2019-10-17 | 10:46:56

Radosław Majecki: Odnalazłem siebie

- Wychodziłem na zakupy i zadzwonił do mnie trener Brzęczek, czym bardzo mnie zaskoczył. Trzydzieści minut przed ogłoszeniem powołań poinformował mnie, że znajdę się w kadrze i liczy na moją dobrą postawę. Myślę, że się na mnie nie zawiódł - mówi w rozmowie z Legia.com Radosław Majecki.

Autor: Przemysław Gołaszewski

Fot. Mateusz Kostrzewa, Jacek Prondzynski, Janusz Partyka

Główny sponsor Fortuna
  • Udostępnij

Autor: Przemysław Gołaszewski

Fot. Mateusz Kostrzewa, Jacek Prondzynski, Janusz Partyka

- Jesteś najlepszym dowodem na to, że rok w piłce to mnóstwo czasu. Za dwa tygodnie rocznica Twojego debiutu w pierwszej drużynie. Debiutowałeś w 1/16 finału Pucharu Polski i można powiedzieć, że miałeś wejście smoka. Obroniony rzut karny przyczynił się do awansu drużyny, a Arkadiusz Malarz powiedział wtedy, że był spokojny o serię jedenastek. Rzadko zdarza się, by tak młody zawodnik cieszył się takim szacunkiem. Czym sobie na to zasłużyłeś w tak młodym wieku?

- Pamiętam, jak po tamtym meczu udzieliłem wywiadu dla telewizji. To ja tak powiedziałem, że Arek wiedział, że i tak wygramy, nawet jeśli będą decydowały rzuty karne. Myślę, że to nic wspólnego z szacunkiem nie ma, to była po prostu moja opinia poparta poczuciem humoru. Nikt cię tak nie pochwali, jak sam się pochwalisz (śmiech).

 

- Wszyscy Twoi dotychczasowi trenerzy podkreślają, że jesteś stworzony do wielkiej piłki. Waldemar Rak - trener kadry województwa świętokrzyskiego - mówił o Tobie tak: „Szybko zorientowałem się, że rzeczywiście mamy do czynienia z bardzo zdolnym chłopakiem. Miał super warunki fizyczne, w bramce spisywał się rewelacyjnie”.

- U trenera Raka miałem swoje pierwsze przetarcie z piłką. Z kadrą województwa świętokrzyskiego graliśmy wielkie mecze i braliśmy udział w wielkich turniejach. Zajęliśmy drugie miejsce w mistrzostwach Polski. Na pewno był to dla mnie dobry czas. Trener Rak dał mi okazję, by się pokazać. Po tych mistrzostwach zainteresowała się mną Legia i wtedy trafiłem do Warszawy. Bardzo pozytywnie oceniam ten czas. Wielka piłka? A jak ją zdefiniować? Ja mogę mówić tylko o tym, co już się wydarzyło i do tego się odnieść. Przez kilka lat w Legii słyszałem od różnych osób - z klubu i wokół klubu – „jest gotowy” albo „jeszcze nie jest gotowy”, aż sam się złapałem na podobnych rozważaniach. To bez sensu. Trzeba się skupić na robocie i tą robotą przekonać sztab, by dostać szansę. Dopiero wtedy okaże się, czy byłeś gotowy.

- Myślę, że gdybym urodził się w wielkim mieście i miał wokół siebie wszystkie udogodnienia, życie nocne na wyciągnięcie ręki, to być może nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem teraz.

- Trener Rak podobno zakochał się w Twojej grze od pierwszego wejrzenia i bez zastanowienia na Ciebie postawił.

- Na tym turnieju mistrzowskim, o którym wspomniałem, nie straciliśmy gola, graliśmy wtedy na małe bramki. To był dla mnie szok, że pochodzę z bardzo małego klubu i po kilku treningach trener stwierdził, że wygrałem rywalizację z bramkarzem Korony Kielce, ale też pierwszy zastrzyk pewności siebie. Na pewno było to dla mnie zaskoczenie, ale chyba dałem radę, skoro nie straciłem żadnego gola.

 

- Inny cytat: „Radek był przygotowany fizycznie do rywalizacji w futbolu seniorskim. Także pod względem mentalnym. Na drodze, którą sobie wytyczył, wyznaczone były twarde zasady. Myślę, że wyniósł je z domu”. To słowa trenera Krzysztofa Dębka, z którym pracowałeś przed laty. Masz od kogo czerpać wzorce - brat jest żołnierzem, a rodzice - jak sam kiedyś powiedziałeś w jednym z wywiadów, zawsze uczyli Cię ciężkiej pracy.

