Plus500
Igor Lewczuk: Późno stałem się świadomym piłkarzem

Igor Lewczuk: Późno stałem się świadomym piłkarzem

- Nie chcę zrzucać winy na innych, ale świadomość piłkarska w moim życiu pojawiła się dość późno. Początek mojej kariery to był koniec czasów, w których nie było tylu wzorców i ludzi, którzy chcą ci coś podpowiedzieć. A może byli, ale ja nie chciałem ich słuchać…? – mówi Igor Lewczuk w rozmowie z Legia.com.

Autor: Przemysław Gołaszewski

Fot. Jacek Prondzynski, Mateusz Kostrzewa

Główny sponsor Plus500
  • Udostępnij

Autor: Przemysław Gołaszewski

Fot. Jacek Prondzynski, Mateusz Kostrzewa

– Trzy lata nie było Cię w Legii Warszawa. Wróciłeś do zupełnie innego klubu? Jak Legia zmieniła się przez ten czas?

– Myślę, że pod względem organizacyjnym nie da się odczuć większych zmian. Klub działa bardzo profesjonalnie, wszystko jest na najwyższym poziomie, tak samo jak wtedy. Jeśli chodzi o drużynę to wiadomo: czas płynie. Wiedziałem jak wszystko w Legii wygląda, ale mimo wszystko pewna ciekawość we mnie była.

 

– Na papierze wygląda to na piłkarską rewolucję. 31 sierpnia 2016 roku oficjalnie podpisałeś kontrakt z Bordeaux, a trzy dni wcześniej zagrałeś w meczu z Ruchem Chorzów. Wiesz ilu zawodników z obecnego składu było wówczas w kadrze meczowej? Jeden. Nie zgadniesz który...

– Radek Cierzniak?

 

– Siedemnastoletni Radek Majecki.

– Zgadza się. Nie było już wtedy Artura Jędrzejczyka, bo wrócił do Rosji.

Zdjęcie

Żałuję tej Ligi Mistrzów... Niedosyt pozostanie na zawsze. To najbardziej elitarne rozgrywki klubowe. Z drugiej strony, gdybym został, przegapiłbym wyjazd do zagranicznej ligi.

– Jak z perspektywy czasu oceniasz transfer do Francji? Pierwszy sezon miałeś niezwykle udany, zagrałeś w ponad 20 meczach ligowych. Później kontuzje pokrzyżowały Ci plany.

– Pierwszy sezon był naprawdę fajny. Trzy dni po moim przyjeździe już znalazłem się na ławce rezerwowych w meczu wyjazdowym z Lyonem. Potem mieszanka mojego szczęścia i pecha innych pozwoliła mi zadomowić się w składzie. W tamtym meczu z Lyonem kontuzję odniósł środkowy obrońca, który strzelił wówczas gola. Zacząłem grać, byłem z siebie zadowolony, zdrowie dopisywało, a wyniki były naprawdę dobre. Zajęliśmy szóste miejsce w lidze, doszliśmy do półfinału Pucharu Francji, gdzie odpadliśmy z PSG. Jeśli chodzi o te kontuzje to były urazy, które w Polsce leczy się w tydzień. Miałem pewną dolegliwość – nawet nie uraz, z którym sztab medyczny nie do końca wiedział co zrobić. Musiałem wrócić do Polski i w ciągu 50 minut zostałem wyleczony. Przyleciałem z powrotem do Bordeaux po tygodniu i od razu trenowałem. Tak więc nie były to urazy wymagające długiej przerwy.

 

– Sugerujesz, że opieka medyczna piłkarzy w Polsce stoi na wyższym poziomie?

– Trudno porównać, bo nie wiem jak jest w innych klubach we Francji. Jestem daleki od generalizowania. Nie chcę też narzekać, ponieważ w sztabie Bordeaux pracowały świetne osoby. Nie uważam, że komuś się nie chciało, a raczej ktoś nie miał odpowiedniej wiedzy i zamiast się przyznać wcześniej, próbowano na mnie różnych metod. Żadna nie była skuteczna.

