Wszystkich Świętych: Niebiańska Legia - Legia Warszawa
Plus500
Wszystkich Świętych: Niebiańska Legia

Wszystkich Świętych: Niebiańska Legia

Dzień Wszystkich Świętych, zgodnie z sentencją NON OMNIS MORIAR - nie wszystko w nas umiera, uzmysławia nam, że choć fizycznie rozstaliśmy się z bliskimi, duchowo jesteśmy z nimi. Nosimy ich w swoich sercach, wspominamy, modlimy się za ich odpoczynek po ziemskiej wędrówce. Czasem, który temu sprzyja, jest dzień 1 listopada.

Autor: Wiktor Bołba

Fot. Mateusz Kostrzewa, Eugeniusz Warmiński/Archiwum Legii

Główny sponsor Plus500
  • Udostępnij

Autor: Wiktor Bołba

Fot. Mateusz Kostrzewa, Eugeniusz Warmiński/Archiwum Legii

Dzień 1 listopada, jest dniem nasyconym smutkiem i nostalgią, a nawet cierpieniem, z powodu odejścia tych, którzy byli nam bliscy, których talenty i umiejętności podziwialiśmy oraz tych, których uwielbialiśmy. W tym dniu staramy się pogodzić z naszą bezradnością w obliczu tego, co nieuniknione. W codziennym pośpiechu, któremu się poddajemy, jest brak miejsca na rozmyślania o przemijaniu. Żegnając kogoś na zawsze, zagłuszamy cierpienie rzucając się w wir życia. Właśnie ten dzień listopadowy skłania do refleksji nad tym, od czego każdy z nas ucieka. Ceniąc własne życie, musimy nauczyć się pielęgnować wspomnienia o tych już nieobecnych, którzy czasem przychodzą do nas we śnie. Wracają wspomnieniem w najbardziej nieoczekiwanym momencie.

A teraz w Dniu Wszystkich Świętych, są z nami w każdej chwili. Gdy oglądamy pożółkłe zdjęcia, rozmawiamy z nimi nad mogiłą. Pamiętajmy, że bez wspomnień o zmarłych tracimy część swojego życia. Przywołajmy ich, naszych zmarłych legionistów tworzących tam w górze „niebiańską drużynę Legii” i zajrzyjmy na ich „zielone boisko raju”.

Zdjęcie

Wszyscy pamiętamy Trenera Tysiąclecia Kazimierza Górskiego, który przez swoje ziemskie życie przeszedł w glorii człowieka od zawsze związanego z Legią. Pan Kazimierz odchodząc do wieczności został przez Boga mianowany trenerem „niebiańskiej Legii”, obok niego w roli asystentów Najwyższy usadził trenerów: Ignacego Ordona, Rudolfa Kaperę, Tadeusza Chruścińskiego, którego duch unosi się nad stadionem Legii przy okazji wspomnień 50-lecia zdobycia przez jego drużynę juniorów pierwszego w historii klubu tytułu mistrza Polski. Skład trenerski uzupełnia najmłodszy z nich, Janusz Wójcik. To jedna z barwniejszych postaci, jakie kiedykolwiek pojawiły się przy Łazienkowskiej. W sztabie „niebiańskiej Legii” znaleźli się także menedżer Janusz Olędzki i pełniący rolę kierownika drużyny Ireneusz Zawadzki. O zdrowie dusz „niebiańskich legionistów” dba doktor Henryk Soroczko, który do ostatnich swoich dni żył Legią. Teraz, chociaż przeszedł do lepszego świata, w którym nie ma chorób, cierpienia i łez, nadal leczy niebiańskie dusze.

Trudno jest dziś wyobrazić sobie „niebiańską drużynę Legii” bez bramkarza Władysława Grotyńskiego. Nadal wyrzuca piłkę dalekim łukiem w głąb „zielonego boiska raju”, żywiąc nadzieję, że podaniem tym przyczyni się do zwycięstwa Legii w „niebiańskiej ekstraklasie”. Władek zmarł, lecz pozostało po nim mnóstwo opowieści. Gdy spojrzymy na jego życie, można zauważyć, że sukcesy sportowe szły ręka w rękę z niepowodzeniami życiowymi. Jego zmiennikiem w „niebiańskiej bramce” pozostaje wychowanek Legii, swego czasu najmłodszy debiutant w drużynie ekstraklasy „wojskowych”, Stasio Fołtyn.

Zdjęcie

Wśród obecnych, którzy grają tam na górze, pewnie szczególnymi względami Boga cieszy się Henryk Grzybowski. Pan Henio, Warszawiak z krwi i kości spędził w Legii całe swoje sportowe życie. Zaczynał kopać piłkę w drużynie trampkarzy i tak kolejno przeskakując kolejne szczeble trafił do drużyny seniorów, zdobywając z nią historyczne dublety w latach 1955 i 1956. Właśnie Pana Henryka trener Kazimierz Górski nominował na kapitana drużyny „niebiańskiej Legii”. To Pan Henryk po otrzymaniu piłki od Grotyńskiego, rozpoczął grę Legii na „zielonych boiskach raju”, podając do młodszego z braci Blautów - Zygfryda, który za najbardziej rozsądne uznał podać ją do swojego brata Bernarda.

