Legia logo
News7 min read

Bartosz Slisz: Na nic się nie nastawiałem (Cz. 1)

Plus500 logo
PKO Bank Polski Ekstraklasa logo

- Mam świadomość, że będzie się ode mnie dużo oczekiwało, ale bardzo się cieszę z tego powodu. Lubię i nie boje się podejmować wyzwań. Mam nadzieję, że wszystkim uda mi się sprostać - deklaruje w rozmowie z Legia.com najnowszy nabytek klubu, Bartosz Slisz.

Legia.com: - Emocje już powoli opadają?
Bartosz Slisz: - Nadal jestem bardzo podekscytowany i myślę, że emocje będą mi jeszcze długo towarzyszyły. Na pewno pierwsze dni w nowym klubie są dla mnie bardzo ważne. Chcę się wkomponować w zespół jak najlepiej i mam nadzieję, że tak właśnie zostanę przyjęty. Wciąż jestem bardzo rozemocjonowany i nie mogę się już doczekać pierwszego meczu w nowych barwach. 

 

- Łazienkowska stała się dla Ciebie wyjątkowym adresem już prawie dwa lata temu. Pamiętasz dlaczego? 

- To właśnie przy Łazienkowskiej zagrałem po raz pierwszy w podstawowym składzie w ekstraklasie. Reprezentowałem wówczas barwy KGHM Zagłębia i wygraliśmy tamten mecz 1:0. Był to bardzo ważny moment w mojej karierze i zawsze, gdy wracam do niego pamięcią, miło go wspominam. 

 

- Był stresik? 
- Z tego co pamiętam, to tylko na rozgrzewce. Gdy mecz już się rozpoczął, wykonałem jedno, a później drugie dobre zagranie. Dzięki temu mój strach poszedł w zapomnienie. Nie mogę jednak powiedzieć, że przed spotkaniem byłem sparaliżowany. Był to pozytywny stres, który tylko napędził mnie do jeszcze lepszego występu. 

 

- „Chcę jeść małą łyżeczką i iść krok po kroku” - mówiłeś w jednym z wywiadów dla oficjalnego serwisu KGHM Zagłębia. Transfer do Legii to krok ku czemu? 
- To na pewno krok, który pozwoli mi się jeszcze bardziej rozwinąć. Czuję, że to idealny czas na zmianę otoczenia. Chcę stawiać sobie nowe wyzwania, a myślę, że w Legii te wyzwania będą ogromne. Mam świadomość, że będzie się ode mnie dużo oczekiwało, ale bardzo się cieszę z tego powodu. Lubię i nie boje się podejmować wyzwań. Mam nadzieję, że wszystkim uda mi się sprostać.

- To właśnie przy Łazienkowskiej zagrałem po raz pierwszy w podstawowym składzie w ekstraklasie. Reprezentowałem wówczas barwy Zagłębia i wygraliśmy tamten mecz 1:0. Był to bardzo ważny moment w mojej karierze i zawsze, gdy wracam do niego pamięcią, miło go wspominam.

- Kiedy po raz pierwszy dowiedziałeś się o zainteresowaniu ze strony Legii? 
- Szczerze mówiąc o zainteresowaniu ze strony Legii dowiedziałem się we wtorek w południe. To specyficzny okres, ponieważ zbliża się koniec okna transferowego. Wiedziałem również, że w kontrakcie wpisaną mam klauzulę, więc miałem świadomość tego, że mój transfer nie dojdzie do skutku tak łatwo. Na nic się nie nastawiałem, ale kolejnego dnia dowiedziałem się, że sprawy nabrały szybkiego tempa. Przeprowadziłem rozmowy z trenerem i dyrektorem sportowym. Bardzo się cieszę, że to wszystko potoczyło się w taki sposób. Mam nadzieję, że wszystko będzie w porządku. 

 

- Wspomniałeś o klauzuli, która była wpisana w Twój kontrakt z Zagłębiem. Byłeś zaskoczony, że ktoś zdecydował się na jej aktywację? 
- Jest to odrobinę zaskakujące, ponieważ takiego transferu wewnątrz ekstraklasy jeszcze nie było. Tym bardziej się cieszę, że dotyczy to akurat mnie. Czuję, że Legia mnie chce i jestem dumny, że mi zaufała. Chciałbym odpłacić się dobrą grą, zaangażowaniem i postawą na boisku oraz poza nim. 

