Legia logo
Piłka nożna8 min czytania

Bartosz Slisz: Chyba nie umiem przegrywać

Plus500 logo
PKO Bank Polski Ekstraklasa logo

Grzeczny i ułożony jest tylko z pozoru, a dzisiaj poznacie jego zdecydowanie inne oblicze, bo czego jak czego, ale charakteru oraz zadziorności mu nie brakuje. Pewnego razu w ciągu dwóch dni miał do zagrania mecz ligowy, zgrupowanie kadry i jazdę przez całą Polskę na maturę ustną, więc nic dziwnego, że tylko cud uchronił go od wielkich tarapatów. Podczas gdy jego koledzy na studniówkę ruszali z domu, on do pokonania miał 2500 kilometrów przez trzy kraje, ale i to mu się udało. Wszystko dlatego, że po prostu nie umie przegrywać. Zapraszamy na rozmowę z Bartoszem Sliszem, który tak naprawdę powinien nazywać się Ślisz.

- Wszyscy mają Cię za takiego grzecznego i ułożonego, więc zadajmy temu kłam. Powiedz: nadal zdarza Ci się robić zapasy kolegom na treningu?
- Nie mam pojęcia o czym mówisz (śmiech). Nie no dobra, mam. Ogólnie jestem typem zawodnika, który chce wygrać za wszelką cenę. Nie ważne w co, nie ważne z kim, muszę być górą, bo nie lubię i chyba nie umiem przegrywać – strasznie się złoszczę jak coś mi nie wychodzi. Ktoś powie, że to źle, że to wada i w życiu pewnie tak jest, ale myślę, że w piłce już niekoniecznie. Sytuacja, o której wspomniałeś miała miejsce podczas gierki treningowej w Zagłębiu. Przegrywaliśmy ją, kumpel zastawił się przede mną z piłką, ja nie potrafiłem mu jej zabrać, więc... podniosłem go jak w zapasach i rzuciłem nim o ziemię. To już jednak była gruba przesada z mojej strony i zrozumiałem to od razu, więc błyskawicznie go przeprosiłem. Zupełnie mnie zamroczyło, emocje wzięły górę i wyszła z tego sytuacja, którą dzisiaj mogę nawet wspomnieć z lekkim uśmiechem, ale nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że odwaliłem i zachowałem się strasznie głupio. 

 

- A pseudonimy dane trenerom na chrzcie w Zagłębiu były mądre? 
- Mądre pewnie nie, ale za to zabawne (śmiech). Szczerze mówiąc wszystkich już nie pamiętam, ale jedno szczególnie utkwiło mi w pamięci i myślę, że reszcie obecnej drużyny też. To było jeszcze za czasów trenera Mariusza Lewandowskiego, więc kiedy miałem zadanie wymyślić przezwiska każdemu ze sztabu, to trenera Lewandowskiego nazwałem Haribo (śmiech). Był z tego dobry ubaw, jak to zresztą na piłkarskim chrzcie. Mam tylko nadzieję, że trener nie wziął tego do siebie. 

 

- W Legii okazji do chrztu, jak rozumiem, jeszcze nie było. Wierzyłeś w ogóle, że ktoś z Polski zapłaci za Ciebie taką klauzulę z kontraktu?
- Jasne, że się nie spodziewałem, bo w lidze jeszcze nie było takiego transferu, więc fajnie było się zapisać na kartach historii w taki sposób. Wychodzę z założenia, że jeżeli ktoś wykłada na stół takie pieniądze, to znaczy, że mnie chce i naprawdę uważa mnie za kogoś przydatnego. A to bardzo buduje i napawa optymizmem przy transferze.

- Zdążyłeś w ogóle porozmawiać ze wszystkimi kolegami w zespole?
- No trochę mi to wszystko skomplikowało sytuację (śmiech). Wiadomo, że trudniej się zaaklimatyzować w obecnych warunkach, ale z drugiej strony nie mam też na co narzekać, bo szatnia przyjęła mnie bardzo ciepło. Poza tym z Piotrkiem Pyrdołem znałem się jeszcze z młodzieżowej kadry, zresztą nawet teraz razem wychodzimy pobiegać, czy zagrać w siatkonogę. Fajny kontakt mam też z Radkiem Cielemęckim, bo siedzimy obok siebie w szatni, a przez to, że obaj lubimy grać Counter Strike'a, dobrze skumałem się też z „Praszelem”. 

