Legia logo
Piłka nożna11 min czytania

Artur Jędrzejczyk: Chłopaku, zrobiłeś to!

Plus500 logo
PKO Bank Polski Ekstraklasa logo

Rozegranie stu meczów dla jednego klubu to duże wyróżnienie. Gdy wystąpisz w jednej drużynie dwieście razy, możesz śmiało mówić o dużym osiągnięciu. Trzysta meczów w barwach jednego kubu to ogromny sukces. Ale rozegranie czterystu meczów w jednej drużynie zdarza się tylko nielicznym, wyjątkowym. Artur Jędrzejczyk dokonał tej sztuki w barwach Legii Warszawa i jak sam mówi - ma jeszcze marzenia i cele związane z grą w koszulce z „eLką” na piersi. Zapraszamy na rozmowę z kapitanem Legii, Arturem Jędrzejczykiem.




- 2006 rok. Twój pierwszy mecz z „eLką” na piersi. Co pomyślałby sobie tamten Artur patrząc na tego dzisiejszego, mającego na koncie tyle sukcesów, a także 400 meczów w barwach Legii.

- Nawet nie przyszłoby mi do głowy, że mogę rozegrać dla Legii Warszawa tyle spotkań. Tym bardziej dla mnie, młodego chłopaka z Dębicy, który miał w juniorskich drużynach za trenera legendarnego Leszka Pisza. Wtedy to było jak sen. Słuchałeś o potędze tego klubu, o jego wielkości. Marzyłeś, żeby kiedyś mieć okazję założyć tę koszulkę. A ja dokonałem tej sztuki 400 razy. Gdy byłem młody nie chciałem za bardzo wybiegać w przyszłość. Na początku chciałem zaistnieć w seniorskiej piłce, dostać szansę. Dzięki ciężkiej pracy otrzymałem taką możliwość w 2006 roku podczas Superpucharu Polski. Chciałem systematycznie stawiać kolejne kroki. Jeżeli mam być całkowicie szczery, o skali mojego osiągnięcia zrozumiałem, gdy przekroczyłem barierę trzystu spotkań. Wtedy dotarło do mnie, że mam szansę zrobić coś wielkiego. Moja historia w Legii jest wyboista. Wiadomo, że w 2017 czy 2018 roku mogło mnie tutaj nie być. Los jednak chciał, abym dalej pisał piękną historię w tym pięknym klubie. Jestem z tego ogromnie dumny. Tak po prostu miało być!

 

-  Rozegrałeś 400 meczów w barwach Legii. Do Jacka Zielińskiego brakuje ci czterech spotkań. Pan Lucjan Brychczy rozegrał dla Legii 452 mecze.

- Z całym szacunkiem. Nawet gdyby była okazja, nie chciałbym przebijać osiągnięcia Pana Lucjana. Mam do niego zbyt duży szacunek, bo jest Legendą nie tylko Legii, ale i całej polskiej piłki. W takim momencie rzuciłbym po prostu ręcznik. Odpuściłbym.

- Gdybyś miał wskazać jedną rzecz, jeden aspekt, który najbardziej pomógł ci w osiągnięciu liczby czterystu spotkań w barwach Legii. Co by to było?

- Mentalność i charakter. To są te dwie rzeczy. Byli tu zawodnicy lepsi ode mnie piłkarsko. Spotykałem takich na różnych etapach kariery. Ale często mieli problemy z głową. Ja postawiłem sobie cel – co by się nie działo masz robić swoje, Artur. Nigdy nie patrzyłem na innych. Wszystkie decyzje podejmowałem w stu procentach zgodne ze swoim sumieniem. Moja osobowość była bardzo ważna. Staram się być ciągle pozytywny. Tego w dzisiejszym futbolu trochę brakuje. Za mało jest tej pasji, tej radości. Czasami zachowuję się tak, jakbym miał wycięty układ nerwowy. Nauczyłem się tego gdy miałem 18-19 lat. Nie zważałem na nic. Zamykam się sam, robię swoje i działam według swoich decyzji. Głowa w Legii jest absolutnie kluczowa.


- Przez pryzmat czasu myślisz, że miałeś dużo szczęścia w piłkarskim życiu?

