Legia logo
News13 min read

Artur Jędrzejczyk: Gdy jesteś nienasycony, to możesz być tylko lepszy

Plus500 logo
PKO Bank Polski Ekstraklasa logo

Głód i nienasycenie - to pojęcia, które w piłce nożnej są bardzo ważne. Nie ma bowiem czynnika bardziej motywującego piłkarza niż jego ambicja. Tego samego zdania jest nasz dzisiejszy rozmówca. Artur Jędrzejczyk z Legią zdobył już niemal wszystko, ale jak sam powiada - to wciąż za mało. W rozmowie z Legia.com 35-latek opowiada o miłości do klubu i składa jasną deklarację dotyczącą nowej umowy.

Obrońca Legii Warszawa Artur Jędrzejczyk odpowiedział na kilka pytań dziennikarzy po zakończeniu wygranego 1:0 meczu z KKS-em Kalisz.

 

- Wiemy, że nie zagraliśmy dzisiaj na miarę naszych możliwości, ale najważniejszy jest awans. Nie ma co się tłumaczyć. Nie mieliśmy na pewno tylu sytuacji, rywale za to byli groźni pod naszą bramką. Teraz skupiamy się już tylko na kolejnym meczu ligowym. 

 

- Cały czas gramy w większości tymi samymi ludźmi. W zeszłym sezonie przegrywaliśmy spotkania i nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Wiadomo jak to jest - podejście może się szybko zmienić. Wygrywasz mecz za meczem, budujesz siłę drużyny i później widać to na boisko. Co się zmieniło? Może trzech, czterech piłkarzy, ale to nie są wielkie zmiany. My robimy swoje. Mamy jeszcze wiele spotkań i chcemy sobie coś udowodnić. 

 

- Najlepszym rozwiązaniem jest zdobycie mistrzostwa i pucharu Polski. Mamy osiem kolejek. W tym czasie możemy jeszcze wiele zdziałać. Gonimy, a w finale Pucharu chcemy po prostu wygrać. Naprawdę jestem dobrej myśli. Nie poddamy się, nie w Legii Warszawa. Fajnie jest wrócić na szczyt po ostatnim sezonie. 

- Gra z Mateuszem Hołownią? Wiadomo, że Mateusz miał chwilę przerwy i nie grał. Dostał jednak teraz szansę i wydaje mi się, że dobrze ją wykorzystał. Zagrał moim zdaniem poprawnie. Nie jest łatwo wejść do składu po takiej przerwie, a w dodatku w tak ciężkim meczu. Brawo dla niego i niech dalej robi swoje, a na pewno swoją szansę dobrze wykorzysta.

 

- Przewaga? Dużo przeżyłem tutaj w Legii. Mamy jeszcze cztery spotkania, a każdy kolejny mecz jest dla nas najważniejszy. Przygotowujemy się do niego jak najlepiej. Każdy wie, o co gramy i wszyscy mamy jeden cel.

 

- Sytuacja z kwietnia, 2019 roku? Dziwna sytuacja. To była sytuacyjna akcja. Widziałem, że Artur Sobiech mija już bramkarza, a wślizg był moim ostatnim ratunkiem. Obrońca czasem naraża się w polu karnym na takie sytuacje. Po tym jak dotknąłem piłkę ręką wiedziałem w głowie, że tego karnego raczej sędzia nie odgwiżdże. Wiadomo, lekki strach był, ale na moje szczęście arbiter nie podyktował jedenastki, a sami wygraliśmy to spotkanie.  

 

- Z kim czuje się najlepiej na obronie? Ze wszystkimi.

 

- Gra w Dolcanie Ząbki? Dużo dało mi wypożyczenie do Ząbek. Ciężko było mi się przebić tutaj na samym początku. Było to trudne zadanie, tym bardziej dla obrońcy, który zazwyczaj gra w meczu pełne 90 minut. Bardzo pozytywnie wspominam ten czas. To wypożyczenie wiele mi dało. Teraz już nie śledzę aż tak bardzo poczynań klubu z Ząbek, ale zawsze trzymałem za nich kciuki.

