
Nie był to wybitny mecz w naszym wykonaniu, ale włożyliśmy w niego wysiłek – teraz jeszcze mocniej należy pracować przed spotkaniem z Qarabağiem - mówił po końcowym gwizdku napastnik Wojskowych
- W końcu udało nam się wygrać i to jest najważniejsze. Awansowaliśmy do kolejnej rundy i teraz musimy przygotować się do nadchodzącego spotkania w IV rundzie eliminacji. Nie był to wybitny mecz w naszym wykonaniu, ale włożyliśmy w niego wysiłek – teraz jeszcze mocniej należy pracować przed spotkaniem z Qarabağiem – powiedział po meczu Jose Kante.
- Dobrze, że udało nam się przełożyć mecz ze Śląskiem, powiedziałbym nawet, że to konieczne, bo czeka nas bardzo, ale to bardzo ważne starcie w czwartek. To dobra decyzja ligi, musimy ją docenić, bo to bardzo ważne spotkanie dla całego naszego klubu. Mamy tydzień na przygotowania i już od jutra zaczynamy operację Qarabağ. Mamy nadzieję, ze wypadnie ona pozytywnie – zakończył napastnik.
- Ciężko było zapanować nad chłopcem jak ja, który co rusz robi jakieś szalone rzeczy. A to gdzieś biegałem, a to się gdzieś wspinałem, potrafiłem też bawić się skacząc na ziemię z dużych wysokości.
- Ciężko było zapanować nad chłopcem jak ja, który co rusz robi jakieś szalone rzeczy. A to gdzieś biegałem, a to się gdzieś wspinałem, potrafiłem też bawić się skacząc na ziemię z dużych wysokości.
- Niedaleko pada jabłko od jabłoni – z Tobą też rodzice nie mieli łatwo.
- Byłem dobrym dzieckiem, ale energii miałem aż za dużo, podobnie jak mój syn (śmiech). Ciężko było zapanować nad chłopcem jak ja, który co rusz robi jakieś szalone rzeczy. A to gdzieś biegałem, a to się gdzieś wspinałem, potrafiłem też bawić się skacząc na ziemię z dużych wysokości. Pewnie nie było to za mądre i rodzice musieli na mnie narzekać, ale problemów wychowawczych jako takich nigdy ze mną nie mieli. Naprawdę byłem dobrym dzieckiem.
- Nie wiem czy okna w domu rodziców by to potwierdziły.
- (Śmiech). Kiedyś do pokoju, w którym bawiłem się z siostrą, wleciała osa. Ona się przestraszyła, a ja chciałem być bohaterem i postanowiłem ją zabić. Czekałem, aż na czymś usiądzie i pech chciał, że usiadła na szybie. Miałem jakieś siedem lat, więc nie przyszło mi do głowy, że to nie jest może najlepsze miejsce na atak i walnąłem pięścią z całej siły w okno. Szyba poszła w drobny mak, ja rozciąłem sobie dłoń – zobacz, do tej pory mam bliznę – a osa po prostu latała sobie dalej (śmiech). Najgorsze jest to, że mieszkaliśmy na siódmym piętrze i stłuczone szkło po prostu wyleciało na ulicę. Ja byłem w takim szoku, że nawet nie wiedziałem, że coś mi się stało. Rozpłakałem się dopiero w momencie, kiedy zobaczyłem kawał szkła wbity w rękę i lejącą się krew (śmiech).
- Mama była bardziej wściekła czy przestraszona?
- Najpierw wpadła z krzykiem, bo usłyszała rozpadającą się szybę, ale zaraz potem zobaczyła moją rękę i szybko przestała na mnie krzyczeć (śmiech). Potem jak już ochłonęła to martwiła się trochę o mnie, a trochę o to, że trzeba będzie zapłacić za nowe okno.
- Spędziliśmy wspólnie z tatą świetny czas i kiedy wspominam te mecze nie myślę o piłce, ale właśnie o tym ile wtedy miłości i poświęcenia dostaliśmy od rodziców.
- Spędziliśmy wspólnie z tatą świetny czas i kiedy wspominam te mecze nie myślę o piłce, ale właśnie o tym ile wtedy miłości i poświęcenia dostaliśmy od rodziców.
- Z muchą poszło Ci potem lepiej niż z osą.
