2019-09-18 | 20:08:08

Daniel Łopata - Skazany Nr 0033

W 33. odcinku cyklu pt. ''Skazani Na Legię'' gościmy Daniela Łopatę, czyli po prostu - Deobsona. Bohater dzisiejszego odcinka swoją kibicowską przygodę z Legią rozpoczął w latach 90. Dziś Legię ma w kodzie DNA, jest ona swego rodzaju enklawą szczęścia, co przekłada się na całe jego życie. Zapraszamy na kolejny odcinek cyklu prowadzonego przez Maćka Dobrowolskiego!

Autor: Maciej Dobrowolski

Fot. Jacek Prondzynski, Archiwum DL; Grafika: Tomasz Grzybek

Główny sponsor Fortuna
  • Udostępnij

Autor: Maciej Dobrowolski

Fot. Jacek Prondzynski, Archiwum DL; Grafika: Tomasz Grzybek

Pociągiem na stadion

Był 1993 rok, kiedy pierwszy raz starsi koledzy zabrali mnie ze sobą na mecz. Mieszkałem w Piastowie i tam wszyscy kibicowali Legii. Widywałem kolegów w szalikach, a w rozmowach często przewijały się tematy meczowe. Zainteresowało mnie to na tyle, że któregoś pięknego dnia dołączyłem do nich i pojechałem na Łazienkowską. Co zapamiętałem? To był listopad, Legia grała z Polonią Warszawa, a my siedzieliśmy na zakolu. Wygraliśmy 2:1 i wróciłem do domu cały w emocjach. To jest tak, jak ktoś słusznie zauważył, że albo impuls trafi na podatny grunt, albo nie i zajawka powoli gdzieś gaśnie. W moim przypadku ewidentnie trafił impuls i nie wyobrażałem sobie, żeby na tej pierwszej wizycie poprzestać. Niemniej to były czasy, w których nie dysponowałem swoimi pieniędzmi i pod tym względem uzależniony byłem od rodziców. Jak nie było funduszy, to jechało się kombinować. Metody były najróżniejsze, ale zazwyczaj stosowaliśmy patent „na dziecko”. Polegało to na tym, że podchodziło się do kogoś starszego i pytało, czy można z nim przejść przez bramki. Porządkowi w tamtych czasach zazwyczaj przymykali oko na małolatów i w większości przypadków ten sposób skutkował.

Na „zakole” były najtańsze bilety i tam udawało się przedostać najczęściej. Pomimo tego, że zawsze liczę na zwycięstwo piłkarzy Legii i gorąco ich dopinguję, to nie mam pamięci do dat, ani konkretnych zdarzeń sportowych. Od małolata najbardziej fascynowała mnie cała otoczka, którą tworzyli kibice. Życie trybun najbardziej przykuwało moją uwagę. Bardzo dobrze wspominam wyjazdy na mecze. Jeździliśmy pociągami podmiejskimi, praktycznie od Żyrardowa dosiadały się kolejne grupki chłopaków w szalikach i z każdą kolejną stacją ten pociąg stawał się coraz bardziej tłoczny i rozśpiewany. To była magia tamtych czasów, bo obecnie jak nieraz zdarzy mi się przejechać takim pociągiem, to wszystko wygląda już zupełnie inaczej.

Kwestie wyborów

Jeżdżąc regularnie na mecze u siebie oczywiście dość szybko zaświtała myśl pojechania na wyjazd. Rok po tym jak zadebiutowałem na Legii nasza drużyna grała z ŁKS-em w Łodzi. W towarzystwie starszych kolegów zapisałem się na autokar. Miejscem zbiórki był parking pod Pałacem Kultury. Co tu dużo mówić, byłem tym zafascynowany. Wyjazd od początku do końca przebiegł bez nadzwyczajnych zdarzeń, ale to była dla mnie nowa rzeczywistość, znana wcześniej tylko z opowieści. Jednocześnie to był ten moment, w którym uświadomiłem sobie, że Legia już na dobre i złe. Oczywiście wyjazdy też kosztowały i to więcej niż mecze u siebie. Wiązało się to z wyborami i wyrzeczeniami, niemniej myślę, że to jeszcze bardziej wyrabiało charakter.

