
Bartosz Slisz opowiada o wewnętrznym braku zgody na porażki, rekordzie transferowym, a także o grach komputerowych, muzyce i... słodyczach.
Jest trochę jak dr Jekyll i mr Hyde, bo o ile w relacjach międzyludzkich ma cechy introwertyka, o tyle na boisku gdy trzeba, pierwszy rzuca się rywalowi do gardła. Poruszyliśmy kwestię obu jego twarzy – tej gdy w domu gra na ukulele i zajada słodycze, jak i tej, kiedy podczas meczu wychodzi z siebie i staje obok. Było zabawnie, gdy rozmawialiśmy o wyjściach na miasto czy mandacie za przekroczenie prędkości, było też poważnie, gdy wprost zapytaliśmy o to co się stało z drużyną. Panie i Panowie – przed Wami Bartosz Slisz.
- To jak, startujemy?
- Kończę SBC akurat, także możemy pogadać.
- Co kończysz?
- Squad Building Challenges, takie wyzwania w FIFĘ.
- Moglibyśmy zrobić ten wywiad nawet przy konsoli, ale wydaje mi się, że rozmowa z Tobą kiedy trzymasz w ręku pada, to chyba nie jest najlepszy pomysł.
- No lubię rywalizację (śmiech). Nienawidzę przegrywać, naprawdę – nieważne w co gram, zawsze muszę być po stronie zwycięzców. Tej rywalizacji nauczył mnie brat – wiele rzeczy robiliśmy razem i każdy chciał być lepszy od drugiego. Czułem wewnętrzny przymus, że muszę z nim wygrać i coś takiego zostało mi do teraz w każdej dziedzinie życia, w której się z kimś konfrontuję.
- Jaka gra wyprowadza Cię z równowagi najbardziej?
- Chyba żadna. Co? Poczekaj, tu dziewczyna siedzi koło mnie i dogaduje, że to nieprawda. Kamila twierdzi, że tak działa na mnie Counter-Strike, więc pewnie rzeczywiście coś w tym jest. No dobra, przy Counterze czasami rzeczywiście nerwy puszczają.
- Przy okazji UFC ponoć gorąco bywa do tego stopnia, że o Twoich wygranych chcąc nie chcąc dowiadują się nawet sąsiedzi.
- No była taka sytuacja (śmiech). Grałem z kolegą bardzo zaciętą walkę, tak zaciętą, że po wygranej wyszedłem w emocjach na balkon i zacząłem się drzeć. Było już dość późno, więc cisza nocna została trochę naruszona – na szczęście sąsiedzi okazali się być wyrozumiali.
- Słucham tego wszystkiego, oglądam Twoje mecze i widzę pewien zgrzyt ze spokojnym introwertykiem, którym na co dzień jesteś. Rywalizacja to jedyny moment, w którym się trochę uzewnętrzniasz?
- Na pewno. Wydaje mi się, że większość sportowców to zupełnie inni ludzie prywatnie niż przed kamerami w trakcie zawodów. Rzeczywiście przy pierwszym spotkaniu wyglądam na cichą i spokojną osobę, ale gdy kogoś bliżej poznam, wtedy potrafię się otworzyć. Faktem jednak jest, że najbardziej swobodnie czuję się na boisku.
- Nienawidzę przegrywać, naprawdę – nieważne w co gram, zawsze muszę być po stronie zwycięzców. Tej rywalizacji nauczył mnie brat – wiele rzeczy robiliśmy razem i każdy chciał być lepszy od drugiego.
- Nienawidzę przegrywać, naprawdę – nieważne w co gram, zawsze muszę być po stronie zwycięzców. Tej rywalizacji nauczył mnie brat – wiele rzeczy robiliśmy razem i każdy chciał być lepszy od drugiego.
- Ile potrzebujesz czasu by otworzyć się przed drugim człowiekiem?
- Chyba nie ma jakiejś uniwersalnej zasady. Jak każdy – z jednymi dogaduję się lepiej, z drugimi trochę gorzej. Jednej osobie potrafię zaufać od razu, innej nawet podczas długiego okresu znajomości nigdy nie powiem pewnych rzeczy.
- Ale za dużo emocji chyba w ogóle nie pokazujesz.
