Legia logo
Piłka nożna8 min czytania

Iñaki Astiz: Chcę się nauczyć jak najwięcej (cz. II)

Plus500 logo
PKO Bank Polski Ekstraklasa logo

Co takiego stało się z szatnią Legii, że po porażce Wisłą Płock drużyna 4:0 rozbiła Zagłębie, a potem trzema bramkami przegrała z Radomiakiem? Dlaczego – skoro gorzej już być nie może – w końcu musi być lepiej? Jak dokładnie wygląda rzeczywistość trenera, który wciąż jest aktywnym piłkarzem oraz dlaczego do połączenia obu tych ról kluczowa jest obecność żony? Przed Wami druga część rozmowy z Iñakim Astizem.

 

- Oglądałeś taki film „Męska gra”?

- Możliwe, ale szczerze mówiąc mam średnią pamięć do tytułów filmów, a w tym roku – inaczej niż zwykle – naprawdę bardzo mało czasu spędziłem przed ekranem. Także – wbrew naszej małej tradycji – w tym wywiadzie nie będę w stanie polecić ci żadnego dobrego serialu (śmiech). Ale czekaj, to jest ta słynna scena przemówienia w szatni do zawodników, gdzie trenera gra Al Pacino, tak?

 

- Dokładnie. Pytanie więc, czy podobnie wyglądała pierwsza odprawa trenera Vukovicia.

- Myślę, że przez pierwsze dwa dni pracy Vuko po prostu trafił do zawodników, którzy uwierzyli mu od początku i postanowili, że wchodzą w to, że idą razem w jednym kierunku. Co możesz zrobić w 48 godzin, stworzyć nową taktykę? No nie, możesz po prostu porozmawiać z ludźmi. W tym aspekcie trener wykonał doskonałą robotę.

- Przecież to co się dzieje nie dotyka tylko nas, dotyka naszych rodzin, naszych kibiców i ich rodzin również. W końcu inaczej zachowujesz się w momencie, kiedy Legii idzie dobrze, a inaczej, kiedy szorujemy o dno.

- Czego w takim razie brakowało przez poprzednie miesiące?

- Chyba każdego dotykała sytuacja, w której znajdowała się drużyna. Kiedy jesteś na boisku i wszystko ci nie wychodzi, to w pewnym momencie wpadasz po prostu w spiralę. Nie wyjdzie ci jedno, drugie, trzecie podanie, przeciwnik czuje twoją słabość, sam zyskuje wiarę, rusza odważniej do przodu i dostajesz bramkę. Zaczyna się frustracja, wzajemne pretensje i jest coraz gorzej. W pierwszych dniach pracy Vuko robił wszystko, żeby takie rzeczy wyeliminować. W takich momentach kluczem jest odpowiednia mentalność i jedność. Nie mówię, że tego nie było wcześniej, ale czasem po prostu w głowie coś musi się odblokować. Może to też był moment, w którym stwierdziliśmy: kurde, jesteśmy na ostatnim miejscu w tabeli, przecież gorzej już być nie może. Drużyna mogła dostać impuls, żeby ruszyć do przodu, bo przecież skoro gorzej nie będzie, musi być tylko lepiej. Przecież to co się dzieje nie dotyka tylko nas, dotyka naszych rodzin, naszych kibiców i ich rodzin również. W końcu inaczej zachowujesz się w momencie, kiedy Legii idzie dobrze, a inaczej, kiedy szorujemy o dno. Dlatego teraz mamy ostatni moment na to, żeby wyczyścić trochę głowy, co uważam, że jest w tej sytuacji bardzo potrzebne. Każdy wie, gdzie się znajdujemy i gdzie tak naprawdę powinniśmy być. Od stycznia czekać nas będzie długa i trudna droga.

 

- Ciężko będzie przez nią iść w takiej burzy?

- Już ponad rok temu totalnie odciąłem się od social mediów. Czasem coś wstawię, ale naprawdę niczego już nie czytam. Trochę mi zajęło zrozumienie tego, że Internet w niczym mi nie pomaga, a może tylko przeszkadzać. Już jako piłkarz wiedziałem najlepiej kiedy grałem dobrze, kiedy średnio, a kiedy beznadziejnie. I wszyscy, którzy są w tej drużynie również doskonale to wiedzą. Piłkarz nie może słuchać mediów, od udzielania wskazówek ma trenera – to szef, za którym musisz iść jak w dym. To, co mówi się w szatni, jest absolutnie najważniejsze. Reszta nie powinna mieć znaczenia, zwłaszcza w takich sytuacjach jak ta.

- Będąc piłkarzem, najważniejszym punktem twojego dnia jest trening. Robisz go, chwilę popracujesz indywidualnie i do domu. Dla trenera zajęcia z zespołem to tylko punkt w rozkładzie dnia.

- Jak zmieniły się twoje obowiązki przez ostatnie miesiące? Biorąc pod uwagę fakt, że jednocześnie grałeś w rezerwach i byłeś w sztabie pierwszej drużyny, chyba nie narzekałeś na nadmiar wolnego czasu.

