Plus500
Artur Jędrzejczyk: Jest nam wstyd

Artur Jędrzejczyk: Jest nam wstyd

Sezon 2021/22 dobiegł końca. Dla całej społeczności Legii Warszawa były to rozgrywki niezwykle przewrotne. Od wybuchu radości i ekscytacji europejskimi wojażami, do dużego rozczarowania na polskich boiskach. Rollecoaster, który ostatecznie doprowadził do dużego zawodu. Jak cały sezon podsumował kapitan Legii Warszawa, Artur Jędrzejczyk? Gdzie obrońca stołecznej drużyny doszukuje się przyczyn kryzysu, czego sam jako piłkarz nie potrafi zrozumieć, a także jakie perspektywy czekają naszą drużynę przed kolejnym sezonem. Zapraszamy na rozmowę z Arturem Jędrzejczykiem.

Autor: Przemysław Gołaszewski, Mateusz Okraszewski

Fot. Mateusz Kostrzewa, Janusz Partyka

Główny sponsor Plus500
  • Udostępnij

Autor: Przemysław Gołaszewski, Mateusz Okraszewski

Fot. Mateusz Kostrzewa, Janusz Partyka

Sezon 2021/22 dobiegł końca. Dla całej społeczności Legii Warszawa były to rozgrywki niezwykle przewrotne. Od wybuchu radości i ekscytacji europejskimi wojażami, do dużego rozczarowania na polskich boiskach. Rollecoaster, który ostatecznie doprowadził do dużego zawodu. Jak cały sezon podsumował kapitan Legii Warszawa, Artur Jędrzejczyk? Gdzie obrońca stołecznej drużyny doszukuje się przyczyn kryzysu, czego sam jako piłkarz nie potrafi zrozumieć, a także jakie perspektywy czekają naszą drużynę przed kolejnym sezonem. Zapraszamy na rozmowę z Arturem Jędrzejczykiem. 

 

- Za nami długi i trudny sezon. Rozegraliście ponad pięćdziesiąt spotkań. Czy pod względem fizycznym i emocjonalnym był on dla Ciebie najtrudniejszy w karierze? 
- Pod fizycznym może nie, ale emocjonalnym na pewno. W życiu bym się nie spodziewał, że spotka mnie coś takiego, a trochę już w tej piłce przeżyłem. Tym bardziej w Legii Warszawa, w klubie z takimi ambicjami i oczekiwaniami. Powiedzmy sobie szczerze – na początku nic na to nie wskazywało. Awansowaliśmy do pucharów, wygraliśmy w tym sezonie ze Spartakiem Moskwa i z Leicester City, a później co? Seria karygodnych porażek. Szczerze powiem, że miałem taki jeden mecz z Górnikiem Zabrze, który zapamiętałem szczególnie. Przegrywaliśmy 0:2, ale udało się zdobyć dwie bramki i doprowadzić do wyrównania. Straciliśmy trzeciego gola. Myślałem, że będzie to nasz moment przełomowy. Niestety byłem w błędzie. Ciężko cokolwiek o tym powiedzieć. Spotykam znajomych, kolegów. Ludzie pytają – „Artur, co się stało?”. A ja nie znam odpowiedzi. Graliśmy w lidze tą samą ekipą, która rozgrywała swoje mecze w Lidze Europy. Wiadomo, że pojawiały się jakieś zmiany kadrowe, nie da się ich uniknąć, jednak trzon składu był taki sam. Musieliśmy być gotowi na mecze w europejskich pucharach. Przyjeżdża do nas Leicester City i my zdobywamy z nimi trzy punkty. Każdy wie, że to nie jest byle jaka drużyna. Po tym spotkaniu przychodzi mecz w Ekstraklasie, a my nie potrafimy grać w piłkę. Jakby coś z nas zeszło. Przegrywasz jeden mecz, drugi, trzeci. Nie wiesz, co siedzi w głowach zawodników. To samo dotyczy mnie. Mogę przed Wami pokazywać, że wszystko jest okej, a tak naprawdę nie wiecie co dzieje się wewnątrz mnie, jak przeżywam tę sytuację psychicznie. Nie wiem też czy wszyscy zawodnicy zdawali sobie sprawę do jakiego klubu trafili. Mam wrażenie, że ta świadomość rosła wraz z upływem czas. Legia to klub, który zawsze musi grać o trofea i najwyższe cele. Drugie miejsca to była rzadkość. Chcieliśmy walczyć tylko o mistrzostwo. Dla mnie to wszystko jest niewytłumaczalne. Nadal szukam odpowiedzi na to pytanie. Jeżeli ją znajdę, to na pewno się podzielę. Dobrze, że skończyło się tak, jak się skończyło. W grudniu – po zakończeniu rundy jesiennej – usiadłem w domu i zacząłem rozmyślać nad całą sytuacją. Naprawdę byliśmy w strefie spadkowej. Nie mogłem w to uwierzyć. Chciałem odpocząć od tego wszystkiego, ale po prostu się nie dało. Ta sytuacja nie dawała mi spokoju. Człowiek siedzi i myśli: „K***a jak tak dalej pójdzie, to spadniemy z tej ligi. Tej samej, którą w ostatnich latach cały czas wygrywaliśmy”. Dla zawodnika grającego w Legii to jest kompletnie abstrakcyjna sytuacja. Był to olbrzymi cios dla całego klubu. Wiadomo, na boisko wychodzimy my – zawodnicy. To my gramy i odpowiadamy za ten rozczarowujący wynik. 