- Tak. Była nas czworo - ja i moje rodzeństwo. Każdy pracował na siebie, od samego początku mieliśmy powiedziane, że każdy z nas miał się sam przygotowywać do szkoły. Śniadanie czasem było gotowe, czasem musieliśmy kanapki przygotowywać sobie samodzielnie. Samemu trzeba było dojechać do szkoły, musieliśmy sobie radzić sami. Ale też zawsze mogliśmy liczyć na wsparcie rodziców w cięższych momentach. Co do trenera Dębka - wspomniał o twardych zasadach, które sam lubi. Mógł wspomnieć, jak wybierałem połowy boiska w młodzieżowej Lidze Mistrzów (śmiech).

 

- Pochodzisz z małej miejscowości, co mogło wpłynąć na Twój charakter. Musiałeś walczyć o swoje, żeby zaistnieć.

- Na pewno. Myślę, że gdybym urodził się w wielkim mieście i miał wokół siebie wszystkie udogodnienia, życie nocne na wyciągnięcie ręki, to być może nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem teraz. Pamiętam, jak dyrektor akademii Jacek Mazurek nie był przekonany, bym w wieku 16 lat opuścił bursę i zamieszkał samemu. W zasadzie, to był bardzo przeciw. Wtedy traktowałem to jako kompletny brak zaufania, ale dziś… rozumiem go zdecydowanie lepiej. Koniec końców, postawiłem na swoim i nie przepadłem. Czyli jednak się da.

- Nie znam chyba piłkarza, który tylko trenuje i śpi. Jest czas na granie w piłkę i czas na odrobinę zabawy, trzeba tylko zachować właściwe proporcje i robić to z głową.

- Do Legii trafiłeś w 2014 roku, przeprowadzka do stolicy z małej miejscowości, jaką jest Ostrowiec Świętokrzyski, zawsze grozi uderzeniem wody sodowej. Powiedziałeś nawet, że nie potrafiłeś odnaleźć się w Warszawie.

- Przenosiny do Warszawy były trudne. Od razu przytrafiła mi się kontuzja, musiałem leczyć plecy i kolano. Nie byłem przygotowany na to, jaka jest Warszawa. Z perspektywy czasu stwierdzam, że dobrze odnalazłem się w stolicy, ale na początku nie było łatwo. Towarzyszyły mi duże oczekiwania, co było dla mnie nowe, ale też nie zdawałem sobie do końca sprawy z tego, jak wygląda życie i granie w piłkę w takim klubie i mieście. Gdybym miał tę drogę przejść jeszcze raz, byłoby łatwiej. Skala trudności jest jednak dlatego tak wysoka, że żaden zawodnik akademii nie ma jak kot siedmiu żyć, tylko jedno.

 

- Błyskawicznie zostałeś ochrzczony największym bramkarskim talentem, wszystkie oczy były skierowane na Ciebie. A pokusy czekały. Znamy historię ze zdjęciem z puszką piwa, które narobiło Ci kłopotów. O tej sytuacji dużo już mówiłeś, a chciałbym zapytać o inny aspekt - jak dorasta się kiedy wszyscy na Ciebie patrzą, dmuchają i chuchają? Nie mogłeś żyć jak normalny nastolatek.

- Na mnie nigdy nikt nie dmuchał ani nie chuchał. Kolejne szczeble pokonywałem głównie dzięki sobie i ludziom mi przychylnym, aczkolwiek nigdy nic nie było na kredyt. W życiu chłopaka z wioski czy małego miasteczka, zanim ludzie z zewnątrz w ogóle zaczną mieć wrażenie, że się na niego „chucha i dmucha”, musi nałożyć się na siebie wiele spraw. A później trzeba każdego dnia udowadniać, że górnolotne słowa nie są bezzasadne. Jeśli chcesz zostać profesjonalnym i dobrym piłkarzem, musisz być przygotowany na takie życie. Co do tamtej puszki... Nie znam chyba piłkarza, który tylko trenuje i śpi. Jest czas na granie w piłkę i czas na odrobinę zabawy, trzeba tylko zachować właściwe proporcje i robić to z głową. Ta sytuacja sprawiła, że w kolejnych latach stałem się jeszcze bardziej odpowiedzialny. Kolejny taki artykuł mógłby mi przypiąć łatkę kolejnego zmarnowanego talentu, a na takie coś mnie nie stać.

