Legia logo
News18 min read

Aleksandar Vuković: Nigdy w siebie nie zwątpiłem

Plus500 logo
PKO Bank Polski Ekstraklasa logo

Święta i koniec grudnia to dobry czas na podsumowania. O upływającym 2019 roku porozmawialiśmy więc z trenerem Aleksandarem Vukoviciem. Dlaczego w decydującym o awansie do Ligi Europy UEFA meczu nie zagrał Carlitos? Jak przetrwać burzę i wierzyć w sukces, skoro nawet piłkarze przestają w niego wierzyć? W jaki sposób bronić swoich racji, jeśli wszyscy poddają w wątpliwość to co robisz? Zapraszamy na długą i szczerą rozmowę z „Vuko”.

- „Po 20 latach gry w piłkę o trenowaniu nie wiedziałem nic”. Ile po tym 2019 roku o trenowaniu wie Pan teraz?
- Na pewno więcej. To praca, która ceni sobie doświadczenie i każde zdobywanie go bardzo rozwija trenera. Myślę, że to dotyczy także zdecydowanie bardziej doświadczonych szkoleniowców niż ja, więc tym bardziej chłonę to wszystko będąc na początku tej trenerskiej drogi. Mam świadomość, że pracuję dłużej niż pół roku, uważam, że wiele się przez ten okres nauczyłem i zdobyłem doświadczenie, które w przyszłości da mi bardzo dużo. 

 

- Pan się w końcu poczuł w klubie doceniony? Po pełnieniu roli „strażaka” wreszcie to Panu powierzono stery.
- Ja zawsze się czułem w tym klubie doceniony. To nie jest tak, że ja miałem parcie na bycie pierwszym trenerem, czy nie rozumiałem, kiedy powinien nastąpić moment żeby objąć drużynę. Cenię w sobie jedną swoją cechę – dobrze się czuję w roli i pierwszego i drugiego i trzeciego trenera, a w każdej z tych ról daję z siebie tyle ile potrafię. 

 

- Kiedy na początku kwietnia obejmował Pan zespół, myślał Pan, że to dzieje się zbyt szybko, czy może raczej zbyt późno?
- Pomyślałem tylko, że czuję się gotowy. Wspominałeś o moich pierwszych „strażackich” doświadczeniach i nawet nie życzyłbym sobie żeby zaliczać je do mojego trenerskiego dorobku. Szczególnie mam tu na myśli pierwszy raz, kiedy prowadziłem zespół w meczu z Wisłą Kraków w 2016 roku – wtedy na pewno nie byłem na to gotowy. Teraz było jednak inaczej – czułem pewność, że jestem w stanie się z tym wszystkim zmierzyć. Najważniejsza jest jednak weryfikacja, a ona przyjdzie, gdy moja praca w tym klubie się skończy – wtedy będziemy mogli ocenić jak to wszystko poszło.

Drużyna jest praktycznie całym moim życiem i niekiedy odczuwa to moja rodzina. Ale oni się do tego już dostosowali, nawet mój pięcioletni synek jest już zżyty z Legią i zaczyna interesować się tym co dzieje się w klubie i jak nam idzie na boisku.

- Niektórzy aktorzy poza planem filmowym nie są w stanie wyjść z roli. Pan jest w stanie wyjść z roli trenera?
- Na pewno jest to praca, która pochłania w całości. Nie daje ona chwili na oddech – no może akurat teraz jest ten moment, żeby trochę go złapać, bo bardzo go potrzebuję i na pewno dam sobie kilka wolnych dni zanim zacznę myśleć o przygotowaniach do rundy. Trenerka zabiera bardzo dużo czasu i energii, ale z drugiej strony można z tej energii wiele dostać, bo sprawia ogromną frajdę. 

 

- Nie boi się Pan o więzi rodzinne? Przy permanentnych wyjazdach łatwo przegapić urodziny czy przedstawienie w przedszkolu – chociaż wiem, że ostatnio akurat udało się zdążyć.  
- Dokładnie. Tutaj bardzo ważna jest rola małżonki, która musi zrozumieć jaka jest praca, którą wykonuję. Cieszę się, że w tej chwili mam z jej strony zupełne zrozumienie. Poza tym ja i tak jestem w bardzo komfortowej sytuacji, bo swoją rodzinę cały czas mam przy sobie. Pamiętam kilku trenerów, którzy z racji pochodzenia siedzieli tutaj bez niej. Niełatwo jest przenieść życie osobiste tutaj, do Warszawy i funkcjonować z dala od bliskich. Ja mam ich na miejscu, czujemy się jak w domu, a ja zawsze znajduję czas dla rodziny.

