Plus500
Rafael Lopes: To kim jesteś teraz, stanowi lustrzane odbicie przeszłości

Rafael Lopes: To kim jesteś teraz, stanowi lustrzane odbicie przeszłości

- Znowu straciłem dwa mecze, znowu musiałem pracować, żeby dojść na poziom, na którym przed chwilą już byłem. I chociaż motywacja bardzo mi spadła, zacisnąłem zęby: ogarnij się człowieku, przecież wiesz, że Bóg ma na ciebie dobry plan. Wiedziałem, że moja chwila w końcu przyjdzie i – szczerze mówiąc – miałem przeczucie, że stanie się to w bardzo ważnym momencie - mówił w wywiadzie napastnik Legii Warszawa.

Autor: Jakub Jeleński

Fot. Mateusz Kostrzewa

Główny sponsor Plus500
  • Udostępnij

Autor: Jakub Jeleński

Fot. Mateusz Kostrzewa

Jego życie było prawdziwym rollercoasterem, przez który przeszedł – jak sam powtarza – wyłącznie dzięki opiece kogoś na górze. Nikt nigdy nie dał mu niczego za darmo, co z perspektywy czasu okazało się być naprawdę cenną lekcją. Ilekroć upadał, zawsze dostawał pomocną dłoń, która z czasem wyciągnęła go w pole karne Lecha Poznań. Rafa Lopes to gość, który niedawno zdobył niezwykłą bramkę. Poznajcie jego niezwykłą historię.

 

- To prawda, że jeśli chcemy rozśmieszyć Boga, powinniśmy powiedzieć mu o swoich planach?

- Myślę, że ludzie tak mówią, bo każdy z nas ma jakiś pomysł na siebie, marzenia, plan. A koniec końców Bóg i tak w życiu każdego z nas realizuje swój. Czasem polega on dokładnie na tym samym, ale jest urzeczywistniany zupełnie naokoło – nie tak jak chcemy my, lecz tak jak chce on. Bywa też, że na pewne rzeczy musimy trochę poczekać, bo choć to czego pragniesz może być dobre, niekiedy musi zdarzyć się po prostu w nieco innym czasie. Przecież marzenia i plany nie są niczym złym – ja na przykład od zawsze chciałem zostać mistrzem kraju, czy zagrać w reprezentacji. W życiu trzeba być jednak cierpliwym. Bywa, że na realizację pewnych rzeczy po prostu trzeba poczekać. Ty chcesz na już, ale Bóg da ci to dopiero za trzy, cztery, może pięć lat. Trzeba mieć marzenia, jednak wierzę, że o ich spełnieniu decyduje ktoś na górze.

 

- Ile razy Twoje marzenia były spełniane tą drogą naokoło?

- Bywały sytuacje, w których naprawdę konsekwentnie do czegoś dążyłem i sumiennie pracowałem, a mimo tego nie było żadnych efektów. Przeżywałem chwile, w których naprawdę chciałem się już poddać – sezon układał się źle, nie strzelałem goli, nie potrafiłem dać niczego drużynie. I to jest właśnie moment, w którym musisz pokazać, że wierzysz. Bo jeśli masz w sobie wiarę, to on w końcu wskaże ci właściwą drogę. Powie: hej, spokojnie, jestem tutaj. Nie zawiodę cię, jeśli chcesz się podnieść, to po prostu podaj mi rękę. I ja takich chwil miałem w życiu kilka.

Zdjęcie

- Pół roku wcześniej byłem na dnie, ale nigdy nie straciłem wiary. Po pierwsze w siebie, ale przede wszystkim w Boga. Wiedziałem, że mnie nie zawiedzie.

- Na przykład?