- Potrafię okazać je przy okazji gier, potrafię na boisku, ale w stosunkach międzyludzkich raczej nie. Potrzebuję trochę czasu by swobodnie poczuć się przy innych, ale bywa też tak, że niekiedy w ogóle nie potrzebuję kontaktu z drugą osobą. Rzeczywiście jestem trochę typem samotnika. Czasem po prostu lepiej czuję się sam ze sobą niż w jakimś większym gronie. Nie unikam ludzi, niemniej bywa, że potrzebuję samotności. Prawda też jest taka, że średnio nawiązuję nowe relacje.
- Ile w takim razie zajęło Ci to w Warszawie, zarówno na poziomie kolegów w pracy jak i bliższych znajomych?
- W Legii było mi zdecydowanie łatwiej niż wtedy, kiedy wchodziłem do Zagłębia – tutaj ta aklimatyzacja przebiegła zdecydowanie szybciej. Pewnie miał na to wpływ fakt, że już wcześniej znałem kilka osób – Piotrka Pyrdoła czy Mateusza Praszelika, z którymi rywalizowałem jeszcze w młodszych rocznikach. Szatnia w tym klubie jest naprawdę świetna – bardzo szybko złapałem kontakt z nowymi kolegami.
- No ale do Zagłębia nie wchodziłeś też jako rekord transferowy Ekstraklasy.
- Myślę, że to akurat nie miało większego wpływu. Trudności w Zagłębiu polegały na tym, że była to moja pierwsza zmiana klubu. Nie miałem tam żadnych znajomych, nie znałem zupełnie nikogo, wtedy nikt mnie jeszcze nie powoływał na młodzieżowe reprezentacje Polski. To też był bardzo duży przeskok jakościowy, bo jednak trafiłem do Ekstraklasy z drugoligowego zespołu. Przy transferze do Legii takich problemów już nie miałem – trochę w lidze zdążyłem się jednak ograć, znałem parę osób w zespole, sporą część zawodników kojarzyłem z boiska, a oni kojarzyli mnie i wiedzieli czego się po mnie spodziewać. To wszystko złożyło się na fakt, że zdecydowanie łatwiej było mi zamienić Lubin na Warszawę.
- Mówiłeś o tej super szatni, o tym jak jesteście ze sobą zgrani – to zresztą cały czas powtarzał trener Vuković. Sporo osób zarzucało wam jednak, że nie widać tego na boisku.
- Szczerze mówiąc dużo o tym myślałem, ale nadal chyba jednoznacznie nie potrafię powiedzieć dlaczego mieliśmy tak słabe wyniki na początku sezonu. Bo atmosfera w tej drużynie na pewno jest, tylko wiadomo, że jeszcze lepiej się czujesz w momencie kiedy swoje zgarniasz z boiska. Naprawdę, nie wiem czemu graliśmy tak bardzo poniżej naszego poziomu. I powie to każdy, bo wszyscy wiedzą, że mają dużo więcej do zaoferowania. Teraz wygraliśmy dwa mecze, ale one w moim wykonaniu też nie były najlepsze, z czego zresztą zdaję sobie sprawę. Najważniejsze jednak, że wreszcie zaczęliśmy punktować. Sam nie wiem, może te porażki w eliminacjach tak nas podłamały? Każdy liczył na europejskie puchary, a tu nagle się z nimi pożegnaliśmy. To nie było łatwe dla żadnego z nas, więc może odpadnięcie w eliminacjach również miało wpływ na naszą grę. Cały czas nie potrafię jednak wskazać jednej konkretnej rzeczy, która nie funkcjonowała.
- Okej, ciężko Ci mówić za całą drużynę, ale za siebie chyba możesz. Co nie działało u Ciebie?
- Wydaje mi się, że brakowało mi tych wyników, bo kiedy one są, wówczas każdemu z nas gra się zdecydowanie lepiej. Poza meczami z Zagłębiem i Śląskiem czułem się bardzo dobrze, wiedziałem, że mogę dać dużo drużynie, ale najwyraźniej nie aż tak, żeby wygrać tamte spotkania. Cieszę się jednak, że ostatnio zaczęło trybić na tyle, że wygraliśmy oba mecze. I naprawdę jesteśmy coraz bliżej tego by wejść na nasz poziom.