- Z formacją 3-4-3 miałem już do czynienia chociażby w reprezentacji, więc wcześniej zasmakowałem już tego systemu. Pierwszy mecz w takim ustawieniu zagraliśmy z Rakowem, wyszło fajnie i w kolejnych spotkaniach ciągle tak graliśmy. Widać, że przyniosło to efekty – czuliśmy się dobrze, strzelaliśmy dużo goli. Wiadomo, że nie zawsze, że z czasem przeciwnicy również zaczęli ustawiać się pod nas w określony sposób, ale mimo to udało nam się zrealizować cel. Fajnie, bo wcześniej graliśmy innymi systemami, teraz mamy nowy i w trakcie spotkania możemy swobodnie rotować ustawieniem.

 

- W kontekście walki o mistrza nie było jednego kluczowego meczu. Powiedziałbym raczej, że było dużo bardzo ważnych spotkań. Mecz z Lechem Poznań u siebie, gdzie Rafa Lopes zdobył bramkę i sędzia zakończył mecz. Kosti w Zabrzu dający nam zwycięstwo golem na 2:1, wyjazd na Piasta Gliwice i gol na 1:0 w 75. minucie. Zresztą ostatni mecz z Lechią też był bardzo istotny. Nie było jednego punktu zwrotnego, to raczej szereg bardzo ważnych spotkań, w których udawało nam się przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Nie chcemy się jednak zatrzymywać, robimy swoje. Mamy trzy mecze i do samego końca „prujemy” jak do tej pory - zakończył kapitan Wojskowych. 

- Z perspektywy czasu wydaje mi się, że w zeszłym sezonie mogło być gorzej. Wiem jak to brzmi, ale taka jest prawda. Karty musiały się jednak odwrócić. Pokazaliśmy, że ta drużyna potrafi się podnieść i grać na miarę swoich możliwości. Wszyscy byliśmy jednością od samego początku.

- Ty na zaufanie do swojej osoby pracowałeś długimi latami. Kiedy pojawił się moment, w którym pierwszy raz zrozumiałeś, że Legia nie jest dla Ciebie jedynie przystankiem w karierze?
- Zawsze śmialiśmy się z Michałem Kucharczykiem. On strzelał wiele ważnych goli, notował mnóstwo występów. Powtarzałem Kuchemu: „kurde, ciebie to chyba nigdy nikt nie dogoni i nie przebije z tymi liczbami”. Kilka lat temu ktoś do mnie podszedł i powiedział, że zagram setny mecz w Legii. Ze stu spotkań szybko zrobiło się dwieście. Pamiętam, że statuetkę otrzymałem wówczas przed spotkaniem z Pogonią. W końcu dobiłem do trzystu meczów w barwach Legii. Zdałem sobie sprawę, że zdobycie takiej liczby wcale nie jest łatwe. To napawa do dumy, gdy osiągasz taki próg. Zagrać trzysta spotkań dla jednego klubu to wielka rzecz, a tym większa, gdy mowa o Legii Warszawa. Uświadomiłem sobie, jak duże osiągnięcie udało mi się zrealizować. Wcześniej grałem, skupiałem się na każdym kolejnym meczu. Teraz z większą świadomością patrzę na wykręcone liczby i cieszę się z takich wyników. Zapisanie się w annałach Legii to spełnienie marzeń. Ponad dziesięć lat w jednym klubie. Czuję się jakbym był w Legii od zawsze. 
 