- Tę historię opowiadałem już wielu osobom. W wieku 22 lat zaliczyłem sezon, w którym nie strzeliłem ani jednego gola. Nie zacząłem żadnego meczu w podstawowym składzie, jak już wchodziłem to na pięć, dziesięć minut, czasem w ogóle musiałem grać nie na swojej pozycji. Drużyna prezentowała się bardzo słabo i ostatecznie spadliśmy do drugiej ligi. Pamiętam, że to był szok, nikt chyba wtedy nie przypuszczał, że naprawdę możemy zlecieć. Sami w to nie wierzyliśmy: jak to, naprawdę nie ma nas już w Primeira? I wtedy straciłem pewność siebie. Ludzie przestali mi ufać, zaczęły się pojawiać pytania czy w ogóle potrafię grać w piłkę na odpowiednim poziomie. Nigdy bym nie przypuszczał, że to punkt zwrotny w mojej karierze. Bo Bóg pokierował mnie w inne miejsce – trafiłem do klubu, gdzie poznałem fantastycznego trenera. Usiedliśmy naprzeciwko siebie tak jak my teraz i po prostu porozmawialiśmy. Powiedział: Rafa, znam cię bardzo dobrze, wiem jaki masz potencjał, ale wiem też jak grałeś do tej pory i zamierzam to zmienić. Mówię na to: trenerze, ale co ja jeszcze mam zmienić, naprawdę pracuję najlepiej jak potrafię. Usłyszałem, że tak nie odniosę sukcesu, że wspólnie zmienimy sposób mojej gry i pewnego dnia znowu będę na topie. Zaufałem mu i rzeczywiście zaczęliśmy zmieniać pewne rzeczy tak, że od czerwca do grudnia strzeliłem 15 goli. W styczniu dostałem ofertę transferu i znów byłem w Primeira. Pół roku wcześniej byłem na dnie, ale nigdy nie straciłem wiary. Po pierwsze w siebie, ale przede wszystkim w Boga. Wiedziałem, że mnie nie zawiedzie.

 

- Jesteś tak religijny z powodu wychowania, które otrzymałeś w domu?

- Myślę, że wiara w większości przypadków zaczyna się od rodziny. Kiedy twoi rodzice czy dziadkowie zaczynają przekazywać ci pewne wartości, wówczas siłą rzeczy zaczynasz je przejmować. Z dzieciństwa pamiętam między innymi to, że w każdy niedzielny poranek, całą rodziną szliśmy do kościoła. Rodzice więc zaszczepili mi pewne wzorce, ale wiara rozwijała się we mnie wraz z upływem lat. Powiedziałbym, że teraz jest dużo bardziej dojrzała – inne lekcje dostajesz od życia jako dorosły, zupełnie inne jako dziecko.

 

- Byłeś posłusznym chłopcem?

- O nie. Rodzice zdecydowanie nie mieli ze mną łatwo, ciężko było za mną nadążyć, co chwila pakowałem się w kłopoty. Załamałem rękę, złamałem nogę – mama i tata pewnie nie przespali przeze mnie kilku nocy (śmiech). Uspokoiłem się dopiero jak miałem jakieś piętnaście lat, ale wcześniej byłem potwornie niespokojnym dzieciakiem. Robiłem strasznie głupie rzeczy.

 

- Sąsiadom też potrafiłeś dać się we znaki.

- Zdecydowanie. Pewnego razu przechodziliśmy z kolegami obok ich domu i nagle pomyślałem, że świetnym pomysłem będzie uruchomić im pompę w ogrodzie. Stwierdziłem, że wylanie wody na podwórko to bardzo śmieszny dowcip. Oczywiście koledzy wiadomo – brawo Rafa, to jest myśl! Odkręciłem wodę na full, tylko że pompa była bezpośrednio połączona z ujęciem, więc… opróżniłem sąsiadom kompletnie całą studnię. Oczywiście krąg podejrzanych był bardzo wąski, stąd dość szybko zostałem namierzony i złapany (śmiech). No i było mi strasznie głupio, bo z tymi sąsiadami moi rodzice żyli blisko jak z własnymi krewnymi. Oczywiście byli na mnie źli, ale bardzo ich przepraszałem, więc szybko mi wybaczyli.