 

- I kto jest lepszy w CS-a?
- Mateusz chyba się nie obrazi, ale ja (śmiech). Akurat ostatnio graliśmy jeden na jednego w CS go, mówił, że dużo trenował i wyzywa mnie na pojedynek. Ja na to, że dobrze, zapraszam kolego, zobaczymy co potrafisz. Na początku rzeczywiście weszło mu trochę headów, wygrywał 13:8, ale już się chyba poczuł za pewnie, bo doszedłem go na 13:13 i ostatecznie wygrałem 16:13. Chciał oczywiście natychmiast rewanżu, ale niech sobie jeszcze trochę poczeka, a ja się będę cieszył triumfem (śmiech). 

 

- A propos wspomnianej wcześniej siatkonogi – wiem, że w Zagłębiu dzięki tej grze często chodziłeś najedzony. 
- Mieliśmy tam taką salkę treningową, gdzie spotykaliśmy się z grupą chłopaków przed treningami, po treningach, często wpadaliśmy tam również przed meczami. Zwykle graliśmy tam w siatkonogę i koledzy zaproponowali, żebyśmy zawsze rywalizowali o coś – wiadomo, większe emocje. Kiedyś tam ograłem Patryka Szysza, on się strasznie chciał zrewanżować. Zaczął namawiać: no dawaj, Sliszu, zagramy o obiad. No i zagraliśmy, ja wygrałem, a potem sytuacja się powtarzała. Parę ładnych razy na koszt Patryka się najadłem (śmiech).

- Gorzej poszła Ci rywalizacja z ograniczeniem prędkości. 
- No gorzej, ale muszę się tutaj z tego wytłumaczyć. Ostatni mecz sezonu graliśmy z Zagłębiem w Kielcach, następnego dnia miałem konsultacje kadry U20 w Bydgoszczy. Poprosiłem więc kierownika drużyny, żeby na mecz pojechał moim samochodem, tak żebym następnego dnia nie musiał wracać się po auto, tylko od razu pojechał do Bydgoszczy. Zagraliśmy mecz, ja zostałem w hotelu, następnego dnia ruszyłem w drogę. Podczas meczu z Koroną naciągnąłem sobie mięsień, chyba czwórkę, więc miałem lekki uraz i od razu zgłosiłem to na kadrze. Zrobili mi badania, posprawdzali mnie i nie chcieli już dłużej trzymać, bo dałem trenerowi wcześniej znać, że następnego dnia mam ustną maturę. Wyjechałem więc wieczorem, miałem przed sobą pięć godzin drogi i chciałem być jak najszybciej w domu, żeby chociaż trochę wyspać się przed egzaminem. Było już późno, więc żeby nie zasnąć całą drogę rozmawiałem z dziewczyną. Na trasie biegnącej przez Częstochowę jest takie miejsce, w którym trasa jest stosunkowo szeroka, biegnie tam parę pasów, ale teoretycznie to jest już teren zabudowany, stąd ograniczenie do 70 na godzinę. Ja byłem zmęczony, jechałem dość szybko, gadałem z Kamilą i nawet nie zwróciłem uwagi ile mam na liczniku. Nagle błysk, ja w szoku, bo pierwszy raz w życiu byłem w takiej sytuacji, żeby złapał mnie fotoradar. Wiedziałem, że pewnie sporo przekroczyłem, ale nie wiedziałem, że aż tyle, bo jak po paru tygodniach przyszedł mandat to nie dość, że kwota była zawrotna, to jeszcze parę kilometrów więcej i straciłbym prawo jazdy. A to by była kaplica, bo ja tego samochodu potrzebowałem jak powietrza – dojazdy z domu na treningi, dojazdy na kadrę, no i do szkoły przecież też. Miałem wtedy naprawdę gigantyczne szczęście, nawet mimo tego mandatu, który chcąc nie chcąc musiałem zapłacić. Od tej pory mam zdecydowanie lżejszą nogę. 

 

- Nie była to jedyna ciekawa podróż w Twoim życiu. Z dotarciem na studniówkę dziewczyny też miałeś przygody. 
- I to nie byle jakie (śmiech)! Akurat kończyliśmy obóz przygotowawczy w Turcji, a dzień później moja dziewczyna miała studniówkę. Ja się tam chciałem pojawić za wszelką cenę, bo zwyczajnie nie chciałem Kamili zawieść. Wiedziałem, że to dla niej ważne, a taka impreza trafia się w końcu raz w życiu. Mieliśmy lot z Turcji do Niemiec, bo w Berlinie przesiadaliśmy się w autokar do Lubina. Dojechaliśmy pod wieczór, ja szybko wpadłem do domu, ogarnąłem się, wsiadłem w samochód i pojechałem na studniówkę do Krakowa, bo stamtąd pochodzi moja dziewczyna. Spóźniliśmy się chyba za cztery godziny, ale ostatecznie dotarliśmy. Byliśmy tam jednak może ze dwie godziny, bo ja po całym dniu podróży po prostu padałem na twarz, a wiem, że jak jestem zmęczony to... no ciężko ze mną, robię się nie do wytrzymania (śmiech). Nie była to więc wymarzona studniówka, wiem o tym, ale Kamila na szczęście nie miała do mnie o to pretensji, ona jest niesamowicie wyrozumiała.

