
Zapraszamy na pierwszą dłuższą rozmowę z nowym nabytkiem Legii Warszawa.
Legia.com: - Długo czekałeś na ekstraklasę w swoim życiu. Do Śląska trafiłeś, gdy byłeś praktycznie 27 letnim piłkarzem. Cierpliwość w Twoim przypadku popłaca.
Mateusz Cholewiak: - Tak, przez bardzo długi czas grałem w niższych ligach. Słyszałem wiele razy o zainteresowaniu klubów z ekstraklasy, ale udało mi się do niej trafić dopiero w wieku 27 lat. W 2018 roku Śląsk Wrocław wykupił mnie ze Stali Mielec i tak zaczęła się moja przygoda z najwyższą klasą rozgrywkową.
- Nie żałujesz, że tak późno zostałeś wyciągnięty z zaplecza polskiej piłki?
- Dużo osób mnie o to pyta i zawsze odpowiadam, że tak musiało być. Nikt nie zagwarantuje mi, że gdybym trafił do ekstraklasy w wieku 24 lat, to dalej bym w niej grał. Ja swoją szansę dostałem późno, ale muszę z niej skorzystać, wycisnąć z niej wszystko i pokazać, że na to zasługiwałem.
- Po dwóch latach spędzonych we Wrocławiu zgłosiła się po Ciebie Legia. Byłeś zaskoczony zainteresowaniem czy otrzymywałeś już wcześniej sygnały, że możesz trafić do Warszawy?
- Na pewno byłem zaskoczony. Każdy kto śledzi ekstraklasę wie, że podczas ostatniej rundy w Śląsku byłem raczej zmiennikiem. Jednak telefon z Legii Warszawa to ogromne wyróżnienie. Czekałem cierpliwie na rozwój sytuacji, teraz kiedy już tu jestem, muszę udowodnić swoją wartość.
- Gdy dowiedziałem się o zainteresowaniu Legii, to pomyślałeś…
- ... że ciężka praca i chłodna głowa popłacają. Nawet jeśli piłkarz dostaje od trenera mniej minut, ale daje z siebie w tym czasie wszystko, to ludzie to dostrzegają. Moja osoba potwierdza, że sumienna praca przynosi efekty.
Ja swoją szansę dostałem późno, ale muszę z niej skorzystać, wycisnąć z niej wszystko i pokazać, że na to zasługiwałem.
Ja swoją szansę dostałem późno, ale muszę z niej skorzystać, wycisnąć z niej wszystko i pokazać, że na to zasługiwałem.
- Podczas występów w Puszczy Niepołomice czy Stali Mielec zdarzało Ci się myśleć: „Lata lecą, a ja cały czas gram na zapleczu ekstraklasy. Być może już mi się osiągnąć wyższego poziomu”?
- Były takie myśli o mijających latach. Jednak przestałem wówczas planować. Powiedziałem sobie, że skupiam się po prostu na pracy i zobaczymy, co mi to przyniesie. Nie snułem wizji o przyszłości, ale każdego dnia dawałem z siebie wszystko. Los przyniósł mi transfer do ekstraklasy, a później do Legii. Teraz na każdym kroku muszę udowadniać, że zasłużyłem, aby tutaj się znaleźć.
- Powiedziałeś, że decyzja o transferze do Wrocławia była dla Ciebie bardzo trudna, bo cała Twoja rodzina musiał dostosować życie pod te przenosiny. Tym razem łatwiej było się zdecydować?
- Decyzje o przeprowadzkach zawsze są trudne. Wtedy sytuacja była nieco inna, bo transfer dogrywany był w cztery godziny. Dostałem sześćdziesiąt minut na podjęcie decyzji „pakuję się i jadę”. Wiadomo, rodzina miała swoje życie, moja żona miała wszystko poukładane, a nagle z dnia na dzień trzeba to porzucić. Teraz było o tyle łatwiej, bo po prostu wiedziałem, że chcę trafić do tak utytułowanego klubu. Powoli wszystko sobie układam. Trzy miesiące temu urodził mi się syn, dlatego transfery nie były mi na rękę, ale gdy dowiedziałem się o zainteresowaniu Legii, to od razu powiedziałem, że jestem na tak.
