
Mateusz Cholewiak: Niczego nie żałuję
Mateusz Cholewiak całe życie pracował jak wół. Teraz ta praca wreszcie zaczęła być doceniana.
Autor: Jakub Jeleński
Fot. Mateusz Kostrzewa, Jacek Prondzynski, Janusz Partyka
- Udostępnij
Autor: Jakub Jeleński
Fot. Mateusz Kostrzewa, Jacek Prondzynski, Janusz Partyka
W pewnym momencie życia wydawało mu się, że w piłce niczego wielkiego już nie zrobi. W niższych ligach spędził jednak wystarczająco dużo czasu, by nauczyć się pokory, która zaprowadziła go aż do Legii. Latami był gościem od czarnej roboty, teraz w końcu został zauważony. Mateusz Cholewiak opowiedział nam o tym, ile razy musiał w życiu zaciskać zęby. Zdradził, jakie wartości pozwoliły mu dotrzeć do miejsca, w którym jest. Opowiedział także, co usłyszał od trenera zaraz po podpisaniu kontraktu i dlaczego tak bardzo mu to pomogło. To jakim jest piłkarzem dostrzegliście na boisku. Teraz pora by dostrzec jakim jest człowiekiem.
- Kiedy pierwszy raz w życiu poczułeś się doceniony przez innych?
- Szczerze mówiąc, ciężko odpowiedzieć mi na to pytanie. Przez całą moją przygodę z piłką miałem swoje wzloty, miałem też upadki. Gdy przytrafiał się jakiś sukces, taki jak trzecie miejsce na mistrzostwach Polski, czy awanse zrobione z Puszczą i Stalą Mielec, to ludzie raczej nie doceniali mnie, ale całą drużynę. Podobnie było w momencie gdy utrzymywaliśmy się w lidze ze Śląskiem. Wtedy owszem, padały miłe słowa pod adresem wszystkich chłopaków, ale mnie jakoś indywidualnie nikt po plecach nie poklepywał, nigdy nawet w ten sposób na to nie patrzyłem.
- Tylko na boisku, czy w ogóle?
- Bez przesady, myślę, że w otoczeniu najbliższych mi ludzi, mocno dało się to odczuć. Zawsze wspierała mnie rodzina, od wielu znajomych też słyszałem, że są ze mnie dumni, że miło im się patrzy na kolegę, który gdzieś tam doszedł. To dla mnie ogromna motywacja do pracy, cieszę się, gdy ktoś docenia to co robię.

- Wyszedłem z założenia, że pokazać siebie najlepiej muszę na boisku, nie w żadnym gadaniu. Jeżeli ciężko pracujesz, to potem dobrze wyglądasz podczas meczu.
- Zdarzało się, że bliscy musieli Cię mocniej podtrzymać na duchu?
- Na pewno. W tym sporcie wsparcie rodziny jest bardzo ważne, bo każdy ma w piłce swoje słabsze momenty, a wtedy ważne jest by mieć się na kim oprzeć. Na kimś kto powie ci dobre słowo, na kimś, kto podtrzyma Cię na duchu, żebyś dalej mógł robić to co kochasz. A ja naprawdę kocham grać w piłkę nożną i nie wyobrażam sobie bez niej życia.
- Zawsze powtarzasz, że cierpliwie czekałeś na swoją szansę. Nie masz wrażenia, że gdybyś trochę bardziej rozpychał się w życiu łokciami, to szybciej doszedłbyś chociażby do Ekstraklasy?
- Parę razy już kiedyś mówiłem, że przecież nie wiem co by się stało gdybym zagrał w niej jako, na przykład, 22-latek. Może dalej bym w niej grał, a może zderzył się ze ścianą i obecnie robiłbym w życiu coś zupełnie innego. Wychodzę z założenia, że tak po prostu miało być. Parę miesięcy temu rozmawialiśmy na podobny temat i wtedy przyznałem, że w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać nad tym, co robię nie tak. Ale doszedłem do wniosku, że chyba nic, robiłem to co potrafię najlepiej, czyli angażowałem się w pracę całym sercem. Późno udało mi się dojść na poważniejszy poziom, to prawda, ale tak widocznie musiało się stać. Teraz muszę zrobić wszystko, by jak najdłużej na nim pozostać i czerpać z tego przyjemność.