- Możesz być świetnym piłkarzem, bardzo obiecującym, a na sparingu się spalisz. Takich przykładów było tysiące. Igloopol został zaproszony na turniej do Warszawy. Zagrałem dwa dobre mecze, podszedł do mnie Marek Jóźwiak i zaproponował udział w treningu pierwszej drużyny Legii. Ktoś powie – szczęście. Okej, na niektóre rzeczy takie jak zaproszenie na turniej nie miałem wpływu. Ale szczęściu trzeba umieć pomóc. I ja właśnie tego dokonałem. Nie byłem najlepszym juniorem nawet w Igloopolu. Nie miałem jednak nic do stracenia. Co będzie, to będzie. Zawsze dawałem z siebie 100%. Jeżeli to się okazywało mało, to trudno, ale zawsze musisz dać z siebie wszystko. To mi pomogło. Nie uważam, że miałem dużo szczęścia. Na wielu etapach kariery musiałem o nie zawalczyć. Gdy jednak się pojawiało, to robiłem wszystko, aby je wykorzystać.

- Wróćmy na chwilę do początków. Rok 2006 i twój debiut. Mówi się, że pierwszego meczu się nie zapomina.

- I tak też jest w moim przypadku! To było spotkanie o Superpuchar. Wtedy, gdy przychodziłem do klubu, Legia była mistrzem Polski. To był okres eliminacji do Ligi Mistrzów UEFA. Trener zaczął lekko rotować składem i ostatecznie dostałem swoją szansę. Dowiedziałem się o tym przed meczem. Dla 18-latka to była wielka sprawa, tym bardziej, że od razu graliśmy „o coś”, o trofeum. Czułem lekki stres, ale nie ma co się dziwić. Ta szansa wiele dla mnie znaczyła. Żałuję tylko, że nie zdobyliśmy tego Superpucharu. Do dzisiaj to trofeum jest dla mnie trochę pechowe, więc tym bardziej cieszę się, że w ostatnich latach je zdobyłem.


- Początek w stolicy nie był dobry. Po debiucie w Legii na zwycięstwo czekałeś… trzy lata. Po wypożyczeniu wróciłeś do Warszawy i od razu strzeliłeś gola w meczu z Zagłębiem Lubin.

- Zmężniałem! To był trudny i niełatwy okres. Wtedy trenerem Legii był Dariusz Wdowczyk, w dalszej kolejności chociażby Jan Urban. Usłyszałem wtedy ciężkie dla mnie, ale też bardzo istotne słowa. Powiedziano mi: „Jędza, lepiej będzie, jak pójdziesz na wypożyczenie i otrzaskasz się w pierwszej lidze”. Wiadomo, że środkowi obrońcy najczęściej grają od deski do deski. Chociaż nie było łatwo usłyszeć takie słowo, to czułem, że wyjdzie mi to tylko na dobre. Mieliśmy drużynę, która zdobyła mistrzostwo. Wojtek Szala, Dickson Choto, Inaki Astiz – gdzie tam było miejsce dla młodego chłopaka z Dębicy, który wcześniej grał w IV Lidze?


- Dużo nauczyłeś się w tych klubach?

- Charakteru, to przede wszystkim. Nie było tak łatwo, jak tutaj. Musiałeś sobie radzić bez pieniędzy, bez obiadów, często bez śniadań czy butów. Doceniałeś to wszystko i kształtowałeś charakter. Dlatego teraz ciągle powtarzam młodym zawodnikom – doceniajcie to, co macie. Ja nie przyjeżdżałem wtedy do LTC na śniadanie, nie zabierałem obiadów do domu. Wszystko, łącznie z wodą, trzeba było kupić sobie samemu. I szczerze powiedziawszy – bardzo się cieszę, że to tak wyglądało. Bywały okresy, gdy przez dwa czy trzy miesiące nie dostawałeś pensji. Człowiek wracał po treningu do domu, wstawiał sobie pranie i zastanawiał się, kiedy otrzyma pieniądze. Ale cieszył się. Cieszył się z tego, że może robić to, co kocha. Wiedziałem, o co walczę. Grając dobrze w takim klubie czułem, że mogę iść dalej. Wróciłem i po dwóch latach byłem gotowy.

- Trener Jan Urban. To jego wskazywałeś jako postać, która najbardziej ci wtedy pomogła. Gdyby nie on…

- To pewnie nigdy nie byłoby mnie na tym poziomie. Bardzo szanuję trenera Urbana za szczerość, którą wtedy usłyszałem. Mogłem w tamtym momencie zostać w klubie, pobierać pieniądze i za przeproszeniem mieć wszystko w d***e. Nie chciałem tego. Wiedziałem, że żeby osiągnąć coś wielkiego, czasem trzeba zrobić krok w tył. Najważniejsze było to, abym grał. Występowałem w Dolcanie, w Jastrzębiu. Gdy zagrałem te dwa sezony miałem zapytania z Ekstraklasy, ale ja chciałem grać dla Legii. Wróciłem walczyć o swoje. Tak jak wspomniałem – zmężniałem, dużo się nauczyłem. Wtedy czułem, że byłem gotowy. Pojechałem na obóz z pierwszą drużyną. Wiedziałem, że pokazałem się z dobrej strony. Wyczekałem swoją szansę i ją wykorzystałem, a kolejne lata to już piękna, legijna historia.


