Legia logo
Piłka nożna7 min czytania

Artur Jędrzejczyk: Nauczyłem się dążyć do wyznaczonych celów

Plus500 logo
PKO Bank Polski Ekstraklasa logo

Nie da się wyobrazić sobie dziś Legii bez Artura Jędrzejczyka. Kapitan naszego zespołu w długiej rozmowie podsumował kończący się rok. Porozmawialiśmy o braku mistrzostwa, publikacjach prasowych, relacji z kibicami czy planach na przyszłość. Zapraszamy na drugą część naszej rozmowy.

- Ostatnie tygodnie są dla Was bardzo udane. W końcu poczuliście ulgę? 
- Wiadomo, że na początku sezonu nie strzelaliśmy zbyt wielu goli, ale ważne było też to, że ich nie traciliśmy. Teraz nasza skuteczność się poprawiła i zdobywamy coraz więcej bramek. Czujemy się dobrze, nasz cel jest oczywisty - jak najlepsze przygotowanie do drugiej części sezonu.

 

- Wydaje się, że momentem zwrotnym było zwycięstwo z Lechem Poznań. Sam, ze względu na zawieszenie, nie mogłeś wziąć w nim udziału. Przed pierwszym gwizdkiem poszedłeś na „Żyletę”, wszedłeś na gniazdo i zwróciłeś się do kibiców. Dlaczego zdecydowałeś się to zrobić?
- Po porażce z Piastem w Gliwicach nastąpiła przerwa na kadrę. Jako zespół chcieliśmy wyjść z inicjatywą. Wiadomo, w jaki sposób kibice nas wspierają, w jakich liczbach jeżdżą na mecze wyjazdowe. Po prostu chciałem w jakiś sposób to docenić i powiedzieć, iż mam nadzieję, że będzie tak nadal. Przekazałem im, że zrobimy wszystko, aby zła passa się odwróciła, abyśmy zaczęli grać dobrze i wygrywać. Podziękowałem za fanatyczny doping i ich zaangażowanie. Spójrzmy chociażby na spotkanie ze Śląskiem. Do Wrocławia przyjechało 3500 naszych kibiców, którzy dopingowali tak głośno, że miałem wrażenie, że jest ich więcej, niż fanów gospodarzy. Uważam, że musimy sobie wzajemnie pomagać. Wiadomo, że przytrafiają się nam porażki. To jest wpisane w nasz zawód. Nie może jednak nigdy zdarzyć się tak, że któryś z nas nie daje z siebie wszystkiego. Wiadomo, wszystkiego nie wygrasz. Mimo to fani są zawsze z nami, a to jest coś, co trzeba doceniać. Wcześniej rozmawiałem z kilkoma z nich i oni również stwierdzili, że będzie fajnie, jeśli pojawię się na gnieździe. Nie widzę w tym żadnego problemu. Po prostu czułem, że powinienem to zrobić. Jak skończę grać, pojawię się tam jeszcze nie raz. 

Podejrzewam, że duża część osób, które skreślały nas na początku sezonu, teraz zachwycają się naszą grą. Dla mnie jest to śmieszne, ale tak już jest i to się nie zmieni. Ludzie muszą komentować i wypisywać różne rzeczy. Nie czytam tego i nie interesuję się tym.

- Zwycięstwo w takim stylu, wywalczone dopiero na kwadrans przed końcem meczu, smakuje bardziej niż 7:0 z Wisłą Kraków? 
- Wiadomo, czym są mecze z Lechem Poznań i jak każdy do nich podchodzi. Nie ma co ukrywać, że „napinka” jest z obu stron. Rozegraliśmy już wiele takich meczów. Można powiedzieć, że do każdego kolejnego spotkania przygotowujemy się tak samo, ale wiadomo, że spotkanie z tym rywalem wywołuje trochę inne uczucia i podejście. Każdy z nas wiedział, że w tym ostatnim zwycięstwo jest konieczne. Nie tylko dla nas, ale także dla naszych kibiców. Najpierw był ten Lech, a później mecze z Widzewem czy właśnie z Wisłą. To są starcia, które od dawna elektryzują całą piłkarską Polskę. Wygraliśmy wszystkie i poszło... Z tego się cieszymy, ale teraz musimy to podtrzymać. Patrzymy tylko na siebie, a nie na to, co ktoś o nas mówi. 