- Po jakimś czasie i po pracy z psychologiem odnalazłem siebie i nauczyłem radzić sobie ze stresem przed meczem. Stałem się zdecydowanie bardziej pewny siebie, zrozumiałem, że po to tyle lat spędziłem w bursach czy na dojazdach, by teraz mieć nagrodę w postaci meczów o stawkę.

- Która presja była większa? Ta podczas serii rzutów karnych w debiucie z Piastem, czy ta, towarzysząca Ci przez cały ten okres dorastania?

- Nie uważam, aby w debiucie towarzyszyła mi presja. Presję to mają zawodnicy, którzy te karne strzelają. Jeśli bramkarz obroni - super, ale to zawodnik z pola musi strzelić gola. Oni mają praktycznie pustą bramkę. Na szczęście coś zrobiłem w tej serii rzutów karnych i pomogłem drużynie. Myślę jednak, że element presji pojawił się, gdy w kwietniu zbliżały się mistrzostwa świata U20, a u mnie przeciągało się leczenie kontuzji. Presja - bo poza zaangażowaniem w rehabilitację, mogłem tylko czekać, nie miałem wpływu na nic więcej.

 

- Podobno na początku swojej drogi byłeś aż za bardzo wrażliwy i miałeś problemy z udźwignięciem presji.

- Czy ja wiem? Nie wydaje mi się, żeby było to po mnie widać. Na pewno większy stres miałem wówczas, gdy grałem u trenera Raka w mistrzostwach Polski. Po jakimś czasie i po pracy z psychologiem odnalazłem siebie i nauczyłem radzić sobie ze stresem przed meczem. Stałem się zdecydowanie bardziej pewny siebie, zrozumiałem, że po to tyle lat spędziłem w bursach czy na dojazdach, by teraz mieć nagrodę w postaci meczów o stawkę. Podjąłem również decyzję o nieudzielaniu wywiadów, do których nie jestem zobligowany przez klub, tak jak do tego (śmiech). Od ponad roku to działa. Kiedy byłem młodszy, pamiętam, że irytowało mnie, gdy jakiś nastolatek miał więcej wywiadów niż meczów na koncie, i wcale nie mówię o meczach udanych. W moim wieku warto być cicho, mieć otwartą głowę i wyłapywać od innych fajne rzeczy. Przeczytałem w życiu kilka ciekawych wywiadów i żaden nie był z nastoletnim piłkarzem, a mi zależy, by moje słowa w przyszłości coś znaczyły. Dlatego najpierw boisko, a później... jeszcze raz boisko. Skończymy tę rozmowę i na jakiś czas mam z głowy (śmiech).

 

- Porównania do Artura Boruca, Łukasza Fabiańskiego i Wojciecha Szczęsnego w tak młodym wieku pomagają czy paraliżują?

- W moim przypadku pomogły. To bardzo mobilizuje.

 

- Każdy z wymienionych wyżej bramkarzy miał swój wielki mecz, który stał się wizytówką. Ty już takie zawody rozegrałeś, choć na niższym szczeblu rozgrywek - podczas wypożyczenia do Stali Mielec w meczu z Podbeskidziem obroniłeś karnego i zanotowałeś asystę.

- Pamiętam, że to był trudny mecz, warunki nie były sprzyjające. Ze Stalą Mielec graliśmy takie spotkanie, że zawsze coś się działo. Nie było nudno. Przepuściłem wtedy dwa gole. Wygrywaliśmy 2:0, potem doszli nas na 2:2 i w ostatniej minucie wyrzuciłem piłkę do Mateusza Cholewiaka, który zrobił całą robotę, okiwał dwóch zawodników i założył siatkę bramkarzowi. To jemu zawdzięczam tę asystę.

- Szacunek do legendy klubu trzeba mieć. Nie da się nie szanować takiego człowieka. To prawda, trener Dowhań traktuje nas jak synów.

- Mówi się, że każdy dobry bramkarz - Boruc, Fabiański, Szczęsny również - musi popełnić jakąś wpadkę. Można powiedzieć, że też przeżyłeś to w tym sezonie w meczu z Wisłą Płock.