Zdjęcie

Nie czułem jakiejś nadmiernej ekscytacji po wylosowaniu Leicester City czy Spartaka Moskwa. Gdy byłem zawodnikiem Krasnodaru to rywalizowaliśmy chociażby z Wolfsburgiem, Realem Sociedad czy Borussią Dortmund. Spotkania z takimi rywalami są ciekawą odskocznią, ale na pewnym etapie kariery nie robią już wrażenia.

- Zachowując chronologię wydarzeń - sezon rozpoczął się fantastycznie. Pojechaliście do Bodo, do rywala przez wielu dziennikarzy uważanego za faworyta, a w dwumeczu wygraliście z nimi 5:2. 
- Świetna drużyna. Oglądaliśmy ich mecze i analizowaliśmy grę. Widać, że była to zgrana ekipa. Ich wyniki są nieprzypadkowe. Mecz w Norwegii był bardzo dobry w naszym wykonaniu. Nie ustrzegliśmy się błędów, ale wywieźliśmy bardzo cenny rezultat. Potem Bodo przyjechało do nas. W pierwszych 20. minutach zdecydowanie nas zdominowali. Mieli jedną stuprocentową sytuację i tylko nasze szczęście spowodowało, że jej nie wykorzystali. Później pokazali, że są w stanie rywalizować z najlepszymi. Udowodnili to chociażby rywalizacją z Romą w Lidze Konferencji. Każdy z naszych zawodników wzniósł się wówczas na wyżyny swoich umiejętności i zasłużenie sobie z nimi poradziliśmy. 

 