- W jednym z wywiadów po przedłużenie kontraktu powiedziałeś, że Legia dała ci wszystko. A co ty dałeś Legii?

- Dałem całego siebie. Wszystko, co miałem najlepsze. Podam przykład. Wróciłem do Legii z Rosji, ale wcale nie musiałem tego robić. Mogłem zostać i pobierać duże pieniądze, których kilka lat wcześniej mogło mi brakować. Ale ja czułem się dobrze w Warszawie, to było moje miejsce, Gdy wyjeżdżałem do Rosji miałem w głowie myśl pewnie co drugiego młodego chłopaka: „jedź, zobacz życie zagranicą, poznaj inną kulturę”. Ten czas wiele mnie nauczył, ale nigdzie nie było mi tak dobrze, jak w stolicy. Z roku na rok nic się nie zmieniało. Legia rosła jako klub, ja rosłem razem z nią. Starałem się każdemu nowo przychodzącemu piłkarzowi pokazać, czym jest Legia. Moja miłość do tego klubu nie ograniczała się jedynie do boiska. Czułem i czuję się legionistą niezależnie od tego, czy trenuję na murawie, czy odpoczywam w domu. Każdemu, kto trafiał do tego klubu, pragnąłem pokazać wielkość miejsca, które od teraz będzie reprezentował.


- Przez te 19 lat od momentu debiutu, jak ty zmieniłeś się jako człowiek?

- Przychodziłem jako lekko przestraszony nastolatek. Mówiłem mało. Bałem się coś powiedzieć w towarzystwie piłkarzy, którzy wygrywali trofea, byli gwiazdami całej ligi. Potrzebowałem czasu, aby pojąć jak wielkim klubem jest Legia, ale też jak wielkie oczekiwania to za sobą niesie. Chciałem być kimś w tym zespole. Nie chciałem, aby nazwisko Jędrzejczyk było tylko jednym z wielu. Marzyłem o wygrywaniu trofeów z Legią, o byciu mistrzem Polski. Wiele takich momentów w tym klubie przeżyłem i wiem, co dla mieszkańców Warszawy oznacza tytuł najlepszej drużyny w Polsce. Zdobywałem Puchary Polski, Superpuchar. Był też sezon, w którym realnie groziło nam widmo spadku, który z perspektywy czasu wiem, że był najtrudniejszy. Przez te wszystkie lata nauczyłem się takich rzeczy jak odpowiedzialność, charakter. Zyskałem mental, który zostanie ze mną już zawsze.

- Najpiękniejszy moment w Legii?

- Tytuły mistrza Polski. Nie ma nic lepszego. Mistrzostwo Polski jest czymś wyjątkowym.


- Każde mistrzostwo Polski jest wyjątkowe, ale najbardziej smakowało to…?

- Po remisie z Lechią Gdańsk. Sezon 2016/17. Emocje do samego końca, nieprawdopodobna radość po zakończeniu meczów. To mistrzostwo smakowało najlepiej.


- Moment w karierze, który chciałbym wymazać?

- Źle wspominam jeden szczególny moment, w którym media masowo pisały nieprawdę na mój temat. A do tego moment, w którym byłem bliski odejścia z klubu. Trenowałem sam, odłączony od drużyny. Po miesiącu byłem kapitanem drużyny i zostałem na lata.


- Pięć meczów, które najlepiej wspominasz.