 

– Z jednej strony poznałeś europejską piłkę, grałeś przeciwko Cavaniemu, Di Marii, Neymarowi, czy Mbappe, ale z drugiej ominęła Cię Liga Mistrzów UEFA w barwach Legii.

– Żałuję tej Ligi Mistrzów... Niedosyt pozostanie na zawsze. To najbardziej elitarne rozgrywki klubowe. Z drugiej strony, gdybym został, przegapiłbym wyjazd do zagranicznej ligi. Gdybym był wtedy młodszy, na pewno bardziej bym się zastanawiał. Niestety, czas płynie i myślę, że w wieku 31 lat drugi raz takiej oferty bym nie dostał.

Zdjęcie

Natomiast presja jest zdecydowanie większa w Warszawie. W Bordeaux nie było wielkiego ciśnienia. To nie Olympique Marsylia, czy tym bardziej PSG, gdzie trofea muszą pojawiać się w gablocie, gdzie kibice wywierają presję i wymagają pucharów.

– Zastanawiam się, gdzie grało się trudniej? W Legii, gdzie mistrzostwo kraju jest obowiązkiem, czy w Bordeaux, gdzie te wymagania co do trofeów są zdecydowanie mniejsze?

– Jeśli chodzi o przeciwników to wiadomo, że tam rywale byli trochę silniejsi. Natomiast presja jest zdecydowanie większa w Warszawie. W Bordeaux nie było wielkiego ciśnienia. To nie Olympique Marsylia, czy tym bardziej PSG, gdzie trofea muszą pojawiać się w gablocie, gdzie kibice wywierają presję i wymagają pucharów. W Bordeaux dominowało nastawienie, że nic się nie stanie jeśli będziemy w środku tabeli, ale wartością dodaną byłoby miejsce w czołówce.

 

– Liga francuska zmieniła Cię jako piłkarza?

– Nie wiem czy zmieniła. Myślę, że nie do końca. Wyjeżdżałem w takim wieku, że na nieco inne kwestie musiałem zwracać uwagę. Poprawiłem ustawienie, ponieważ musiałem dostosować się do graczy szybszych i bardziej technicznych. Trudno mi natomiast powiedzieć, że bardzo się rozwinąłem. W tym wieku trudno o poprawę stricte piłkarskich parametrów. Bardziej zwróciłbym uwagę właśnie na kwestie związane z ustawianiem, przewidywaniem, myśleniem.

 

– W Bordeaux nie zdecydowano się na przedłużenie z Tobą kontraktu. Co o tym zdecydowało?

– Mam 34 lata, a klub zaczął stawiać na młodszych piłkarzy. Właścicielem stał się biznesmen ze Stanów Zjednoczonych, który miał nieco inną wizję i chciał odmłodzić zespół. Było to dla mnie jasne, spodziewałem się, że moje losy mogą się tak potoczyć.

– Kiedy pojawiły się informacje, że wracasz do Legii, raczej widziano Cię w roli rezerwowego. Tymczasem błyskawicznie udowodniłeś swoją wartość i stałeś się ważnym graczem pierwszego składu.

– Na początku grałem mniej, ale tak w piłce bywa: pech jednego jest szczęściem drugiego. William Remy doznał kontuzji, Mateusz Wieteska też walczył z urazem i trener postawił na mnie. Zagrałem ze Śląskiem Wrocław, nie straciliśmy gola… i ruszyło. Gram teraz sporo, bardzo się z tego cieszę. Oby wyniki było korzystne, a urazy mnie omijały.

 

– Trener Aleksandar Vuković znalazł odpowiedni balans i linię defensywną buduje na doświadczeniu Twoim i Artura Jędrzejczyka oraz przebojowości młodych zawodników. Daje to świetne efekty.