- Krążyły słuchy, że awans do europejskich pucharów był dla was priorytetem, a liga została zepchnięta na boczny tor. Czy faktycznie tak było, że kosztem kilku meczów ligowych chcieliście dostać się do Europy?
- Jeżeli mam być szczery, to ja wolę zdobyć mistrzostwo Polski niż awansować do Ligi Europy. Wygrywanie meczów w ekstraklasie jest ważniejsze. Liga Europy to dodatek do tego, co zrobiłeś w minionym sezonie. Nagroda za walkę i poświęcenie. Gra w Europie to oczywiście fajna sprawa, odskocznia od rzeczywistości. Jednak grałem już w przeszłości z wielkimi drużynami. Nie czułem jakiejś nadmiernej ekscytacji po wylosowaniu Leicester City czy Spartaka Moskwa. Gdy byłem zawodnikiem Krasnodaru to rywalizowaliśmy chociażby z Wolfsburgiem, Realem Sociedad czy Borussią Dortmund. Spotkania z takimi rywalami są ciekawą odskocznią, ale na pewnym etapie kariery nie robią już wrażenia. Na pewno więc nie odpuszczaliśmy meczów ligowych. Kilka lat temu też graliśmy w Lidze Mistrzów i Lidze Europy, a potrafiliśmy łączyć te rozgrywki z rodzimą ekstraklasą. To mnie zastanawiało. Dlaczego wtedy potrafiliśmy, a teraz nie? W lidze specyfika jest prosta. Wiadomo jak wszystkie zespoły podchodzą do Legii. Dla tych klubów to najważniejsze spotkania w sezonie. My przegrywamy pierwszy, drugi, trzeci mecz i nie wiemy co się dzieje. Na początku nie myśleliśmy, że może przerodzić się to w tak długotrwały kryzys. Zawsze dawaliśmy sobie z tym radę. W przeszłości wychodziliśmy z takich sytuacji. Legia zawsze sobie poradzi, a tym razem stało się inaczej. Nie chcielibyście być wtedy w naszej skórze. Nie porównałbym tego przeżycia z niczym innym. Myślałem, że w piłce spotkało mnie już wszystko i teraz widać, jak bardzo się myliłem. 

Zdjęcie

- Każde spotkanie chcieliśmy wygrać. A co się dzieje? Przyjeżdża dowolna drużyna z naszej ligi i stawia warunki, z którymi nie jesteśmy sobie w stanie poradzić. Dla mnie jest to niewytłumaczalne. Niby chcesz, starasz się, walczysz, a dostajesz gong za gongiem i dzieje się coś takiego. Nastawienie mogło odegrać kluczową rolę.

- Siedem ligowych porażek z rzędu. Taka seria ostatni raz miała miejsce w 1936 roku. Wówczas spadliśmy z najwyższej klasy rozgrywkowej.
- To daje dużo do myślenia. Jako zawodnik masz to z tyłu głowy. Pierwsza runda była w naszym wykonaniu dramatyczna. Myślisz cały czas, co by można było zrobić inaczej, aby z tego wyjść. Na całe szczęście udało nam się to zrobić. Dziesiąta pozycja to nie jest miejsce dla Legii, ale z perspektywy całego sezonu musimy na tę lokatę spojrzeć nieco inaczej.

 

- Sam cały czas szukasz przyczyny tego kryzysu. Może to po prostu chodziło o głowę? Po meczu z Leicester City mówiłeś, że nie jesteś zaskoczony zwycięstwem. W weekend przychodziło spotkanie w PKO Ekstraklasie, a my prezentowaliśmy się jak inny zespół. 
- Musimy to sobie powiedzieć, nie ma co się oszukiwać. Jedziesz do Moskwy i wygrywasz ze Spartakiem. Potem przyjeżdża Leicester, które też pokonujesz. To wszystko buduje ciebie jako piłkarza. W weekend jedziesz na mecz ligowy i zderzasz się z inną rzeczywistością. Każde spotkanie chcieliśmy wygrać. A co się dzieje? Przyjeżdża dowolna drużyna z naszej ligi i stawia warunki, z którymi nie jesteśmy sobie w stanie poradzić. Dla mnie jest to niewytłumaczalne. Niby chcesz, starasz się, walczysz, a dostajesz gong za gongiem i dzieje się coś takiego. Nastawienie mogło odegrać kluczową rolę. Ktoś powie, że drużyna była zmęczona i nieprzygotowana, ale to nieprawda. W ubiegłych latach, gdy graliśmy w Europie, to ja sam potrafiłem rozegrać 45-47 meczów w sezonie. To powinno być normą dla zawodowego piłkarza…