Jeździłem wybiórczo, ale nie na zasadzie, że jadę na „lepszy”, a odpuszczam „gorszy”, tylko jechałem na ten, na który miałem pieniądze. Z pierwszych wyjazdów, które zapadły mi w pamięć, to Mielec, Olsztyn czy Szczecin, na który pojechaliśmy pierwszy raz po odnowieniu zgody. Tam pojechałem pociągiem i z wielu niezliczonych opowieści, które wówczas usłyszałem, utkwił mi w głowie śmieszny obrazek. Mianowicie jeden z kibiców jechał w kapciach – bo jak powiedział „urwał” się z domu mówiąc, że idzie wyrzucić śmieci... Każdy kto jeździł, czy jeździ, ten wie, że takich wypraw kibicowskich nie da się porównać z niczym – „to trzeba przeżyć, żeby to zrozumieć, żeby w to uwierzyć”...

Moskiewskie 3:2, czyli powiew historii 

Jak do tej pory najbardziej niesamowitym przeżyciem związanym z Legią był dla mnie wyjazd do Moskwy, na mecz ze Spartakiem. Po pierwszym meczu w Warszawie było 2:2 i to raczej drużynę z Moskwy stawiano w roli faworyta do awansu. Nie mogłem pozwolić sobie na urlop w pracy, więc rozważałem tylko opcje podróży samolotowej. W swoich wahaniach byłem osamotniony, ponieważ nikt z moich znajomych nie wybierał się na mecz. Te wahania były jednak tylko pozorne, bo pamiętam jak moja żona się śmiała, że niby nie wiem czy lecieć, a ostatecznie i tak polecę. Miała rację - dzień albo dwa przed rewanżem przyszedłem do domu z pracy i „klepnąłem” bilet na samolot. Zupełnie sam, bo większość legionistów wyruszała w drogę busami i autokarami. Na miejsce dotarło tylko około 70 osób. Z tego co pamiętam, to w samym mieście nie dało się wyczuć atmosfery meczu. Kibice z Warszawy, poubierani w koszulki klubowe, spacerowali po Placu Czerwonym i nie wzbudzali większego zainteresowania. Natomiast zupełnie inaczej wyglądała sytuacja, kiedy prowadzono nas z metra na stadion w kierunku sektora gości. Przypatrywało nam się kilkuset fanatyków Spartaka i od zdecydowanych reakcji z ich strony powstrzymywały bardzo liczne odziały OMON-u.

Weszliśmy na stadion, zajęliśmy miejsca... szybkie 0:2 i większość myślała, że to tyle w temacie emocji. Niec z tych rzeczy! 2:1, 2:2 i zwycięski gol... Janusza Gola w ostatniej akcji meczu. To było niesamowite, do tej pory wspominając to mam ciarki na rękach. Gdybym miał tamto uczucie z czymś porównać, to w życiu byłem bardziej szczęśliwy tylko wówczas, kiedy urodziła się moja córka. Natomiast z rzeczy, które spotkały mnie w codziennym życiu, nic tego nie przebiło. Chyba tylko kibice mogą to zrozumieć. Samolot powrotny miałem jakoś nad ranem. Siedziałem tam na krześle i nie mogłem uwierzyć w to, co się stało. Życie legionisty bywa przewrotne, dla humoru mogę powiedzieć – chociaż wtedy daleki byłem od zadowolenia - że podobnie siedziałem w fotelu, nie wierząc w to co się stało, po meczu rewanżowym z Celtikiem. Wracałem wtedy samolotem razem z piłkarzami i nie mogliśmy uwierzyć, że zdeklasowany na boisku Celtic będzie grał dalej, a Legia odpadnie przez sprawy nie związane ze sportem. Te dwa skrajne zdarzenia, jak do tej pory, najbardziej zapadły mi w pamięć, jeżeli chodzi o wyjazdy za Legią.