- Po zakończeniu zeszłego sezonu powiedziałeś mówiłeś wtedy, że możesz pokazywać się z jednej strony, a nikt tak naprawdę nie będzie wiedział, jak przeżywasz to w środku. Teraz możesz powiedzieć, co wtedy szczerze czułeś w środku?
- Działo się bardzo dużo i nie chciałem tego pokazywać. Nie możesz przejść obojętnie obok takich sytuacji. Nie chciałem pokazywać negatywnych emocji, to prowadziłoby tylko do jeszcze większego kryzysu. Mam mocną głową i psychikę. Zdawałem sobie sprawę, że muszę dbać o pozytywne rzeczy. Negatywne emocje po prostu by nas zabiły w tamtym momencie. Trochę musiałem to wszystko w sobie ukryć, chociaż w głębi czułem, że jest bardzo źle. Moja rodzina bardzo to przeżywała. Po każdym dookoła siebie widziałem złe emocje. Nie było w tym jednak nic dziwnego. Cieszę się, że miałem wtedy blisko rodzinę. Ona zawsze mnie wspierała, bardzo mi to pomagało. Wracając do domu czułem, że za moment usłyszę coś, co od razu mi pomoże. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że mogło być gorzej. Wiem jak to brzmi, ale taka jest prawda. Karty musiały się jednak odwrócić. Pokazaliśmy, że ta drużyna potrafi się podnieść i grać na miarę swoich możliwości. Wszyscy byliśmy jednością od samego początku.

- To w tym wszystkim było najważniejsze. Zrozumieć kim jesteśmy i zapomnieć o złej przeszłości ostatniego sezonu. Nakręcały nas kolejne zwycięstwa. Sami nakładaliśmy na siebie kolejne wyzwania i kolejne cele. To nas pozytywnie nakręcało. W końcu. W końcu poczuliśmy, że – tak jak wspomniałeś – wiemy, skąd przyszliśmy.

- Co twoim zdaniem było najważniejsze w waszej wewnętrznej zmianie?
- To był jeden sezon. Jestem tutaj wiele lat. Wiele razy ludzie się mnie pytali: „no ale co się zmieniło”. To nigdy nie są łatwe pytania. Nastawienie w moim przypadku było zawsze takie samo. Zdawaliśmy sobie sprawę, jaki drzemie w nas potencjał. Na każdej pozycji mieliśmy piłkarzy z jakością. To po prostu musiało zażreć. Nie trzeba było wiele w nas zmieniać. Nie potrzebowaliśmy wielu rozmów. 
 

- Przed sezonem wystąpiłeś w spocie klubowym, w którym padły słowa: „czasami żeby wrócić na szczyt wystarczy sobie przypomnieć, skąd się przyszło”.
- Dokładnie o to chodziło! To w tym wszystkim było najważniejsze. Zrozumieć kim jesteśmy i zapomnieć o złej przeszłości ostatniego sezonu. Nakręcały nas kolejne zwycięstwa. Sami nakładaliśmy na siebie kolejne wyzwania i kolejne cele. To nas pozytywnie nakręcało. W końcu. W końcu poczuliśmy, że – tak jak wspomniałeś – wiemy, skąd przyszliśmy. Czuję, że był to niezbędny moment, który poprowadził do rozwoju całej drużyny. Właśnie dzięki temu zaczęliśmy punktować, łapać serię zwycięstw. Wszystko wróciło na właściwe tory. 

- Gdy jesteś nienasycony, to możesz być tylko lepszy. Jestem przekonany, że w perspektywie czasu taka sportowa złość poprowadzi nas tylko do kolejnych sukcesów. Każdy wie czego chce i o co walczy w Legii. Nawet gdy nie idzie, to gramy do samego końca. Ludzie to widzą, kibice to doceniają. Fani widzą naszą mobilizację. To wszystko razem współżyje. My dziękujemy im za doping, a oni nam za walkę. Wszystko od samego początku idzie w dobrym kierunku.

- Poczułeś jakiś jeden moment, w którym zauważyłeś, że podążacie dobrą drogą, czy raczej mówimy tutaj o procesie?
- Były momenty chociażby na treningach, że czułem zbliżający się powrót na nasze miejsce. Potem przychodził mecz i wszystko się zmieniało. Po przerwie zimowej ubiegłego sezonu zaczęliśmy nowe rozdanie, które trwa po dziś dzień. Zwycięstwa zaczęły budować nas indywidualnie, ale też nas jako drużynę. Siła Legii wzrastała po każdych wywalczonych trzech punktach. Dostaliśmy skrzydeł, które nas niosły. Od początku tego sezonu czuliśmy, że jesteśmy naprawdę mocni. Każde najmniejsze potknięcie było jak porażka. Strata jakichkolwiek punktów – to była porażka. Gdy rozpoczynaliśmy mecz od 0:0 to czuliśmy, że dla naszego rywala taki rezultat będzie zwycięstwem. Zaczęliśmy nakręcać sami siebie, a to zaowocowało naszej dobrej dyspozycji. 
 