 

- Przynosi Pan pracę do domu?
- Zdarza się. Niekiedy nie potrafię odciągnąć myśli od tego co dzieje się w klubie. Drużyna jest praktycznie całym moim życiem i niekiedy odczuwa to moja rodzina. Ale oni się do tego już dostosowali, nawet mój pięcioletni synek jest już zżyty z Legią i zaczyna interesować się tym co dzieje się w klubie i jak nam idzie na boisku. 

 

- Długo zajęło Panu zapanowanie nad charakterem i emocjami? Bo – trzeba przyznać – były z tym problemy.
- Ja generalnie wybuchową osobą byłem na boisku jako zawodnik, więc także przy ławce trenerskiej potrafię reagować w ten sposób. Nigdy nie byłem jednak wybuchowy w rozmowach z innymi ludźmi, tutaj zawsze potrafię zachować spokój. Niewiele się więc zmieniłem jako człowiek, na boisku jednak nie pozwalam już sobie, żeby sędziowie mieli do mnie pretensje, czy nie daj Boże wyrzucali mnie z ławki. Nad tym chciałem zapanować, bo głupotą byłoby co chwila oglądać mecz z trybun.

Każdy zawodnik wymaga pracy nad nim. Dużą rolą każdego trenera jest wyciągnięcie z zawodnika tego, co ma najlepsze. To nie jest PlayStation czy Football Manager, gdzie wszystko funkcjonuje w ramach suchych liczb. Ludzie w swoim życiu przechodzą przez lepsze i gorsze momenty, piłkarze też.

- Z presją z każdej strony też potrafi Pan sobie już poradzić?
- Zespół powierzono mi po raz pierwszy w życiu, więc – szczerze mówiąc – sam nie wiedziałem jak na nią zareaguję. Jestem zadowolony, wręcz dumny z tego, że nie zmieniłem się w żadnym momencie swojej pracy tutaj. W stosunku do ludzi dookoła, ale też do siebie zachowywałem się i zachowuję w ten sam sposób. Jestem tak samo wymagający i – z drugiej strony – tak samo wyrozumiały. Dla mnie to największy powód do zadowolenia, bo póki człowiek nie znajdzie się w danej sytuacji, nie wie jak się w niej odnajdzie i co zrobi. Okazało się, że potrafię sobie poradzić z presją i myślę, że też dzięki temu wraz z drużyną jesteśmy na tym miejscu na jakim jesteśmy. Dużo lepszym, niż w pewnych momentach wydawało się, że możemy być. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że najważniejsze jest dopiero przed nami. Kiedy mamy dobre momenty, nie wolno popadać nam w samozachwyt. 

 

- Pan lubi mieć w życiu rację?
- Tak, walczę o nią. Nie jest tak, że zawsze muszę ją mieć i wydaje mi się, że jestem człowiekiem, który potrafi przyznać rację komuś innemu. Wiem jednak, że umiem zaciekle bronić swoich przekonań. 

 

- Pytam, bo patrzę na trzech piłkarzy, których wszyscy zdążyli już skreślić, a Pan zaciekle ich bronił. Jarek Niezgoda, Jose Kante i Arvydas Novikovas. Co takiego widział Pan w nich, czego nie potrafili zobaczyć inni?
- Widziałem ich na co dzień. Każdy zawodnik wymaga pracy nad nim. Dużą rolą każdego trenera jest wyciągnięcie z zawodnika tego, co ma najlepsze. To nie jest PlayStation czy Football Manager, gdzie wszystko funkcjonuje w ramach suchych liczb. Ludzie w swoim życiu przechodzą przez lepsze i gorsze momenty, piłkarze też. Zawodnik niekoniecznie zawsze musi być w szczytowej formie, sztuka polega na tym żeby pracował tak, by się w niej znaleźć, a kiedy to się uda, utrzymać ją. Uważam, że decydując się na pracę z piłkarzami wziąłem na siebie odpowiedzialność za to jak wyglądają. Czy wyglądają dobrze, czy  wyglądają źle, to część zasługi albo winy jest też po mojej stronie. To ja z nimi pracuję, to ja od nich wymagam pewnych rzeczy, dlatego uważam, że bardzo ważnej jest wsparcie dla tych ludzi. Uważam, że tej chwili drużyna Legii złożona jest z osób, które chcą pracować i są chętne do tego żeby się rozwijać i pracować dla drużyny. Ja to sobie bardzo cenię, więc to mnie najbardziej napawa optymizmem przed przyszłym rokiem.