- Nie jest trochę tak, że los oddaje Ci z nawiązką to co wcześniej zabrał? Spadek z Puszczą, długi pobyt w drugiej i pierwszej lidze, dopiero w wieku 28 lat dostajesz się do Ekstraklasy. Aż tu nagle przechodzisz do Legii, gdzie Twoja kariera rozpędza się naprawdę szybko.
- Być może jest tak jak mówisz. Śmieję się, że ktoś gdzieś na górze miał na mnie taki pomysł. Cieszę się, że ludzie zaczynają zmieniać zdanie na mój temat. Ja generalnie rzadko się odzywam, mało mówię, nigdy nie odnoszę się do tego co ktoś powiedział albo napisał o mnie w mediach. Wyszedłem z założenia, że pokazać siebie najlepiej muszę na boisku, nie w żadnym gadaniu. Jeżeli ciężko pracujesz, to potem dobrze wyglądasz podczas meczu. A jeżeli dobrze wyglądasz podczas meczu, to wtedy twój transfer do klubu się obroni.

- Moje podejście do treningów i pracy jest takie same, na boisko wybiegam z identycznym zaangażowaniem jak do tej pory. Przychodząc tu zostałem przyjęty tak, że już od pierwszego dnia czułem się jak pełnoprawny zawodnik Legii Warszawa i na pewno dużo mi to pomogło.
- Osiem meczów w Legii, trzy gole i asysta. Patrzę sobie na tę liczby i widzę, że jeżeli utrzymasz taką powtarzalność, to możesz osiągnąć najlepsze statystyki w karierze. Co takiego się zmieniło, że często rezerwowy ze Śląska – skromnie mówiąc – daje radę w Legii?
- Najśmieszniejsze jest to, że nic (śmiech). Moje podejście do treningów i pracy jest takie same, na boisko wybiegam z identycznym zaangażowaniem jak do tej pory. Przychodząc tu zostałem przyjęty tak, że już od pierwszego dnia czułem się jak pełnoprawny zawodnik Legii Warszawa i na pewno dużo mi to pomogło. Na obozie w Turcji miałem okazję poznać wszystkich chłopaków bardzo dobrze, bo przebywaliśmy ze sobą praktycznie 24 godziny na dobę. To też był pewnie taki dodatkowy kop, który pozytywnie wpłynął na moją współpracę z chłopakami, bardzo dobrze rozumiem się też z całym sztabem szkoleniowym, atmosfera jest kapitalna i cały czas czuję pełne wsparcie trenera Vukovicia. To wszystko na pewno pomaga, dzięki czemu nic nie stoi na przeszkodzie, żebym mógł pokazywać najlepszego siebie.
- Skoro wspomniałeś o wsparciu trenera - ważniejsze żeby bardziej kształtował on zawodnika piłkarsko, czy, mimo wszystko, bardziej był psychologiem?
- Trudne pytanie, myślę, że trzeba byłoby zapytać trenera jak on patrzy na to ze swojej perspektywy. Nasz trener ma obie te cechy, potrafi dotrzeć do każdego z nas i świetnie przekazać wszystko, czego od nas oczekuje. Mogło być przecież tak, że po przyjściu do Legii w ogóle nie dostawałbym szans, a tutaj przecież te szanse dostaję i bardzo się z tego cieszę. Oznacza to, że moja codzienna praca zostaje zauważona.
- Wspomniałeś o wsparciu ze strony trenera. W którym momencie się o nim przekonałeś?
- Już na początku. Zanim trafiłem do Legii rozmawialiśmy telefonicznie, ale wiadomo, że przez telefon a w cztery oczy, to jest zupełnie co innego. Po podpisaniu kontraktu w Warszawie miałem okazję spotkać się z chłopakami i sztabem, miałem też rozmowę z trenerem, który powiedział po prostu, że cieszy się z mojego trafienia do klubu. Zapewnił, że zarówno on jak i cała drużyna, od razu pomogą mi jak najlepiej wpasować się w otoczenie. Wie, jakim jestem zawodnikiem, wie, że muszę ciężko pracować żeby dostawać szanse i wie, że ja to będę robił – tak mniej więcej wyglądała nasza rozmowa.
- Który z chłopaków w takim razie pomógł Ci się wpasować w drużynę najlepiej?
- Dużo dała mi obecność Radka Majeckiego, bo go po prostu wcześniej znałem. Na obozie w pokoju mieszkałem z Piotrkiem Pyrdołem, który też dopiero co został zakontraktowany i błyskawicznie się dogadaliśmy. Szybko jednak złapałem dobry kontakt z większością chłopaków, co w dużej mierze przyczyniło się do tego, że mogłem spokojnie pracować. Miałem ogromny komfort psychiczny, nie musiałem się zastanawiać nad tym co będzie następnego dnia.
- Po meczu z Lechem, gdy składaliście Igorowi Lewczukowi życzenia urodzinowe, powiedział on, że tak dobrze funkcjonująca szatnia jest rzadkością. Na tym polega jej wyjątkowość?
- Nigdy nie zdradza się szczegółów tego co się w niej dzieje, więc ja też tego, rzecz jasna, nie będę robił. Mogę jednak powiedzieć, że podstawową dla nas rzeczą jest wzajemne wsparcie. Jeden podtrzymuje drugiego, nawzajem się uzupełniamy, co pokazał chociażby mecz z Wisłą. Kiedy nie idzie to nie ma obrażania się, nie ma fochów, tylko wychodzimy i walczymy jeden za drugiego.

- Na początku rozmowy wspomniałeś, że rzadko bywasz chwalony. Po meczach z Wisłą i Arką laurek na Twój temat jednak nie brakuje. Z ręką na sercu – długo we środę siedziałeś na social mediach?
- Nie, naprawdę. Po każdym meczu staram się od tego odcinać, niezależnie od tego jaki ten mecz dla mnie był. Okej, mam założone konto na twitterze, mam instagrama i jak ktoś mnie gdzieś oznaczy, wtedy siłą rzeczy spojrzę na to co się tam dzieje. Generalnie jednak staram się nie siedzieć za dużo na telefonie.
- Miałeś jakiś przykry moment, po którym przestałeś czytać te rzeczy?
- Kiedy grałem w Niepołomicach, to strasznie się cieszyłem, że jestem w tej drugiej lidze. Gdy przychodziły wygrane mecze, asysty, gole, to pierwsze co, to w domu odpalało się 90minut.pl, bo social media dopiero raczkowały (śmiech). No i czytałem, szukałem czy ktoś tam coś na mój temat napisał, sprawdzałem, czy gdzieś w artykule przewija się moje nazwisko. Ale potem Internet bardzo szybko poszedł do przodu i błyskawicznie okazało się, że każdy o każdym może napisać wszystko. Gdybym brał takie rzeczy do siebie, to już bym pewnie nie grał w piłkę. Doszedłem do wniosku, że odpuszczam ten temat na tyle ile mogę. W stu procentach się nie da, to nierealne, ale już dawno oduczyłem się sprawdzania tego co kto o mnie powiedział. Taki jeden moment, o który pytasz był, ale nie było to przykre, a raczej śmieszne doświadczenie. Zremisowaliśmy mecz, w którym miałem niewykorzystaną sytuację. Facet napisał mi, że chyba ktoś mi wyciął oczy, że po boisku biegam bez sensu, a ja po prostu oddałem strzał, który obronił bramkarz. Stwierdziłem wtedy, że to raczej mało wnikliwa analiza, no ale co, mam się zacząć kłócić? Rozumiem, że ktoś może mnie nie lubić, jasna sprawa. Ale dlaczego zupełnie obca mi osoba ma mnie obrażać? Nie mogę tego zwalczyć, ale mogę przestać czytać. I od paru lat mam już zupełnie czystą pod tym względem głowę.