- To co nie zawsze było widoczne rok temu – wracaliście do meczów, walczyliście do ostatnich minut, odwracaliście losy spotkań. 
- Przypominam sobie mecz z Widzewem. Graliśmy naprawdę dobrze, prowadziliśmy, mieliśmy sytuację, aby podwyższyć wynik. Czuliśmy przewagę, której niestety nie wykorzystaliśmy. Widzew wyrównał na kilka minut przed ostatnim gwizdkiem. W szatni panowała ogromna sportowa złość. Wiedzieliśmy, że gdyby mecz trwał 10 minut dłużej, to my byśmy zgarnęli trzy punkty. Ciężko tak naprawdę opisać w szczegółach, jakie mieliśmy nastroje po tej rywalizacji. W tak ważnych spotkaniach derbowych dla nas istotne są tylko trzy punkty. Ja sam byłem bardzo zły. Nie mogłem pogodzić się z tym, że daliśmy sobie wyrwać te dwa oczka. Widziałem jednak także pozytywy. Taka reakcja na zremisowany mecz powinna cechować zawodników Legii. Dla nas strata punktów na naszym podwórku to zawsze niedosyt. Gdy jesteś nienasycony, to możesz być tylko lepszy. Jestem przekonany, że w perspektywie czasu taka sportowa złość poprowadzi nas tylko do kolejnych sukcesów. Każdy wie czego chce i o co walczy w Legii. Nawet gdy nie idzie, to gramy do samego końca. Ludzie to widzą, kibice to doceniają. Fani widzą naszą mobilizację. To wszystko razem współżyje. My dziękujemy im za doping, a oni nam za walkę. Wszystko od samego początku idzie w dobrym kierunku. 

- Narodowy ma klimat, ale ten klimat tworzą nasi kibice. Wchodzisz na rozgrzewkę, słyszysz brawa, okrzyki i czujesz dumę. Ciężko jest to opisać słowami. Dla takich chwil warto grać. Dla takich chwil jeszcze gram, żeby zdobywać coraz więcej. Każdy finał jest dla mnie tak samo ważny.

- Wielkimi krokami zbliżamy się do finału Fortuna Pucharu Polski. Te mecze mają zupełnie inną specyfikę?
- Do tej pory pamiętam swój pierwszy wywalczony Puchar Polski z Legią. W Kielcach pokonaliśmy Ruch Chorzów 3:0. Niemal od samego początku tej rywalizacji osiągnęliśmy znaczną przewagę, którą konsekwentnie potwierdziliśmy bramkami. Bardzo dobrze wspominam pierwsze wygrane trofeum. Drugi Puchar to spotkanie w Bydgoszczy. Pamiętam, jak wykonywaliśmy ostatni rzut karny, a nasi kibice już praktycznie przekraczali linię końcową boiska. To było coś niesamowitego. Finałowy dwumecz ze Śląskiem też miał swoją historię. Pierwsze spotkanie rozgrywane we Wrocławiu było bardzo dobre w naszym wykonaniu. W rewanżu wyglądaliśmy jednak o wiele gorzej. Najważniejsze, ż udało się wówczas sięgnąć po kolejne trofeum.  Kolejne finały to mecze na Stadionie Narodowym. Narodowy ma klimat, ale ten klimat tworzą nasi kibice. Wchodzisz na rozgrzewkę, słyszysz brawa, okrzyki i czujesz dumę. Ciężko jest to opisać słowami. Dla takich chwil warto grać. Dla takich chwil jeszcze gram, żeby zdobywać coraz więcej. Każdy finał jest dla mnie tak samo ważny. Grasz o trofeum dla klubu, dla drużyny, dla siebie. Nie jest łatwo awansować do finału. W każdej rundzie masz jeden mecz, w którym musisz udowodnić swoją dominację. Stawiasz kolejne kroki i patrzysz coraz mocniej w kierunku Narodowego. Jako drużyna wiemy, czego możemy się spodziewać. Wiemy czego oczekiwać od samych siebie. Zdobycie Pucharu Polski będzie nagrodą dla każdej osoby, która dołożyła cegiełkę do tego sukcesu. 
 