 

- To prawda, że trener powinien być przede wszystkim psychologiem?
- Nie ma jednego obszaru, który można by określić jako najważniejszy. Trener musi być przygotowany pod każdym względem – musi umieć dotrzeć do zawodnika, a zawodnik z kolei nigdy nie zaufa trenerowi, który nie jest merytorycznie przygotowany, choćby nie wiadomo jak emocjonalnie do niego podchodził. Z każdej strony musisz być przygotowany. To co uważam za bardzo istotne i co osobiście stosuję to to, że nie bawię się w menadżera, tylko chcę być trenerem. Nie zastanawiam się kogo jeszcze mógłbym do tej drużyny sprowadzić, tylko skupiam się na ludziach, którzy są. Piłkarze, którzy trafili do Legii są tutaj z jakiegoś powodu, mają określone umiejętności i sztuką jest je wydobyć, nie zaś ciągle rozglądać się za kimś innym. Jak to się w Polsce ładnie mówi: „cudze chwalicie, swego nie znacie” i tak to jest w przypadku wymienionych zawodników. Ich wartość była dużo niższa niż jest w tej chwili, a dla mnie było oczywiste, że stać ich na bardzo dużo. Tak samo jak teraz oczywiste jest, że nie mamy w zespole nikogo, kto osiągnął swoje maksimum, bo każdy z nich może jeszcze poprawić swoją grę i na tym trzeba się skupić.

W Legii są dwie sytuacje, których mocno trzeba się strzec. Pierwsza, to kiedy z drużyną jest źle, a wszyscy nakręcają to na poziom „bardzo źle”. Druga to moment, kiedy jest dobrze i z kolei zaczyna się chwalenie do przesady i niektórym zaczyna się wydawać, że do zwycięstwa wystarczy nam wyjść na boisko.

- Mówi Pan, że cudze chwalimy, a swego nie znamy. Legia ma problem z docenianiem własnych ludzi?
- Ale to nie tylko Legia. To ogólnonarodowy, albo nawet ogólnoświatowy trend. Ludziom z natury wydaje się, że zawsze gdzie indziej jest lepiej, że zawsze gdzieś czai się ktoś lepszy. Ja też czasami wiem, że wzmocnienia z boku są potrzebne, ale powtarzam, że najważniejsze jest polubić to co się ma i skupić się na pracy z tymi ludźmi, którzy aktualnie są obok, bo wtedy można wyciągnąć z nich dużo więcej. Jeżeli ja na starcie zacznę się nastawiać, że ten czy ten nie da rady, to nic dobrego z tego nie wyniknie. Pamiętam jak pod koniec okienka było ogólne nastawienie, że po sprzedaży dwóch napastników Legia nie da rady strzelać goli. Okazało się, że nie ma z tym problemu, jest tylko kwestia ciężkiej pracy i dużych chęci. 

 

- Ostatecznie runda była udana, za wyjątkiem ostatniego meczu. Bardzo jest Pan zły?
- Jestem niezadowolony, dlatego że ten mecz zupełnie nam nie wyszedł. Trochę się go obawiałem, bo po tym meczu z Wisłą Płock zapanowało ogólne samozadowolenie i poczucie, że coś już się skończyło. Było też czuć, że to 31 mecz w tym sezonie, jeden z pierwszych, w których zabrakło nam energii, iskry, którą ta drużyna miała nawet w spotkaniach przegranych. Z drugiej strony zawsze szukam pozytywów i myślę, że ten mecz sprawi, że z dużo większą mobilizacją podejdziemy do przygotowań przed rundą wiosenną. W Legii są dwie sytuacje, których mocno trzeba się strzec. Pierwsza, to kiedy z drużyną jest źle, a wszyscy nakręcają to na poziom „bardzo źle”. Druga to moment, kiedy jest dobrze i z kolei zaczyna się chwalenie do przesady i niektórym zaczyna się wydawać, że do zwycięstwa wystarczy nam wyjść na boisko. Mecz z Zagłębiem pokazuje, że Legii nikt za darmo niczego nie odda. Tak było zresztą przez całą historię trwania tego klubu, bo przez 103 lata Legia nie zdobyła 55 mistrzostw, a dużo, dużo mniej. Musimy brać to pod uwagę i oczywiście być pewni siebie, ale nie przesadnie pewni. Pozytywem jest to, że kończymy rok na pierwszym miejscu i mamy pole position, ale droga do osiągnięcia celu jest bardzo daleka.