 

- Wtrącę się tylko szybko. Idealnym przykładem był mecz z Leicester City. Przyjeżdża drużyna na co dzień grająca w tak wymagającej fizycznie lidze i nie widać między wami różnicy.
- O tym właśnie mówię! Odkąd jestem w Legii, to forma fizyczna mnie i całej drużyny stała na wysokim poziomie. Nigdy nie było tak, że jako zespół mamy jakieś problemy. Z każdym rokiem te przygotowania motoryczne i fizyczne były bardzo ważne, a trenerzy bardzo nas przed tym przestrzegali. 

Zdjęcie

- Mogło mnie już nie być w klubie. Wracałem z jednego z treningów, a trener zadzwonił i powiedział, że chce ze mną porozmawiać. To była owocna rozmowa. Wróciłem, pojechałem do Gliwic na mecz z Piastem i zdobyłem bramkę. Potem zagrałem z Zagłębiem i również strzeliłem gola. Wszystko się odwróciło i znowu grałem w pierwszym składzie. Tak jak mówię – 300 meczów w Legii to świetna sprawa. Cieszę się, bo mam się z czego cieszyć.

- Szukając jeszcze przyczyn kryzysu – w meczu z Florą Tallinn straciliśmy Bartka Kapustkę, który wcześniej był bardzo ważnym ogniwem drużyny. To miało znaczący wpływ?
- Wiecie jaki jest Bartek. Bierze odpowiedzialność na siebie, chce rozgrywać piłkę, robi cały czas przewagę. Jego strata była bardzo odczuwalna. To piłkarz, który jednym zagraniem potrafi zmienić losy meczu. Tego nam bardzo brakowało. Kontuzje osłabiały drużynę w tym sezonie, ale nie możemy na nie zwalać całej winy. Każdy szuka przyczyn. Mam cały czas w głowie mecz z Górnikiem Zabrze. 90 minuta, remis, który w naszej ówczesnej sytuacji też był dobry. I tracimy głupiego gola tuż przed gwizdkiem. Dużo było takich spotkań, w których sami nakręcaliśmy przeciwników. Traciliśmy idiotyczne i niewytłumaczalne bramki. Każdy chce ograć Legię. Taka jest specyfika ligi. Każdy chce, żeby Legia spadła. Gdy rywale widzieli, że jesteśmy przybici, to tym bardziej chcieli nas dobić. Całe szczęście, ta runda była zupełnie inna. Pokazaliśmy, że jesteśmy w stanie się podnieść. To wymagało dużo, ale tak powinni grać piłkarze Legii. Nieważne co się dzieje, ty zawsze musisz się podnieść. Nawet w tak krytycznym momencie. 

 

- Tak jak wspomniałeś, runda wiosenna była pozytywem, patrząc przez pryzmat jesieni. Dla Ciebie ten sezon też miał specjalny aspekt. Wszedłeś do „klubu” zawodników, którzy z eLką na piersi rozegrali ponad 300 spotkań. Był moment na radość z tego powodu w obliczu kryzysu?
- Kiedyś sprawdzałem sobie z ciekawości, ile mam meczów w lidze. To było chyba przed starciem z Napoli. Znalazłem informację, że jest ich 296. To był błąd. Trener Czesław Michniewicz podszedł do mnie w dniu meczu z Napoli i pogratulował mi 300. występu w barwach Legii. Byłem zaskoczony, bo to tej pory wydawało mi się, że kilku tych meczów jeszcze brakuje. Dla mnie to osobiście wielkie wydarzenie. Nie jest łatwo rozegrać 300 spotkań w jednej drużynie, tym bardziej w Legii. Przeżyłem tutaj wiele. Byłem odsuwany od drużyny, potem wracałem, trafiłem do Rosji, kolejny powrót. Muszę przyznać, że dużą rolę w uzbieraniu tej liczby występów odegrał trener Aleksandar Vuković. Mogło mnie już nie być w klubie. Wracałem z jednego z treningów, a trener zadzwonił i powiedział, że chce ze mną porozmawiać. To była owocna rozmowa. Wróciłem, pojechałem do Gliwic na mecz z Piastem i zdobyłem bramkę. Potem zagrałem z Zagłębiem i również strzeliłem gola. Wszystko się odwróciło i znowu grałem w pierwszym składzie. Tak jak mówię – 300 meczów w Legii to świetna sprawa. Cieszę się, bo mam się z czego cieszyć. 

