
Z napastnikiem Legii Warszawa Jarosławem Niezgodą podsumowaliśmy mijający rok, ale rozmawialiśmy też o planach na kolejne dwanaście miesięcy.
- Mówi się, że rok w piłce to mnóstwo czasu - Ty jesteś tego najlepszym przykładem. Z piekła do nieba.
- Dużo jest takich przykładów. W pół roku, a nawet w miesiąc sytuacja piłkarza w klubie może odwrócić się o 180 stopni. W moim przypadku tak się stało i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy.
- Wielu straciło w Ciebie wiarę. Sam miewałeś momenty zwątpienia, że możesz grać jeszcze w piłkę na wysokim poziomie?
- Zdarzały się momenty zwątpienia. Zawsze trzeba wierzyć, myśleć pozytywnie i tych dołków nie powinno być, ale łatwo się tylko o tym mówi. Kiedy moje kłopoty zdrowotne powracały zdarzało się, że miałem gorsze dni, ale trzeba było sobie z tym poradzić.
- Ćwiczenia samemu z piłką z boku boiska, gdy inni przygotowywali się do meczu, były chyba najtrudniejsze do przeżycia.
- Tak, były takie treningi, podczas których cały zespół przygotowywał się do meczu, a ja musiałem kopać sam piłkę, bo nie byłem jeszcze gotowy do gry. Mamy jednak szeroką kadrę i czasem zdarza się, że zdrowi zawodnicy ćwiczą z dala od zespołu, bo tego wymaga sytuacja i konkretny plan ćwiczeń. Gdy wracałem do zdrowia, było to dla mnie uciążliwe, ale taka jest kolej rzeczy.
Najwięcej zależało na pewno ode mnie, ale bardzo istotne było też wsparcie mojej dziewczyny. Jeśli chodzi o klub, to bez wątpienia trener Aleksandar Vuković. Dał mi on bardzo dużo, nie tylko zresztą mi, ale też całej drużynie. Od początku swojej pracy jako trener pierwszej drużyny, trener powtarzał, że mi ufa i dostrzega we mnie ważną postać drużyny.
Najwięcej zależało na pewno ode mnie, ale bardzo istotne było też wsparcie mojej dziewczyny. Jeśli chodzi o klub, to bez wątpienia trener Aleksandar Vuković. Dał mi on bardzo dużo, nie tylko zresztą mi, ale też całej drużynie. Od początku swojej pracy jako trener pierwszej drużyny, trener powtarzał, że mi ufa i dostrzega we mnie ważną postać drużyny.
- Koniec roku to czas podsumowań. Jaki był dla Ciebie najważniejszy moment w ciągu minionych 12 miesięcy? Mam pewien typ, jestem ciekaw czy myślisz podobnie.
- O pierwszej połowie roku nie ma co mówić. Podczas letniego zgrupowania pojawiło się światełko w tunelu i dałem sygnał, że wracam do świata żywych. Strzeliłem wtedy kilka goli i uwierzyłem, że moja sytuacja się zmieni. Później przytrafił się ten pamiętny tydzień, kiedy najpierw zdobyłem dwie bramki w meczu z ŁKS-em, a później dołożyłem hat-tricka z Rakowem Częstochowa. Uwierzyłem w siebie. Przed meczem z ŁKS-em grałem już w pierwszym składzie, ale to jeszcze nie było to. Potrzebowałem tamtych goli, po nich forma odpaliła.
- Typowałem właśnie mecz w Łodzi.
- No tak, czekałem wtedy na ligowego gola ponad rok, ale też trzeba pamiętać, że przez tamten czas wystąpiłem na boisku może z pięć razy i to po kilkanaście minut. Oczywiście można w takiej sytuacji zdobyć bramkę, ale nie jest to łatwe.
- Jak smakowały gole po tak długiej przerwie?
- Niemal jak debiutanckie w ekstraklasie. Brakowało mi tego uczucia od miesięcy, a gdy trafiłem do siatki od razu moja pewność siebie wzrosła. Poczułem, że to jest ten moment, gdzie forma ruszy w górę. Nawet na treningach czułem się innym piłkarzem.
- Komu zawdzięczamy powrót Jarosława Niezgody do świata żywych?
- Jest kilka osób, ale nie chciałbym wszystkich wymieniać, bo pewnie przez przypadek kogoś pominę. Najwięcej zależało na pewno ode mnie, ale bardzo istotne było też wsparcie mojej dziewczyny. Jeśli chodzi o klub, to bez wątpienia trener Aleksandar Vuković. Dał mi on bardzo dużo, nie tylko zresztą mi, ale też całej drużynie. Od początku swojej pracy jako trener pierwszej drużyny, trener powtarzał, że mi ufa i dostrzega we mnie ważną postać drużyny. Czułem to wsparcie cały czas.