 

- Kończąc wątek tego meczu – wszyscy pytali o zdjęcie z boiska Jarka Niezgody i Jose Kante, więc i ja muszę o to zapytać. 
- Mamy na ławce młodych zawodników, którzy dobrze prezentują się na treningach i nie jest tak, że na swoją szansę nie zasługują. Początek drugiej połowy pokazywał, że szczególnie w naszym napastniku widoczne jest zmęczenie i brak energii. Pierwsza stracona bramka zaczęła się od braku doskoku z przodu, rywale szybko dostali się pod pole karne, a na końcu wszyscy i tak widzą tylko błąd obrońców. Nasi napastnicy muszą mocno pracować – jeżeli chcą grać 90 minut, muszą pracować 90 minut. Jeżeli stać ich na pracę przez 60, to będą grali 60.

W tej chwili na pewno mamy solidny fundament. Jest to zgrana ekipa, która – jeżeli nie będzie wielkich zmian, w co bardzo wierzę – na bazie jesieni powinna szlifować jeszcze lepszą formę. To co mamy teraz i to co będziemy mieli 9 stycznia, kiedy zaczniemy zimowe przygotowania, to zupełnie coś innego, niż zespół z 9 czerwca, kiedy zaczynaliśmy sezon.

- Często w negatywnych rzeczach szuka Pan pozytywów, w pozytywnych zaś czegoś co nie działa. Jaki w takim razie był największy pozytyw tego roku, a co było największym rozczarowaniem? 
- Pozytywne jest to, że drużyna, która została w biegu odmieniona i była budowana w trakcie ważnych meczów, których nie można było przegrać, poradziła sobie bardzo dobrze. We wcześniejszych latach mieliśmy już zespoły, które poukładane rozpoczynały nowy sezon, a nie potrafiły radzić sobie tak dobrze jak ten. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że porażek jest więcej niż powinno być, ale też zwycięstw jest na tyle dużo, że zważywszy na trudności związane z przebudową drużyny i napiętym terminarzem, to sądzę, że osiągnęliśmy sporo. Negatywne natomiast jest to, że ci piłkarze od początku sezonu musieli mierzyć się z nie swoimi winami. Cały czas pracowaliśmy na to, by odbudować zaufanie kibiców i udało się nam to dopiero pod koniec roku. Ten brak zaufania i wsparcia miał korzenie w tym, co było dwa lata temu, rok temu i co nie do końca jest winą tej grupy ludzi, z którą pracuję. Porównajmy chociażby rezultaty w europejskich pucharach. Po odpadnięciu z Rangersami podpinano pod tę drużynę porażki z Dudelange czy Sheriffem, a przecież wyglądaliśmy naprawdę dużo lepiej. Odpadliśmy, wiem, ale nie uważam za powód do wstydu przegranej z tak klasowym rywalem. Walczyliśmy jak równy z równym mając skład zbudowany w połowie, w stosunku do tego co widzimy teraz. Dużo zostało przez te pół roku zrobione i teraz nasza głowa w tym, żeby mądrze to budować dalej.

 

- A ten dom, który chce Pan zbudować, jest jeszcze w stanie surowym, czy raczej powoli go Pan wykańcza?
- W tej chwili na pewno mamy solidny fundament. Jest to zgrana ekipa, która – jeżeli nie będzie wielkich zmian, w co bardzo wierzę – na bazie jesieni powinna szlifować jeszcze lepszą formę. To co mamy teraz i to co będziemy mieli 9 stycznia, kiedy zaczniemy zimowe przygotowania, to zupełnie coś innego, niż zespół z 9 czerwca, kiedy zaczynaliśmy sezon. Od nowa przechodziliśmy wiele faz, które w tej chwili mamy za sobą. Teraz musimy być konsekwentni, doskonalić rzeczy dobre i poprawić te, które wymagają poprawy. Jestem pewien, że to zaprocentuje. 