Zdjęcie

- To kim jesteś teraz, stanowi lustrzane odbicie przeszłości – tego jak byłeś wychowywany, środowiska w jakim dorastałeś. Jako dziecko obserwowałem dorosłych – widziałem jak ciężko pracują moi rodzice czy dziadkowie i zrozumiałem, że wszystko co mamy, bierze się właśnie z tej ciężkiej pracy.

- To prawda, że kiedyś postawiłeś na nogi całą rodzinę?

- Prawda, miałem wtedy cztery lata. Tata miał mnie pilnować, ale pracował wtedy na nocnej zmianie i po obiedzie po prostu zasnął. Nudziło mi się w domu, więc wziąłem rower i pojechałem do kolegi. W ogóle się nie bałem, bo to była malutka wioska – każdy znał każdego, no i jeździło tam wtedy niewiele samochodów. W końcu tata obudził się wieczorem, zaczął mnie szukać, aż w końcu nie na żarty się przestraszył. Zadzwonił do mamy, mama zadzwoniła do dziadków, oni do wujków i wszyscy przerażeni zaczęli mnie szukać. Znaleźli mnie siedzącego na murku, kiedy niczego nieświadomy po prostu rozmawiałem sobie z przyjacielem. Czterolatek wychodzący z domu bez słowa wieczorem – mówiłem ci, że mieli tam ze mną niezłą szkołę życia (śmiech).

 

- Odważne było z ciebie dziecko.

- Nikt mi nie wierzy, ale tata ma zdjęcia, jak w wieku dwóch i pół roku jeździłem rowerkiem bez tych dodatkowych kółek z tyłu. Wychowywałem się w specyficznych warunkach – Portugalia to taki kraj, że mieszkając na wsi dostajesz od rodziców dużo więcej wolności niż dzieciaki z miast. Jest bezpieczniej, społeczność jest mała, więc dosłownie każdy cię zna. Idziesz ulicą i wszyscy wiedzą: o, to Rafael, syn Manuela. Miało to też swoje złe strony, bo mogłem być pewny, że jeśli coś przeskrobię, na pewno wieści szybko trafią do mojego ojca (śmiech). Tata i mama bardzo dużo pracowali, także większość czasu spędzałem sam. Dużo przesiadywałem wtedy u dziadków, ale wieczorami zamiast z nimi, wolałem być z kolegami. Chodziliśmy na rowery, graliśmy w piłkę – sami musieliśmy sobie organizować czas.

 

- Takie wychowanie pomogło Ci potem w trakcie kariery?

- Myślę, że tak. To kim jesteś teraz, stanowi lustrzane odbicie przeszłości – tego jak byłeś wychowywany, środowiska w jakim dorastałeś. Jako dziecko obserwowałem dorosłych – widziałem jak ciężko pracują moi rodzice czy dziadkowie i zrozumiałem, że wszystko co mamy, bierze się właśnie z tej ciężkiej pracy. Uważam, że to co osiągnąłem zawdzięczam tylko jej. Nie byłem jak inne dzieciaki, których rodzice pracowali na przykład jako biznesmeni czy lekarze, dzięki czemu mieli oni szansę na treningi w Porto czy Benfice. Oczywiście nie próbuję teraz powiedzieć, że grają tam tylko dzieci bogatych rodziców – bo to nieprawda – jednak takim chłopcom było po prostu łatwiej. Klub przyjmował ich na tydzień i jeżeli się nie nadawali, zwyczajnie im dziękował, ale gdy mieli pewien potencjał, wówczas otrzymywali możliwość szkolenia się w topowych akademiach. Ja nie dostałem takiej szansy, więc wszystko musiałem wywalczyć sobie sam, krok po kroku. Nigdy nie miałem problemu z ciężką pracą – tej nauczyła mnie bowiem moja rodzina. Szybko zrozumiałem, że żeby osiągnąć cokolwiek, muszę dawać z siebie nawet więcej niż inni.

Zdjęcie

- Dostałem pierwszy profesjonalny kontakt i pomyślałem: okej, to teraz chyba jestem piłkarzem. Zrozumiałem, że spełniło się pierwsze z moich marzeń i wtedy kompletnie się zmieniłem.