– Mamy wielu piłkarzy, z których trener może wybierać. Nie jest tak, że gra teraz czterech zawodników, a o innych zapominamy. Trener cały czas może skorzystać z Pawła Stolarskiego, Inakiego Astiza, Williama Remy’ego. O sile poszczególnych graczy stanowi konkurencja. Kiedy nie grałem, cały czas dążyłem do tego, aby wywalczyć sobie miejsce w składzie. Dzięki temu poprawiałem swoją dyspozycję. Na każdą pozycję mamy dwóch zawodników i to odgrywa znaczną rolę.

Zdjęcie

Nieważne kto tworzy linię obrony. Jeśli zespół funkcjonuje jak jeden organizm a obrona zaczyna się już od napastnika i pomoc odcina rywali od podań, gra się całkiem inaczej. Nie lubię generalizowania, że obrońcy są od obrony i dlatego nie tracimy bramek.

– W eliminacjach do Ligi Europy UEFA stworzyłeś z Arturem Jędrzejczykiem mur praktycznie nie do przebicia. Wasza boiskowa współpraca wyglądała znakomicie. To ciekawe, bo można odnieść wrażenie, że pod względem charakterów jesteście całkowicie różni. Ty sprawiasz wrażenie człowieka bardzo opanowanego, spokojnego. Natomiast Artur to typ wiecznego wesołka, który nie potrafi żyć bez żartów. Na boisku uzupełniacie się świetnie. Poza nim też się tak dogadujecie?

– Bardzo lubię i cenię sobie towarzystwo Artura. Każdy może potwierdzić, jak ważną postacią jest w szatni. Faktycznie, jesteśmy innymi ludźmi. Nasze charaktery są skrajnie różne. Jednak gramy jako drużyna. Nieważne kto tworzy linię obrony. Jeśli zespół funkcjonuje jak jeden organizm a obrona zaczyna się już od napastnika i pomoc odcina rywali od podań, gra się całkiem inaczej. Nie lubię generalizowania, że obrońcy są od obrony i dlatego nie tracimy bramek. Myślę, że powinniśmy mówić o całej drużynie, a nie poszczególnych piłkarzach.

 

–  W październiku, w meczu z Lechem Poznań, zagrałeś w barwach Legii setny mecz. Świetny wynik, biorąc pod uwagę, że w wieku 21 lat studiowałeś dziennie i piłkę traktowałeś raczej hobbystycznie.

–  I to bardzo hobbystycznie. Patrzę teraz na „Karbo”, na Radka Majeckiego i w mojej głowie głośno śmieję się z samego siebie. Nie pamiętam dokładnie co robiłem w ich wieku, ale na pewno nie było to związane z profesjonalną piłką. W wieku 20 lat prawdopodobnie dojeżdżałem do Białegostoku, żeby pograć rekreacyjnie w IV lidze i raczej nie wiązałem przyszłości z profesjonalną piłką.

Zdjęcie

Myślę, że nie byłem na tyle świadomym graczem, by zasłużyć na coś więcej. Popełniłem swoje błędy, które niekoniecznie sprawiały, że stawałem się lepszym zawodnikiem.

– Lata 2006-2008 spędziłeś w Zniczu Pruszków. W tym samym czasie zawodnikiem Znicza był Robert Lewandowski. Potem Robert szybko wystrzelił w Poznaniu, natomiast Ty szukałeś swojego miejsca i często zmieniałeś otoczenie.

– Po Zniczu spędziłem dwa lata w Jagiellonii. To był dla mnie fajny okres. Sporo grałem, dopiero w ostatnim półroczu musiałem odejść na wypożyczenie. Potem trafiłem do Ruchu Chorzów. Myślę, że nie byłem na tyle świadomym graczem, by zasłużyć na coś więcej. Popełniłem swoje błędy, które niekoniecznie sprawiały, że stawałem się lepszym zawodnikiem.

 

– Mówi się, że dopiero trener Stanisław Czerczesow w Legii otworzył Ci oczy na to, jak duży masz potencjał.