Wiadomo - każdy z nas chciałby grać w każdym meczu od deski do deski, natomiast to naturalne, że piłkarze rywalizują o to miejsce w składzie. Najważniejsze, że i ja i Jose gwarantujemy gole. Trener ma pozytywny ból głowy i każdy jego wybór jest uzasadniony.
Wiadomo - każdy z nas chciałby grać w każdym meczu od deski do deski, natomiast to naturalne, że piłkarze rywalizują o to miejsce w składzie. Najważniejsze, że i ja i Jose gwarantujemy gole. Trener ma pozytywny ból głowy i każdy jego wybór jest uzasadniony.
- Na początku sezonu Legia była krytykowana za brak skuteczności. Wróciłeś do gry po długiej przerwie, a klub był w trudnej sytuacji. Wydawać się mogło, że to najgorsze z możliwych warunków do powrotu, ale dałeś sobie radę.
- Nawet jeśli drużyna gra gorzej, to jeśli jestem w odpowiedniej formie, potrafię przeprowadzić indywidualną akcję z korzyścią dla zespołu. W tamtym czasie nie było na to szans. Dużo brakowało mi do właściwej dyspozycji. Można powiedzieć, że jeszcze kilka miesięcy temu byłem innym zawodnikiem.
- Tymczasem z Jose Kante stworzyliście atak, o jakim kibice długo marzyli.
- Nie wiem, czy można takie oceny wygłaszać po kilku meczach, w których zagraliśmy razem. Na pewno dobrze wyglądaliśmy w spotkaniu z Wisłą Płock. Natomiast przytrafi się jeden słabszy mecz i te oceny będą już inne. Trzeba do tego podchodzić na spokojnie. Grywaliśmy już z Jose wspólnie epizody - po dwadzieścia czy trzydzieści minut - i też dobrze się rozumieliśmy. Możemy się uzupełniać, ponieważ jesteśmy różnymi typami napastników. Jose woli schodzić niżej po piłkę, utrzymywać się przy niej, natomiast ja preferuję oczekiwanie w polu karnym, bo tam czuję się najlepiej.
- Chodzi mi też o fakt, że trener może wybierać spośród waszej dwójki przy konkretnych wariantach taktycznych. Dla trenera nie ma napastnika numer jeden. Ty pasujesz pod inny styl gry i Jose pod inny. Dobrze się z tym czujesz?
- Nie mam z tym problemu. Wiadomo - każdy z nas chciałby grać w każdym meczu od deski do deski, natomiast to naturalne, że piłkarze rywalizują o to miejsce w składzie. Najważniejsze, że i ja i Jose gwarantujemy gole. Trener ma pozytywny ból głowy i każdy jego wybór jest uzasadniony.
- Trzeba przyznać, że z Jose świetnie się uzupełniacie. Sprawiacie też wrażenie ludzi o podobnych charakterach - spokojnych, nie lubiących błyszczeć w mediach.
- Czy Jose jest spokojny? No nie wiem (śmiech). Na pewno ja jestem w szatni spokojniejszym człowiekiem, mówię zdecydowanie mniej. Jose da się częściej w szatni zauważyć. Instagrama mam, ale nie lubię na niego dodawać zdjęć z życia prywatnego. Nie jest mi potrzebne chwalenie się śniadaniem czy wieczornym wyjściem do restauracji.
Wszyscy oglądają mecze i widzą, co się dzieje. Często mam odczucie, że na boisku dużo pracowałem, cały czas się cofałem i byłem bardzo aktywny, a później oglądam to spotkanie w telewizji i tego nie widać (śmiech).
Wszyscy oglądają mecze i widzą, co się dzieje. Często mam odczucie, że na boisku dużo pracowałem, cały czas się cofałem i byłem bardzo aktywny, a później oglądam to spotkanie w telewizji i tego nie widać (śmiech).
- Jakiej cechy piłkarskiej najbardziej zazdrościsz Jose?
- Wiem, że brakuje mi gry tyłem do bramki i utrzymania piłki. Jose robi to lepiej. Korzystniej dla zespołu jest, kiedy to Jose powalczy o piłkę i zgra ją do kolegów. Ja raczej czekam na piłkę. Mam świadomość, że brakuje mi tego elementu - podczas meczów zdarza się, że przyjmę piłkę, przeciwnik mnie lekko szturchnie i zaliczam stratę. Muszę nad tym pracować, ale najważniejsze, że piłkarz zdaje sobie sprawę ze swoich wad i konieczności ich poprawy.
- A czego Jose Kante może zazdrościć Tobie?
- Zostawmy to ekspertom. Nie lubię mówić o sobie.
- W jednym z ostatnich wywiadów powiedziałeś, że kiedy oglądasz swoją grę, przychodzą Ci do głowy myśli o zdjęciu samego siebie z boiska.