- Tak naprawdę łączenie obu ról trwało miesiąc, wtedy faktycznie siedziałem w klubie od rana do nocy. Tutaj muszę wykonać ukłon w stronę mojej żony, która doskonale rozumiała sytuacje i wspierała mnie każdego dnia. Wszyscy wykazali się dużym zrozumieniem – czasem dostawałem wolne od treningu drugiego zespołu, czasem byłem zwalniany ze swoich obowiązków w jedynce, żeby móc pojechać na mecz z rezerwami. Na początku stopniowo wprowadzano mnie do drużyny, przyglądałem się temu jak to wszystko wygląda, dużo czasu spędzałem z Przemkiem Małeckim i Alessio di Petrillo, mnóstwo rozmawiałem z całym sztabem, bo chciałem nauczyć się jak najwięcej. Oglądałem bardzo dużo spotkań naszych rywali, wspólnie potem siadaliśmy na spotkaniu i robiliśmy analizy, przedstawialiśmy swoje wnioski, dyskutowaliśmy nad tym na co należy zwrócić szczególną uwagę zawodnikom. Rozmawialiśmy z trenerem, zastanawialiśmy się nad dyspozycją poszczególnych zawodników – było dużo kontuzji, graliśmy co trzy dni, więc każdy z nas miał co robić. Marek nie miał przez to zbyt łatwo, teraz sytuacja kadrowa trochę się poprawiła, więc na pewno będzie nam się pracowało bardziej komfortowo. Czeka mnie też mnóstwo nauki od nowego sztabu. Jasne, znam Vuko od dawna, ale zupełnie inną sprawą jest być z nim w szatni jako piłkarz, a inną jako trener. Będąc zawodnikiem wychodzisz na plac, robisz co ci każą i dziękuję. A tutaj samemu trzeba zacząć to wszystko organizować, a to naprawdę trudna sztuka (śmiech).

 

- Kiedyś jeden zawodnik powiedział mi: jak słyszysz, że piłkarz narzeka, po prostu nie zna życia. Jako trener zacząłeś się uczyć go trochę na nowo?

- Ja na przykład nigdy nie narzekałem (śmiech). Wiem jak wygląda życie piłkarza, teraz poznaję rzeczywistość trenera. Przekonałem się jak wygląda futbol z perspektywy boiska, teraz poznaję go od strony ławki. Widzę ile godzin ludzie poświęcają dla drużyny, ile pracy wymaga stworzenie rzeczy, które potem na boisku widać przez parę sekund. Praca sztabu ma ułatwić życie zawodnikom, na tym polega rola każdego szkoleniowca. Początkowo ciężko było mi się przestawić, na szczęście u mnie transformacja z piłkarza w trenera była i w sumie nadal jest procesem, nie skokiem. Czasem trzeba posiedzieć w klubie od ósmej rano do ciemnej nocy, bo tego wymagają twoje obowiązki. Z jednej strony chcesz się rozwijać indywidualnie, z drugiej musisz poświęcić się dla drużyny. Tak wygląda ten zawód i jeśli chcesz w to iść, musisz być na to gotowy. Musisz mieć też wsparcie bliskich, a ja takie mam w postaci mojej żony, która rozumie w jakiej jestem sytuacji i bierze na siebie opiekę nad córką w tym trudnym dla mnie czasie. Będąc piłkarzem, najważniejszym punktem twojego dnia jest trening. Robisz go, chwilę popracujesz indywidualnie i do domu. Dla trenera zajęcia z zespołem to tylko punkt w rozkładzie dnia, do zrobienia jest zdecydowanie więcej. Rozmawiasz, analizujesz, robisz wszystko, by piłkarz wyszedł na boisko i wiedział co ma robić. Jeszcze bardziej rozumiesz wtedy pojęcie pracy na rzecz drużyny.

- Mam córkę, kochających rodziców i to w rodzinie znajduję mnóstwo siły. Żona jest jednak najbliżej, codziennie ze mną rozmawia, zna mnie jak nikt inny. Jeśli komuś należą się podziękowania, to bezsprzecznie właśnie jej.

- Wspomniałeś o ważnej roli żony. Czyli to prawda, że za sukcesem każdego mężczyzny stoi kobieta?

- W moim przypadku tak. Zawsze była przy mnie i wspierała mnie bez względu na to, czy było u mnie super, czy akurat znajdowałem się w dołku. Oprócz niej mam córkę, kochających rodziców i to w rodzinie znajduję mnóstwo siły. Żona jest jednak najbliżej, codziennie ze mną rozmawia, zna mnie jak nikt inny. Jeśli komuś należą się podziękowania, to bezsprzecznie właśnie jej.

 

- Gdy rozmawialiśmy rok temu, to powiedziałeś, że w trakcie lockdownu poświęciłeś rodzinie więcej czasu niż kiedykolwiek. Teraz z kolei spędzasz go w domu najmniej odkąd jesteś w Legii. Ma to na Ciebie wpływ?

