
13 marca 1933 roku doszło do niezwykłego meczu hokeja pomiędzy Legią Warszawa a Pogonią Lwów. Dziś przypomnimy tę niezwykłą historię.
W spotkaniu rozgrywanym 13 marca 1933 roku na Górnym Śląsku regulaminowy czas gry, ani trzy dziesięciominutowe dogrywki, nie przyniosły zmiany remisowego wyniku (1:1). Rywalizację Legii i Pogoni zakończono więc o... 4.10 rano bez rozstrzygnięcia i ustalono, że mistrzostwo Polski zdobędą obydwie drużyny. „Legia i Pogoń dzielą mistrzostwo hokejowe. Rozpoczęto tu o godzinie 1.30 drugi mecz Pogoń - Legia. Wynik w czasie normalnym brzmiał 1-1 (0-0, 1-1). Bramki strzelili Hemerling i Materski, który został kontuzjowany. Trzykrotne przedłużanie gry po 10 minut nie dało rezultatu. Wobec tego pierwsze dwa miejsca w mistrzostwie dzielą Legia i Pogoń” - pisał „Przegląd Sportowy” z 15 marca 1933 roku.
Rozegrany wcześniej mecz Legii z Pogonią także nie został rozstrzygnięty (0:0). „Pierwszy w historii hokeja polskiego mecz o mistrzostwo, w którym oba zespoły miały jednakowe szanse. Normalny czas dał wynik gry nierozstrzygnięty. W miarę jak rozgrywano kolejne przedłużenia rosła zaciętość i twardość poszczególnych graczy, a z drugiej strony tendencja do grania na czas. Gra szybka, ostra, ale w normach reguł. Pogoń o klasę gorsza niż wczoraj z Poznaniem. Gra wyjątkowo chaotyczna i nerwowa. Zresztą wiele kombinacyj * psuł kręcący się między graczami sędzia. W Pogoni najlepszy Kuchar i Hemmerling, reszta zaledwie zadowoliła. W Legii superklasą był Przeździecki, któremu Legia zawdzięcza 0:0. Zarówno przy dalekich strzałach, jak i w pojedynkach zachował zimną krew i niezwykłe wyczucie sytuacji. Głowacki był najlepszy z całej drużyny w polu. Ponieważ graczom kończą się urlopy i w poniedziałek muszą być w domu, zarządzono więc w trzy godziny po tem, o godzinie 1.30 w nocy mecz dodatkowy” - pisali dziennikarze „PS”.
„Przegląd” był jedyną gazetą, która poinformowała o wyniku drugiego meczu Legia - Pogoń, który rozegrany został w Katowicach i zakończył się o godz. 4.10 nad ranem. „Historyczny finał Pogoń - Legia. 114 minut walki bez bramki. Istotnie mecz ten jest pierwszy w dziejach hokeja nie tylko polskiego, ale i światowego, jako rozpoczęty o godz. wpół do drugiej w nocy. Gdy rozpoczęliśmy grę w cudowną noc księżycową mieliśmy wrażenie jakiejś humoreski czy groteski kałbacerowej na lodzie. Gdy kończyliśmy - światło było już brudnawe, z mieszaniny granatowości nocy z szarością wstającego dnia. Humor dopisywał wszystkim - i organizatorowi turnieju p. Czaplickiemu i kierownikom i graczom obu drużyn. Była nawet publiczność: cały zespół jazz-bandowy warszawski, koncertujący w największej kawiarni w Katowicach, parę fordlanserek i grupa 20-30 pocztylionów. Warto było zrezygnować z przespanej nocy i być świadkiem tej nieuwieńczonej pozytywnym rezultatem próby zdobycia mistrzostwa. Bo trzeba złożyć hołd poświęceniu graczy obu drużyn: po 3-godzinnej przerwie, dzielącej ich od zakończenia normalnego meczu plus trzy dodatkowe przedłużenia, stanęli do walki o najwyższą stawkę, zmęczeni fizycznie i psychicznie. Ale wraz z gwizdkiem rozpoczynającym zawody wróciła im, oczywiście dzięki tylko nadzwyczajnemu wysiłkowi nerwów, świeżość cielesna i duchowa. Grano nie na czas, ale - co zasługuje na najwyższe uznanie - na wysiłek. Gdy w drugiej tercji Hemerling z ładnego przeboju, nota bene z winy obrońców Legii, zdobywa prowadzenie dla Pogoni, mistrzostwo zdawało się przesądzone. A jednak Legia nie załamuje się wręcz odwrotnie - atakuje i w dwie minuty potem Materski uzyskuje wyrównanie. Ten stan rzeczy trwał przez ostatnią tercję i trzy kolejne dogrywki. Atakowano całą trójką, atakowano wypadami, wyjeżdżali obrońcy obu drużyn, oddalając dalekie ostre strzały. Obaj bramkarze grają jednak bez zarzutu - szczególnie Przeździecki jest klasą dla siebie na boisku. Niestety zabrakło w obu drużynach, jak ktoś złośliwie zauważył 'dżentelmenów, umiejących się zachować pod bramką'. Było mało, wyjątkowo mało, pozycji podbramkowych, a w tych, które były - nie umiano wykorzystać tłoku. Tragedia zresztą całego polskiego hokeja. Nie obeszło się bez wypadków, zresztą mimowolnych: Materski dostaje krążkiem w lewe oko, pada zemdlony. Głowacki na dwie minuty przed końcem gry bierze wysoki strzał na głowę. Nowe zemdlenie - okłady ze śniegu - i nowy ozdrowieniec na lodzie. Gra przez cały mecz otwarta, ofensywna i bardzo szybka, połączona z twardością i zaciętością. Zachodziło się w głowę, skąd ci ludzie mają tyle zdrowia. W każdym razie stwierdzić można, że los wyjątkowo być sprawiedliwy: obie drużyny były tak równe, że zwycięstwo jednej z nich mogło być tylko kwestią przypadku. Udało się to szczęśliwie ominąć” - barwnie relacjonował finałowe zmagania „PS”. W roku 1933 tytuł Mistrzów Polski w hokeju na lodzie zdobyły więc dwie drużyny - Legia Warszawa i Pogoń Lwów.
W tym niezwykłym i historycznym meczu legioniści zagrali w składzie: H. Przeździecki, Głowacki, Materski, Pastecki, Szenajch, Rybicki, Szabłowski i W. Przeździecki. Z kronikarskiego obowiązku należy jeszcze odnotować, iż we wcześniejszych spotkaniach eliminacyjnych hokeiści Legii pokonali ŁKS Łódź 1:0 (0:0, 1:0) i AZS Warszawa 5:0 (walkower).