
W dwumeczu 1/8 finału Pucharu Zdobywców Pucharów w sezonie 1972/1973 legioniści mierzyli się ze słynnym Milanem. Ulegli Włochom nieznacznie, a fachowcy zgodnie orzekli, że była to jedna z najwspanialszych rywalizacji polskiej drużyny w europejskich pucharach. W roku 2001 o meczu w Mediolanie wspominał na łamach „Naszej Legii” fotograf Eugeniusz Warmiński, który był naocznym świadkiem tamtych wydarzeń.
Rozgrywki pucharowe tradycyjnie dostarczały nam, kibicom, ogromnej porcji emocji. Zwykle przy okazji tych rozgrywek mogliśmy liczyć na sensacje i niespodzianki w meczach, kiedy słynne europejskie jedenastki przegrywały z mało liczącymi się na piłkarskim rynku drużynami. Niewiele brakowało, a do takiej sensacji doprowadziłaby drużyna Legii w 1/8 finału edycji rozgrywek Pucharu Zdobywców Pucharów w roku 1972. Za przeciwnika Legii los wyznaczył klub-przedsiębiorstwo — włoski AC Milan, mający na swoim koncie triumfy w rozgrywkach o najwyższe trofea w klubowej piłce. Po zapoznaniu się z wynikami losowania, niewielu kibiców Legii dawało jej szansę awansu. Mimo to pierwszy mecz z zespołem „złotego chłopca”, jak nazywano Gianniego Riverę, wywołał w Warszawie olbrzymie zainteresowanie. Do tego stopnia, że przeniesiono ten mecz na Stadion X-lecia. Był to bodaj pierwszy
i ostatni mecz pucharowy Legii na stołecznym stutysięczniku. W meczu tym Legia stoczyła porywającą walkę i walczyła jak równy z równym z renomowanym przeciwnikiem. Skończyło się na remisie 1:1.
Remis w Warszawie przed rewanżem w Mediolanie stawiał Milan w roli zdecydowanych faworytów. Niewiele jednak brakowało aby pożegnali się z marzeniami o sukcesie w Pucharze Zdobywców Pucharu. Pracując w redakcji „Sportowca”
miałem szczęście uczestniczyć wspólnie z piłkarzami Legii w wyprawie na mecz rewanżowy do Mediolanu. Wyprawa ta już od samego początku miała niecodzienny przebieg. Pierwszym przeciwnikiem stołecznych piłkarzy była gęsta mgła, która spowiła Mediolan i jego okolice, i która towarzyszyła nam już do końca naszego pobytu we Włoszech. Odlot z Frankfurtu do Mediolanu został opóźniony na tyle, ze cała nasza podróż trwała ponad sześć godzin. Prawdziwe perypetie zaczęły się nad Włochami. Żadne lotnisko nie chciało przyjąć naszego samolotu. Zgodę na lądowanie otrzymaliśmy dopiero na lotnisku w Genui. Dodatkowych emocji dostarczyło nam lądowanie naszego samolotu, ktory zmierzał do celu prawie nad dachami domów. Dobrze znałem piłkarzy Legii, ale nigdy nie spotkałem się z taką powagą i milczeniem, jakie zachowywali wtedy w samolocie. Nawet Władek Stachurski, znany ze swojego poczucia
humoru, tym razem był niezwykle cichy i spokojny. Na szczęście pilot prowadzący maszynę z nami na pokładzie okazał się mistrzem w swoim fachu i szczęśliwie mogliśmy wylądować.
Z Genuii normalnym rejsowym autobusem wyruszyliśmy do Mediolanu. Tu również dała o sobie znać gęsta mgła, która utrudniała jazdę do tego stopnia, że były momenty, w których poruszaliśmy się z szybkością około 10 km/h. Po tych wszystkich perypetiach związanych z dotarciem do Mediolanu, na miejscu zameldowaliśmy się zmęczeni i głodni około godziny 23. W hotelu po lekkim posiłku wszyscy z ulgą udaliśmy się do pokoi, by wypocząć i porzadnie się wyspać. Następnego dnia pogoda niewiele sie zmieniła. Słyszeliśmy głosy z obozu rywala, że jeżeli nie ulegnie zmianie, to mecz może zostać przełożony na inny termin. Na szczęście mgła trochę zelżała i do tego nie doszło. Kierownictwo AC Milan wobec Legii zachowało się nie fair, nie dając przeprowadzić treningu na płycie stadionu San Siro. Być może chodziło o oszczędzenie cennej trawy lub może - w co bardziej wierzę - Włosi po prostu nie chcieli ułatwić rywalowi zadania. Boisko udostępniono Legii dopiero na godzinę przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Tak więc ostatnią rozgrzewkę przed meczem nasi piłkarze wykonywali w niecodziennych warunkach, na obszernym hallu tuż przed szatniami. Przyznam, że był to niecodzienny widok, gdy gracze w pełnym rynsztunku piłkarskim z piłkami przy nodze uwijali się po posadzce.
