
Nie da się wyobrazić sobie dziś Legii bez Artura Jędrzejczyka. Kapitan naszego zespołu w długiej rozmowie podsumował kończący się rok. Porozmawialiśmy o braku mistrzostwa, publikacjach prasowych, relacji z kibicami czy planach na przyszłość. Zapraszamy na pierwszą część naszej rozmowy.
Legia.com: - Jak podsumowałbyś rok 2019?
Artur Jędrzejczyk: - Już na samym początku mnie zaskoczyłeś (śmiech). Cały rok?
- Tak.
- Wiemy, jaki był rok 2019 i wszyscy wiemy, czego nam zabrakło. Nie zdobyliśmy mistrzostwa Polski więc nie możemy powiedzieć, że był on udany. Sami spodziewaliśmy się, że je zdobędziemy i naprawdę o nie walczyliśmy. Ehh... 2019 nie był udany do maja. Teraz musimy się zrehabilitować i zrobić wszystko, aby tytuł wrócił do Warszawy. Gdybym miał podsumować ten rok, powiedziałbym - 50/50. Piłkarze, kibice, wszyscy związani z Legią - każdy chciał mistrzostwa. Szkoda, wielka szkoda... Mam nadzieję, że jak spotkam się z tobą za rok, w grudniu 2020, odpowiem na to pytanie zupełnie inaczej.
- Wzloty, upadki, wzloty, upadki, wzloty... Taka sinusoida męczy człowieka psychicznie?
- W takich sytuacjach w swoim życiu znajdowałem się już wiele razy. Nie miałem z tym problemu. Wiadomo, mieliśmy gorsze momenty w poprzednim sezonie i przytrafiały nam się porażki. Mimo to wierzyłem, wszyscy wierzyliśmy, że zdobędziemy tytuł. Tak się jednak nie stało, to boli mnie najbardziej.
Naprawdę nie wiem, co stało się później. Nie umiem wytłumaczyć tego, że nie utrzymaliśmy jej do końca sezonu. Znaleźliśmy się na ostatniej prostej do mistrzostwa, ale później przytrafiły nam się porażki, z kolei Piast w ostatnich siedmiu meczach odniósł sześć zwycięstw. Zabrakło niewiele... Obecny sezon jest dla nas nadzieją i okazją do rehabilitacji.
Naprawdę nie wiem, co stało się później. Nie umiem wytłumaczyć tego, że nie utrzymaliśmy jej do końca sezonu. Znaleźliśmy się na ostatniej prostej do mistrzostwa, ale później przytrafiły nam się porażki, z kolei Piast w ostatnich siedmiu meczach odniósł sześć zwycięstw. Zabrakło niewiele... Obecny sezon jest dla nas nadzieją i okazją do rehabilitacji.
- Wydawało się, że poprzedni sezon nie będzie różnił się od trzech wcześniejszych. Wyrównana rywalizacja, Legia goni rywali w tabeli. Najważniejszy miał być mecz z Lechią w Gdańsku. Też tak myśleliście?
- To był bardzo ważny mecz. Wygraliśmy go i zostaliśmy liderem z trzema punktami przewagi. Naprawdę nie wiem, co stało się później. Nie umiem wytłumaczyć tego, że nie utrzymaliśmy jej do końca sezonu. Znaleźliśmy się na ostatniej prostej do mistrzostwa, ale później przytrafiły nam się porażki, z kolei Piast w ostatnich siedmiu meczach odniósł sześć zwycięstw. Zabrakło niewiele... Obecny sezon jest dla nas nadzieją i okazją do rehabilitacji.
- Po świetnym meczu wygrywacie z Lechią i zostajecie liderem, ale już w pierwszych minutach dochodzi do kontrowersji w polu karnym. Czy dotknęło Cię to w jakikolwiek sposób personalnie?
- Nie, absolutnie. Mam do takich sytuacji bardzo duży dystans. Oczywiście, sędzia mógł wtedy podyktować rzut karny, ale to był sam początek meczu. Chociażby w niedawnym spotkaniu ze Śląskiem Wrocław również arbiter podyktował „jedenastkę” przeciwko nam w pierwszych minutach. Radosław Majecki obronił strzał Roberta Picha i ostatecznie wygraliśmy. W trakcie spotkania dzieją się różne sytuacje. My musimy być przygotowani na każdy scenariusz.
- Czy medialna nagonka w kluczowym momencie sezonu, po arcyważnym zwycięstwie, miała wpływ na zespół?
- Myślę, że nie. Nie, ponieważ naszym zdaniem wygraliśmy tam całkowicie zasłużenie. Ludzie mówili, że gdyby Daniel Stefański podyktował wtedy rzut karny, Lechia strzeliłaby gola i mecz potoczyłby się zupełnie inaczej. Jasne, może by tak było, ale tak się nie stało. Takich sytuacji jest wiele, ale tak głośno robi się o nich tylko w przypadku, gdy mowa jest o Legii. Nie przejmowaliśmy się tym, co działo się dookoła. Bardziej ruszyło nas to, co wydarzyło się w kolejnych kolejkach.
- Porażka z pierwszoligowcem w Pucharze Polski czy przegrane mistrzostwo na samym finiszu. Co bolało Cię bardziej?
- Grając w Legii walczysz o trofea, tu nie liczy się nic innego. O ile jeszcze w Pucharze Polski niespodzianki się zdarzają i drużyny z ekstraklasy przegrywają czasami z zespołami z 2. czy 3. ligi, tak Raków Częstochowa był w tamtym okresie naprawdę mocny. Dodatkowo grali na własnym stadionie, notowali serię zwycięstw, doszło do dogrywki, straciliśmy gola w końcówce i niestety stało się. Gdybym miał wskazać, co bolało bardziej, powiedziałbym, że przegrane mistrzostwo. Najpierw wygrywasz w Gdańsku z Lechią, wskakujesz na pozycję lidera, a później nie wygrywasz ani jednego meczu do końca sezonu. Ciężko powiedzieć coś sensownego. Boli nas każde niepowodzenie. Od tych wydarzeń minęło już trochę czasu, ale nadal siedzi to w mojej głowie. Z jednej strony myślisz o tym, że byłeś tak blisko, a z drugiej chcesz już o tym zapomnieć. W tym sezonie zrobimy wszystko aby udowodnić, że znów chcemy być najlepsi w Polsce.
- Czy niepowodzenia w życiu zawodowym wpływają na Twoją postawę w życiu prywatnym?
- Nie można przejść obojętnie obok tego, że grając w Legii nie zdobywasz mistrzostwa Polski. