Plus500
Kacper Tobiasz: W moich żyłach płynie legijna krew

Kacper Tobiasz: W moich żyłach płynie legijna krew

Bramkarz z rocznika 2002, który od najmłodszych lat kibicuje Legii Warszawa. Wśród kolegów uchodzi za eksperta od mody, często zaskakując ich wyrazistym stylem ubioru. Umysł ścisły, który nie boi się ciężkiej pracy i walki o marzenia. Poznajcie Kacpra Tobiasza - utalentowanego golkipera, który przebywa obecnie w Dubaju, gdzie razem z pierwszym zespołem "Wojskowych" przygotowuje się do rundy wiosennej i rywalizacji o mistrzostwo oraz Puchar Polski.

Autor: Jakub Wydra

Fot. Mateusz Kostrzewa, Janusz Partyka, Aleksandra Wór

Główny sponsor Plus500
  • Udostępnij

Autor: Jakub Wydra

Fot. Mateusz Kostrzewa, Janusz Partyka, Aleksandra Wór

- Dubaj przypadł Ci do gustu?

- Zdecydowanie tak. Pogoda do treningu jest idealna, boiska bardzo dobrze przygotowane, nic tylko ciężko trenować!

 

- Jak wygląda zgrupowanie okiem młodego bramkarza?

- Jest to bardzo fajne i cenne doświadczenie, między innymi pod kątem szlifowania pewnych braków, które każdy zawodnik będący na początku swojej drogi z całą pewnością posiada. Dwa treningi dziennie pozwalają na większą częstotliwośc ćwiczen i łatwiejsze przyswajanie wiedzy. Wiadomo, jest to bardzo męczące dla organizmu, ale taka jest specyfika okresu przygotowawczego. Warto też patrzeć na innych, bardziej doświadczonych zawodników i ich zachowania, na przykład pod względem regeneracji, która jest jednym z ważniejszych elementów w życiu zawodowego piłkarza.

 

- Jakim kolegą jest Artur Boruc?

- Jest bardzo przyjazny i pomocny. O dziwo jest bardzo cichy, co może wydawać się zaskakujące, gdyż kibice uważają go raczej za szalonego i głośnego (śmiech). Co prawda w bramce jest szalony, bramkarz powinien taki być. Aczkolwiek zupełnie inny jest jako człowiek, poza boiskiem. Wydaje się być groźny, ale jest naprawdę miłym człowiekiem.

Zdjęcie

- Czy przez ten czas, kiedy miałeś z nim styczność, zdążyłeś podpatrzeć charakterystyczne aspekty z jego sztuki bramkarskiej?
- Z pewnością ma taki swój własny ulubiony chwyt. Gdy piłka leci na wysokości klatki piersiowej, on tak śmiesznie domyka ją rękoma. Podpatrzyłem i próbowałem to  kilka razy przećwiczyć czy wykonać w trakcie meczu i naprawdę uważam to za przydatną technikę.
 
- Artur, jako starszy kolega, daje Ci jakieś rady?
- Tak. Zdarza się, że w danych sytuacjach zwróci mi uwagę, ale nie wytyka błędów, raczej podpowiada, co mógłbym zrobić, by było mi jeszcze łatwiej skutecznie interweniować.

 

- Pamiętasz swój pierwszy trening z „jedynką”?
- Pamiętam, oczywiście. Było to u trenera Aleksandara Vukovicia, jesienią 2019 roku. Był lekki stresik, bo miałem okazję spełnić jedno ze swoich marzeń. Dla chłopaka z Warszawy gra w Legii ma szczególny wymiar, ale z drugiej strony, na boisku czuję się najlepiej, więc generalnie było to bardzo miłe doświadczenie.
 
- Jak wyglądało Twoje wejście do szatni pierwszego zespołu?
- Na pewno wejście do pierwszej drużyny takiego klubu, jak Legia nie jest łatwe i w mojej opinii wymaga dużej pokory. Mimo, że trenuję z pierwszym zespołem już od pewnego czasu, wiem, na co mogę pozwolić sobie w szatni i raczej staram się robić większy hałas swoją postawą na boisku treningowym, niż tym, co i ile mówię poza boiskiem (śmiech). Nie jest łatwo młodemu chłopakowi na dłużej zagościć w „jedynce”, trzeba mocno walczyć o swoją pozycję. Bardzo pomaga mi Radek Cierzniak, to mój najlepszy przyjaciel w pierwszej drużynie. Jest zawsze pomocny, wspiera mnie, czy to na boisku, czy w szatni, czy poza boiskiem. Ogólnie, to dobry duch zespołu. Tacy ludzie są bardzo potrzebni w szatni.

Zdjęcie

- Wchodząc do „jedynki” czułeś się gotowy na taki ruch? Czy różnice w treningach między Akademią i I zespołem są odczuwalne?
- Tak, treningi odczuwalnie się różnią. W Akademii kładzie się duży nacisk na taktyczne aspekty, m.in. pod kątem przesuwania się w bramce, zachowań względem piłki, ustawienia. W „jedynce” wygląda to tak, że z góry jest założone, iż opanowaliśmy te aspekty i jedynie szlifujemy je na treningach. Na zajęciach nie zachowujemy się już tak, jak w Akademii - nie zatrzymujemy się w trakcie treningu, żeby powiedzieć, co powinniśmy w danej sytuacji zrobić. Muszę jednak podkreślić, że wchodząc w proces treningowy pierwszej drużyny czułem, że w Akademii nauczyłem się wszystkiego, co jest mi potrzebne, by sobie tu poradzić.

 

- Jakim trenerem jest Krzysztof Dowhań? Na jakie aspekty zwraca szczególną uwagę?
- Trener Dowhań jest jak ojciec. Otacza opieką każdego bramkarza, którego ma w treningu. Widać, że ta praca jest jego ogromną pasją, sprawia mu przyjemność. Jeśli chodzi o to, na jakie aspekty kładzie nacisk, to tak naprawdę zwraca uwagę na dosłownie każdy element, każdy musi być wypracowany do perfekcji. Podkreśla, że w futbolu często decydują detale i że nie możemy niczego sobie odpuszczać. Żeby odnieść sukces, musimy wyszkolić każdy aspekt bramkarskiego rzemiosła na jak najwyższym poziomie.

Zdjęcie

- Jak zaczęła się twoja przygoda z piłką? Ktoś zaszczepił w Tobie tę pasję?
- W największym stopniu zawdzięczam to mojemu tacie, który zabierał mnie w dzieciństwie na mecze Legii, jeszcze na starą „Żyletę”, gdy stadion był w przebudowie. Kiedy miałem trzy albo cztery lata, tata już brał mnie na mecze przy Ł3. Myślę, że przez to podłapałem chęć gry w piłkę. Gdy byłem w wieku sześciu lat, powstał zespół mojego rocznika w SEMP-ie Ursynów. Siedziba tej akademii jest bardzo blisko mojego domu, więc stwierdziliśmy z rodzicami, że rozpocznę tam treningi. Szybko się tam zaaklimatyzowałem i zostałem w SEMP-ie na 10 lat - z roczną przerwą na pierwszy pobyt w Legii.
 
- Od początku byłeś bramkarzem?
- Na początku swojej przygody z piłką grałem głównie na lewym skrzydle. Choć często za dzieciaka „rzucano” nas po pozycjach, mi najbardziej pasowała ta lewa strona boiska. Jakiś czas później była sytuacja, że nikt nie chciał bronić i pomyślałem wtedy „ Ok, wejdę do bramki, spróbuję. Zobaczymy, co z tego wyjdzie”. Skończyło się tak, że dostaliśmy „bęcki” 0:5, ale spodobała mi się gra na tej pozycji (śmiech). Miałem wtedy jakieś siedem, może osiem lat.
 
- Jak to się stało, że trafiłeś do Legii?
- Do gry w Legii "podchodziłem" dwa razy (śmiech). Za pierwszym razem, jeszcze jako dzieciak, przyszedłem na kilka treningów testowych na zaproszenie trenerów Akademii. Pokazałem się chyba z niezłej strony, bo zostałem przy Ł3 na dłużej. Moja pierwsza przygoda z Legią trwała rok. Po tym czasie, razem z rodzicami, uznaliśmy, że najlepszym dla mnie rozwiązaniem będzie powrót do SEMP-a Ursynów. Legia nie przestwała jednak śledzić mojego rozwoju. Przede wszystkim Pan Krzysztof Tańczyński - skaut Akademii, którego syn pracował w SEMP-ie. Dzięki temu miał on informacje z pierwszej ręki o wyróżniających się zawodnikach z Ursynowa. W grudniu 2018 roku pojawił się temat mojego powrotu i rozpocząłem treningi przy Ł3. Były to takie, nazwijmy to, zajęcia zapoznawcze, żebym zobaczył, jak wygląda praca pod okiem trenerów Macieja Kowala i Arkadiusza Białostockiego. W styczniu natomiast podpisałem kontrakt z Legią. Razem z rodzicami uznaliśmy, że to najlepszy moment na powrót do Legii.

Zdjęcie

- Co zmienia się z perspektywy zawodnika, gdy przechodzi z mniejszego klubu do Legii Warszawa?
- Legia działa bardzo profesjonalnie, jak na duży ekstraklasowy klub przystało. Warunki do pracy są zupełnie inne, niż w mniejszych akademiach. Dla mnie największa różnica to możliwość wykorzystywania analizy indywidualnej w rozwoju. To bardzo pomaga w doskonaleniu umiejętności – kiedy możesz spojrzeć na swoje błędy, przeanalizować, przedyskutować na spokojnie z trenerem. Później w treningu łatwiej wyeliminować te słabe strony, bo wiesz, nad czym musisz pracować najmocniej.
 
- Jakie cechy, według Ciebie, powinien mieć nowoczesny bramkarz grający na najwyższym poziomie?
- Na pewno powinien mieć mentalność lidera, to jest niepodważalne. Piłka na tyle się rozwinęła, że bramkarz pełni dziś rolę kolejnego obrońcy i musi też wspomagać swoją drużynę w ataku. To wszechstronna pozycja, na której trzeba być wyszkolonym na jak najżywszym poziomie w dosłownie każdym aspekcie. To już nie te czasy, gdy bramkarz kojarzył się wyłącznie z odbijanie strzałów rękoma (śmiech).

 

- Na jakim bramkarzu z europejskiego TOP-u się wzorujesz?
- Podziwiam dwóch bramkarzy. Jednym z nich jest Jan Oblak - za jego skuteczność i pewność w działaniu. Drugim jest Ter Stegen, który znakomicie gra nogami i nie boi się wyjść na dwudziesty metr przyjąć piłkę na „klatę”. Nawet jeśli napastnik wywiera na nim presję, to on bez problemu rozgrywa piłkę ze swoimi obrońcami lub pomocnikami. Jest to taka cecha, którą chciałbym rozwinąć u siebie na równie wysokim poziomie.

 

- Jak wygląda rozwój bramkarza poza aspektami stricte bramkarskimi?
- Oprócz indywidualnych analiz, o których już wspomniałem, ważne są również analizy drużynowe. Ja, na przykład, lubię popatrzeć na typowe zachowania moich obrońców podczas meczu, aby mieć wiedzę, co mogę robić by nasza współpraca była lepsza, jak mogę się z nimi jeszcze skuteczniej komunikować. Myślę, że bardzo ważne jest też przygotowanie fizyczne. Wiadomo, że dziś nie funkcjonuje już zasada „gruby na bramkę” (śmiech). Musisz być wysportowany i mieć świetną kondycję, bo bramkarze przebiegają w meczu średnio 6-7 kilometrów.

Zdjęcie

- Jakie cechy rozwinąłeś w największym stopniu od kiedy trafiłeś do Legii?
- Myślę, że w dużym stopniu poprawiłem swoją grę na linii. Z trenerem Kowalem poświęciliśmy na to naprawdę sporo czasu. Trener bardzo mi pomógł, bo miałem parę złych nawyków, które dzięki odpowiedniej pracy udało się wyeliminować. Poprawiłem również grę nogami, choć zawsze uważałem to za swój atut, bo dużo nad tym pracowałem w SEMP-ie. Trener Kowal przywiązuje jednak ogromną wagę do gry nogami, więc tak lewa, jak i prawa noga muszą być dopracowane do perfekcji (śmiech).

 

- Wśród Twoich kolegów można usłyszeć, że w temacie mody można się do Ciebie zwracać, jak do specjalisty. Skąd u Ciebie takie zainteresowanie?
- Myślę, że akurat to zainteresowanie zaczerpnąłem od mamy, która lubi oglądać programy typu „Top Model”. Coś wpadnie jej tam w oko, zainspiruje się i zaraz idzie na zakupy (śmiech). Podchodzę też do tego w taki sposób, że fajnie jest mieć swój własny styl i być w pewnym sensie oryginalnym. Lubię się w ten sposób wyróżniać. Na pewno miło słyszeć, że mam opinię eksperta wśród kolegów (śmiech).
 
- Czyli pierwsze duże pieniądze zarobione na piłce pójdą na ciuchy?
- Nie, to już byłaby przesada (śmiech). Traktuję to po prostu jako hobby, odskocznię. Jedni zbierają znaczki, inni kapsle, a ja kupuję koszulki i spodnie (śmiech).

Zdjęcie

- Poza modą, czym jeszcze się interesujesz?
- Mam grupę przyjaciół, z którymi znam się od czasów podstawówki i lubię z nimi pograć na komputerze. Zbieramy się grupką, więc to nie tak, że siedzimy wyłącznie przyklejeni do monitora. Bardzo dużo ze sobą wtedy rozmawiamy, nie tylko o grach (śmiech).

 

- Można określić Cię mianem „prawdziwego legionisty”?
- Zdecydowanie tak. Można powiedzieć, że w moich żyłach płynie legijna krew. Myślę, że przede wszystkim dzięki tacie, który wychował mnie na legionistę, ta miłość do klubu jest obecna w mojej rodzinie od lat. Od małego chodzę z tatą na „Żyletę”. Pierwszego meczu nie pamiętam, ale taki który najbardziej zapadł mi w pamięć to finałowy mecz Pucharu Polski z Lechem Poznań w 2015 roku. Wybraliśmy się wtedy na przemarsz ulicami miasta, w stronę Stadionu Narodowego i było to dla mnie niesamowite przeżycie. Tym bardziej, że sam mecz był dla nas zwycięski.
 
- Najlepszy bramkarz w historii Legii?
- Ten, z którym mam teraz okazję trenować - Artur Boruc. Ksywka „Król” nie wzięła się znikąd.

Zdjęcie

- Siedziałeś na ławce podczas meczu o Superpuchar, później też w meczach PKO Ekstraklasy. Powiedz, jak dzień meczowy wygląda od kulis. Jakie to uczucie usiąść na ławce rezerwowych klubu, na którego mecze od dziecka chodziłeś jako kibic?

 