- Czy zaczynając z bardzo niskiego pułapu nie miałeś czasem takich myśli: może jednak się nie nadaję? Może to nie jest droga, którą powinienem iść w życiu?

- Nie. Myślę, że kluczem było to, by po prostu się nad tym nie zastanawiać. Takie myślenie jest nakładaniem na siebie dodatkowej presji, której naprawdę nie potrzebuje mieć nad sobą żadne dziecko. Miałem w głowie tylko jedno: chciałem grać w piłkę. Nieważne czy w klubie, czy z kumplami na boisku. Szczerze? Czasem wolałem nawet odpuścić trening i iść pokopać z kolegami. Bo piłka powinna przede wszystkim dawać dziecku radość, a tę najbardziej odczuwałem grając w naszej wiosce. Wiem, że może nie było to najlepsze, ale od zawsze wychodziłem z założenia, że trzeba kochać to co się robi, a najwięcej tej miłości spływało na mnie właśnie podczas gry wśród kumpli. Jasne, miałem swoje pragnienia – marzyłem przecież o byciu profesjonalnym piłkarzem, marzyłem o grze dla reprezentacji. Ale to były marzenia a nie obsesja.

 

- Kiedy marzenia zaczęły się spełniać?

- Wiedziałem, że na wszystko potrzeba czasu. Z czasem z małego lokalnego klubu trafiłem do Varzim, gdzie zacząłem stawiać kolejne kroki naprzód, aż w pewnym momencie przebiłem się do pierwszej drużyny. Wtedy w Portugalii oprócz pucharu i ligi były jeszcze jedne rozgrywki, w których zespoły wystawiały głównie rezerwowe składy. Zagrałem, zdobyłem bramkę, potem wszedłem znowu i trafiłem kolejny raz. Dostałem pierwszy profesjonalny kontakt i pomyślałem: okej, to teraz chyba jestem piłkarzem. Zrozumiałem, że spełniło się pierwsze z moich marzeń i wtedy kompletnie się zmieniłem. Powiedziałem sobie: Rafa, żarty się skończyły, coś osiągnąłeś, nie możesz już tego zepsuć. Koniec z imprezami w weekendy, czas poświęcić się piłce w stu procentach. Kończysz szkołę i patrzysz już tylko na futbol. Nie odpuściłem tylko jednej rzeczy – nigdy nie przestałem grać razem z kumplami na naszym boisku. Rodzina tego nie lubi, bo i tak rzadko przyjeżdżam do domu, a nawet wtedy nie potrafię sobie tego odmówić. Na Boże Narodzenie też zagramy przynajmniej jeden mecz (śmiech).

 

- To oni zaczęli Cię nazywać „Mustafa”?

- Nie, wymyślił to gość, którego w Legii już poznaliście – Salvador Agra. Graliśmy razem w Varzim, a ja jako dzieciak miałem bardzo długie, kręcone włosy – jeszcze większe afro niż David Luiz (śmiech). Na pierwszym treningu w klubie Salvador krzyknął: zobaczcie, gość wygląda jak Mustafa! Nie wiem czy chodziło mu o Mufasę z Króla Lwa, czy to było nawiązanie do czegoś zupełnie innego – bo Salva to naprawdę zwariowany typ – ale faktem jest, że ksywka przylgnęła do mnie na bardzo długo. Umarła śmiercią naturalną dopiero w momencie, w którym ściąłem włosy.

Zdjęcie

- Po końcowym gwizdku meczu z Lechem byłem bardzo szczęśliwy. Z żoną rozmawialiśmy wtedy o Bogu. O tym ile znów od niego dostałem.

- Salvador i tak nie był najbardziej szalonym gościem, którego spotkałeś w Portugalii.