- Do ocen z zewnątrz podchodzisz niechętnie. Kto w takim razie z bliższych osób jest Ciebie ważnym głosem w kontekście tego jak zagrałeś?
- Kurczę, może teraz wyszedłem trochę na gbura (śmiech). Mi chodziło jednak wyłącznie o zjawisko hejtu, nie konstruktywnych opinii. Myślę, że ja akurat mam dość mocną psychikę, ale wiem, że są osoby, które z hejtem po prostu sobie nie radzą. Żeby nie było jednak wątpliwości – nigdy nie powiedziałem, ani nie powiem, że komentarze w Internecie to jest samo zło. Mam świadomość tego, ile pozytywnych słów pada tam pod adresem moim czy wszystkich chłopaków. Płynie stamtąd także mnóstwo wsparcia i absolutnie nie można wrzucać wszystkich do jednego worka. Co do najbliższych mi osób, to pierwszym moim doradcą jest żona, która ogląda nie tylko nasze mecze, ale śledzi całą ligę i naprawdę ma bardzo ciekawe spostrzeżenia. Po każdym spotkaniu mówi mi co jej się podobało, ale słyszę też, że jedną czy drugą akcję mogłem poprowadzić lepiej, że w pewnym miejscu było mnie za mało. No i wiadomo – ojciec (śmiech). Tata zawsze wnikliwie nas ogląda i nie zawsze z jego strony jest chwalonko – jak trzeba to i zrugać potrafi (śmiech). Tylko, że to wszystko jest krytyką konstruktywną, czyli taką, której wszyscy potrzebujemy. Po to omawia się błędy, żeby je potem wyeliminować i stać się lepszym zawodnikiem.

- Jestem typem zawodnika, który wychodząc na plac, całkowicie się wyłącza. Przez 90 minut zasuwam jak potrafię, jestem maksymalnie skoncentrowany i dopiero kiedy zrobię swoją robotę, wracam myślami do żony i syna.
- W takim razie jak wyglądała rozmowa przy śniadaniu u państwa Cholewiaków, po meczach z Wisłą i Arką?
- Ania mówiła, że bardzo dobrze w nie wszedłem i widać, że dzięki temu od razu grało mi się dużo łatwiej. Chwilę jeszcze pogadaliśmy i na koniec dodała: w telewizji też cię chwalili (śmiech).
- Czyli małżonka już się trochę na piłce zna?
- Powiem szczerze, że nieraz jestem zaskoczony jej przemyśleniami. Zaszczepiłem w niej pasję do piłki i ona naprawdę coraz więcej zaczyna z tego sportu rozumieć. Jak już wie co to jest pozycja „szóstki”, to to już duży progres - O! Teraz mi jeszcze krzyczy o „dziesiątce” (śmiech). Numerację pozycji zna, czyli jest naprawdę nieźle.
- Widzę, że żona bierze aktywny udział w wywiadzie, z tyłu słyszę jeszcze pokrzykiwania małego Franka. Po narodzinach syna zmienił ci się system wartości i prywatnie i na boisku?
- Mały krzyczy, bo powinien już spać, a coś nie może i Ania z nim teraz walczy (śmiech). Ale mówiąc poważnie, to w życiu codziennym na pewno. Nagle dochodzi ci duża odpowiedzialność, dotychczas mogłeś myśleć tylko o sobie, a teraz nagle zaczynasz się zastanawiać, który twój wybór będzie w przyszłości najlepszy dla synka. Jeśli chodzi jednak o piłkę, to nie. Jestem typem zawodnika, który wychodząc na plac, całkowicie się wyłącza. Przez 90 minut zasuwam jak potrafię, jestem maksymalnie skoncentrowany i dopiero kiedy zrobię swoją robotę, wracam myślami do żony i syna.
- Talent i wysokie umiejętności to ogromny plus, ale jeśli nie zachowasz pokory, to możesz mieć potem duże problemy z osiągnięciem swoich celów. Praca i uczciwość to też bardzo ważne elementy, które procentują i składają się na końcowy efekt.