- Opowiem na przykładzie meczu o Superpuchar: dzień meczowy zaczął się tak naprawdę już w czwartek. Był to trening taktyczny, który pozwalał nam przygotować się na to, co może zaprezentować nasz przeciwnik. W piątek, czyli w dniu spotkania krótka odprawa, potem tak zwana „aktywacja”. Jest to rozruch, rozgrzewka, ćwiczenia ogólnorozwojowe prowadzone przez trenera Bortnika. Później elementy stricte piłkarskie, czyli gra „w dziadka”, stałe fragmenty gry, itp. Obiad, trzy godziny odpoczynku, danie przedmeczowe - akurat wtedy było to coś na słodko, na podbudowanie energii. O 17:30 wyjechaliśmy na mecz, z LTC na Łazienkowską. Wchodząc na stadion, obserwując oświetlone już boisko, trybuny - pojawia się pierwszy dreszczyk. Niesamowite uczucie. Też nie przez przypadek wspominam akurat ten mecz, wówczas na stadion mogli wchodzić jeszcze kibice. Kiedy wyszedłem na rozgrzewkę, czy już później zająłem swoje miejsce na ławce rezerwowych ogromne wrażenie robił na mnie doping naszych fanów. Choć trybuny nie były wypełnione, było tak głośno, że siedzący obok mnie na ławce Rafa Lopes nie słyszał, co do niego mówię. Musiałem nachylać mu się nad uchem. Takie chwile mocno wykuwają się w pamięci.

Zdjęcie

- Ulubiony przedmiot w szkole?
- Generalnie, znacznie lepiej czuję się w przedmiotach ścisłych niż humanistycznych. Informatyka, matematyka - lubię i nieźle sobie z nimi radzę. Radość sprawia mi też nauka języka angielskiego.
 
- Wymarzona liga?
- Od dziecka podziwiam ligę angielską. Dziś Premier League nie kojarzy się już wyłącznie z fizycznością, jest to po prostu bardzo dobra liga pod względem piłkarskim. Musisz być piłkarzem kompletnym, by sobie w niej poradzić.

 

- Ulubiony zagraniczny klub?
- Manchester United. Miłość do tego klubu również zaszczepił we mnie mój tata. Kiedyś mieliśmy nawet tę przyjemność, by z trybun Old Trafford oglądać mecz ManU z Tottenhamem. Byłem co prawda małym dzieciakiem, ale bardzo dobrze pamiętam ten wyjazd, te emocje, które mi wówczas towarzyszyły i planuję powtórzyć taką wycieczkę, gdy sytuacja z koronawirusem już się uspokoi.

 

- Z którym z legijnych kolegów trzymasz się najbliżej?
- Z Szymonem Włodarczykiem. Nasza przyjaźń zaczęła się jeszcze w czasach wspólnej gry w SEMP-ie. Spędzamy ze sobą sporo czasu, tak w klubie, jak i poza nim. Dobrze się ze sobą dogadujemy.

Zdjęcie

- Który zawodnik z pola w Legii robi na Tobie największe wrażenie?
- Zawsze podobało mi się to, w jaki sposób pracuje Vako Gwilia. Jest on właśnie takim pokornym i pracowitym piłkarzem. Za każdym razem zostaje po treningu, żeby popracować nad pewnymi elementami, na przykład nad uderzeniami z rzutów wolnych. Jest też trochę podobnym typem człowieka do mnie - raczej cichym i skromnym.

 

- Masz jakiś plan B na życie?
Wybieram się na studia na AWF-ie. Całe moje życie toczy się wokół sportu, więc siłą rzeczy, gdybym nie został zawodowym piłkarzem, chciałbym pozostać przy sporcie. Jeśli nie AWF, to zająłbym się informatyką, bo w niej również czuję się dość pewnie.

Zdjęcie

- Twoje największe marzenie?
- Być jak najlepszym piłkarzem. Dążę do tego, by zapisać się na kartach historii tego sportu. Wiem, że bardzo dużo zależy ode mnie, od mojej pracy, ale na pewno potrzeba też sporo szczęścia, trafiać na właściwe osoby i być w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu. Bardzo wielu piłkarzy uprawiało i uprawia tę dyscyplinę sportu, ale tylko niewielka część z nich pozostaje na kartach historii. Marzę o tym, by być jednym z nich.

Zdjęcie
Udostępnij

Autor

Jakub Wydra

15razyMistrz Polski
19razyPuchar Polski
4razySuperpuchar Polski
pobierz oficjalną aplikację klubu
App StoreGoogle PlayApp Gallery
© Legia Warszawa S.A. Wszelkie prawa zastrzeżone.