 

- Końcówka roku była naprawdę dobra, ale jeszcze w niedalekiej przeszłości Legia wyglądała po prostu słabo. Czuł Pan, że siedzi na gorącym krześle?
- Cały czas mam świadomość, że ta praca nie trwa wiecznie i nie toleruje pewnych sytuacji. Różne rzeczy mogą się zdarzyć, kiedy nie wygrywasz kolejnych spotkań, więc jasne, że masz to wszystko w podświadomości. Najważniejsza jest zatem chęć pracy, trzymania się swoich zasad i wyznawanych wartości. Trzeba po prostu wierzyć w to, co się robi i tak było przez te pół roku cały czas. Dużo wcześniej niż wszyscy zobaczyłem, że drużyna idzie w dobrym kierunku, ale rozumiem też, że ciężej jest dostrzec to z boku, kiedy na boisku nie ma potwierdzenia w postaci wyniku. Analizując wszystkie spotkania uważam, że nie wygraliśmy żadnego meczu w przypadkowy sposób, bo w każdym ze zwycięstw byliśmy zdecydowanie lepsi. Okej, może ten mecz z Koroną w Kielcach jest od tego wyjątkiem, bo tam rzeczywiście wygraliśmy 2:1 po aucie w doliczonym czasie gry. Nie wygrywaliśmy zatem tak, jak większość drużyn wygrywa z nami. Z Zagłębiem nie prezentowaliśmy się dobrze, mieliśmy słabszy dzień, a nie można powiedzieć, że nie mogliśmy wygrać tego spotkania. To dobrze charakteryzuje tę drużynę i utwierdza mnie w przekonaniu, że stać nas na bardzo dużo. Wygrywamy swoje mecze bez wątpliwości, przegrywamy natomiast nieznacznie i na pewno musimy nauczyć się wygrywać te mecze, w których nie jesteśmy lepsi od rywala, ale w których z kolei mimo to mamy swoje szanse na zwycięstwo.

Nie można co chwila wariować i wątpić w siebie. W najtrudniejszych momentach w roku, kiedy wszyscy dookoła naciskali na nie wiadomo jakie zmiany, my cały czas pracowaliśmy tak samo, nie zmieniając ani taktyki, systemu gry, założeń, podejścia do zawodników, czy obciążeń treningowych. To jedyna droga, w którą wierzę. Ten zawód porównałbym do zawodu dobrego chirurga.

- Przed chwilą padło słowo „wątpliwości”. Miewał Pan takie myśli, że to może jeszcze nie jest ten moment, że może jeszcze nie powinien Pan prowadzić tego zespołu?
- Bardzo dużo pomogło mi to, że pracuję w otoczeniu ludzi, do których mam zaufanie. Ze strony klubu również ani przez chwilę nie czułem żadnego nacisku albo sygnału, że straciłem poparcie. Na pewno niektórzy mieli wątpliwości, to jasne. Ale ja jestem człowiekiem, który głęboko wierzy w to co robi. Nie zmieniam swojego podejścia ze względu na jeden, czy drugi wynik. Po porażce z Zagłębiem nie jestem innym człowiekiem niż po zwycięstwie nad Wisłą Płock, kiedy całkowicie trzymaliśmy mecz pod kontrolą. W tej pracy liczy się constant, sumienność i wiara w to co się robi. Nie można co chwila wariować i wątpić w siebie. W najtrudniejszych momentach w roku, kiedy wszyscy dookoła naciskali na nie wiadomo jakie zmiany, my cały czas pracowaliśmy tak samo, nie zmieniając ani taktyki, systemu gry, założeń, podejścia do zawodników, czy obciążeń treningowych. To jedyna droga, w którą wierzę. Ten zawód porównałbym do zawodu dobrego chirurga. On musi zrobić wszystko co w jego mocy, żeby ratować pacjenta, ale czasem to może nie wystarczyć, mimo tego, że wykonał bardzo dobrą pracę. Z trenerem jest tak, że musi wykonać pracę najlepiej jak potrafi i zrobić wszystko, by pomóc drużynie. Wtedy wynik, na dłuższą metę, powinien przyjść. 