 

- No właśnie, dużo mówiło się chociażby o waszej nieskuteczności. Tymczasem zbliża się koniec roku, a wy macie najwięcej strzelonych goli w PKO Ekstraklasie. 
- Właśnie o tym mówię. Podejrzewam, że duża część osób, które skreślały nas na początku sezonu, teraz zachwycają się naszą grą. Dla mnie jest to śmieszne, ale tak już jest i to się nie zmieni. Ludzie muszą komentować i wypisywać różne rzeczy. Nie czytam tego i nie interesuję się tym. Mam swoje życie i swoją robotę do wykonania. 

 

- Czy Ty, jako kapitan, odczuwasz jeszcze większe ciśnienie? 
- Nawet sobie nie żartuj (śmiech). Ale dobra, możemy o tym pogadać. Co masz na myśli? 

- Czy czujesz, że spoczywa na Tobie większa presja? Nie śledzisz tego, co pojawia się w prasie, ale na pewno dochodzą do Ciebie różne wiadomości. Na pewno są w szatni zawodnicy, którzy są na bieżąco z różnymi publikacjami.
- Każdy podchodzi do tego inaczej. W szatni są różne charaktery. Jasne, że znajdziesz w niej zawodników, którzy czytają to, co pojawia się w prasie. Robią to, ponieważ po prostu ich to interesuje i lubią to. Ja nie czytam, ale często zdarza się, że gdy w prasie pojawi się coś o Legii lub bezpośrednio o mnie, dostaję wiadomości od rodziny czy znajomych, i wtedy oczywiście zerknę. Przeglądam również zdjęcia z meczów i niektóre z nich zapisuje, aby później mieć co wspominać. Generalnie jednak reszta mnie nie interesuje. Nie mam problemu z tym, że ty, czy inne osoby związane z Legią, chcą przeprowadzić ze mną wywiad, ale to, co mówią o mnie pozostali mnie nie interesuje. Jest mi łatwiej. Nie obchodzi mnie to, czy ktoś napisze o moim występie, że był dobry czy że był zły. 

 

- Co oznacza dla Ciebie bycie kapitanem? 
- Na pewno jest to dla mnie duże wyróżnienie. Dawniej mogłem tylko pomarzyć o tym, żeby zostać kapitanem Legii. Teraz, obok Radosława Cierzniaka, Igora Lewczuka czy Inakiego Astiza, jestem jednym z najstarszych zawodników w jej kadrze. Wiadomo, że jest to bardzo odpowiedzialna funkcja, ale trener mi zaufał i staram się wykonywać ją jak najlepiej. Mam nadzieję, że mi się udaje. Na początku powiedziałem, że jeśli ktoś będzie miał jakieś problemy lub uwagi, może do mnie przyjść. Rola kapitana polega na tym, aby udzielać wsparcia w trudnych momentach. Zawszę będę obstawał za swoimi kolegami.

Mogę przyznać szczerze, że nie miałem takiego talentu, jak teraz mają Michał Karbownik, Maciej Rosołek, Kacper Kostorz i inni młodzi zawodnicy, którzy są coraz bliżej pierwszego składu. Do wszystkiego musiałem dojść ciężką pracą, właśnie dlatego byłem wypożyczany.

- Kiedy po raz pierwszy poczułeś, że możesz wziąć odpowiedzialność za całą drużynę?
- W trakcie poprzedniego sezonu, jeszcze za kadencji trenera Ricardo Sa Pinto, kapitanem był Miroslav Radović, a ja go tylko zastępowałem. Po zakończeniu sezonu nie zostały przedłużone kontrakty z kilkoma piłkarzami, i trener powiedział, że teraz to ja będę pełnił tę funkcję. Tych starszych, bardziej doświadczonych zawodników w obecnej kadrze nie ma tak wielu, choć oczywiście trener mógł wybrać każdego, ponieważ to do niego należy decyzja. Chyba to właśnie w tym momencie stwierdziłem, że jestem gotowy. Z pewnością w przygotowaniu się do bycia kapitanem pomogło mi to, że przez pewien czas zastępowałem w tej roli „Rado”. Miał on problemy zdrowotne, długo nie grał i wtedy to ja zakładałem na ramię opaskę.  