- Grałem wtedy w Vitorii Setubal. Sam byłem jeszcze nastolatkiem, ale drużyna składała się w zdecydowanej większości z doświadczonych zawodników, którzy mieli za sobą naprawdę niesamowite kariery. Trenerem był wtedy Jose Mota, bardzo wymagający gość mający swoje zasady – jedną z nich był na przykład absolutny zakaz używania telefonu w szatni. Nie zastosował się do niego Tiago Targino, którego swoją drogą na pewno pamięta trener Saganowski – grał z nim razem w Vitorii Guimaraes i na pewno potwierdzi, że Tiago też był niezłym wariatem (śmiech). Pewnego dnia ładował sobie telefon w rogu szatni i jednocześnie z kimś rozmawiał. Nagle do szatni wszedł Jose Mota i od razu krzyknął: Targino, zostaw ten telefon! Facet niewiele myśląc rzucił aparat, ale nie zdążył się rozłączyć i z dyndającej na kablu komórki, cały czas ktoś gadał. Trener podszedł i pyta: z kim tam do cholery rozmawiasz? Tiago na to, że z nikim i błyskawicznieodrzucił połączenie. Ale Jose Mota był nieubłagany i kazał mu wybrać ostatni numer jeszcze raz. Mój kolega próbował z nim dyskutować, ale nic to nie dało i za chwilę trener miał już przy uchu słuchawkę. Zaczął się drzeć, że co to ma być, że jak ktoś w ogóle śmie dzwonić w porze treningu. A gość po drugiej stronie nie miał pojęcia z kim rozmawia i puścił mu taką wiązankę, że Targino, który wszystko słyszał, zrobił się biały jak kreda (śmiech). Pewnie pomyślał sobie, że to jego koniec, ale ostatecznie śmiał się z tego nawet sam trener. W każdym razie więcej nie użył już w szatni telefonu (śmiech).

 

- Ty natomiast zawsze robisz to przed meczem. Dzwonienie do żony stanowi pewien rytuał?

- Tak bym tego nie nazwał. Dzwonię do niej, bo lubię z nią rozmawiać, poza tym zawsze pytam czy z nią i dzieciakami wszystko w porządku. Nie jest to żaden rytuał, coś na zasadzie, że o Boże, muszę zadzwonić, bo jak nie to na pewno zagram słabo. Dzwonię, bo przed spotkaniem muszę kompletnie się wyłączyć, a chcę zrobić to z myślą, że z moją rodziną jest wszystko dobrze. Od momentu, w którym nacisnę czerwoną słuchawkę, liczy się już tylko mecz.

 

- Co zatem powiedziałeś żonie przed meczem z Lechem?

- Szczerze mówiąc nie pamiętam, ale w rozmowie po końcowym gwizdku byłem już bardzo szczęśliwy. Na pewno rozmawialiśmy wtedy o Bogu. O tym ile znów od niego dostałem.

Zdjęcie

- Wiedziałem, że moja chwila w końcu przyjdzie i – szczerze mówiąc – miałem przeczucie, że stanie się to w bardzo ważnym momencie.

-  Widzę, że wracamy do momentu, w którym zaczęliśmy naszą rozmowę. Ta bramka była dla Ciebie realizacją pewnego marzenia wspomnianą drogą naokoło, według planu kogoś z góry?

- Myślę, że tak, na sto procent. Zmagałem się sam ze sobą od początku sezonu. Trafiłem do Legii z urazem, którego leczenie zajęło mi więcej czasu niż przypuszczałem. W końcu zacząłem normalnie trenować, ale kontuzja znowu się odnowiła i straciłem przez nią kolejne dwa tygodnie. Nie miałem możliwości pokazania tego co potrafię, widziałem jak grają moi koledzy i też chciałem być tam gdzie oni. Przez prawie dwa miesiące nie wszedłem na boisko, więc potrzebowałem czasu, żeby dojść do siebie – przecież treningi wznowiłem dopiero pod koniec września. Musiałem odbyć coś w rodzaju własnego okresu przygotowawczego, żeby w ogóle dorównać partnerom z zespołu. Czułem, że krok po kroku idę do przodu, ale bardzo potrzebowałem pierwszej bramki. Po paru meczach bez niej zaczynasz sobie mówić: musisz w końcu strzelić, no strzel wreszcie jakiegoś gola. Czułem się coraz lepiej, wiedziałem, że niebawem trafię, aż tu nagle zachorowałem. Nie był to co prawda covid – miałem trzy negatywne testy, gdyby ktoś miał wątpliwości – ale musiałem siedzieć w domu dziesięć dni, przez co straciłem kolejne dwa mecze. I wtedy pomyślałem: no nie mam szczęścia, w którymś momencie chyba mi go zabrakło. W takich momentach najłatwiej jest się poddać i kiedy jesteś tego coraz bliżej, musisz sam sobie udowodnić, że po pierwsze wierzysz w siebie, a po drugie w Boga. Po tych dziesięciu dniach wróciłem do drużyny i przyznam, że bardzo brakowało mi pewności. Znowu straciłem dwa mecze, znowu musiałem pracować, żeby dojść na poziom, na którym przed chwilą już byłem. I chociaż motywacja bardzo mi spadła, zacisnąłem zęby: ogarnij się człowieku, przecież wiesz, że Bóg ma na ciebie dobry plan. Wiedziałem, że moja chwila w końcu przyjdzie i – szczerze mówiąc – miałem przeczucie, że stanie się to w bardzo ważnym momencie.