 

- W przypadku piłkarzy w Twoim wieku częstym trendem jest wyjazd za granicę. Nie kusiło Cię, aby podążyć właśnie tą drogą? 
- Na pewno w mojej głowie pojawiały się takie myśli. Dostałem jednak ofertę z Legii i po dłuższym zastanowieniu zdecydowałem się ją przyjąć. Wiem, że dla mnie to kolejny krok. Jeśli udowodnię, że potrafię pokazać się w tak wielkim klubie, to myślę, że wyjazd zagraniczny również dojdzie do skutku. Spokojnie podchodzę do tego wszystkiego. Póki co cieszę się, że trafiłem do Warszawy. Nie zaprzątam sobie głowy transferem na zachód, ponieważ jeszcze wiele pracy przede mną. 

 

- Miałeś jednak okazję zasmakować zagranicznej piłki. 
- Po raz pierwszy wyjechałem ponad trzy lata temu. Przechodziłem testy we włoskim klubie Virtus Entella. Trenowałem jednak z drużyną juniorską, występującą w Primaverze, co nie do końca mi odpowiadało. Grałem już przecież wówczas w seniorach ROW-u Rybnik na poziomie II ligi i nie chciałem robić kroku w tył. Inną kwestią były obiekty, na których odbywały się zajęcia. Nie tak to sobie wyobrażałem, a dodatkowo murawa nie była naturalna, tylko sztuczna. Dbam o swoje zdrowie i o rozwój, dlatego nie zdecydowałem się na transfer. Miesiąc później wyjechałem do Danii, do FC Nordsjaelland. Tam wszystko wyglądało dużo lepiej, a przede wszystkim trenowałem z pierwszą drużyną. Spędziłem tam ponad tydzień i zobaczyłem, że jest tam całkiem duża jakość. Było to dla mnie nowe doświadczenie, podczas którego zobaczyłem, na jak wysokich obciążeniach można trenować. Uznałem, że nie jestem gotowy na wyjazd, to była moja własna decyzja. W tamtym czasie wolałem zostać w Polsce i skończyć edukację. Gdy to się udało, pojawiła się możliwość testów w Zagłębiu. Pojechałem z pierwszą drużyną na obóz do Turcji. Trener Piotr Stokowiec zdecydował, że chce mnie w swoim zespole i po dość długich negocjacjach między ROW-em a Zagłębiem doszło do transferu.

- Jest to odrobinę zaskakujące, ponieważ takiego transferu wewnątrz ekstraklasy jeszcze nie było. Tym bardziej się cieszę, że dotyczy to akurat mnie. Czuję, że Legia mnie chce i jestem dumny, że mi zaufała.

- Śledząc przebieg Twojej kariery stwierdzam, że w niej generalnie wszystko dzieję się bardzo szybko. Zgadzasz się z tym? 
- Nie do końca. Rzeczywiście, dość szybko zacząłem grać regularnie w II lidze. Miałem wówczas 17 lat, a nie każdy w tym wieku ma możliwość występów na szczeblu centralnym. Po transferze do Zagłębia czekałem już jednak ponad rok na debiut w ekstraklasie. Na wszystko musiałem sobie zapracować i myślę, że właśnie dzięki pracy i uporowi dostałem szansę dołączenia do Legii. 

 

- Twój piłkarski idol to N’Golo Kante? 
- Niekoniecznie. Alan Czerwiński zaczął mnie kiedyś tak nazywać, ale myślę, że chodziło mu o postawę boiskową. To rzeczywiście bardzo dobry piłkarz, od którego można wiele podpatrzeć, ale ja osobiście bardziej inspirowałem się grą Toniego Kroosa. Teraz staram się czerpać od zawodników występujących na pozycji „numer sześć”. Jestem także zafascynowany Cristiano Ronaldo i tym, jak tytaniczną pracę wykonuje przez całą karierę. 