- Inaki Astiz, Michał Kucharczyk, czy Jakub Rzeźniczak mają na obecną chwilę o jeden puchar więcej. 
- Muszę ich dogonić (śmiech). Po finale, jak zrównam się liczbą pucharów, to na pewno trzeba będzie coś przygotować. Zadzwonimy do Kuchego i trochę się pośmiejemy. 
 

- Przedłużenie kontraktu po 2024 roku? Jeżeli dostanę możliwość, to przedłużam. I nawet się nie zastanawiam.

- Ostatni mecz z Rakowem to dominacja Legii. To daje wam jakąś przewagę?
- Czujemy się bardzo pewnie przed meczem z Rakowem. My znamy ich, oni znają nas. Ranga tego spotkania na pewno zrobi swoje. Nie mam nic przeciwko, żeby wtorkowy mecz ułożył się podobnie jak ten rozgrywany miesiąc temu przy Łazienkowskiej. Pokazaliśmy wtedy, że wiemy jak zdominować Raków. Będziemy gotowi, mogę to zapewnić. Nie czujemy presji, czujemy głód. Ja osobiście czekam już, gdy pierwszy raz wejdę na murawę, gdy zobaczę dziesiątki tysięcy naszych fanów zdzierających gardło za Legię. We wtorek każdy będzie walczył nie dla siebie, nie dla kolegi z drużyny. Walczymy dla całego klubu. Niech to hasło przyświeca każdemu legioniście: „Po puchar Legio marsz”. 
 

- Przy przedłużeniu umowy powiedziałeś, że napisałeś historię, ale chcesz ją dalej kontynuować. Myślałeś sobie o tym, jakie byłoby idealne zakończenie tej historii?
- Może Superpuchar Polski, bo tego jeszcze nie mam. Jestem zdrowy, czuję w sobie dużo motywacji. Cały czas jestem nienasycony i to pcha mnie do przodu. Nie chcę się zatrzymywać, bo mam jeszcze wiele do wygrania i wiele do osiągnięcia. Jeżeli będę czuł, że coś jest nie tak, to jako pierwszy wam o tym powiem. 
 

- Gdyby decyzja miała zapaść teraz. W 2024 roku przedłużasz kontrakt, czy kończysz swoją karierę?
- Jeżeli dostanę możliwość, to przedłużam. I nawet się nie zastanawiam. 

- Spadasz na sam dół tabeli i znajdujesz się w takiej sytuacji pierwszy raz w życiu. Przeżywasz szok. Dopiero co cieszyłem się z mistrzostwa i gry w Europie, a teraz muszę walczyć o przetrwanie klubu. Przeżyłem coś takiego po raz pierwszy i jestem pewien, że ostatni.

- Trener Aleksandar Vuković was odmienił. Co było jego największą zasługą?
- Trener Vuković już tu był - jako zawodnik i trener. Wie jak do tego podejść, znał większość zawodników, obserwował nasze mecze. Wiedział z czym to się je. Potrafił wyciągnąć z nas maksimum potencjału. Podczas obozu w Dubaju pracowaliśmy nad każdym elementem. Byliśmy zamknięci, skoncentrowani wyłącznie na treningach. Wszystkim zależało, by przepracować ten okres jak najlepiej, wyjść z dołka i piąć się w górę. Zdawaliśmy sobie sprawę z powagi sytuacji. Podczas przerwy zimowej każdy z zawodników odpoczął psychicznie, nabrał dystansu. Wróciliśmy z czystymi głowami. Chwila odpoczynku dobrze nam zrobiła. Był to dobry fundament, by odmienić też naszą mentalność. Trener Vuković wyciągnął z każdego zawodnika jak najwięcej się dało. Pod względem piłkarskim i mentalnym. Po powrocie ze zgrupowania leczyłem jeszcze kontuzję, pierwszy mecz z Zagłębiem Lubin śledziłem w roli kibica. Graliśmy całkiem inaczej w piłkę. Przecierałem oczy ze zdumienia, dlaczego wcześniej nie dało się prezentować takiej postawy na boisku. 