- Dzieciaki często mają szalone pomysły i ja tutaj – jak już wiadomo – wcale nie byłem wyjątkiem. Na wakacjach z siostrą pewnego dnia złapaliśmy muchę i przywiązaliśmy do jej nogi kawałek nitki. Na dworze wypuściliśmy ją, trzymając jednocześnie za nitkę i w ten sposób mieliśmy swojego zwierzaka (śmiech). Chodziliśmy z nią tak dookoła domu uważając, że właśnie wyprowadzamy muchę na spacer (śmiech). Pewnie nie było to dla niej za przyjemne, gdybym teraz zobaczył, że robi tak mój syn, z pewnością bym mu tego zakazał. Ale nam nikt wtedy nie powiedział, że możemy robić jej krzywdę, byliśmy po prostu dziećmi mającymi w głowie pełno szalonych pomysłów.
- Poznajesz to zdjęcie?
- Pewnie, wtedy to byli moi koledzy z drużyny, dzisiaj to moi przyjaciele. Fotografia ma naprawdę ciekawą historię, bo wygraliśmy mistrzostwo juniorów w swoim okręgu i pojechaliśmy na play-offy do innego miasta. Graliśmy turniej eliminacyjny do wyższej ligi, ale najfajniejsze tego dnia było to, że razem z nami na mecze przyjechały dopingować nas całe rodziny. Spędziliśmy wspólnie z tatą świetny czas i kiedy wspominam te mecze nie myślę o piłce, ale właśnie o tym ile wtedy miłości i poświęcenia dostaliśmy od rodziców. Fajne w ogóle jest to, że cała ekipa z tego zdjęcia po dziś dzień trzyma się razem, mimo tego, że żyjemy porozrzucani po Europie.
- Tylko ja, chociaż paru chłopaków do tej pory gra w amatorskich drużynach. Byli naprawdę dobrzy, ale zdecydowali się pójść trochę inną ścieżką niż futbol.
- Tylko ja, chociaż paru chłopaków do tej pory gra w amatorskich drużynach. Byli naprawdę dobrzy, ale zdecydowali się pójść trochę inną ścieżką niż futbol.
- Ktoś jeszcze oprócz Ciebie został piłkarzem?
- Tylko ja, chociaż paru chłopaków do tej pory gra w amatorskich drużynach. Byli naprawdę dobrzy, ale zdecydowali się pójść trochę inną ścieżką niż futbol.
- Tutaj też jest ciekawa ekipa. Nie rozumiem tylko skąd takie zdjęcie, skoro dla Gwinei pierwszy raz zagrałeś w wieku 25 lat.
- Każdego lata w Manresie był organizowany amatorski Mundial. Zbierałeś z kumplami ekipę i zapisywałeś się jako jedna z reprezentacji. Było sporo drużyn latynoskich jak Meksyk, Chile czy Argentyna, grało też mnóstwo drużyn z Afryki, bo w turnieju brali udział głównie imigranci. Tutaj grałem dla Gwinei, ale czasami grałem też dla Gambii, a czasami dla Maroko – gdzie mnie chcieli, tam szedłem (śmiech). Brałem w tym udział przez parę lat, poziom był naprawdę bardzo dobry, chociaż występowali tam kompletni amatorzy. Ale wiesz, dochodziło zaangażowanie, miałeś świadomość, że reprezentujesz kraj. Czasem adrenalina i motywacja była taka, że chłopaki z nadwagą potrafili grać jak wirtuozi. Mnie kumple wybierali co roku do swoich drużyn, bo jako jedyny codziennie trenowałem w klubie i sylwetką przypominałem piłkarza (śmiech). Mówiłem już, że grały tam głównie dzieci imigrantów, prawda? Właśnie dlatego te zawody cieszyły się ogromnym zainteresowaniem w całym mieście, każdy chciał się pokazać, każdy chciał zaznaczyć, że jego kraj jest ważny. Turniej graliśmy na stadionie trzecioligowego CE Manresa, gdzie zresztą wtedy występowałem. I nigdy w życiu podczas naszych meczów nie widziałem na trybunach tyle ludzi, ile w trakcie tych amatorskich zawodów.
- Kiedy zrozumiałem, ile rzeczy mogę przewieźć do Afryki samolotem, od razu dołączyłem do pomysłu kolegów i po powrocie do Polski zorganizowałem w szatni Legii zbiórkę. Chłopaki oddali mi buty, koszulki, czy stroje na siłownie.