- Tak jak powiedziałeś, każdy bramkarz popełnia błędy i ma taki mniej chlubny moment. Trzeba jak najszybciej o tym zapominać, taka jest rola bramkarza. Mam tę łatwość, by szybko wyrzucać błędy z głowy.

 

- Kamil Koprowski, Twój były szkoleniowiec z Arki Pawłów, powiedział w Twoim kontekście w rozmowie z „Łączy nas Piłka”, że w życiu trzeba mieć szczęście, by trafić na właściwych ludzi. Nie mogłeś być większym szczęściarzem - treningi z trenerem Krzysztofem Dowhaniem to przywilej.

- Na pewno. W Ostrowcu nie było łatwo z trenerami. Nie było tak, że wszystko przyszło mi łatwo od ręki. Musiałem walczyć o swoje, szczególnie wtedy. Mam nadzieję, że trener Dowhań wychowa kolejnego wielkiego bramkarza.

 

- W czym tkwi fenomen tego trenera?

- Nie chcę oceniać innych, ale wielu trenerów bramkarzy kopie piłkę tak samo na treningu. Metody są podobne. Ale chodzi przede wszystkim o podejście do człowieka. Szczególnie do młodego, którego trzeba czasem sprowadzać na ziemię, a czasem podnosić na duchu. Na tym polega cała sztuka.

 

- Trener Dowhań ma z wami wszystkim przyjazne relacje, oglądając treningi można odnieść wrażenie, że traktujecie go jak ojca, a on odpłaca się ojcowskim podejściem.

- Szacunek do legendy klubu trzeba mieć. Nie da się nie szanować takiego człowieka. To prawda, trener Dowhań traktuje nas jak synów.

- Dlaczego selekcjoner Brzęczek miałby postawić na mnie? Wychodziłem na zakupy i zadzwonił do mnie selekcjoner, czym bardzo mnie zaskoczył. Bo jedno to analizować w głowie sytuację kadrową, łapiąc się na tym, czy nie za bardzo poniosła mnie fantazja, a drugie to za chwilę odebrać taki telefon.

- Kolejnym trenerem, który bardzo Ci ufał, jest Jacek Magiera. Kilka lat temu to on zganił Cię za zdjęcie z piwem, ale już przed rokiem byłeś jego pewniakiem w bramce na młodzieżowe mistrzostwa świata. Opaska kapitańska była dowodem Twojej dojrzałości.

- Myślę, że zaufanie od trenera to za dużo powiedziane. Gdyby tak było, tobym zadebiutował w Legii za jego kadencji i dałby mi opaskę kapitańską od razu, od pierwszego meczu na mistrzostwach. Dopiero z upływem czasu wyszło, że to mi może najbardziej zaufać i ja mogę pociągnąć ten wózek jako formalny lider. W pierwszym meczu kadry U20, jesienią zeszłego roku z Włochami w Łodzi, siedziałem na ławce. Tyle dostałem na dzień dobry, musiałem najpierw przekonać do siebie sztab. Byłem wtedy po udanym czasie w Mielcu, ale przed debiutem w Legii występowałem tylko w rezerwach, ale w tamtym czasie żaden z powołanych bramkarzy nie był podstawowym.

 

- Trener chwalił Cię za wpływ na zespół.

- Nie od razu mi zaufał, tak jak powiedziałem przed chwilą.

 

- Co zrobiłeś, że to się zmieniło?

- Byłem sobą, bo zawsze jestem sobą. Chciałem jak najlepiej dla drużyny i chciałem, żebyśmy doszli jak najdalej w tym turnieju. Jeżeli można chcieć i bardzo chcieć, to ja wybrałem opcję numer dwa.

 

- Twój ogromny postęp, jaki poczyniłeś w ciągu dwunastu miesięcy, został wynagrodzony powołaniem do reprezentacji Polski. Jak dowiedziałeś się, że Jerzy Brzęczek zabiera Cię na zgrupowanie?