- Pierwszą bramkę w barwach Legii też sobie pewnie inaczej wyobrażałeś.
- Tak, nawet nie przeszło mi przez myśl żeby się cieszyć golem na 1:3. Od razu wziąłem piłkę żeby jak najszybciej wznowić grę, bo wierzyłem, że jeszcze uda nam się jakoś ukłuć Górnik. Skończyło się jednak tak jak się skończyło – powiedzmy sobie szczerze: zasłużenie przegraliśmy tamto spotkanie.
- I w tym meczu – i zresztą w wielu poprzednich – lubiłeś skoczyć do gardła rywalom. Taką wybuchowość traktujesz jako wadę czy zaletę?
- To co na boisku zostaje na boisku. Przy takim poziomie adrenaliny i walki każdego mogą ponieść emocje. Mnie ponoszą może czasami za bardzo i na pewno muszę nad nimi bardziej panować, ale z drugiej strony nie wyobrażam sobie zmiany o 180 stopni. Nigdy nie będę cichym zawodnikiem, dla mnie takie starcia też są częścią futbolu. Lubię czasem dodać trochę pikanterii czy podyskutować z rywalem – wtedy rośnie u mnie taka sportowa złość, dzięki której po prostu lepiej gram.
- Naprawdę, nie wiem czemu graliśmy tak bardzo poniżej naszego poziomu. I powie to każdy, bo wszyscy wiedzą, że mają dużo więcej do zaoferowania. Teraz wygraliśmy dwa mecze, ale one w moim wykonaniu też nie były najlepsze, z czego zresztą zdaję sobie sprawę.
- Naprawdę, nie wiem czemu graliśmy tak bardzo poniżej naszego poziomu. I powie to każdy, bo wszyscy wiedzą, że mają dużo więcej do zaoferowania. Teraz wygraliśmy dwa mecze, ale one w moim wykonaniu też nie były najlepsze, z czego zresztą zdaję sobie sprawę.
- Ile czasu przeżywasz przegrane spotkanie?
- Czasami bardzo długo. Wygrana z Zagłębiem dała mi pewną swobodę – aż tak bardzo nie musiałem myśleć o popełnionych błędach, zwłaszcza sprokurowanym rzucie karnym. Całe szczęście, że drużyna wywalczyła wtedy zwycięstwo, przez co miałem trochę spokojniejszą głowę. Natomiast porażki bolą mnie kilka dni, potrzebuję trochę czasu żeby je jakoś przeboleć. W końcu dochodzę jednak do siebie, a teraz, przy takim natężeniu spotkań, w ogóle nie można sobie pozwolić na takie rozmyślania. Najlepszym i najprostszym sposobem na powetowanie sobie przegranej jest zwycięstwo w kolejnym meczu.
- Niepowodzenia trzymasz głęboko w sobie, czy jednak widać zmiany w Twoim zachowaniu?
- Różnie bywa, natomiast po Karabachu rzeczywiście ciężko było ze mną wytrzymać. Wiem, że byłem nieznośny i moi najbliżsi boleśnie to odczuli. Tak już po prostu mam, że jest mi trudno przegrywać. Zaczęliśmy od tego jak wkurzam się przy grach komputerowych, więc logicznym jest, że w kwestiach meczu to działa na gigantycznie większą skalę. Ciężko jest godzić się z porażkami.
- Zaczęliśmy od tego jak wkurzam się przy grach komputerowych, więc logicznym jest, że w kwestiach meczu to działa na gigantycznie większą skalę. Ciężko jest godzić się z porażkami.
- Zaczęliśmy od tego jak wkurzam się przy grach komputerowych, więc logicznym jest, że w kwestiach meczu to działa na gigantycznie większą skalę. Ciężko jest godzić się z porażkami.
- Po spotkaniu z Zagłębiem jeden z członków sztabu powiedział: Mówią, że w Legii łatwo się wygrywa, a to ch… prawda. Potwierdzasz?