- Kiedy zrozumiałem, ile rzeczy mogę przewieźć do Afryki samolotem, od razu dołączyłem do pomysłu kolegów i po powrocie do Polski zorganizowałem w szatni Legii zbiórkę. Chłopaki oddali mi buty, koszulki, czy stroje na siłownie.
- Wygrana turnieju w barwach Gwinei była dla Ciebie szczególna?
- Szczerze? W ogóle, dlatego że jako nastolatek wcale nie myślałem o Gwinei jako o kraju, dla którego będę kiedyś grał. To znaczy wiedziałem, że tata stamtąd pochodzi, ale to w sumie tyle. Liczyła się zabawa, chęć gry z kolegami, wygrania tego turnieju niezależnie od tego w jakich byłeś barwach. Dla Gwinei grałem trzy lata, ale – jak już mówiłem – nie miałem problemów żeby grać w drużynie innego kraju. Chociaż najlepszą ekipę mieliśmy właśnie w Gwinei – tylko z nią udało mi się wygrać ten „Mundial”. Obok mnie na zdjęciu stoi mój kuzyn, który na co dzień mieszkał w Paryżu i grał w rezerwach PSG, a do nas przyjeżdżał na wakacje. Jako „panowie piłkarze” ciągnęliśmy cały zespół, byliśmy wtedy lokalnymi gwiazdami (śmiech).
- Ciężko było być wtedy dzieckiem imigrantów?
- Nie, ja nigdy nie uważałem się za imigranta, bo urodziłem się w Hiszpanii. Mama jest Hiszpanką, tata przyjechał do Europy jako nastolatek, ale bardzo szybko nauczył się języka, poznał kulturę i dostał obywatelstwo. Co prawda kiedy chodziłem do szkoły, to nie było jeszcze tak wielu czarnoskórych dzieci, więc budziło to jakieś zainteresowanie, ale raczej życzliwe, nigdy z powodu koloru skóry nie spotkało mnie nic złego. Dzieciaki były po prostu ciekawe, to była dla nich nowość, że kolega z klasy wygląda trochę inaczej. Miałem naprawdę bardzo szczęśliwe dzieciństwo, mnóstwo przyjaciół, otaczała mnie kochająca rodzina, która cieszyła się dużym szacunkiem i sympatią sąsiadów. Każdy nas znał, my znaliśmy każdego, wszyscy byliśmy ze sobą związani – świetny okres w moim życiu.
- Dostałeś od innych dużo dobrego, teraz chyba starasz się oddać to innym. Ile rzeczy powędrowało z szatni Legii do Gwinei?
- Trochę się tego nazbierało (śmiech). Kiedy pierwszy raz leciałem na kadrę miałem ze sobą małą torbę, a chłopaki z reprezentacji na lotnisku nadawali dwie wielkie walizki. Zastanawiałem się po co komu taki bagaż na 10 dni zgrupowania, gdzie i tak non-stop chodzisz w ciuchach reprezentacji. Kiedy rozpakowywaliśmy rzeczy w hotelu zobaczyłem, że wyciągają z tych waliz mnóstwo sprzętu – buty, koszulki, piłki itp. Wszystko to trafiało do ich rodzin albo dzieciaków z lokalnych szkółek, które nie mają absolutnie nic. Kiedy zrozumiałem, ile rzeczy mogę przewieźć do Afryki samolotem, od razu dołączyłem do pomysłu kolegów i po powrocie do Polski zorganizowałem w szatni Legii zbiórkę. Chłopaki oddali mi buty, koszulki, czy stroje na siłownie. My często zmieniamy sprzęt i rezygnujemy z niego kiedy jest jeszcze dobry. Przekazując go dalej, możemy nadać mu drugie życie i przede wszystkim pomóc innym ludziom. Uwierz mi, że dla mieszkańców Afryki taka pomoc znaczy naprawdę wiele. Dlatego też teraz sam latam na kadrę z dwoma wypchanymi walizami.
- Nie muszę jeździć mercedesem i mieszkać w wilii. W Płocku kumple się ze mnie śmiali, bo jeździłem kilkunastoletnim samochodem, teraz z kolei mam renault lagunę i Arvi też robi sobie ze mnie jaja, ale ja naprawdę lubię to auto.