Zdjęcie

- Nie wiem, co by było gdyby trener Michniewicz został. Naprawdę. Może sytuacja diametralnie by się zmieniła, ale nie mam na to gwarancji. Nie miałem nigdy problemów z żadnym trenerem, Czesława Michniewicza wspominam bardzo dobrze.

- Co czułeś, kiedy po meczu z Piastem pożegnaliśmy trenera Michniewicza?
Nie wiem, co by było gdyby trener Michniewicz został. Naprawdę. Może sytuacja diametralnie by się zmieniła, ale nie mam na to gwarancji. Nie miałem nigdy problemów z żadnym trenerem, Czesława Michniewicza wspominam bardzo dobrze. Ty jako piłkarz musisz jak najlepiej wykonać swoją robotę. W tamtym momencie byliśmy w bardzo złym stanie. Potrzebny był jakiś bodziec. Gdybyśmy wygrali ten mecz, to na pewno nie byłoby tej całej dyskusji. Oglądałem to spotkanie z domu, bo wówczas pauzowałem za kartki. Mahir Emreli na początku dwukrotnie trafił w słupek. Nie wierzyłem, że to dzieje się naprawdę. Mieliśmy dużo sytuacji, a i tak straciliśmy jako pierwsi bramkę, potem drugą. Nawet jak odpowiedzieliśmy, to zaraz strzelili nam trzeciego gola. Co najgorsze, te bramki najczęściej były tracone w banalny sposób. 

 

- Nam trochę tego szczęścia brakowało. 
- A spójrzcie na wygrany mecz z Wisłą Kraków. Strzelamy decydującego gola w doliczonym czasie gry. W tym spotkaniu kompletnie zdominowaliśmy naszego rywala, a zwycięskie trafienie padło dopiero w końcówce. Niewiele brakowało, a podzielilibyśmy się punktami w rywalizacji, która od początku do końca przebiegała pod nasze dyktando. Ten mecz był też niesamowicie istotny ze względu na układ tabeli. Takich spotkań było więcej. Wcześniej nawet gdy nie strzelaliśmy goli, to potrafiliśmy skutecznie bronić. I na odwrót – jak traciliśmy, to odpowiadaliśmy dwoma bramkami. Teraz po prostu nic nie funkcjonowało, a nam z meczu na mecz było coraz ciężej się podnieść. 

Zdjęcie

- Chcieliśmy zachować dobrą atmosferę w szatni. W drużynie, gdzie jest trzydziestu chłopaków, trzydzieści różnych charakterów, wystarczy jeden impuls, by wybuchł pożar.