 

- Podobno dobry polityk nigdy nie może pokazać ludziom, że popełnił błąd. Trener może?
- Tak. Podkreślam to w rozmowach z drużyną – zresztą w naszej też o tym wspominałem – że biorę odpowiedzialność za formę zawodników. Jeżeli ktoś wygląda słabo, to nie ma tak, że nie ma w tym mojej winy. Oznacza to, że muszę zastanowić się nad tym co robię. W meczu z Zagłębiem dokonałem zmian, z których sam nie jestem zadowolony. Teraz, na chłodno, postąpiłbym zupełnie inaczej, bo uważam, że nie pomogłem zespołowi. A miałem takie same przeczucia jak na meczu z Lechem, że może właśnie ten Rosołek da tę iskrę, której brakuje w meczu. Zdaję sobie sprawę, że w Lubinie nam nie wyszło i ja też ponoszę winę za to, że wyglądaliśmy tam tak, jak wyglądaliśmy. Nie mam problemu by się do tego przyznać. Cienka jest jednak granica, która dzieli dobrą ocenę pracy trenera od złej. Nie zawsze jest ona tak łatwa do wyłapania.

Analizując te pół roku muszę powiedzieć, że nie było treningu, w którym zabrakłoby motywacji i chęci. Przepraszam, był jeden taki przypadek, bo po meczu z Wisłą Płock zajęcia wyglądały już trochę świątecznie i zabrakło tej werwy, obecnej w zespole cały czas. Ale ja też to rozumiem, bo wiem ile ci ludzie przeszli przez te parę miesięcy i myślę, że spotkanie z Wisłą było dla wielu uwieńczeniem tego półrocza.

- Kiedy Pan poczuł, że drużyna Panu ufa?
- Uważam, że począwszy od pierwszych meczów sezonu do meczu z Lechem nie było łatwo. To, że mnie to co dzieje się dookoła nie dotyczy i ja na to nie reaguję nie oznacza, że tak samo musi być z zawodnikami. Oni pod wpływem tego co słyszą i czytają, nakręcania wątpliwości, kwestionowania wszystkiego co jest robione, również mogą przejść do stanu apatii, braku wiary czy zaangażowania i nie jest to jakieś nienaturalne. Nie było jednak takiego momentu, żeby drużyna wykazała się na boisku brakiem chęci i wiary w to, co się jej mówi. Analizując te pół roku muszę powiedzieć, że nie było treningu, w którym zabrakłoby motywacji i chęci. Przepraszam, był jeden taki przypadek, bo po meczu z Wisłą Płock zajęcia wyglądały już trochę świątecznie i zabrakło tej werwy, obecnej w zespole cały czas. Ale ja też to rozumiem, bo wiem ile ci ludzie przeszli przez te parę miesięcy i myślę, że spotkanie z Wisłą było dla wielu uwieńczeniem tego półrocza. Poza tym pojawiły się kontuzje, sygnały, ze ciało odmawia posłuszeństwa i jeden czy drugi trening nie był na takim poziomie jak reszta zajęć. To jest duże osiągnięcie, bo doskonale pamiętam moje czasy zawodnicze i to, że drużyna przez całą rundę trenuje z maksymalnym zaangażowaniem, wcale nie jest taką oczywistą sprawą. 

 

- W trakcie rozmowy wracał Pan do tej bolesnej porażki w Glasgow. Wiem, że tej kwestii ma Pan już dosyć, ale skoro mówimy o tym chłodnym spojrzeniu na sprawę, to wracał Pan myślami do tego co by było, gdyby wystawił Pan do składu innego napastnika?
- Kibice mają swoją opinię na temat danych graczy i to jest opinia wyrobiona na podstawie oglądania meczów i głosów ekspertów. Z mojej perspektywy gra Carlitosem z Rangersami byłaby grą o jednego zawodnika mniej. Obserwowałem to podczas meczów z dużo słabszymi rywalami, takimi jak KuPS, czy analizowałem jego postawę w trakcie poprzednich meczów sezonu. Sandro natomiast był napastnikiem, który w tamtym momencie dawał drużynie najwięcej ze wszystkich tych, których mieliśmy w składzie. Nie dawał gwarancji goli, ale nikt jej nigdy nie daje. Dawał mi natomiast gwarancję tego, że wykona dla drużyny pracę, która będzie bardzo istotna. Myślenie, że ogralibyśmy Rangers FC wtedy, gdyby grał Carlitos, jest lekceważeniem i niezrozumieniem skali trudności jaka była przed nami. Ludzie mówią, że mogliśmy zagrać bardziej ofensywnie, że tego zabrakło. A na jakiej podstawie z Rangersami mieliśmy grać bardziej ofensywnie niż z Atromitosem rundę wcześniej? W Warszawie też było 0:0, w Grecji – grając tak samo – wygraliśmy 2:0, ale na rywala pokroju Rangers już to nie wystarczyło. Jestem przekonany, że nie wystarczyłoby to, gdybyśmy wyszli dwójką napastników, czy innym napastnikiem. Pamiętajmy też, że on negocjował wtedy kontrakt z nowym zespołem i nie był w stu procentach skoncentrowany na Legii. Nawet jednak gdyby był w pełni skupiony na tym meczu, to ja już się go jednak trochę nauczyłem. Sam byłem zwolennikiem sprowadzenia go do nas, ale praca z nim i zobaczenie go z bliska uświadomiły mi, że wiele rzeczy nie funkcjonuje. I bilans między tym, co podczas jego gry dostaje drużyna, a tym co jest jej zabierane, niestety nie wypada korzystnie.