- Nie muszę jeździć mercedesem i mieszkać w wilii. W Płocku kumple się ze mnie śmiali, bo jeździłem kilkunastoletnim samochodem, teraz z kolei mam renault lagunę i Arvi też robi sobie ze mnie jaja, ale ja naprawdę lubię to auto.
- A gdzie lecisz tutaj?
- O, matko, kocham to zdjęcie. To jedno z tych wspomnień, których nigdy nie wymażesz z pamięci. Jest w Hiszpanii takie jezioro, dookoła którego prowadzi droga. Pamiętam, że pewnego dnia jeździliśmy po niej ze znajomymi, próbując znaleźć takie miejsce, z którego dałoby się skakać do wody. W końcu je znaleźliśmy – to był drugi najwyższy klif, chcieliśmy się dostać na ten pierwszy, ale było tak stromo, że nam się nie udało. Spędziliśmy tam cały dzień, a kiedy potem pokazaliśmy zdjęcia kolegom, to wszyscy chcieli jeździć z nami. Pierwszy raz pojechaliśmy tam w trzy osoby, a potem ruszaliśmy ekipą dziesięciu, piętnastu chłopaków. Każdy chciał poskakać, każdy chciał poczuć tę adrenalinę i takie poczucie wolności, kiedy wyskakujesz, lecisz, a dookoła nie dzieje się kompletnie nic – po prostu świeci słońce i śpiewają ptaki. Nawet jak teraz patrzę sobie na tę fotografię, czuję to niesamowite uczucie szczęścia, które mi wtedy towarzyszyło.
- Wydajesz się być gościem, który w ogóle nie troszczy się o sprawy materialne.
- Nie, nie, troszczę się i to bardzo. Moja rodzina nie jest bogata, pamiętam z dzieciństwa, że mieliśmy naprawdę trudne momenty. Dorastałem bez pieniędzy i nigdy nie wiedziałem jak wygląda życie, w którym nie musisz się o nie martwić. Teraz je mam i chcę, żeby mojemu synowi niczego nie brakowało. Chcę żeby miał wszystko to czego ja nie mogłem mieć. Jeżeli jednak o mnie chodzi, nie mam wielkich wymagań. Zarabiam, oszczędzam, ale nie robię tego dla siebie. Ja naprawdę nie mam wielkich potrzeb.
- Faktycznie, kiedy mijam na parkingu Twoje auto, raczej nie czuję się onieśmielony.
- I o tym właśnie mówię. Nie muszę jeździć mercedesem i mieszkać w wilii. W Płocku kumple się ze mnie śmiali, bo jeździłem kilkunastoletnim samochodem, teraz z kolei mam renault lagunę i Arvi też robi sobie ze mnie jaja, ale ja naprawdę lubię to auto.
- Chodzi o pewien styl życia, zero zmartwień, zero stresu, dystans do świata, pełen luz. Jasne, że każdy ma jakieś zmartwienia, ale staram się o nich nie myśleć. Czasem wręcz przejmuję się życiem zdecydowanie za mało.
- Chodzi o pewien styl życia, zero zmartwień, zero stresu, dystans do świata, pełen luz. Jasne, że każdy ma jakieś zmartwienia, ale staram się o nich nie myśleć. Czasem wręcz przejmuję się życiem zdecydowanie za mało.
- W takim razie jesteś „pasota”?
- Kompletnie, na każdy możliwy sposób. To takie hiszpańskie słowo, którego nie da się przetłumaczyć na polski. Chodzi o pewien styl życia, zero zmartwień, zero stresu, dystans do świata, pełen luz. Jasne, że każdy ma jakieś zmartwienia, ale staram się o nich nie myśleć. Czasem wręcz przejmuję się życiem zdecydowanie za mało.
- Najlepszym przykładem tego o czym mówisz jest płacenie czynszu za mieszkanie.
- O właśnie, który dzisiaj jest? Pięknie, gdybyś mi o tym nie przypomniał znowu zapłaciłbym po terminie, został mi jeden dzień. Zdarzało się, że o tym zapominałem i dopiero telefon właściciela uświadamiał mi, że niechcący wplątuję się w długi. Najgłupsze jest to, że przecież nie płacę nie dlatego, że nie mam pieniędzy, tylko dlatego, że o tym zapominam. Jak już widzę na mailu nagłówek „PILNE!” to nawet bez czytania wiadomości loguję się do banku (śmiech).