- Trochę się Twoje życie zmieniło przez ostatnie lata. Jest jakiś etap, w którym – gdybyś miał taką możliwość – wcisnąłbyś guzik i cofnął czas?
- Nie żałuję żadnego etapu mojej kariery. Uważam, że nawet trudne sytuacje były dla mnie cenną nauką. Bardzo bolesnym wydarzeniem był moment, w którym zrobiliśmy awans z Niepołomicami, by po sezonie znowu spaść. Wiosną wyszliśmy nad kreskę, myśleliśmy, że już nic złego nam się nie może stać, a tu nagle słabsza seria i relegacja. Dla młodego chłopaka spadek, rozwiązanie kontraktu i trzy tygodnie bez żadnego sygnału zainteresowania z jakiegokolwiek klubu, były bardzo trudnym doświadczeniem. Wydawało mi się że grałem przyzwoicie, a tu nagle zupełnie nikt nie był mną zainteresowany. Była to ogromna lekcja pokory i cenna nauka, że może w życiu nie zawsze jest kolorowo, ale jeżeli sumiennie pracujesz, to w końcu los ci to wynagrodzi.
- Często mówisz o pokorze. To jest fundament Twojego systemu wartości?
- Tak. Uważam, że to jedna z najważniejszych cech i szczególnie w tym zawodzie trzeba mieć jej bardzo dużo. Talent i wysokie umiejętności to ogromny plus, ale jeśli nie zachowasz pokory, to możesz mieć potem duże problemy z osiągnięciem swoich celów. Praca i uczciwość to też bardzo ważne elementy, które procentują i składają się na końcowy efekt. Ja te wartości bardzo cenię i codziennie staram się ich przestrzegać.
- Co się jeszcze znajdzie na tej piramidzie życiowych zasad?
- Punktualność. Bardzo nie lubię się spóźniać, wiadomo, że nie zawsze jestem w stanie być na czas, ale wtedy czuję podirytowanie. Nawet dzisiaj byłem zły, bo wyniknęła taka sytuacja, że musiałem o pół godziny przesunąć rozmowę z Tobą. Nie lubię tego, uważam, że punktualność to na pewno jedna z ważniejszych cech.
- Trafiłem do najlepszego klubu w Polsce, więc siłą rzeczy moja rozpoznawalność jest dużo wyższa niż jeszcze jakiś czas temu.
- A nie przyszedł moment na to, żeby tę pokorę choć trochę zastąpić większą walką o swoje? W końcu Twoje nazwisko wreszcie zaczyna pojawiać się w nagłówkach czołowych gazet i portali, pozycja, którą masz w lidze też się przez lata zmieniła.
- Trafiłem do najlepszego klubu w Polsce, więc siłą rzeczy moja rozpoznawalność jest dużo wyższa niż jeszcze jakiś czas temu. Pierwszy raz ktoś usłyszał o mnie w okresie, kiedy przechodziłem ze Stali Mielec do Śląska Wrocław. To był duży skok, teraz jest ogromny. Nie ukrywam, że się z tego cieszę, bo chociaż nie lubię pokazywać w mediach społecznościowych swojego życia, to też od nich nie uciekam i jest mi miło w momencie, gdy ludzie kierują pod moim adresem pozytywne słowa. Do Ekstraklasy trafiłem z nastawieniem, że mam teraz swoje pięć minut i muszę zrobić wszystko, by jak najdłużej w niej pozostać. Potem stało się coś czego sam się nie spodziewałem, bo nigdy w życiu bym nie przypuszczał, że kupi mnie Legia Warszawa. To kolejny wielki krok w mojej karierze i muszę zrobić wszystko by pokazać, że nie znalazłem się tutaj przypadkowo. Nie zamierzam jednak zmieniać swoich zasad, czy zachowywać się inaczej. Chcę wykonywać swoją pracę tak jak oczekują tego ode mnie trenerzy, koledzy z drużyny i cały klub. Będę walczył o to, by osiągać z Legią najwyższe cele.
Autor
Jakub Jeleński



