 

- W takim razie co sobie pomyślałeś, kiedy przy remisie wyszliście z kontrą dwóch na jednego i trafiłeś prosto w obrońcę?

- Byłem zły. Wiedziałem jak dobrą sytuację zmarnowałem i czułem, że brakuje mi tej pewności siebie. Gdybyś teraz postawił mnie w takiej sytuacji, to podałbym celnie w dziesięciu na dziesięć przypadków. Ale wtedy grałem bardzo mało, do meczu z Lechem miałem rozegranych w sumie może z 60 minut. Już w momencie gdy podałem piłkę do Pawła Wszołka czułem, że zrobiłem źle. Jestem szczerą osobą – wiem kiedy gram dobrze, wiem też kiedy popełniam błędy. Nikt nie musiał mi mówić, że zmarnowałem świetną okazję, bo sam miałem tego pełną świadomość. Ale mecz trwał i nie mogłem się poddać. Powiedziałem sobie, że teraz muszę zrobić coś, by pomóc mojej drużynie.

Zdjęcie

- Kiedy piłka nadlatywała ze skrzydła, zdążyłem się jeszcze obrócić przez ramię żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie ma za mną obrońcy. Zobaczyłem, że jestem sam i leci do mnie perfekcyjne dośrodkowanie. Wtedy to poczułem – że tak, to jest ten moment.

Kiedy Filip Mladović wrzucił piłkę w pole karne czułeś, że jak nie teraz to już chyba nigdy?

- Dokładnie. Szczerze mówiąc, zagrał mi idealną wrzutkę. Idealną. Po meczu powiedziałem mu zresztą, że 70 procent tej bramki należy do niego. Kiedy piłka nadlatywała ze skrzydła, zdążyłem się jeszcze obrócić przez ramię żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie ma za mną obrońcy. Zobaczyłem, że jestem sam i leci do mnie perfekcyjne dośrodkowanie. Wtedy to poczułem – że tak, to jest ten moment.

 

- I dwie sekundy później spadł Ci z serca głaz.

- To było coś takiego, jakby ktoś szeroko otworzył okno, wpuścił świeże powietrze i zdjął mi z pleców gigantyczny ciężar, który po prostu rozpadł się na kawałki. Niesamowicie ważny moment, dzięki któremu będę mógł postawić kolejne kroki na drodze po następne cele. Wiadomo, wielka radość, ale ona skończyła się dość szybko. Jeszcze po meczu rozmawiałem z trenerem, któremu powiedziałem: Muszę koniecznie się poprawić, nie mogę podawać tak jak przy tej kontrze, którą zmarnowałem. Najłatwiej byłoby skupić się tylko na bramce, ale uważam, że najciężej trzeba pracować nad tym, co nie wyszło.

 

- A pracowało Ci się odtąd zupełnie inaczej niż przed bramką z Lechem?