- Mieszkanie to jeszcze pół biedy, gorzej, gdy zapominasz o treningu.
- O przepraszam, ostatnio się poprawiłem! Dostałem już tyle kar za spóźnienia, że pewnie starczyłoby na jakiś wykwintny obiad dla całego zespołu. Teraz, w porównaniu z tym co było na Cyprze i tak jest lepiej, bo tam to się już w ogóle kompromitowałem (śmiech). Spóźniałem się średnio raz w tygodniu, teraz przynajmniej jestem na styk. Wtedy często budził mnie telefon kumpla i kiedy zrywałem się z łóżka, widząc kto dzwoni, to już wiedziałem, że jestem w poważnych tarapatach. W końcu się wkurzyłem, powiedziałem do siebie: człowieku, weź się w końcu ogarnij. Miałem trening o 10:00, nastawiłem sobie budzik na siódmą rano, wstałem, umyłem się, zrobiłem śniadanie. Patrzę na zegarek: no, mam jeszcze półtorej godziny zapasu, to pójdę i trochę poczytam. Wiesz co zrobiłem? Usiadłem z książką na balkonie, zapomniałem o wszystkim i nagle dzwoni telefon. Spojrzałem na zegarek, zerwałem się na równe nogi i myślę: no to jest cholera niemożliwe!
- Tutaj też zapomniałeś o całym świecie?
- Pewnie, że tak, to była moja pierwsza miłość. To co trzymam w rękach to kawałek kory, z którego rzeźbię dla niej serce. Byliśmy ze sobą trzy lata i powiem szczerze, że niesamowicie dobrze wspominam ten czas. Gdy jesteś młody i pierwszy raz się zakochasz, to naprawdę wszystko wygląda tak jak w filmie. W tamtym czasie robiłem dla niej mnóstwo takich drobnostek, uważałem, że to bardzo romantyczne.
- Próbuję sobie tłumaczyć tę rozłąkę tym, że gram przecież dla niego po to, by nigdy w życiu niczego mu nie brakowało. Ale z drugiej strony cholernie dużo na tym tracę i gubię momenty, które nigdy już do mnie nie wrócą.
- Próbuję sobie tłumaczyć tę rozłąkę tym, że gram przecież dla niego po to, by nigdy w życiu niczego mu nie brakowało. Ale z drugiej strony cholernie dużo na tym tracę i gubię momenty, które nigdy już do mnie nie wrócą.
- Skoro o miłości mowa – syn jest najważniejszą osobą w Twoim życiu?
- Teraz tak. Może brzmi to źle, bo przecież mam bardzo dużą rodzinę, rodzice, siostry i brat byli przy mnie zawsze, ale jednak niesamowite jest to, jak taki mały człowieczek może zmienić cały twój świat. Wszystko co robisz, robisz dla niego. Ciężko to w ogóle wytłumaczyć i myślę, że tylko ktoś, kto ma dziecko, potrafi zrozumieć ten rodzaj miłości.
- Zbyt często się, niestety, nie widujecie.
- Tak i to jest właśnie jedna z tych rzeczy, które mnie martwią. Jest ich niewiele, ale w tym przypadku to coś, czego nie potrafię kontrolować. Za każdym razem gdy o nim myślę, czy oglądam zdjęcia, wpadam w pewien rodzaj nostalgii. Próbuję sobie tłumaczyć tę rozłąkę tym, że gram przecież dla niego po to, by nigdy w życiu niczego mu nie brakowało. Ale z drugiej strony cholernie dużo na tym tracę i gubię momenty, które nigdy już do mnie nie wrócą.
- Ale chyba jest dumny z taty, skoro zawsze po meczach pokazujesz mu wszystkie swoje gole.
- Mam taką nadzieję. To pierwsza osoba, z którą rozmawiam gdy zdobędę bramkę, często też dzwonię do niego jeszcze przed meczem i pokazuje mu stadion, na którym będziemy grali. Zawsze bardzo podobają mu się jupitery, często gdy na nie patrzy mówi mi, że koniecznie muszę w ich świetle strzelić przynajmniej dwa gole. Zawsze gdy trafię, od razu wysyłam mu bramkę. Mam nadzieję, że niedługo znowu będę mógł to robić.