Mamy to w DNA

Hip hop to jedna z moich zajawek. W 2004 wydałem płytę i zrobiłem sobie przerwę. Podczas tej przerwy, która trwała siedem lat, wielokrotnie przewijała się myśl, że fajnie by było nagrać numer o Legii. Początkowo nie było konkretnego pomysłu, ale nagromadziło się tyle przeżyć i emocji, że zebrałem się do napisania. W dwa dni powstał kawałek. Tę świeżą, nieobrobioną wersję puściłem kilku znajomym i po ich reakcjach pomyślałem, że to może chwycić. Już studyjną wersję - opatrzoną jedynie zdjęciem oprawy z meczu z Widzewem „Witamy w piekle” - wrzuciliśmy na YouTuba. I poszło. Teledysk powstał mniej więcej rok po tym, w dużej mierze za namową Jarka Jankowskiego, którego poznałem podczas wspomnianego wyjazdu do Moskwy. Odbiór tego przerósł moje oczekiwania. Początkowo śledziłem komentarze kibiców i też byłem mile zaskoczony, ponieważ bardzo przychylnie wypowiadali się fani innych klubów. Dziś „Mamy to w kodach DNA” zbliża się do 3 mln odsłon i co tu dużo mówić – fajnie, że się podoba. Rap zawsze był dla mnie ważny, a połączenie tego z moją miłością, jaką jest Legia, dopełnia całości. Niektórzy ludzie pytają mnie, czy jeszcze nagram coś o Legii, ale tak naprawdę nie myślę o tym. To, co miałem powiedzieć, powiedziałem w tym kawałku i tyle.

Otoczony Legią

Od roku jestem jednym ze spikerów na Legii. Mówiąc szczerze nie do końca jestem przekonany, że to moje miejsce. Chodzi o to, że bardzo mi brakuje trybun. Oczywiście super, że mogę być tak blisko wydarzeń – właściwie w samym centrum, ale to nie jest tak, że czegoś przez to nie tracę. Dlatego tak bardzo zależy mi na wyjazdach, bo wtedy mogę być wśród kibiców. Kiedy padła propozycja żebym dołączył do „Jurasa”, nie byłem przekonany, nie wiedziałem czy się nadaję i czy to jest coś, co chcę robić. W końcu doszedłem do wniosku, że to nowe doświadczenie, czegoś się nauczę, no i będę bardzo blisko Legii. Początkowo był duży stres, w końcu stajesz przed kilkunastoma tysiącami ludzi. Dziś podchodzę już do tego spokojniej. Na pewno nie żałuję i cieszę się tym.

Wracając do moich początkowych dylematów związanych z tym czy zostać spikerem pamiętam, że pomyślałem tak: od 13 roku życia jeżdżę na mecze i gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że nagram kawałek, który odsłucha ponad 2,5 mln ludzi, że będę miał okazję stanąć na murawie i krzyczeć do kilkunastu tysięcy kibiców – nigdy bym w to nie uwierzył. Chłopak, który od małolata jeździł pociągiem na mecze, często nie mając pieniędzy na bilet, jest w takim położeniu teraz. To jak spełnienie marzeń. Właściwie, jak się tak zastanowić, to całe moje życie krąży wokół Legii i właściwie wszystko jest pod nią podporządkowane. Urodziła mi się córka, a po kilku dniach poleciałem na mecz do Albanii. Wszystkie imprezy rodzinne, urlopy, zależne są od tego, gdzie i kiedy gra Legia. Wydaje mi się, że to tak pozytywna pasja, że takie drobne uciążliwości nie stanowią problemu. Mam tutaj ludzi, których znam od lat, na których mogę polegać i mogę się z nimi spotykać. Legia łączy takich samych zapaleńców, a mecze są dla nas enklawą szczęścia, a to chyba w życiu najważniejsze.

1 / 10
Udostępnij

Autor

Maciej Dobrowolski

14razyMistrz Polski
19razyPuchar Polski
4razySuperpuchar Polski
Sponsor główny
fortuna
Oficjalny sponsor
krolewskie
cashback-world
4move
Sponsor techniczny
adidas
Partnerzy
pepsi
toyota
came
enel-med
media markt
holidayInn
ele-taxi
westminster
mpwik
kranowka
pepsi
toyota
came
enel-med
media markt
holidayInn
ele-taxi
westminster
mpwik
kranowka
Partner internetowy
home.pl
zakochaj-sie-w-sportowej-warszawie
esktraklasaECA Europe
Oficjalny dostawca ciepła
PGNiG-TERMIKA
zakochaj-sie-w-sportowej-warszawie
esktraklasaECA Europe
© Legia Warszawa S.A.Wszelkie prawa zastrzeżone.