- W barwach Śląska przeciwko Legii zagrałeś w meczu, który drużyna z Dolnego Śląska przegrała na własnym stadionie 0:1. Byłeś wówczas ustawiony na lewym skrzydle. Jak to jest z Twoją pozycją – możesz zagrać praktycznie wszędzie na lewym boku, ale gdzie czujesz się najlepiej?
- Najlepiej czuję się jako skrzydłowy. Na tej pozycji gram od lat. Dopiero w ekstraklasie, trochę z konieczności, zostałem ustawiony na lewej obronie. Zagrałem tam w kilkunastu spotkaniach, ale miałem też epizody, w których pełniłem rolę napastnika. Ja po prostu chcę grać w piłkę, od trenera zależy, gdzie mnie ustawi, ale jestem gotów na każdą decyzję.
Nie snułem wizji o przyszłości, ale każdego dnia dawałem z siebie wszystko. Los przyniósł mi transfer do ekstraklasy, a później do Legii.
Nie snułem wizji o przyszłości, ale każdego dnia dawałem z siebie wszystko. Los przyniósł mi transfer do ekstraklasy, a później do Legii.
- Rozmawiałeś z trenerem o tym, jaką rolę dla Ciebie przewidział?
- Przed samym obozem nie było za wiele czasu na dłuższe rozmowy. Trener Vuković mnie powitał, ale nie dyskutowaliśmy o planach na przyszłość. Trwa zgrupowanie, jesteśmy w Belek od pięciu dni i na pewno przyjdzie jeszcze czas na tego typu rozmowy. Teraz skupiam się na ciężkiej pracy, a pod koniec obozu będzie moment na to, by przedyskutować moją ewentualną pozycję.
- Masz poczucie, że uniwersalność jest Twoją siłą?
- To wynika z pewnego procesu. W Szkole Mistrzostwa Sportowego zawsze pełniłem rolę napastnika. W Puszczy Niepołomice trener Wójtowicz dojrzał we mnie nie tyle skrzydłowego, co fałszywego napastnika w systemie 4-3-3. Od tamtej pory grałem na boku. Różni trenerzy widzieli w mojej grze elementy właściwe dla napastnika.
- Imponujesz zaangażowaniem i walecznością – to cechy, które dla trenera Vukovicia są kluczowe. Zawdzięczasz je dziadkowi? Podobno, to on przyprowadził cię na pierwszy trening do MOSiR-u Jasło, a tam musiałeś grać przeciwko starszym kolegom, hartując swój charakter.
- W tamtych czasach nie było wielu szkółek piłkarskich i odpowiednich warunków do codziennego treningu. Bardzo dobry kolega mojego dziadka był trenerem w MOSiR-ze i to właśnie dziadek bardzo przekonywał go do tego, by dał mi szansę. Trener nie był do tego przekonany, ale udało się i tak to się zaczęło.
- Do Legii trafiłeś jako doświadczony piłkarz i człowiek, ale Twoim, nazwijmy to opiekunem, może być dwudziestolatek. Z Radkiem Majeckim, bo o nim mowa, znacie się ze Stali Mielec.
- Radek, przychodząc do Mielca na wypożyczenie, trafił – można powiedzieć - pod moje skrzydła. Byłem wtedy kapitanem Stali, starałem się pomóc wejść do drużyny i sprawić, by czuł się jak u siebie. Teraz miała miejsce zupełnie odwrotna sytuacja – pierwsze spotkanie z drużyną, podjeżdżam na parking, a tam Radek Majecki (śmiech). To on mnie wprowadza, pokazuje wszystko i poznaje z kolegami. Radek mi się odwdzięczył i bardzo mu za to dziękuję.