- Tak naprawdę pandemia bardzo mocno nas wzmocniła. Początkowo baliśmy się tego okresu, zastanawialiśmy się nad tym co będziemy robić w zamknięciu, czy nie spowoduje to dodatkowego napięcia spowodowanego ciągłym siedzeniem w mieszkaniu. Tymczasem było zupełnie inaczej – świetnie się dogadywaliśmy, bardzo wzmocniliśmy więzi rodzinne, nauczyliśmy się cieszyć małymi rzeczami. Faktycznie miałem możliwość nadrobienia czasu spędzanego z dzieckiem, który wcześniej przepadał mi na wyjazdy, czy zgrupowania. Mała teraz często nie chce żebym wychodził do pracy, bo wie, że trochę jednak w niej siedzę (śmiech). Często dopytuje, czy wrócę dzisiaj, bo przecież oprócz codziennej pracy w LTC mamy jeszcze zgrupowania przedmeczowe, czy podróże zagraniczne. Na szczęście Dominika wszystko jej tłumaczy, bardzo pomocne są też wideorozmowy. Na szczęście teraz nadchodzi okres, w którym znowu będzie można nadrobić sporo czasu.

 

- To też dobry moment na podsumowanie. Ostatnio było koszmarnie, jasne. Ale przecież w trakcie ostatnich 12 miesięcy wydarzyło się mnóstwo dobrego. W takim razie jaki był 2021 rok?

- Chyba trochę szalony. Było mistrzostwo, pierwsze od lat europejskie puchary, a potem zjazd na dół. Na szczęście kończy się rok, a nie sezon, więc mamy jeszcze kilka miesięcy na to, żeby odwrócić tę sytuację. Po sezonie na pewno usiądziemy i porozmawiamy, a ja mam nadzieję, że rozmowa będzie raczej w weselszym, niż smutniejszym tonie. Z tej drużyny można jeszcze naprawdę wiele, wiele wyciągnąć. Żeby tak się jednak stało, wszyscy musimy przemyśleć pewne sprawy. Wyczyścić głowy, dać sobie trochę czasu dla siebie, sprawić, by w nowy rok wejść z zupełnie innym nastawieniem i energią. Jasne, za nami bardzo trudne chwile. Ale nie znam innego sposobu na zmianę, niż zakasanie rękawów, uwierzenie w siebie i wzięcie się do pracy.

- Powrót do kraju, w którym się urodziłem zawsze jest dla mnie wyjątkowy. Mamy nawet w Hiszpanii takie wyrażenie: „volvera navidad”, które oznacza, że na Boże Narodzenie zawsze się wraca.

- Masz już jakieś postanowienia noworoczne?

- Szczerze mówiąc, jeszcze o nich nie myślałem. Ale tak, czasem siedzę z żoną i rozmawiamy o tym, czego byśmy chcieli w nadchodzącym roku. Nie mogę powiedzieć o czym dokładnie gadamy – nie dlatego, że to jakieś ściśle tajne rzeczy, tylko po prostu pewne sprawy wolę zachować dla siebie i mniej o nich gadać, a więcej na nie pracować. Na pewno jednak kilka celów pokrywa się z celami zespołu i kibiców. Wszystkim nam zależy na tym samym – chcemy wygrać to co jeszcze mamy do wygrania: skończyć w lidze najwyżej jak się da i zdobyć Puchar Polski.

 

- Co w takim razie chciałbyś dostać na Święta?

- Każdy lubi otrzymać coś fajnego, miły upominek, który w jakiś sposób jest do ciebie dopasowany. Ja jestem jednak trochę za stary, żeby przywiązywać wagę do prezentów. Przede wszystkim doceniam zdrowie i możliwość spędzenia czasu z rodziną. To bardzo ważne zwłaszcza dla osoby, która mieszka za granicą. Powrót do kraju, w którym się urodziłem zawsze jest dla mnie wyjątkowy. Mamy nawet w Hiszpanii takie wyrażenie: „volvera navidad”, które oznacza, że na Boże Narodzenie zawsze się wraca. Dla mnie ten moment jest wyjątkowy – mogę zobaczyć ludzi, których nie widziałem cały rok i czuję, że jestem po prostu u siebie. To jest dla mnie najważniejsze, reszta stanowi detal.

 

- Mówisz o zdrowiu, o rodzinie, ale czego życzyć tylko Tobie? Jaki jest Twój cel na 2022 rok?

- Po prostu chciałbym się nauczyć jak najwięcej. Zamierzam wykorzystać wszystkie możliwości jakie daje mi Legia, bo w tym klubie jest ich naprawdę mnóstwo. Są ludzie z pasją, fantastyczne miejsce, w którym można nauczyć się bardzo, bardzo dużo. I tak, rodzina jest dla mnie najważniejsza, zawsze bardzo wysoko stawiałem też zdrowie. Ale jeśli pytasz mnie tylko o moje indywidualne cele, to jest on właściwie jeden: chcę się rozwijać jako przyszły trener. I jeśli za rok usiądziemy w tym samym miejscu, mam nadzieję, że będzie można ocenić to postanowienie jako zrealizowane.

 

Pierwsza część wywiadu ukazała się na łamach Legia.com 25 grudnia o 10:00.

Udostępnij

Powiązane newsy

Zobacz wszystkie