Piłkarzom Legii przed meczem, który miał być rozegrany 8 listopada 1972 roku w Mediolanie, nikt — może poza naszą nieliczną grupą dziennikarzy i fotoreporterów — nie dawał szans. Obawialiśmy się najbardziej szturmu Milanu na samym początku meczu. Tym bardziej, że można było wyczuć, iż piłkarze czuli respekt przed renomowanym rywalem. Jednak rzeczywistość zaprzeczyła wszystkim prognozom, a pierwsze akcje rozwiały wszelkie wątpliwości. Zaczęło się co prawda od ataku Włochów, ale legioniści szybko się z nimi uporali i sami zaczęli przechodzić do śmiałych i zdecydowanych akcji ofensywnych. Obserwując wydarzenia na boisku można było nawet odnieść wrażenie, że Milan nie ma swojego dnia. Był to dość dziwny mecz. Myślę, że tajemnica tego spotkania polegała na doskonałej, wręcz koncertowej grze linii środkowej Legii, w której czwórka wielkich piłkarzy: Lesław Ćmikiewicz, Jan Pieszko, Kazimierz Deyna i Bernard Blaut, trafiła na swój wielki dzień. Dodatkowo znakomicie grali Tadeusz Nowak i Robert Gadocha, przy czym temu drugiemu należą się specjalne słowa uznania, ponieważ wychodząc na boisko byl lekko przeziębiony.
Tadeusz Nowak został okrzyknięty piłkarzem numer jeden tego meczu, był zawodnikiem szczególnie trudnym do upilnowania dla defensorów Milanu. Boisko, a w zasadzie lotnisko [120 metrów — przyp.red.] na San Siro, to była wymarzona arena dla szybkiego jak błyskawica „Ferrariego”. Ku zdumieniu licznych obserwatorów, Włosi zostali obezwładnieni przez legionistów mistrzowskim chwytem, z którym ani slynny Rivera, ani Chiarugi nie mogli sobie poradzić. Niestety, bardzo dobrze broniący w przekroju całego spotkania bramkarz Legii Piotr Mowlik w 10. minucie meczu nie ustrzegł się błędu, po którym Signoli strzelił z ostrego kąta, po czym piłka wpadła do siatki. Legionisci nie załamali sie niepowodzeniem i to, co działo się potem, to była gra jak w transie. Utrata bramki zmobilizowała ich do bardziej ambitnej i energicznej walki. Na minutę przed końcem pierwszej połowy upór i ambicja Legii zostały nagrodzone. Po znakomitym rajdzie Gadocha zdecydowałsię na strzał, bramkarz Włochów sparował piłkę, ale znajdujący się w jego sąsiedztwie Pieszko skutecznie dobił futbolówkę i wyrównał na 1:1.
Druga połowa meczu toczyła się jednak pod dyktando Włochów. W grze legionistów dało się zauważyć zmęczenie. Milanowi dopisało jeszcze szczęście po pięknym strzale Deyny, kiedy piłkę z linii bramkowej wybił Schnellinger. Wynik 1:1 utrzymał się do końca meczu, po którym niemiecki sędzia Tschenscher (jako ciekawostkę podam fakt, że wracaliśmy razem samolotem i w rozmowie okazało się, iż jest emigrantem z Polski, z Gliwic — niestety, rozmawiał z nami tylko po niemiecku) zarządzil dogrywkę. W dogrywce mający „nóż na gardle” Włosi zepchnęli Legię do obrony. Mimo licznych i dogodnych pozycji do strzelenia gola, żadna z drużyn nie była w stanie popisać się swoją skutecznością. Myślami byliśmy już przy rzutach karnych, kiedy Włochom udało się jednak strzelić gola.
Było to na dwie minuty przed zakończeniem dogrywki. W 117. minucie Legię pogrążył Chiarugi. Wielokrotnie już widziałem, jak zachowują się zwycięzcy. Ale tak ponurych triumfatorów, jakimi tego wieczoru byli piłkarze Milanu, nie miałem okazji obserwować nigdy przedtem ani potem. Legia nie była zespołem gorszym. Za swój występ na San Siro piłkarze zebrali doskonałe recenzje. Wielu komentatorów uważało, że to właśnie Legii należał się awans do ćwierćfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Wracaliśmy do Warszawy może z uczuciem żalu, ale mimo to w doskonałych nastrojach. Legioniści udowodnili, że stać ich na nawiązanie równorzędnej walki nawet z najlepszymi. Ten mecz pozostał mi na zawsze w pamięci, ponieważ to była gra, której nie można zapomnieć.
Eugeniusza Warmińskiego wysłuchał Wiktora Bołba [Nasza Legia, nr 5 (199), 31 stycznia 2001 r.]