
Legia odniosła kolejne zwycięstwo u siebie, pokonując Śląsk Wrocław 2:0. Statystyki nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do tego, kto w starciu obu ekip był tą lepszą.
Swojego czasu po przegranych FC Barcelony prowadzonej przez Pepa Guardiolę, świat dworował sobie z Dumy Katalonii i jej posiadania piłki, które – choć było imponująco wysokie – nie zawsze gwarantowało sukces na boisku. Powstawały serie memów i rysunków satyrycznych, w których przebijało się sformułowanie „But we had possesion”, oznaczające w języku angielskim „Ale przecież mieliśmy posiadanie”. Dziś w ten sposób można opisać postawę Śląska Wrocław.
To właśnie Śląsk był ekipą, która częściej prowadziła grę, bo wrocławska ekipa mogła pochwalić się aż 58% posiadania piłki przy 42% Legii. Mało tego, jedynym momentem spotkania, gdy to stołeczni piłkarze częściej operowali futbolówką, był kwadrans pomiędzy 15. a 30. Minutą – wówczas mieli w tym aspekcie delikatną, 51%-ową przewagę. Większe posiadanie przełożyło się to na większą liczbę ataków pozycyjnych jaką wykonali goście, bo próbowali zagrozić legionistom w ten sposób 67 razy, Wojskowi w ten sposób atakowali zaś 57-krotnie. Co warte podkreślenia, robili to jednak skuteczniej, bo sytuację bramkową stworzyli sobie w siedmiu takich próbach, Śląsk zaś zaledwie w czterech. Co jeszcze ważniejsze, dwie z owych siedmiu prób wylądowały w bramce wrocławian – to właśnie dwa ataki pozycyjne zapewniły Legii gole.
Swój dublet Valerian Gvilia zdobył bliskimi strzałami ze światła bramki, ale za każdym razem futbolówka trafiała do niego z prawej strony. Paweł Wszołek i najpierw Marko Vesović, a potem zastępujący go Paweł Stolarski, stworzyli z tego sektora boiska najgroźniejszą broń Wojskowych. Aż 28 ataków zostało przeprowadzonych właśnie prawą flanką, a ¼ z nich zakończyła się zagrożeniem dla bramki Śląska.
Prym wiódł tam, rzecz jasna, wspomniany już Paweł Wszołek, który wykonał oba kluczowe podania w pole karne, gdzie strąconą przez Pekharta piłkę, pakował do bramki Valerian Gvilia. Wszołek ponadto był najszybszym piłkarzem na boisku (biegł z prędkością 33,49 km/h), wykonał także największą liczbę sprintów, bo powyżej przyjętej wartości 25,2 km/h, biegł aż dwudziestokrotnie. Wojskowi w ogóle zabiegali Śląsk – Przebiegli 107,5 kilometra, a więc o 1000 metrów więcej niż rywale i choć może nie jest to jeszcze gigantyczna różnica, to taką znajdziemy w pozostałej części analizy biegowej. Legia wykonała 112 sprintów przy 99 Śląska, szybki bieg (przemieszczanie się po boisku w wartościach min. 19,8 km/h – 25,2 km/h) odnotowano w Legii 548 razy, w Śląsku zaś blisko stukrotnie mniej, bo 456. Legioniści biegali więcej, szybciej, ale przede wszystkim mądrzej, bo w całym meczu na bramkę uderzali 15 razy, z czego 7 prób okazało się celnych. Goście odpowiedzieli 8 uderzeniami, ale żadne z nich nie było celne.
Przewaga Legii była widoczna także w średniej pozycji zawodników na boisku. Legia była ustawiona tak wysoko, że oprócz Radosława Majeckiego, jedynym piłkarzem trzymającym się bezpośrednio przed polem karnym, był Artur Jędrzejczyk. Drugi ze stoperów, Igor Lewczuk, grał na wysokości 45-go metra. Reszta drużyny swoją średnią pozycję zapisała już za linią środkową.
Różnicę widać było także w jakości indywidualnej. InStat Index dla trójki najlepszych legionistów prezentował się następująco: Gvilia (369), Luquinhas (316), Andre Martins (303). Najlepszy z gości okazał się Stiglec (285), a za nim uplasowali się Żivulić (260) oraz Israel Puerto (258). Co ciekawe, lepsze wyniki niż najbardziej efektywny w Śląsku tercet, osiągnęli także Artur Jędrzejczyk (288) i Paweł Wszołek (297).