Wydaje mi się, że jako drużyna zdążyliśmy odbudować trochę swoją pozycję, która w pewnym momencie była tak słaba. Nie wymagam dla siebie wielkiego wsparcia, ale dla zespołu na pewno tak. Jeżeli będziemy wszyscy razem i wszystkim nam będzie zależało na tym, by Legia była tam gdzie jest, to tylko wtedy osiągniemy sukces.

- Jak zatem ma wyglądać Pana Legia w lutym 2020 roku?
- Wierzę, że zmian personalnych nie będzie dużo. Nastawiam się na to i do tego będę namawiał, żeby składu tego zespołu za bardzo nie modyfikować. Legię stać na dużo, drużyna już jest o wiele tańsza niż ta z poprzedniego sezonu i ostatnie okienko transferowe mocno nas pod tym względem odchudziło. Teraz dobrze byłoby cieszyć się w zespole jak największą liczbą obecnych zawodników, bo wtedy możliwy będzie postęp. A jeżeli go zrobimy, to będziemy jeszcze silniejszym i jeszcze trudniejszym rywalem dla reszty. Życzę sobie i innym tego, byśmy mogli być zadowoleni z drużyny i tego jak ona wygląda. Powiedziałem już, że największą motywacją dla piłkarzy powinno być to, by kibice po prostu chcieli nas oglądać. Tym tropem musimy podążać dalej i wierzę, że zostaniemy razem. Bardzo bym sobie tego życzył, bo długo już w Legii nie było tak wartościowej grupy ludzi pod kątem – nazwijmy to – ludzkim, że naprawdę bardzo szkoda byłoby tracić kogokolwiek. 

- Kibice ten wywiad przeczytają podczas Świąt. Ja wiem, że zdrowia, szczęścia i mistrzostwa Polski, ale czego – tak prawdziwie, z głębi serca – życzyć Panu na Boże Narodzenie?
- Ostatnie 365 dni było dla mnie wyjątkowo trudne. Osobista rodzinna tragedia jaka mnie spotkała na początku roku uświadomiła mi wiele rzeczy i dała dużo do myślenia. Dlatego ja nie bagatelizuję tego zdrowia i również życzę go naszym kibicom, całemu klubowi oraz sobie. Życzę też, żeby ich rodziny były razem, a także cieszyły się dobrym zdrowiem oraz poczuciem wspólnoty. Tego można życzyć, bo na resztę trzeba zapracować. Wydaje mi się, że jako drużyna zdążyliśmy odbudować trochę swoją pozycję, która w pewnym momencie była tak słaba. Nie wymagam dla siebie wielkiego wsparcia, ale dla zespołu na pewno tak. Jeżeli będziemy wszyscy razem i wszystkim nam będzie zależało na tym, by Legia była tam gdzie jest, to tylko wtedy osiągniemy sukces. W trudnych momentach musimy wspierać się nawzajem. Nastawmy się jednak na to, że nie będzie łatwo. Ci, którzy mówią, że będzie, albo się Legią nie interesują, albo po prostu jej nie lubią i chcieliby żeby było inaczej. Wszyscy, którzy twierdzą, że Legia zdominuje ligę, że Legia wygra z łatwością i osiągnie swoje cele, chcieliby znowu zobaczyć Legię na drugim miejscu. Musimy o tym pamiętać i z pokorą oraz wiarą w siebie zawalczyć o to, na czym naprawdę nam zależy.

Share

Related news

See all