- Poznaliście się chyba przez duży przypadek. 
- Byłem w Lubinie może z miesiąc, a mój transfer do Zagłębia zbiegł się z przyjściem do klubu Serafina Szoty. Obaj byliśmy nowi, więc dość szybko złapaliśmy ze sobą dobry kontakt, który zresztą mamy do teraz. On w tym czasie pisał z jedną koleżanką z Krakowa, która w końcu postanowiła do niego przyjechać. Problem był taki, że przyjechała razem z przyjaciółką. Serafin poprosił mnie żebym poszedł na spotkanie z nimi i – cytuję – „zajął się Kamilą”. Ja z natury jestem dość nieśmiały i trochę wstydliwy, ale ostatecznie mówię: dobra pomogę ci chłopaku, znaj moje dobre serce. Spotkaliśmy się, ale oczywiście on chciał potem zostać z dziewczyną sam na sam, więc ja musiałem zrobić to, na co się zgodziłem i zająć się tą drugą. Poszliśmy na spacer, zaczęliśmy rozmawiać i od razu złapaliśmy tak dobry kontakt, że za tydzień to ja jechałem do Krakowa (śmiech). Z Kamilą jesteśmy do teraz, Serafinowi też się zresztą udało z tamtą dziewczyną, więc ostatecznie bardzo fajnie wyszło.

 

- Dobrze trafiłeś, bo ma do Ciebie anielską cierpliwość, zwłaszcza, jeżeli chodzi o nocne treningi. 
- Nie da się ukryć (śmiech). Na zimowy okres przygotowawczy zawsze mamy rozpiskę ćwiczeń na dni wolne. Byliśmy akurat u niej w Krakowie, ja całe dnie spędzałem z nią, a ćwiczyłem dopiero wieczorami, bo od zawsze mam tak, że wolę ćwiczyć późno. Z drugiej strony jestem też gościem, który treningu nie odpuści, więc w nocy ruszałem biegać przez miasto. Kamila nie chciała żebym szedł sam, więc kiedy ja biegałem ona zakładała rolki i jeździła za mną, nawet jak było naprawdę zimno. No ale trzeba oddać, że dodatkowo sama mogła się poruszać, także jakieś plusy tej sytuacji i dla niej były (śmiech). Jednak tak zupełnie serio, to bardzo ją za to doceniam, zawsze mnie wspiera. 

 

- Zakup psa to była w takim razie „wasza wspólna decyzja”?
- Jakkolwiek by to nie brzmiało to tak, ale mówię zupełnie serio. Ja na początku miałem co prawda wątpliwości, bo bałem się takiego obowiązku. To jest jednak zwierzak, którym się trzeba zajmować, mnie często nie ma w domu, stąd te wszystkie obawy. Rok się tak zastanawialiśmy, aż wreszcie po trzech latach bycia ze sobą doszliśmy do wniosku, że chcemy być odpowiedzialni również za kogoś. No i piesek jest już z nami ponad pół roku, to nasz pupilek i zawsze jak mamy gorszy dzień potrafi nas rozweselić. Rano wskakuje do łóżka, domaga się spacerów, zawsze poprawia humor. Naprawdę cieszę się, że go wzięliśmy. 

 

- Na koniec, w celu rozwiania wszelkich wątpliwości, chciałem zakomunikować kibicom, że miałem przyjemność rozmawiać z Bartoszem...
- Sliszem. Wiele osób uparcie wymawia moje nazwisko przez „Ś” i o ile teraz już mi to przestało przeszkadzać, to kiedyś miałem z tym problem. Już mi się nawet przestało chcieć poprawiać niektórych, no może jak ktoś ze mną rozmawia twarzą w twarz, to tak, ale jeżeli jest to korespondencja pisana, to zwyczajnie olewam. Rozumiem jednak dlaczego tak dużo osób się myli – rzeczywiście łatwiej wymówić „Ślisz” niż „Slisz” i prawda jest taka, że kiedyś moja rodzina właśnie tak się nazywała. Z tego co opowiadał mi tata, to problem powstał przy akcie małżeństwa jego mamy, a więc mojej babci. Do tej pory rodzina nazywała się Ślisz, ale spisując dokument ktoś nie dopisał kreseczki nad „S” i już na zawsze zostaliśmy Sliszami. Przez prosty, głupi błąd zmieniło się nazwisko mojej rodziny, ale skoro tak miało być, to oficjalnie stwierdzam - nazywam się Bartosz Slisz (śmiech).

Udostępnij

Powiązane newsy

Zobacz wszystkie