Legia logo
News5 min read

Domagoj Antolić: Zawsze staramy się zdominować rywala

Plus500 logo
PKO Bank Polski Ekstraklasa logo

- Potrzebujesz czasu, aby stać się nierozerwalną częścią drużyny i całego klubu. Teraz tak właśnie jest. Czuje niesamowite wsparcie z wielu stron, co sprawia, że czuję się tu doskonale - mówi Domagoj Antolić w rozmowie z Legia.com.

Legia.com: - Czy czujesz się teraz najbardziej istotną postacią, odkąd trafiłeś do Legii? 
Domagoj Antolić: - Myślę, że można tak powiedzieć. Oczywiście, gdy przyszedłem do Legii zimą 2018 roku wszyscy od razu mnie zaakceptowali, ale gdy trafiasz do nowego miejsca, nie da się od razu poczuć jego kluczową postacią. Potrzebujesz czasu, aby stać się nierozerwalną częścią drużyny i całego klubu. Teraz tak właśnie jest. Czuje niesamowite wsparcie z wielu stron, co sprawia, że czuję się tu doskonale. 

 

- Co sprawiło, że w ostatnich miesiącach stałeś się tak ważną postacią? 
- Mam nadzieję, że to moja dobra dyspozycja pozwoliła mi osiągnąć taką pozycję. Nie byłoby to jednak takie oczywiste, gdyby nie reszta zespołu. Wszyscy piłkarze grają teraz bardzo dobrze. To proste - jeśli zespół, jako całość, prezentuje się z dobrej strony, każdemu zawodnikowi jest dużo łatwiej. 

 

- Co mówił Ci trener Aleksandar Vuković, gdy jeszcze nie byłeś piłkarzem pierwszego składu? 
- Co mówił mi trener? Mówił: „Musisz pracować jeszcze ciężej, być cierpliwym i czekać na swój moment”. Ten moment w końcu nadszedł i myślę, że wykorzystałem swoją szansę w najlepszy możliwy sposób. Obecny styl naszej drużyny odpowiada mi bardziej, niż za kadencji poprzedniego trenera. Myślę, że kibice zauważyli naszą odmianę. Staramy się zdominować rywala w każdym meczu i długo utrzymujemy się przy piłce. Bardzo lubię taki futbol.

- Każdy sportowiec powinien być przekonany o własnych możliwościach. Ja naprawdę wierzyłem, że mogę dać tej drużynie wiele dobrego. W piłce nożnej szansę możesz otrzymać nagle, z tygodnia na tydzień.

- W tamtym okresie faktycznie wierzyłeś, że dostaniesz w końcu swoją szansę, czy może raczej w Twojej głowie pojawiały się myśli, w których szukałeś swojego miejsca w innym klubie? 
- Każdy sportowiec powinien być przekonany o własnych możliwościach. Ja naprawdę wierzyłem, że mogę dać tej drużynie wiele dobrego. W piłce nożnej szansę możesz otrzymać nagle, z tygodnia na tydzień. Gdy jeden z piłkarzy podstawowego składu dozna kontuzji, musi go przecież ktoś zastąpić. Nie mogę jednak powiedzieć, że byłem całkowicie spokojny. W głębi duszy denerwowałem się, jak każdy ambitny piłkarz, który nie może liczyć na regularne występy. Starałem się jednak tego nie pokazywać. Dawałem z siebie wszystko na treningach, a teraz przychodzą tego efekty. 

 

- Do tego wszystkiego dochodziła również krytyka ze strony obserwatorów, dziennikarzy, ale i części kibiców. Bolało Cię to? 
- Szczerze mówiąc staram się nie czytać tego, co pojawia się na mój temat w Internecie czy prasie, ale od tego nie da się uciec. Wiedziałem i czułem, że jestem krytykowany. Jasne, kibice czy dziennikarze mają do tego prawo. Dla mnie jednak osobiście najważniejszą krytyką jest ta, którą słyszę od swojego trenera. Jestem człowiekiem, który wie, czy w danym meczu zagrał dobrze czy źle. Myślę, że nie ma osoby, która byłaby wobec mnie bardziej krytyczna, niż ja sam. 

 

- Jak uodpornić się na krytykę? 
- To nie jest łatwe. Gdy ci nie idzie, a ludzie zaczynają mówić o tobie źle, myślisz o tym już przed wyjściem na murawę. Zamiast prezentować się lepiej, niepotrzebnie się nakręcasz. W takich sytuacjach najważniejsze jest to, aby skupiać się wyłącznie na meczu oraz na tym, co trener mówił ci w szatni. 

 

- Niepowodzenia w życiu zawodowym wpływały na Twoją postawę w życiu prywatnym? 
- Staram się nie przenosić złości sportowej do domu, ale całkowicie nie da się tego rozdzielić. Gdy nie wygrywamy, lub po prostu mi nie idzie, jestem smutny. Nie potrafię wtedy się uśmiechać. Mimo wszystko, gdy jestem z rodziną, nie daję im tego po sobie poznać.