Bardzo dobry kolega mojego dziadka był trenerem w MOSiR-ze i to właśnie dziadek bardzo przekonywał go do tego, by dał mi szansę. Trener nie był do tego przekonany, ale udało się i tak to się zaczęło.
Bardzo dobry kolega mojego dziadka był trenerem w MOSiR-ze i to właśnie dziadek bardzo przekonywał go do tego, by dał mi szansę. Trener nie był do tego przekonany, ale udało się i tak to się zaczęło.
- Miałeś okazję obserwować Radka jako kapitan Stali, a teraz jako nowy zawodnik Legii. Jak on zmienił się przez te lata?
- Od niego zawsze biła niesamowita pewność siebie. Tak było i jest. To ogromny atut, a to że potrafi bronić każdy wie.
- Rozmawiałeś z nim przed podjęciem decyzji o transferze?
- Rozmawialiśmy, ale dopiero, gdy decyzja została już podjęta. Dla mnie to ogromne wyróżnienie, nagroda za ciężką pracę, którą wykonywałem przez całą karierę. Wiedziałem, że chcę tu trafić, kwestią do ustalenia było wyłącznie dogadanie się między klubami i przekazanie decyzji mojej żonie (śmiech).
- Dobrze odnalazłeś się w zespole. Koledzy szybko zaczęli nazywać cię „Holy” albo „Cholew”.
- Standardowe przezwiska (śmiech). Aklimatyzacja przebiega bardzo dobrze. Wcześniej rywalizowaliśmy ze sobą, więc znałem tych piłkarzy. Teraz poznaję ich jako ludzi. Wszyscy są niesamowicie pomocni, od pierwszego dnia każdy chce pomóc. Jestem za to niezwykle wdzięczny.
- W ostatnich dniach wszystko toczyło się w Twoim życiu na wysokich obrotach. Podpisanie kontraktu, chwilę potem wyjazd na zgrupowanie. Jest w Legii coś, co szczególnie zwróciło Twoją uwagę?
- Na pewno to jak funkcjonuje ten klub. Już sama organizacja testów medycznych zrobiła na mnie wrażenie. Wszystko jest na miejscu i stoi na najwyższym poziomie. Zawodnik trafia do klubu i jego jedynym zadaniem jest skupienie się na swojej pracy, którą, na ten moment, jest jak najlepsze przygotowanie się do rundy. Nie muszę się o nic martwić i to na pewno jest bardzo pozytywne.
- Po Twoim transferze pojawiły się różne komentarze – pozytywne, ale też negatywne. Zwracasz w ogóle na nie uwagę?
- Jestem człowiekiem, który nie lubi szumu wokół siebie. Jeśli jednak Wy, czy inne media zechcą przeprowadzić ze mną wywiad, to nigdy nie odmówię. To element pracy piłkarza i akceptuję to. Staram się nie czytać komentarzy na swój temat, ale jeśli już się coś pojawi, to zazwyczaj i tak żona mi o tym mówi. Od tego już nie ucieknę (śmiech). Po transferze to Legii dostałem naprawdę wiele gratulacji od ludzi, którzy są blisko mnie i wspierają mnie w moich wyborach. Dla nich, podobnie jak dla mnie, to wielki powód do dumy. Rozumiem jednak, że są ludzie, którzy mogą wypowiadać się negatywnie. Ja tego nie krytykuję i nigdy nie odpowiadam na zaczepne komentarze. Jedyny sposób, w jaki mogę odpowiedzieć, to moja dobra postawa.
- Żona ma duży wpływ na Twoje decyzje, chociażby takie, jak transfer do Legii?