 

- W minionym sezonie doszło do niecodziennej dla Was sytuacji, gdy to rywali stawiano w roli faworytów. Podchodziliście do meczów z Rakowem, Pogonią i Lechem, a większość stawiała na Waszych przeciwników. To trudne, gdy jesteś piłkarzem Legii.
- Dla ludzi z zewnątrz to dziwne, bo Legia zawsze jest faworytem. Sytuacja się zmieniła ze względu na naszą pozycję w tabeli, ale na boisku już tego nie widać. Każdy z piłkarzy zna swój potencjał i myślał tylko o tym, by udowodnić wszystkim, że potrafimy grać dobrze w piłkę, a to miejsce w tabeli nie jest dla nas. 

 

- Łatwiej gra się o mistrzostwo czy o utrzymanie? 
- O mistrzostwo. Pierwszy raz przeżyłem taką sytuację. Przed każdym sezonem nastawiasz się na grę o tytuł. Wcześniej przegrywaliśmy kilka meczów i sięgaliśmy po tytuły. Teraz wszystko wywróciło się do góry nogami. Spadasz na sam dół tabeli i znajdujesz się w takiej sytuacji pierwszy raz w życiu. Przeżywasz szok. Dopiero co cieszyłem się z mistrzostwa i gry w Europie, a teraz muszę walczyć o przetrwanie klubu. Przeżyłem coś takiego po raz pierwszy i jestem pewien, że ostatni. 

- To dla nas powód do wstydu i nie może się to więcej powtórzyć. Nie powtórzy się. W przyszłym sezonie chcemy bić się o najwyższe cele, bo do tego stworzona jest Legia Warszawa.

- Przed nami nowy sezon i nowe otwarcie. W jakich aspektach widzisz największe wyzwania stojące przed drużyną i nowym trenerem Kostą Runjaiciem? 
- Nie znam osobiście trenera Runjaicia i nie wiem jeszcze jakie ma wizje dotyczące Legii Warszawa. Nie chcę teraz wybiegać w przyszłość i wróżyć z fusów. Przed nami okno transferowe, dojdzie na pewno do zmian personalnych. Sam nie wiem kto w klubie zostanie, a kto dołączy. Musimy jednak zachować pewną stabilizację, zabezpieczyć zespół na dłuższy czas. Odejścia zawodników są rzeczą normalną - ktoś poszukuje nowych wyzwań, wiele osiągnął już w Legii i potrzebuje zmian. Klub też na tym zyskuje, ponieważ zarabia pieniądze. Jednak nie możemy teraz budować zespołu na zawodnikach, którzy zimą mogą opuścić klub. Przed nami bardzo ważny czas. Trener Runjaić na pewno będzie miał wpływ na budowę kadry na przyszły sezon, więc będzie to pierwsze z wyzwań, które na niego czeka. 

 

- Na koniec, jako kapitan, co chciałbyś przekazać kibicom w tym momencie?
- Za nami słaby sezon, nie chcieliśmy, aby tak to wyglądało. W pierwszej rundzie mieliśmy dramatyczne momenty, ale wyszliśmy z tego. Już piąte miejsce byłoby bardzo rozczarowujące, a my zakończyliśmy rozgrywki na dziesiątym. To dla nas powód do wstydu i nie może się to więcej powtórzyć. Nie powtórzy się. W przyszłym sezonie chcemy bić się o najwyższe cele, bo do tego stworzona jest Legia Warszawa. 

Share

Related news

See all