- Dzień wcześniej przeczytałem, że Łukasz Fabiański doznał kontuzji. Bardzo mnie to zmartwiło, bo bardzo cenię go jako bramkarza i jako osobowość, ale zapaliła się też lampka, że pojawia się miejsce w kadrze, które trzeba kimś wypełnić. Pomyślałem też, że jest wielu bramkarzy, którzy bronią na wyższym szczeblu rozgrywkowym i byli już na zgrupowaniu, choć oczywiście - ja sam powołałbym siebie. Dlaczego selekcjoner Brzęczek miałby postawić na mnie? Wychodziłem na zakupy i zadzwonił do mnie selekcjoner, czym bardzo mnie zaskoczył. Bo jedno to analizować w głowie sytuację kadrową, łapiąc się na tym, czy nie za bardzo poniosła mnie fantazja, a drugie to za chwilę odebrać taki telefon. 30 minut przed ogłoszeniem powołań zostałem poinformowany, że znajdę się w kadrze i że liczą na moją dobrą postawę. Myślę, że trener Brzęczek się na mnie nie zawiódł.

 

- Specjaliści chwalili decyzję selekcjonera, ale na Twitterze pojawił się też niezbyt przychylny komentarz ze strony innego młodego bramkarza. Kamil Grabara skomentował powołania płaczącymi ze śmiechu emotikonami.

- To nieprzychylny? Dobrze, że ma poczucie humoru. Jedni się śmieją, drudzy jeżdżą na pierwszą reprezentację.

- Piłka jest przewrotna i jestem tego dowodem. Jest takie powiedzenie: „Chcesz rozśmieszyć pana Boga, to powiedz mu o swoich planach”. Ja wolę nie kusić losu.

- Jak wrażenia po tygodniu spędzonym z kadrą?

- Mega doświadczenie. Obserwowałem największe gwiazdy, np. Wojtka Szczęsnego czy Roberta Lewandowskiego. Mówię „na przykład”, bo wiadomo, że wszyscy w kadrze są na najwyższym poziomie. Podglądałem jak się zachowują na boisku i poza nim. Jak odpoczywają, bo to niezwykle istotne i jak się odżywiają. Dużo z tego wyniosłem.

 

- Czego nauczyłeś się przez ten czas od Wojciecha Szczęsnego?

- Imponuje mi jego spokój i to, że wprowadza go w poczynania obrońców. Jest jeszcze coś, ale to już zachowam dla siebie.

 

- Apetyt na pewno wzrósł. Na następne zgrupowanie się wybierasz?

- Jestem do dyspozycji trenera.

 

- Czas jednak wrócić do klubu. Gdy patrzysz w ligową tabelę i widzisz, że jesteśmy na dziewiątym miejscu, to boli ten widok?

-  Zachowuję spokój. Wiem, że w ekstraklasie wszystko jest przewrotne. W jednym miesiącu jesteś na dziewiątym miejscu, a w kolejnym prowadzisz z przewagą czterech punktów. Wszystko jest możliwe i wierzę, że szybko wrócimy na pozycję lidera. Tam, gdzie nasze miejsce.

 

- Przed nami trzy ważne mecze - Lech, Wisła i Widzew. Idealni rywale, by wrócić na właściwą ścieżkę zwycięstw.

- To prawda.

 

- Debiut w pierwszej drużynie Legii, wywalczenie sobie miejsca w pierwszym składzie, młodzieżowe mistrzostwa świata, opaska kapitańska w kadrze młodzieżowej, powołanie do pierwszej reprezentacji - za Tobą szalone 12 miesięcy. Jaki krok będzie kolejnym?

- Piłka jest przewrotna i jestem tego dowodem. Jest takie powiedzenie: „Chcesz rozśmieszyć pana Boga, to powiedz mu o swoich planach”. Ja wolę nie kusić losu.

Udostępnij

Autor

Przemysław Gołaszewski

14razyMistrz Polski
19razyPuchar Polski
4razySuperpuchar Polski
Sponsor główny
fortuna
Oficjalny sponsor
krolewskie
cashback-world
4move
Sponsor techniczny
adidas
Partnerzy
pepsi
toyota
came
enel-med
media markt
holidayInn
ele-taxi
westminster
mpwik
kranowka
pepsi
toyota
came
enel-med
media markt
holidayInn
ele-taxi
westminster
mpwik
kranowka
Partner internetowy
home.pl
zakochaj-sie-w-sportowej-warszawie
esktraklasaECA Europe
Oficjalny dostawca ciepła
PGNiG-TERMIKA
zakochaj-sie-w-sportowej-warszawie
esktraklasaECA Europe
© Legia Warszawa S.A.Wszelkie prawa zastrzeżone.