- Mam w pamięci mecz ze Stalą Mielec. Stwarzaliśmy sobie sytuacje, objęliśmy prowadzenie po golu Mateusza Wieteski, a potem szybkie bramki Stali i ostatecznie to spotkanie przegraliśmy. W pomeczowym wywiadzie powiedziałeś: “Musimy wziąć się k***a za siebie, jesteśmy w Legii Warszawa”. To był ten moment, w którym opaska kapitańska ważyła najwięcej, a presja była największa?
- Byłem bardzo wkurzony, zirytowany. Najgorsze jest to, że jako zawodnik widzisz, że jesteś lepszy i powinieneś wygrać mecz, ale za chwilę dostajesz dwa gole i do szatni schodzisz, przegrywając. Złość jest wtedy ogromna, trudno się z tym pogodzić, zastanawiasz się, co jest grane. Mieliśmy takie mecze, gdzie graliśmy całkiem nieźle, ale traciliśmy głupie bramki. Wcześniej takich sytuacji nie było. W tym sezonie było ich mnóstwo. Siedziało mi to wszystko w głowie, dlatego tak zareagowałem. Wydaje mi się to normalne. Jestem tu już trochę czasu i przez tyle lat nie mieliśmy takich sytuacji. A tu nagle przegrywamy seriami, chcesz to zmienić, jakoś zareagować. Pod wpływem emocji dzieją się różne rzeczy. Nie dotyczy to tylko mnie, a każdego zawodnika. Piłkarze wiedzą do jakiego klubu przychodzą, o jakie cele gra Legia. Wielu z nowych graczy na pewno było zaskoczonych sytuacją. Mieli grać o mistrzostwo, a musieli walczyć o utrzymanie. Chcieli dobrze, ale nie wychodziło. Jednego bardziej motywuje krzyk, drugiego to peszy, ale w tamtym momencie musieliśmy trzymać się razem. Chcieliśmy zachować dobrą atmosferę w szatni. W drużynie, gdzie jest trzydziestu chłopaków, trzydzieści różnych charakterów, wystarczy jeden impuls, by wybuchł pożar. Dobrze, że wytrzymaliśmy ciśnienie. Każdy wiedział jaka była runda jesienna, ale też wszyscy w drużynie chcieli tę sytuację naprawić i po przerwie zimowej tego dokonaliśmy.

 

- Ta presja była tak duża, że często odnosiłem wrażenie, że łatwiej gra się Wam na wyjazdach niż przy Łazienkowskiej. 
- W wyjściowym składzie wychodziło zazwyczaj czterech czy pięciu Polaków, reszta nie rozumiała, jakie słowa padają z trybun. Gwizdy i reakcje mogły plątać nogi, ale z drugiej strony na boisku masz klapki na oczach - jesteś skoncentrowany tylko na grze w piłkę. Często padają pytania czy piłkarz słyszy doping i to wszystko, co dzieje się wokół. Słyszy tylko odgłosy. Dźwięk spoza boiska zanika, głośniejsi są koledzy z drużyny, którzy coś krzykną czy podpowiedzą. 

Zdjęcie

- Spadasz na sam dół tabeli i znajdujesz się w takiej sytuacji pierwszy raz w życiu. Przeżywasz szok. Dopiero co cieszyłem się z mistrzostwa i gry w Europie, a teraz muszę walczyć o przetrwanie klubu. Przeżyłem coś takiego po raz pierwszy i jestem pewien, że ostatni.

- Trener Aleksandar Vuković was odmienił. Co było jego największą zasługą?
- Trener Vuković już tu był - jako zawodnik i trener. Wie jak do tego podejść, znał większość zawodników, obserwował nasze mecze. Wiedział z czym to się je. Potrafił wyciągnąć z nas maksimum potencjału. Podczas obozu w Dubaju pracowaliśmy nad każdym elementem. Byliśmy zamknięci, skoncentrowani wyłącznie na treningach. Wszystkim zależało, by przepracować ten okres jak najlepiej, wyjść z dołka i piąć się w górę. Zdawaliśmy sobie sprawę z powagi sytuacji. Podczas przerwy zimowej każdy z zawodników odpoczął psychicznie, nabrał dystansu. Wróciliśmy z czystymi głowami. Chwila odpoczynku dobrze nam zrobiła. Był to dobry fundament, by odmienić też naszą mentalność. Trener Vuković wyciągnął z każdego zawodnika jak najwięcej się dało. Pod względem piłkarskim i mentalnym. Po powrocie ze zgrupowania leczyłem jeszcze kontuzję, pierwszy mecz z Zagłębiem Lubin śledziłem w roli kibica. Graliśmy całkiem inaczej w piłkę. Przecierałem oczy ze zdumienia, dlaczego wcześniej nie dało się prezentować takiej postawy na boisku. 