- Można powiedzieć, że dorastałem na swojej pozycji, od początku grałem jako pomocnik. Trenując każdego dnia stricte pod konkretną pozycję i podpatrując innych piłkarzy, masz coraz lepszy obraz tego, jak to powinno wyglądać.

- Teraz to się zmieniło. Jesteś jednym z najważniejszych piłkarzy, a kibice twierdzą, że masz oczy dookoła głowy. Zgadzasz się z tym? 
- Przede wszystkim bardzo miło usłyszeć o sobie taką opinię. Cieszę się, że kibice zauważają mój styl gry. Niestety, nie mam oczu dookoła głowy (śmiech). Myślę jednak, że mam wizję i przegląd pola, które pozwalają mi na wiele.  

 

- Nauczyłeś się tego wszystkiego, czy z tym po prostu trzeba się urodzić? 
- Myślę, że się tego nauczyłem. Można powiedzieć, że dorastałem na swojej pozycji, od początku grałem jako pomocnik. Trenując każdego dnia stricte pod konkretną pozycję i podpatrując innych piłkarzy, masz coraz lepszy obraz tego, jak to powinno wyglądać. 

 

- Jak czujesz się po pierwszych meczach w tym roku? 
- Dobrze, ale jestem przekonany, że stać nas na więcej. Naszym celem za każdym razem jest wygrana. Z Rakowem walczyliśmy o te dwie bramki jak szaleni, a mimo to zbyt łatwo straciliśmy dwie z ich strony, zwłaszcza przez rzut karny. Mam nadzieję, że nauczymy się na błędach i w przyszłości będziemy o tym pamiętać.

 

- Oprócz tego, że jesteś jednym z najważniejszych piłkarzy w drużynie, zyskałeś jeszcze nową rolę – wykonujesz rzuty karne. 
- Cieszę się z tej nowej roli, ale nie jest łatwa, szczególnie w takich sytuacjach jak z ŁKS-em. Wynik 1:1 i rzut karny w 85. minucie to duża presja, ale trzeba wziąć na siebie tę odpowiedzialność, tym bardziej jeśli trener daje ci taką szansę.

 

- W swojej karierze zdarzało Ci się już wykonywać rzuty karne? 
- Tak, zdarzało mi się to.

 

- To nie był dla Was łatwy mecz, ale ostatecznie go wygraliście. Co o tym zdecydowało? 
- Myślę, że czynnikiem decydującym było zachowanie tzw. „zimnej krwi”. Po stracie bramki graliśmy nawet lepiej i staraliśmy się to utrzymać. Na spokojnie, bez niepotrzebnej szarpaniny. Na boisku można było odczuć, że odpowiedź z naszej strony zaraz nastąpi.

- Nie da się nie zauważyć, że jesteśmy jednymi z najniższych pomocników w lidze. Mamy za to inne zalety, którymi z pewnością możemy tworzyć przewagę.

- Spotkanie z kolejnym beniaminkiem nie skończyło się dla Was pomyślnie. To chyba udowadnia, że wszystkie kluby bardzo mobilizują się na Legię. 
- Tak, w stu procentach. Można zauważyć, że kiedy to Legia ma zagrać na wyjeździe, tamtejszy stadion od razu szybciej się zapełnia. To pokazuje, że nie tylko kluby, ale również kibice bardzo się na nią mobilizują. Mecz z Legią to dla nich mecz roku, w którym dają z siebie więcej niż zazwyczaj.

 

- Nie czułeś, że rywale są od Was silniejsi? W ich składzie było wielu wysokich zawodników, a pierwszego gola straciliście po strzale głową. 
- Nie da się nie zauważyć, że jesteśmy jednymi z najniższych pomocników w lidze. Mamy za to inne zalety, którymi z pewnością możemy tworzyć przewagę.

 

- Strata punktów już w drugim meczu po przerwie zimowej była dla Was frustrująca? 
- Może nie sama strata jest frustrująca, ale sposób, w jaki te punkty straciliśmy. Nie możemy stwarzać przeciwnikowi tak łatwych sytuacji, więc na pewno musimy to poprawić. Wiemy, gdzie popełniliśmy błędy. 

 

- Kto będzie Waszym największym rywalem w wyścigu o mistrzostwo Polski? 
- My sami (śmiech). Oczywiście, dostrzegamy, że Cracovia i Pogoń nas gonią. Obie drużyny pokazują, że mają ochotę na więcej, ale myślę, że musimy przede wszystkim skupić się na sobie i z meczu na mecz zdobywać trzy punkty. Czy zdarzy się to z Lechem, Cracovią czy ŁKS-em, to nie ma znaczenia.

 

* Wywiad ukazał się w programie meczowym wydanym z okazji spotkania Legia - Jagiellonia.

Share

Related news

See all