 

- Przebyłeś w Legii długą i krętą drogę. Czy to sprawiło, że z faktu bycia kapitanem czerpiesz jeszcze większą satysfakcję? 
- Początki bywają różne. Mogę przyznać szczerze, że nie miałem takiego talentu, jak teraz mają Michał Karbownik, Maciej Rosołek, Kacper Kostorz i inni młodzi zawodnicy, którzy są coraz bliżej pierwszego składu. Do wszystkiego musiałem dojść ciężką pracą, właśnie dlatego byłem wypożyczany. Również trenerzy mówili mi wtedy, że nie będę miał dużych szans na grę i nie ma sensu, abym został w Legii. Dla mnie było to bardzo korzystne. Gdybym został, przesiadywałbym na ławce rezerwowych lub trybunach. Wypożyczenia pozwoliły nabrać mi doświadczenia. Czasami warto zrobić krok do tyłu, aby później zrobić dwa do przodu. Z biegiem czasu wszystko się zmienia. Tak jak rozmawialiśmy już wcześniej - tutaj co pół roku duża część składu się zmienia. Wyjątkiem w ostatnich latach był Michał Kucharczyk, który spędził przy Łazienkowskiej kilka ładnych lat i jedynie on mógł liczyć na coś więcej w kwestii bycia kapitanem. „Kuchego” już nie ma i ta rola przypadła mi.

- Kolejne wypożyczenia - Jastrzębie, Dolcan, Korona... Zdarzało Ci się wtedy myśleć, że na Legię jesteś po prostu za słaby?
- Byłem jeszcze młodym zawodnikiem. Wiedziałem, że ciężko byłoby załapać się do gry na pozycji obrońcy. Inaczej gdy jesteś młodym pomocnikiem lub napastnikiem, ponieważ wtedy możesz wejść nawet na te 15-20 minut. Obrońca gra od początku do końca meczu, a inny szansę dostaje dopiero, gdy ten podstawowy nabawi się kontuzji lub zostanie zawieszony. W Jastrzębiu spędziłem rok, później wróciłem do Legii, wyjechałem z nią na obóz, ale znów usłyszałem, że będzie lepiej jeśli po raz kolejny udam się na wypożyczenie. Kolejny sezon spędziłem w Ząbkach, a po jego zakończeniu po raz kolejny pojechałem na zgrupowanie z Legią. Wiedziałem jednak, że zawodnik, który wcześniej grał w IV lidze, a później jeden rok w I, będzie miał ciężko o grę, ponieważ Legia to klub, który zawsze walczy o najwyższe cele. Dopiero po półrocznym wypożyczeniu do Korony Kielce uświadomiłem sobie, że dam radę. Tam szło mi bardzo dobrze i liczyłem, że w końcu mogę zacząć grać więcej. Tak właśnie się stało. 

 

- Czego nauczyły Cię wypożyczenia?
- Przede wszystkim cierpliwości oraz wytrwałości. Nabyłem wiele cennego doświadczenia i nauczyłem się dążyć do wyznaczonych celów. Mogłem przecież zostać w II czy III lidze, ale czułem, że najpierw w Koronie chciał mnie trener Marcin Sasal, a po pół roku chcieli mnie również z powrotem w Legii.

Święta spędzam zawsze w Dębicy. Jestem wtedy z rodziną i panuje prawdziwa, świąteczna atmosfera. Nie wiem jeszcze, gdzie spędzę noc sylwestrową. Może we Wrocławiu? Fajerwerki, petardy, te sprawy (śmiech).

- Rok 2019 zbliża się ku końcowi. Święta spędzisz w Warszawie?
- Święta spędzam zawsze w Dębicy. Jestem wtedy z rodziną i panuje prawdziwa, świąteczna atmosfera. Nie wiem jeszcze, gdzie spędzę noc sylwestrową. Może we Wrocławiu? Fajerwerki, petardy, te sprawy (śmiech). 

 

- Jak wyglądają święta w Twoim domu? Czy wraz z rodziną macie jakieś wyjątkowe tradycje?
- Wydaje mi się, że spędzamy je tak, jak każda tradycyjna polska rodzina. Dawniej moja śp. babcia wkładała pieniążek do pierożków. Gdy ktoś go trafił, mógł liczyć na szczęście w nadchodzącym roku. Zawsze trafiali na niego moi kuzyni. Nie wiem tylko, czy przypadkowo (śmiech). Bardzo lubię ten okres, a jeszcze bardziej, gdy spadnie dużo śniegu. To jednak nie jest aż tak ważne. Najważniejsze jest to, że mogę wtedy spędzić więcej czasu z rodziną. Wiadomo, że z Warszawy do Dębicy jest prawie 300 kilometrów, dlatego gdy w końcu mam trochę wolnego czasu, chce poświęcać go najbliższym.

 

Pierwszą część rozmowy znajdziecie TUTAJ.

Udostępnij

Powiązane newsy

Zobacz wszystkie