- Wszyscy oglądają mecze i widzą, co się dzieje. Często mam odczucie, że na boisku dużo pracowałem, cały czas się cofałem i byłem bardzo aktywny, a później oglądam to spotkanie w telewizji i tego nie widać (śmiech).
- Zatem stylem gry przypominasz Filippo Inzaghiego.
- Nie znam człowieka (śmiech). Żartuję, oczywiście znam. Nie był to jednak mój idol, na którym się wzorowałem. W dzieciństwie inspirowałem się raczej Ronaldo z Brazylii, bardzo lubiłem tamten skład Realu Madryt, w którym grał.
- Jarosław Niezgoda i Jose Kante to najlepszy duet napastników w PKO Ekstraklasie od lat?
- Tak. Myślę, że na wyrost tego nie mówię. Są pewne elementy, których nam brakuje, ale wydaję mi się, że można tak powiedzieć.
- Łatwo się gra napastnikowi, gdy piłki dogrywają Luquinhas i Paweł Wszołek.
- Koledzy z drużyny ułatwiają nam pracę. Nasi ofensywni zawodnicy mają ogromną jakość i widać to na boisku. Kreujemy sobie wiele sytuacji bramkowych, a nasze ataki przyjemnie się ogląda. Dla napastnika jest to komfortowa sytuacja.
Odkąd regularnie gram w Legii po przyjściu z wypożyczenia do Chorzowa, gramy najlepszą piłkę. Nie ma co się oszukiwać, Ameryki nie odkrywam.
Odkąd regularnie gram w Legii po przyjściu z wypożyczenia do Chorzowa, gramy najlepszą piłkę. Nie ma co się oszukiwać, Ameryki nie odkrywam.
- Obecna Legia to personalnie najlepsza Legia, w jakiej miałeś okazję grać?
- Kiedy trafiłem do Legii, trenerem był Stanisław Czerczesow i też mieliśmy bardzo dobry moment. Odkąd regularnie gram w Legii po przyjściu z wypożyczenia do Chorzowa, gramy najlepszą piłkę. Nie ma co się oszukiwać, Ameryki nie odkrywam.
- Po zimowym okienku transferowym wciąż Legia będzie taka mocna? Pojawiają się różne spekulacje.
- Na ten moment nie ma konkretów. Liczyłem, że w Legii będę mógł się stabilnie rozwinąć, stać się lepszym piłkarzem i ważną częścią zespołu, a potem może wybrać nowy kierunek. Nie wiem, czy teraz, czy za kilka lat.
- Na koniec zróbmy małe podsumowanie roku. Najważniejszy piłkarski moment tego roku to…
- Tydzień z pięcioma golami, czyli mecze z ŁKS-em i Rakowem.
- Najważniejszy moment nie związany z piłką...
- Hmmm… Nie oświadczyłem się i dziecko też mi się nie urodziło. Nic takiego się nie wydarzyło (śmiech).
- Twój najładniejszy gol strzelony w tym roku.
- Za ładnych to nie strzelałem (śmiech). Myślę, że gol z Rakowem, kiedy trafiłem do siatki na dwa tempa - najpierw zmyliłem obrońcę, a potem bramkarza. Bardzo fajnym trafieniem było to z Wisłą Kraków przed własną publicznością. Z kolei w meczu z Wisłą Płock piłka efektownie wpadła do bramki po uderzeniu głową, ale nie był to czysty strzał. Celowo uderzałem bokiem głowy, bo piłka była nieco za wysoka. Gdybym próbował uderzyć czołem, na pewno bym przestrzelił.
- Twój najlepszy mecz w tym roku…
- Przeciwko Rakowowi Częstochowa. Z Wisłą Płock też zagrałem dobre spotkanie.
- Największe rozczarowanie roku…
- Hmmm… Lewandowski poza piątką rankingu Złotej Piłki (śmiech). Mówiąc poważnie - w pierwszej połowie roku każdy dzień był rozczarowaniem.
- Największe pozytywne zaskoczenie roku.
- Trudne pytanie, mogłeś mi powiedzieć wcześniej, tobym się przygotował. Teraz będę myślał pół godziny (śmiech). Nasza forma? Nie, tego oczekiwaliśmy, więc nie nazwę tego zaskoczeniem. Nie wymyślę, lecimy dalej jak w „Jakia to melodia”.
- Dalej nic nie ma, jak wymyślisz to mi napisz (śmiech). Czego Ci życzyć w nowym roku? Oprócz zdrowia, bo to oczywiste.
- Zdrowia (śmiech). Utrzymania…
- Utrzymania? Chyba mistrzostwa…
- Utrzymania takiej formy (śmiech). Mojej strzeleckiej i dyspozycji całej drużyny. W lidze też chcemy się utrzymać (śmiech). I żebym był zawsze tak szczęśliwy, jak teraz.