- Z jednej strony każdy z nas stara się tak samo, ale z drugiej inaczej czujemy się po wygranych, inaczej zaś po porażkach. Gdy jesteś napastnikiem i wychodzisz na trening po strzeleniu gola w weekend, też robisz to w nieco inny sposób. No i masz więcej pewności siebie, o której już rozmawialiśmy. Dzięki niej masz odwagę na rzeczy, których wcześniej nawet być nie spróbował. A piłka polega właśnie na próbowaniu. Chcesz uderzyć z 40 metrów? Próbuj. Przecież nigdy się nie dowiesz czy jest to możliwe, jeśli w ogóle nie spróbujesz.

Zdjęcie

- Oczywiście, żywię do Cracovii bardzo ciepłe uczucia, ale gdy stanę naprzeciw niej, nie będę się wahał. Gdyby udało mi się trafić do bramki, z szacunku dla zespołu z pewnością nie mógłbym się cieszyć, natomiast wszyscy mogą być pewni jednego – w dogodnej sytuacji noga mi nie zadrży.

- Teraz przed Tobą kolejna próba, która będzie chyba dosyć emocjonalnym meczem. Często mówiłeś o tym, że dużo zawdzięczasz Cracovii.

- Bo to prawda. Ten zespół dał mi szansę zagrania w Ekstraklasie po bardzo słabym sezonie, który miałem. Rozmawialiśmy już kiedyś o operacji mojego syna i tym jak bardzo się nią martwiłem, nie potrafiąc skupić się na futbolu. Teraz wszystko jest już dobrze, ale wtedy miałem w głowie przede wszystkim dobro dziecka i zamiast w stu procentach koncentrować się na piłce, myślałem o niej może w pięćdziesięciu. Grałem słabo, nie strzelałem goli, a z końcem sezonu wygasał mój kontrakt. Nie miałem żadnej dobrej oferty, aż nagle skontaktowała się ze mną Cracovia. Jeszcze w maju gdy trwała liga, klub oznajmił, że chce ze mną współpracować. Już pod koniec miesiąca podpisaliśmy umowę, co było naprawdę olbrzymim kredytem zaufania. Zespół wyciągnął do mnie rękę, zaufał mi i powiedział, że możemy pomóc sobie nawzajem. Wydaje mi się nawet, że w tamtym czasie wierzyli we mnie bardziej niż ja sam. Dla mnie znaczyło to naprawdę wiele. W pierwszym meczu eliminacji miałem asystę, debiut w Ekstraklasie skończyłem z golem. Pomyślałem sobie: dostaję więcej niż mogę prosić po tak słabym sezonie. W marcu otrzymałem opaskę kapitańską, wybrano mnie odpowiednią osobą do tego, by przewodzić drużynie. Nigdy tego nie zapomnę i zawsze będę wdzięczny temu klubowi, niezależnie od tego gdzie akurat będę grał. Dziś jestem w Legii dzięki Cracovii i trenerowi Probierzowi.

 

- Wiedza o klubie i ciepłe uczucia, które do niego żywisz, w niedzielę bardziej Ci pomogą czy przeszkodzą?

- Gdy zabrzmi gwizdek, będę się czuł jak podczas każdego spotkania. Oczywiście, przed meczem na pewno porozmawiam z kolegami, bo znam w klubie chyba każdego, a oni znają mnie. Jestem na takim etapie kariery, że kilka razy miałem okazję gry przeciwko byłym zespołom, więc teraz nie zrobi to na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. Oczywiście, żywię do Cracovii bardzo ciepłe uczucia, ale gdy stanę naprzeciw niej, nie będę się wahał. Gdyby udało mi się trafić do bramki, z szacunku dla zespołu z pewnością nie mógłbym się cieszyć, natomiast wszyscy mogą być pewni jednego – w dogodnej sytuacji noga mi nie zadrży.

Zdjęcie
Udostępnij

Autor

Jakub Jeleński

15razyMistrz Polski
19razyPuchar Polski
4razySuperpuchar Polski
pobierz oficjalną aplikację klubu
App StoreGoogle PlayApp Gallery
© Legia Warszawa S.A. Wszelkie prawa zastrzeżone.