Bernard Blaut, wzór ziemskiej dobroci, kiedy poczuł się źle nie od razu poszedł do lekarza. Miał nadzieję, że trapiący go od jakiegoś czasu ból przejdzie sam. W końcu już nie mógł dalej zwlekać. Postawiono diagnozę - nowotwór. Kiedy ją usłyszał, postanowił zrobić rachunek życia. „Co dobrego zrobiłem?” - wyszło, że bardzo dużo. Przede wszystkim był opiekunem tych, którym nie powiodło się na padole. Jak mógł wspierał duchowo i finansowo życiowych bankrutów Grotyńskiego i Korzeniowskiego. Dzięki niemu Kazimierz Deyna pozostał w Legii, nie lądując w zielonym garnizonie, jak chciało dowództwo WKS Legia. Bernard Blaut, podaną przez brata piłkę podbił lekko do góry, rzucając do Wiesława Korzeniowskiego. Ten przyjął piłkę na pierś, sprowadził na murawę i serią zwodów wymknął się rywalowi.

Zdjęcie

Wiesiek Korzeniowski był chłopakiem, którego kochał cały Czerniaków. Miał nieprzeciętny talent - to go wyróżniało pośród wszystkich młodych trenujących przy Łazienkowskiej. Swego czasu był najważniejszą postacią w drużynie Legii. Do „drużyny niebiańskiej” wymknął się ukradkiem, zapomniany przez wszystkich na tym padole. Patrząc jak gra na „zielonych boiskach raju”, pamiętając o człowieku, nie zapominajmy o jego duszy. Dusza to także historia człowieka. Niekiedy tak smutna jak Stanisława Terleckiego. To właśnie dzięki znakomitemu dryblingowi Stasiek porywał za sobą tysiące widzów zasiadających na trybunach stadionu Legii. Niestety w pewnym momencie lubujący się w dryblingu Stasio tak się mocno zakiwał, że nawet nie zauważył, kiedy znalazł się na marginesie życia. Najsmutniejsze w historii życia człowieka, który kiedyś grał w drużynie z samym Pele jest to, że jego dryblingu zmierzającego na aut nie zauważyli ci, którzy kiedyś z lubością mienili się jego przyjaciółmi.

Zdjęcie

Stasia na lewej stronie boiska „niebiańskiej drużyny Legii” wspierał Henryk Miłoszewicz. Naciskany przez przeciwnika zagrał do środka, do lidera „niebiańskiej Legii” Kazimierza Deyny, przez którego przechodziły niemal wszystkie piłki. To on dzielił i rządził, to jemu musieli podporządkować się pozostali legioniści. To on minął kilku rywali, po czym strzelił tak silnego i precyzyjnego „rogala”, że mimo rozpaczliwej obrony bramkarza piłka wpadła w okienko bramki. Zwykli śmiertelnicy odchodzą z tego świata w ciszy i spokoju. Wielcy tego świata, a do takich z pewnością zaliczał się Kazimierz Deyna, który zginął tragicznie, wzbudzają medialny szum, co zapewnia im nieśmiertelność. Tak właśnie odszedł w szeregi „niebiańskiej Legii” Kazik, którego pamięć i duch nieustannie unoszą się nad stadionem Legii i przy dobrej pogodzie widać go daleko w Manchesterze, aż hen po miasto Aniołów.

Przed legionistami grającymi na „zielonych boiskach raju” otworzyła się wielka przestrzeń. Tam widzą, że tak naprawdę nie ma żadnych barier czy granic. To już jest coś, co pozwala im być ponad tym wszystkim…

Zdjęcie

Piękny to był mecz. Piłkarze Legii wygrali w „niebiańskiej ekstraklasie”, a później zniknęli we wnętrzu puchatej jak pierzyna chmurze. Podobnie jak na ziemskim padole piłkarzy biegających po „zielonych boiskach raju” uskrzydla „niebiański doping”, wynoszący w przestworza, przenikliwy dźwięk.

Wśród setek kibiców Legii, którzy dostąpili Królestwa Niebieskiego, są również liderzy spod „Żylety”. Myśląc o Wojtku „Legii” Wisińskim mam pretensje do Boga, że zabrał mi jednego z najbliższych przyjaciół. Kumpla, z którym przemierzyliśmy za Legią tysiące kilometrów, z którym wiele przeżyliśmy przygód na kibicowskim szlaku. Wojtka, który nazywał mnie „duchem Deyny”. Dziś Wojtek dopinguje jaśniej z blaskiem. Uczy innych, jak korzystać z ziemskiego uwolnienia. Kolejnym wielkim starej „Żylety” jest Janek „Angor”. Myśląc o „Angorze” mam ciągle w pamięci moment, kiedy Bóg zabrał go do nieba. Krzysiek „Gigant”, chociaż na początku lat 70. tworzył sektor pod „Żyletą”, odszedł w całkowitym zapomnieniu. Staśka „Górala” ciągnęło do ludzi, kochał życie. Jednak w chwili przejścia był zupełnie bezbronny. Poszedł posłusznie w nieznane. Ta samą droga poszli inni tuzy „Żylety”: Bogdan „Papa”, Andrzej „Muzyk”, Grzesiek z Wroniej, „Szalony”, „Mazur”, Piotrek „Czacha”, Kwapisz, Kulon. Ich doświadczenie przydaje się wszystkim, którzy zapełniają „niebiańskie trybuny”. Przywołując cud pamięci, pamiętajmy o wszystkich, którzy nie zostali tutaj wymienieni. Są przecież cząstką nas. Ci, którzy odeszli, uczą nas żyjących mądrości przemijania. Niech wraz z płonącymi zniczami zapłoną wiarą nasze serca. Cześć Ich pamięci!

Udostępnij

Autor

Wiktor Bołba

16razyMistrz Polski
20razyPuchar Polski
5razySuperpuchar Polski
pobierz oficjalną aplikację klubu
App StoreGoogle PlayApp Gallery
© Legia Warszawa S.A. Wszelkie prawa zastrzeżone.