 

- O ile porównanie do francuskiego pomocnika jeszcze rozumiem, tak do odkurzacza nie bardzo. Mógłbyś wytłumaczyć, dlaczego kiedyś nazwał Cię tak trener Ben Van Dael? 
- To było podczas pomeczowej analizy. Trener Ben Van Dael mówił coś w innym języku, a po przetłumaczeniu tego okazało się, że nazwał mnie „odkurzaczem” na boisku. Miał na myśli to, że jeśli w trakcie meczu się zepsuło, to ja, jak odkurzacz, szybko sprzątałem i sprawiałem, że sytuacja się uspokajała. Mimo iż to dość dziwne słowo, to generalnie bardzo cieszyłem się z tego porównania. Miałem poczucie, że na boisku jestem przydatny.

 

- Ludzie mówią o Tobie: „sumienny”, „rzetelny”, a jeszcze inaczej określał Cię trener Roland Buchała, który wprowadzał Cię do pierwszej drużyny ROW-u Rybnik. 
- A dokładniej był moim trenerem w juniorach starszych. Gdy awansował na stanowisko asystenta trenera pierwszej drużyny, ja także dołączyłem do kadry. Nasza przyjaźń trwa do dzisiaj. 

- Trener Ben Van Dael mówił coś w innym języku, a po przetłumaczeniu tego okazało się, że nazwał mnie „odkurzaczem” na boisku. Miał na myśli to, że jeśli w trakcie meczu się zepsuło, to ja, jak odkurzacz, szybko sprzątałem i sprawiałem, że sytuacja się uspokajała.

- Trener nazwał Cię kiedyś „pracoholikiem”. Rzeczywiście nim jesteś? 
- Wydaje mi się, że jestem nie tylko pracoholikiem, ale również perfekcjonistą. Jeśli coś zaczynam, zawsze chcę robić to do samego końca w, jak wcześniej wspomniałeś, sposób sumienny i rzetelny. Lubię pracować, nie znoszę nudy. 

 

- Samo wejście do seniorów nie było jednak dla Ciebie łatwe? 
- Na pewno. Na początek zaliczyłem dwa epizody, bodajże po trzy i pięć minut, ale później doznałem kontuzji pleców, po której dochodziłem do siebie przez trzy miesiące. Wtedy nie była to dla mnie łatwa sytuacja, ale teraz myślę, że wzmocniła ona mój charakter. Gdy w pełni wyzdrowiałem, zacząłem grać regularnie. 

 

- Jeśli się mylę, wyprowadź mnie z błędu, ale wydaje mi się, że 17-latek w szatni II-ligowego klubu nie ma łatwego życia. Czytałem, że po jednym z meczów bardzo przejmowałeś się krytyką ze strony starszych piłkarzy.
- To nie do końca prawda. W szatni piłkarskiej nie ma krytyki, jest za to wsparcie dla młodych piłkarzy. Pomimo tego, że teoretycznie nastoletni zawodnik powinien być traktowany w dokładnie taki sam sposób, jak pozostali, to zawsze da się wyczuć, że trener podchodzi do takich piłkarzy w odrobinę inny sposób. Sam osobiście to czułem. Wiadomo, że zdarza się zgarnąć „opiernicz” od kogoś starszego, ale nigdy nie zdarzyło się, bym czuł, że jakikolwiek inny zawodnik jechał po mnie i nakładał na mnie dodatkową presję z powodu słabszego meczu. 

 

- Wspomniałeś o problemach z plecami i o tym, że przez to nie mogłeś trenować na pełnych obrotach. Chciałeś wtedy rzucić to wszystko? 
- Nie, nigdy nawet tak nie pomyślałem. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym robić coś innego. Wiadomo, że w szatni piłkarskiej jest trochę szyderstwa, rzecz jasna pozytywnego. Gdy jeszcze trwała moja rekonwalescencja, dużo biegałem wokół boiska. Koledzy z drużyny śmiali się wówczas, że nie trenuję, by wrócić na boisko, lecz po to, by wystartować w zawodach lekkoatletycznych. Muszę jednak przyznać, że w ogóle mnie to nie ruszało. Było to dla mnie budujące. Myślałem wówczas: „jeszcze Wam pokażę”.

 

We wtorek o godzinie 19:00 ukaże się druga część rozmowy z Bartoszem Sliszem, w której opowie o czasach szkolnych, turniejach, młodzieńczych pomysłach czy nagrodzie dla "Młodego Pitagorasa". Zapraszamy!

Share

Related news

See all