodził. Zarząd w nas wierzył, ale kto by się tak naprawdę spodziewał, że zajdziemy do półfinału? Premia za awans z Manchesterem United też była ustalona. Co więcej, my dostaliśmy pieniądze nawet po odpadnięciu z Anglikami. Było to wynagrodzenie za nasz wkład i wielki sukces. Pan Wojtysiak zaprosił nas do siedziby klubu i przekazał pieniądze za remis w Manchesterze. Oczywiście ta kwota była trochę mniejsza niż w przypadku ewentualnego awansu, ale nie mieliśmy prawa narzekać. To było wynagrodzenie za te wszystkie pochwały, za miłe słowa sir Alexa Fergusona. Europa piała z zachwytu z powodu Legii Warszawa. Trener Sampdorii Vujadin Boškov był pod wielkim wrażeniem naszej gry. Wypowiadał się o nas w samych superlatywach. Władze Legii były nam za to ogromnie wdzięczne. Czuliśmy ich wsparcie. Absolutnie nie brakowało pieniędzy na awans do finału. Obiecana premia była nawet większa niż za Sampdorię. Nie udało się jej wywalczyć, ale i tak część pieniędzy trafiła do zawodników.

Przyjechali sobie na mecz chłopcy, każdy ubrany inaczej, jeden w dresie Pumy, drugi Adidasa, trzeci Polsportu. A z naprzeciwka z autokaru wychodzą panowie piłkarze jak z książki, elegancko ubrani, wszyscy w identycznych strojach. Wyglądaliśmy przy nich, jakbyśmy przyjechali handlować na bazarze. Takie były czasy, takie warunki.

CUDOWNE CHWILE

Dzwoni pan do mnie po tylu latach, a ja zawsze opowiadam o tym golu. To mówi wszystko o tamtym wydarzeniu. Wielką rzeczą była gra w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów. A mogliśmy zajść krok dalej. Śnił nam się po nocach ten mecz w Warszawie, trzy stracone gole w osłabieniu. Przysnęliśmy... Dobry wynik na Old Trafford... Mam to cały czas z tyłu głowy. To niesamowite wydarzenie, że byliśmy w stanie coś takiego zrobić na początku lat 90. Przyjechali sobie na mecz chłopcy, każdy ubrany inaczej, jeden w dresie Pumy, drugi Adidasa, trzeci Polsportu. A z naprzeciwka z autokaru wychodzą panowie piłkarze jak z książki, elegancko ubrani, wszyscy w identycznych strojach. Wyglądaliśmy przy nich, jakbyśmy przyjechali handlować na bazarze. Takie były czasy, takie warunki. Mieliśmy jednak bardzo dobry zespół, każdy szedł za kolegą w ogień i fantastycznego trenera, który potrafił to poukładać. I to dało efekt. Mieliśmy kapitalną przygodę w Pucharze Zdobywców Pucharów. Do dziś jesteśmy dumni. Zrobiliśmy coś wielkiego dla Legii Warszawa, dla kibiców, zarządu, dla polskiej piłki, a przede wszystkim dla siebie. Od tamtej pory żadna inna polska drużyna nie powtórzyła naszego sukcesu i będzie o to naprawdę trudno. Awans do finału byłby cudowną historią, ale i tak przeżyliśmy swoje wielkie chwile.


* Tekst ukazał się w pierwszym numerze kwartalnika Nasza Legia. Najnowszy, 5. numer, możecie kupić w TYM miejscu.

10 KWIETNIA 1991 / LEGIA WARSZAWA – MANCHESTER UNITED 1:3 (1:1)

Bramki: Cyzio 37' - McClair 37', Hughes 53', Bruce 68'

Legia: Robakiewicz – Gmur, (62' C. Wójcik), Jóźwiak, Modzelewski, Czachowski – Czykier, Iwanicki, Bąk, Pisz – Kowalczyk, Cyzio

Manchester Utd.: Sealey – Bruce, Pallister, Irwin, Blackmore – Phelan (46' Donaghy), Webb, Ince, McClair – Hughes, Sharpe

Czerwona kartka: Jóźwiak (Legia)

Sędziował: Alphonse Constantin (Belgia), Widzów: 16 000.



24 KWIETNIA 1991 / MANCHESTER UNITED - LEGIA WARSZAWA 1:1 (1:0)

Bramki: Sharpe (28') - Kowalczyk (57')

Manchester Utd.: Walsh - Irwin, Bruce, Pallister, Blackmore (71' Donaghy) - Webb, Sharpe, Robson, Phelan - McClair, Hughes

Legia: Robakiewicz - Bąk, Czachowski, Gmur, Kubicki - Iwanicki, Sobczak (76' Łatka), Czykier, Pisz - Kowalczyk, Cyzio

Sędziował: Aron Schmidhuber (Niemcy), Widzów: 44 269.

Share

Related news

See all