- Na pewno debiut w 2006 roku. Ten pierwszy mecz zawsze najbardziej zostaje ci w pamięci i tak też było w tym wypadku. Jako drugi wskazałbym mecz otwarcia nowego stadionu z Arsenalem. Dla mnie osobiście był to świetny moment. Miałeś okazję pokazać się na tle takiego rywala. No i oczywiście mój hat-trick, którego zdobyłem w tej rywalizacji! Trzecie spotkanie, które wymienię, to mecz z Leicester. Fantastyczny wieczór w Europie, w którym udowodniliśmy, jak mocną drużyną jesteśmy. Wielu na nas wtedy nie stawiało, ale pokazaliśmy, że mamy patent na tych teoretycznie mocniejszych rywali. Dla mnie sam wynik nie był zaskoczeniem. Znałem wartość naszego składu, widziałem dobrą dyspozycję w ciągu tych 90 minut. Pokazaliśmy siłę Legii w Europie i wysłaliśmy jasny sygnał – trzeba się z nami liczyć. Może trochę przewrotnie – domowe spotkanie ze Stalą Mielec w sezonie 2021/22. Przez moje błędy rywal otrzymał dwa karne. Przegraliśmy to spotkanie, atmosfera była bardzo trudna i szczególnie w tamtym momencie trzeba było wyjść przed szereg i zastanowić się, w którą stronę jako drużyna mamy podążać. Pamiętam, co wtedy powiedziałem: „Musimy wziąć się k***a za siebie, jesteśmy w Legii Warszawa”. Byłem zirytowany i wkurzony, ale nie można się dziwić. W tamtym momencie nasza sytuacja w lidze była dramatyczna. Potrzebny był wstrząs. Z perspektywy czasu cieszę się, że jako klub pokonaliśmy ten trudny czas i wyszliśmy na prostą. Czwarte spotkanie - rywalizacja w Moskwie ze Spartakiem i bramka Janusza Gola w 94. minucie. Moment, w którym uciszyliśmy Łużniki i tak na dobrą sprawę rozpoczęliśmy naszą pucharową przygodę. Ostatni mecz… czekam na Ligę Mistrzów UEFA. Tego mi jeszcze brakuje i to chcę osiągnąć z Legią.

- Mecz, który chcesz wymazać z pamięci.

- Ten wspomniany ze Stalą Mielec. Z moim „kuzynem” Wietesem nie mieliśmy dobrego dnia. To zdecydowanie mecz, o którym czasem myślę, a chciałbym wymazać go z pamięci na zawsze.


- Stoper, z którym grało ci się najlepiej.

- No z „kuzynem” moim kochanym. Daję Wietesa i pozdrawiam go serdecznie!


- Bramka, którą wspominasz najlepiej.

- Najbardziej pamiętliwy jest zawsze ten pierwszy gol. Mecz z Zagłębiem Lubin po moim powrocie z wypożyczeń. Idealne dośrodkowanie, strzał głową – ten moment na pewno ze mną zostanie.


- Bycie legionistą oznacza…

- Dumę i wielkie wyróżnienie.


- Żart z szatni, który zapadł ci w pamięć.

- Szafka w windzie, jeszcze z czasów starego stadionu. Przychodzisz do szatni, patrzysz, a tam brakuje twojej szafki, która w tym czasie jeździ od góry do dołu windą...

- Najdziwniejsza sytuacja w meczu.

- Nie powiem w jakim meczu, ale podszedł do mnie zawodnik z dużo niższej ligi i mówi: „k***a Jędza, ale wy jesteście słabi”. Nie wiedziałem, co mam z tym zrobić. Do tego asysta w meczu z Wisłą Kraków. Piłka… przekroczyła linię końcową o jakieś pół metra, nie będę oszukiwał. Sędzia bramkowy stał obok, a nic nie zauważył. Wtedy pokonaliśmy Wisłę 2:1, a bramkę po tym podaniu zdobył Wladimer Dvalishvili. Oczywiście z perspektywy boiska nie widziałem, że piłka przekroczyła linię, ale od razu po spotkaniu zacząłem dostawać zdjęcia, memy i wiele wiadomości.


- Najlepszy piłkarz Legii, z którym grałeś.

- Było ich sporo, ale takim największym był „Rado”. Ze swojego najlepszego czasu… niesamowity piłkarz. Przychodził tutaj razem ze mną w wieku 21 lat. Ten jego balans, zewniak… no sorry, ale jeżeli piłkarze Realu i Borussi Dortmund mieli problemy, to coś oznacza. Umiejętności jedno, ale jego mental, podejście. Niesamowity człowiek. On poradziłby sobie w każdej najlepszej drużynie na świecie.


- Najlepsza cecha Artura Jędrzejczyka.

- Charakter i osobowość.

- Zmieniając kolejność pierwszego pytania – co powiedziałby Artur Jędrzejczyk po zagraniu 400. meczu w barwach Legii Warszawa do Artura, który w 2006 roku debiutował w koszulce z „eLką” na piersi?

- Chłopaku, zrobiłeś to! Było warto. Nie zatrzymywałeś się, dążyłeś do celu. Zawsze chciałeś to osiągnąć, zawsze chciałeś być na takim poziomie. Wierzyłeś w to, co było marzeniem wielu. Tobie się udało. Pokazałeś, że można. Zapisałeś się w historii. Jestem z ciebie dumny.

Udostępnij

Powiązane newsy

Zobacz wszystkie