– W Legii tak, ale dla mnie przełomowym momentem było spotkanie z trenerem Ryszardem Tarasiewiczem w sezonie 2013/14 w Zawiszy Bydgoszcz. Trener zobaczył we mnie coś, czego ja jeszcze nie widziałem. To był przełomowy sezon. Można powiedzieć, że wcześniej moja sytuacja była takim, jak to się mówi, „dżemikiem ligowym”. Trochę pograłem w jednym klubie, później trafiłem do innego. I tak się to toczyło. W tamtym momencie trener Tarasiewicz stworzył bardzo ciekawą drużynę. Stworzył też mnie, bo mnie zrozumiał, zaufał i na mnie postawił. Od tego się zaczęło. Natomiast to prawda, że w Legii dużą rolę odegrał Stanisław Czerczesow. Choć przed jego przyjściem miałem pewne obawy, bo nie znałem tego szkoleniowca.

Zdjęcie

Faktycznie, o trenerze Czerczesowie powstało mnóstwo memów i legend. Muszę przyznać, że do tej pory lubię sobie wpisać jego nazwisko w wyszukiwarkę Google i przejrzeć te wszystkie śmieszne obrazki.

– Można się było bać, bo miał łatkę tyrana.

– Nie o to chodzi. 95 procent zawodników lubi wymagających trenerów. Stereotypem jest, że piłkarze boją się pracy. Jeżeli widzisz, że metody szkoleniowe danego trenera przynoszą pozytywne efekty, to oczywiste, że chcesz z nim współpracować i się rozwijać. Faktycznie, o trenerze Czerczesowie powstało mnóstwo memów i legend. Muszę przyznać, że do tej pory lubię sobie wpisać jego nazwisko w wyszukiwarkę Google i przejrzeć te wszystkie śmieszne obrazki. Trener Czerczesow na mnie postawił, wierzył we mnie i jestem mu za to bardzo wdzięczny.

 

– Ale niedźwiedziami Was nie straszył?

– Nie musiał. Trener jest takim człowiekiem, że jak tylko wszedł do szatni, to nie musiał nikogo straszyć. Czasami czuć od człowieka, że jest typowym liderem. Trener nawet nie krzyczał. Zdarzyło mu się to może dwa razy w sezonie. Pamiętam, że z Zagłębiem Lubin wygraliśmy 2:1 i podniósł na nas głos, bo coś mu się nie spodobało, a później przegraliśmy w Niecieczy 0:3 i trener wiedział, że nie ma sensu nas dobijać.

 

– Można odnieść wrażenie, że wszystko w Twojej karierze działo się dość późno. W kadrze zadebiutowałeś w wieku 29 lat, za granicę wyjechałeś w wieku 31 lat… Nawet konto na Instagramie założyłeś dopiero kilka tygodni temu.

– Zgadza się (śmiech). Nie chcę zrzucać winy na innych, ale świadomość piłkarska w moim życiu pojawiła się dość późno. Początek mojej kariery to był koniec czasów, w których nie było tylu wzorców i ludzi, którzy chcą ci coś podpowiedzieć. A może byli, ale ja nie chciałem ich słuchać…? To też bardzo możliwe. Dziś zawodnik ma mnóstwo wzorców, z każdej strony. Najlepszym i najbliższym przykładem dla naszej młodzieży jest Robert Lewandowski. I nie tylko jeśli chodzi o grę, ale też sposób życia i poświęcenie się futbolowi. Dziś młody człowiek wie, że bez właściwego odżywiania daleko nie zajdzie. Kiedy miałem 17 lat i wchodziłem do piłki, dominowała postawa „nie pijesz – nie grasz”. Wiesz o co chodzi – młody musiał ze starszymi się napić, bo inaczej go nie akceptowali. Oczywiście, jeśli ktoś był mądrzejszy to tego unikał. Taka postawa trochę mi nie pomogła. Dopiero w Ruchu Chorzów przestawiłem się na inne myślenie i zachowania.

Zdjęcie

– Trzeba mierzyć wysoko, ale utrzymanie takiej dyspozycji wiązałoby się z wygraniem wszystkich meczów do końca sezonu. Nie zejdziemy z obranej ścieżki. W piłce pojawiają się lepsze i gorsze momenty. Sztuką jest podtrzymać ten właściwy.