 

- W minionym sezonie doszło do niecodziennej dla Was sytuacji, gdy to rywali stawiano w roli faworytów. Podchodziliście do meczów z Rakowem, Pogonią i Lechem, a większość stawiała na Waszych przeciwników. To trudne, gdy jesteś piłkarzem Legii.
- Dla ludzi z zewnątrz to dziwne, bo Legia zawsze jest faworytem. Sytuacja się zmieniła ze względu na naszą pozycję w tabeli, ale na boisku już tego nie widać. Każdy z piłkarzy zna swój potencjał i myślał tylko o tym, by udowodnić wszystkim, że potrafimy grać dobrze w piłkę, a to miejsce w tabeli nie jest dla nas. 

 

- Łatwiej gra się o mistrzostwo czy o utrzymanie? 
- O mistrzostwo. Pierwszy raz przeżyłem taką sytuację. Przed każdym sezonem nastawiasz się na grę o tytuł. Wcześniej przegrywaliśmy kilka meczów i sięgaliśmy po tytuły. Teraz wszystko wywróciło się do góry nogami. Spadasz na sam dół tabeli i znajdujesz się w takiej sytuacji pierwszy raz w życiu. Przeżywasz szok. Dopiero co cieszyłem się z mistrzostwa i gry w Europie, a teraz muszę walczyć o przetrwanie klubu. Przeżyłem coś takiego po raz pierwszy i jestem pewien, że ostatni. 

Zdjęcie

- To dla nas powód do wstydu i nie może się to więcej powtórzyć. Nie powtórzy się. W przyszłym sezonie chcemy bić się o najwyższe cele, bo do tego stworzona jest Legia Warszawa.

- Przed nami nowy sezon i nowe otwarcie. W jakich aspektach widzisz największe wyzwania stojące przed drużyną i nowym trenerem Kostą Runjaiciem? 
- Nie znam osobiście trenera Runjaicia i nie wiem jeszcze jakie ma wizje dotyczące Legii Warszawa. Nie chcę teraz wybiegać w przyszłość i wróżyć z fusów. Przed nami okno transferowe, dojdzie na pewno do zmian personalnych. Sam nie wiem kto w klubie zostanie, a kto dołączy. Musimy jednak zachować pewną stabilizację, zabezpieczyć zespół na dłuższy czas. Odejścia zawodników są rzeczą normalną - ktoś poszukuje nowych wyzwań, wiele osiągnął już w Legii i potrzebuje zmian. Klub też na tym zyskuje, ponieważ zarabia pieniądze. Jednak nie możemy teraz budować zespołu na zawodnikach, którzy zimą mogą opuścić klub. Przed nami bardzo ważny czas. Trener Runjaić na pewno będzie miał wpływ na budowę kadry na przyszły sezon, więc będzie to pierwsze z wyzwań, które na niego czeka. 

 

- Na koniec, jako kapitan, co chciałbyś przekazać kibicom w tym momencie?
- Za nami słaby sezon, nie chcieliśmy, aby tak to wyglądało. W pierwszej rundzie mieliśmy dramatyczne momenty, ale wyszliśmy z tego. Już piąte miejsce byłoby bardzo rozczarowujące, a my zakończyliśmy rozgrywki na dziesiątym. To dla nas powód do wstydu i nie może się to więcej powtórzyć. Nie powtórzy się. W przyszłym sezonie chcemy bić się o najwyższe cele, bo do tego stworzona jest Legia Warszawa. 

Zdjęcie
Udostępnij

Autor

Przemysław Gołaszewski, Mateusz Okraszewski

16razyMistrz Polski
19razyPuchar Polski
4razySuperpuchar Polski
pobierz oficjalną aplikację klubu
App StoreGoogle PlayApp Gallery
© Legia Warszawa S.A. Wszelkie prawa zastrzeżone.