- Na pewno, bo mimo tego, że mamy bardzo dobry zespół wiemy, jak każda inna drużyna podchodzi do meczów z nami. Zresztą daleko szukać – przecież doskonale pamiętam jak to było w Zagłębiu. Wszystkie ekipy wychodzą na mecz z Legią jak na ten najważniejszy w sezonie, bo przecież fajnie pokazać się z dobrej strony w starciu z mistrzem Polski – zawodnicy wiedzą, że na takie mecze patrzy naprawdę wiele osób. Mobilizacja wzrasta dwukrotnie, nikt nie odstawia nogi, każdy daje z siebie więcej niż ma. A w Legii na każdego rywala wychodzisz tak samo.
- Zabolało Cię zderzenie z presją w tym klubie? Tutaj po paru porażkach robi się naprawdę gęsto.
- Wydaje mi się, że tak naprawdę jeszcze tego nie odczułem. Kiedy przyszedłem byliśmy na pierwszym miejscu i wygraliśmy mistrzostwo, a teraz, kiedy idzie nam gorzej, gramy przy pustych trybunach, więc na dobrą sprawę nie da się jeszcze poczuć takiego ciśnienia. Wiem jednak, że ono jest i to zupełnie różne od tego, z którym mierzyłem się wcześniej.
- Do tych zmian ostatnio doszła zmian szkoleniowca. Jakie różnice widać w waszej współpracy na pierwszy rzut oka?
- Każdy trener ma swój styl pracy i tak samo jest teraz. Na dobrą sprawę trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo na żadnego trenera nie patrzyłem w ten sposób. Po prostu do każdego z nich próbuję się dostosować – zrozumieć jego metodykę pracy, zasady i panujące reguły.
- A w jaki sposób pożegnałeś się z Aleksandarem Vukoviciem?
- Mieliśmy bardzo dobrą relację i naprawdę się cieszę, że przyszedłem do Legii za jego kadencji. Od razu wykonałem do niego telefon, podziękowałem mu za współpracę, bo na pewno dużo mi dał i wiele mnie nauczył. Dał mi szansę, u niego zdobyłem pierwsze mistrzostwo Polski, co z pewnością zapamiętam do końca życia. Kiedy rozmawialiśmy byłem mu za wszystko szczerze wdzięczny. To naprawdę dobry trener.
- Funkcjonariusz spisywał moje dane i nagle pyta, czy to ja jestem tym piłkarzem. Chwilę porozmawialiśmy i spytałem czy chciałby może zobaczyć medal za mistrza, bo akurat jadę go pokazać rodzinie.
- Funkcjonariusz spisywał moje dane i nagle pyta, czy to ja jestem tym piłkarzem. Chwilę porozmawialiśmy i spytałem czy chciałby może zobaczyć medal za mistrza, bo akurat jadę go pokazać rodzinie.
- Czyli kolejny cel z kartki na lodówce skreślony. Ile zostało?
- W tym sezonie są już nowe (śmiech). Z tamtego nie spełniłem tylko jednego – rozegrania ponad 30 spotkań. Wystąpiłem w 28, więc zabrakło naprawdę niewiele.
- To jak już przy lodówce jesteśmy – jak sytuacja w rankingu hummusu w warszawskich knajpach?
- (Śmiech) Jest w Warszawie kilka fajnych restauracji, kilka zwiedziłem wspólnie ze znajomymi. Lubimy poznawać nowe smaki, a ja jestem miłośnikiem hummusu, więc w pewnym momencie stwierdziliśmy, że zrobimy sobie taką tabelkę. Nie wiem jednak do końca jak wygląda obecnie, bo pandemia trochę wstrzymała te eskapady, a sam ranking ma w posiadaniu kolega.
- Branżę gastronomiczną w stolicy już widzę poznałeś. Masz jakieś inne ulubione miejsca w mieście?
- Jeżeli miałbym wymienić najfajniejsze, to chyba musiałbym się ograniczyć do restauracji (śmiech). Jest kilka dobrych, bardzo lubię się przejść do Paros albo Na Lato. Teraz jednak z wyjściami czekam na lepsze czasy.
- A nauczyłeś się w końcu jak nazywa się galeria obok której mieszkasz?
- Galeria Mokotów! Bardzo długo myliłem ją z Mokotowską (śmiech). Takie pomyłki wynikają z tego, że stosunkowo mało chodzę po mieście, generalnie jestem raczej typem domatora.