- Ha! Nie chcę, żeby to tak zabrzmiało, nie jestem pantoflem (śmiech). Żona powtarza mi, że chociaż ma swoje zdanie, to wie jakie ja mam zdanie. Wiadomo – transfer to duże wydarzenie, trzeba się z nim zmierzyć. Żona też musiała zostać teraz z małym dzieckiem przez trzy tygodnie. Podziwiam ją za to. Moja żona wie, że to dla mnie niesamowita szansa, akceptuje to i w pełni popiera moje wybory.
Dla mnie to ogromne wyróżnienie, nagroda za ciężką pracę, którą wykonywałem przez całą karierę.
Dla mnie to ogromne wyróżnienie, nagroda za ciężką pracę, którą wykonywałem przez całą karierę.
- Jakie cele zakładasz sobie na ten sezon?
- Chcę zdobyć trofea z Legią Warszawa. Mistrzostwo Polski byłoby pięknym zwieńczeniem pracy, którą wykonałem w swojej karierze. To moje marzenie, do którego oczywiście wciąż jest daleka droga. Jeśli chodzi o osobiste cele – przyjdzie na nie czas. Jeśli strzelę gola, albo dołożę asystę będzie to dla mnie pozytywny akcent, ale jeśli ciężko pracuję, ale nie zdobędę „liczb”, a to drużyna wygra - jestem szczęśliwy.
- Legia to szczyt kariery czy szansa na wybicie? Jak do tego podchodzisz, biorąc pod uwagę, że masz 29 lat?
- Są dwa fajne przykłady – Tomasza Brzyskiego i Igora Lewczuka. Obaj przyszli do klubu jako doświadczeni piłkarze i zrobili mnóstwo dobrego dla Legii. Igor wyjechał nawet do Francji. Taką drogą trzeba podążać – dać z siebie maksimum i udowodnić swoją wartość.
- Nawet my, w swoim redakcyjnym gronie, przy okazji Twojego transferu, porównywaliśmy ten ruch do transferu Igora Lewczuka. Mówi się o Twoim wieku, ale czy nie jest tak, że Ty znajdujesz się obecnie w najlepszym wieku dla piłkarza?
- Dokładnie. Mam zdrowie do biegania, ponieważ dużo nad tym pracowałem. Nigdy nie miałem problemu z tym, aby dążyć do uzyskania jak najlepszej formy fizycznej i chcę grać w piłkę nożną tak długo, jak pozwoli mi na to zdrowie. Za chwilę skończę 30 lat, ale absolutnie się na tyle nie czuje. Jeśli będą omijać mnie kontuzję to myślę, że jeszcze parę ładnych lat pogram.
- Robert Lewandowski stwierdził nawet, że najlepszy okres pod względem fizycznym nastąpił w jego przypadku po skończeniu 31. roku życia.
- Ja co prawda nie gram, ale w Football Managerze jest napisane, że najlepszy okres dla piłkarza przypada właśnie od 29. do 31. roku życia (śmiech).
- Zatem Mateusz Cholewiak trafia do Legii w szczytowej formie.
- Coś w tym musi być (śmiech). Pół żartem, pół serio - do ekstraklasy trafiłem w wieku 27 lat. Wtedy zadałem sobie pytanie czy się sprawdzę i dam radę w najwyższej klasie rozgrywkowej. Jak pokazał czas, udało mi się wskoczyć do składu Śląska Wrocław, co zaowocowało transferem do Legii. Nic, tylko dalej pracować.
- Transfer do Legii jest odpowiedzią na Twoje pytanie? Możesz z czystym sumieniem powiedzieć: „Tak, sprawdziłem się w ekstraklasie”?
- Na pewno mogę dać z siebie jeszcze więcej. Mam tego świadomość. Nieprawdą jest to, że człowiek w moim wieku się już nie rozwija. Zawsze można coś poprawić, zawsze można zrobić coś lepiej. Chcę wycisnąć z siebie jeszcze więcej. Jeśli Legia wyraziła mną zainteresowanie i zdecydowała się na mój transfer to jest to dla mnie znak, że wykonuję taką pracę, jakiej od siebie oczekuje.