– O tym jak świat piłki się zmienił świadczy też wspomniany Instagram. Nie wiem, czy słyszałeś, ale Cristiano Ronaldo zarobił w poprzednim roku więcej pieniędzy na Instagramie niż na kontrakcie z Juventusem. Absurdalne czasy.

– Czasy się zmieniają, ale to jest nieuniknione. Piłkarz musi się do tego dostosować.

 

– Dostosować do nowej sytuacji musi się też Legia. Przed chwilą byliście w niesamowitym gazie, rozbijaliście każdego po kolei, a później ten wyjazd do Szczecina i porażka z Pogonią…

– Trzeba mierzyć wysoko, ale utrzymanie takiej dyspozycji wiązałoby się z wygraniem wszystkich meczów do końca sezonu. Nie zejdziemy z obranej ścieżki. W piłce pojawiają się lepsze i gorsze momenty. Sztuką jest podtrzymać ten właściwy. Nasza rzetelna praca się nie zmienia. Musimy teraz walczyć o powrót na zwycięską ścieżkę.

 

– Przełomowy był dla Was mecz z Lechem Poznań. To po nim wszystko ruszyło. Teraz potrzeba kolejnego impulsu?

– To był trudny mecz. Z perspektywy murawy czuliśmy się dobrze. Kontrolowaliśmy wydarzenia boiskowe i nagle straciliśmy gola. Przez moment pojawiło się zwątpienie – po dwóch porażkach przegrywamy u siebie i sytuacja jest nieciekawa. Jednak nie poddaliśmy się, nie było lęku przed porażką, zareagowaliśmy pozytywnie i odwróciliśmy losy tamtego meczu. Pokazaliśmy charakter i wygraliśmy ważne spotkanie. Później wygraliśmy wysoko z Wisłą, wyeliminowaliśmy Widzew. Teraz musimy zachować się podobnie. Cel Legii jest jeden: pierwsze miejsce.

Zdjęcie

– Powiedziałeś kiedyś, że mogłeś ze swojej kariery wyciągnąć zdecydowanie więcej. Masz 34 lata, z satysfakcją patrzysz na przeszłość?

– Jestem zadowolony. Wiadomo, każdy ma myśli „mogło być lepiej, mogłem wybrać inaczej”. Z drugiej strony przypominam sobie, że w wieku 22 lat, kiedy grałem na drugim czy trzecim poziomie ligowym, nie mogłem marzyć o takiej karierze. O czym my w ogóle mówimy? Miałem porównanie będąc we Francji. Tam ścieżka piłkarza jest zupełnie inna. Człowiek nie jest głupi. Miałem 22 lata i nie grałem w Ekstraklasie. To trudna sytuacja dla młodego człowieka, który wkracza w dorosłe życie i musi się utrzymać. Na karierę piłkarza składa się wiele czynników. Może miałem trochę szczęścia? Spotkałem ludzi, którzy mi pomogli. Mam na myśli Andrzeja Blachę, który zaufał mi i dał szansę w Zniczu Pruszków. Moja postawa i determinacja też na pewno mi pomogły. Jest jednak wielu niesamowicie zdolnych chłopaków, o umiejętnościach większych od moich, którzy cały czas „kopią się” po III lidze. W Bordeaux grałem z chłopakami, którzy w wieku 20 lat byli sprzedawani za 25 milionów euro. Malcom miał 21 lat, kiedy Barcelona wydała na niego 40 mln euro. Tak to powinno wyglądać: masz 20 lat, grasz na wysokim poziomie i przyszłość jest przed tobą. U nas często masz 22 lata, jesteś na samym dole i zastanawiasz się, co robić dalej ze swoim życiem.

Udostępnij

Autor

Przemysław Gołaszewski

15razyMistrz Polski
19razyPuchar Polski
4razySuperpuchar Polski
pobierz oficjalną aplikację klubu
App StoreGoogle PlayApp Gallery
© Legia Warszawa S.A. Wszelkie prawa zastrzeżone.