- …który często zapomina o ważnych rzeczach, czego świadkiem jest m.in. twój medal za mistrzostwo Polski.
- Pewnie chodzi Ci o to, że sporo czasu spędził w aucie, ale muszę się tutaj wytłumaczyć. Od razu po dekoracji pojechałem do rodziny w Rybniku się nim pochwalić. Ostatnio jak robiłeś ze mną rozmowę to opowiadałem Ci historię o tym, jak fotoradar trafił mnie pod Częstochową. No i teraz wcale nie jestem lepszy, bo jak już wjechałem do Rybnika to złapała mnie policja za przekroczenie prędkości (śmiech). Funkcjonariusz spisywał moje dane i nagle pyta, czy to ja jestem tym piłkarzem. Chwilę porozmawialiśmy i spytałem czy chciałby może zobaczyć medal za mistrza, bo akurat jadę go pokazać rodzinie. Powiedział, że pewnie, obejrzał i pogratulował, ale mandat i tak musiałem zapłacić (śmiech). Potem gdy wracałem do Warszawy, zapomniałem wyjąć go ze schowka w aucie, więc rzeczywiście trochę sobie ze mną pojeździł. W pewnym momencie tknęło mnie, że czegoś w mieszkaniu brakuje, więc od razu zabrałem medal z samochodu i teraz dumnie prezentuje się w domu na honorowym miejscu.
- Jeśli wygramy tytuł, to nagram z Wami materiał i wrzucimy na fanpage Legii jak gram na ukulele „Sen o Warszawie”. Jesteśmy umówieni!
- Jeśli wygramy tytuł, to nagram z Wami materiał i wrzucimy na fanpage Legii jak gram na ukulele „Sen o Warszawie”. Jesteśmy umówieni!
- Skoro mowa o twoich grzechach, to musimy wspomnieć kwestię słodyczy.
- Mogę śmiało powiedzieć, że w moim pobliżu nigdy ich nie ma, bo jak tylko się pojawiają, to zawsze są zjedzone. Uwielbiam je, od zawsze mam bzika na ich punkcie i nie wiem czy mi to kiedyś przejdzie. Wychodzę z prostego założenia – jeśli coś ma w sobie czekoladę to jest pyszne.
- To jak jest w końcu z dietą piłkarzy – na ile możecie sobie pozwolić?
- Myślę, że to bardzo indywidualna kwestia – jedni mogą więcej, inni mniej. Ja już nauczyłem się swojego organizmu, wiem czego potrzebuje, z czym mogę sobie pofolgować, a z czym absolutnie nie. Uważam, że odrobina słodyczy mi nie przeszkadza – zdrowo się odżywiam, dostarczam organizmowi pierwiastki, których potrzebuje, dzięki czemu na przykład unikam kontuzji. Oczywiście nie jest tak, że siadam przed telewizorem z paczką ciastek, ale od czasu do czasu mogę sobie pozwolić na coś słodkiego.
- Słyszałem o napastniku, który dostał zakaz wyjścia do klubów od trenera i kompletnie się zaciął. Po pewnym czasie wyszedł na miasto przed meczem i w weekend załadował dwa gole.
- Każdy z nas potrzebuje innych bodźców, to bardzo indywidualna sprawa. Wychodzę z założenia, że jeżeli nie przesadzasz i takie małe grzeszki nie mają wpływu na twoją formę – a wręcz pozwalają ją utrzymać – to wszystko jest w porządku. Ja co prawda nie jestem typem imprezowicza, natomiast wiem, że są zawodnicy, którzy po prostu potrzebują się czasem wyszaleć.
- Z muzyki to u Ciebie ostatnio gra głównie ukulele.
- Tak, zacząłem się uczyć grać, zrobiłem już sobie w domu kilka lekcji indywidualnych. Kiedy nachodzi mnie ochota to próbuję coś tam pobrzdąkać, ale nie ma w tym jakiejś systematyczności.
- W takim razie życzę Ci tego, żebyś pod koniec sezonu mógł na nim zagrać „Mistrzem Polski jest Legia”.
- Możemy nawet tak zrobić, że jeśli wygramy tytuł, to nagram z Wami materiał i wrzucimy na fanpage Legii jak gram na ukulele „Sen o Warszawie”. Jesteśmy umówieni!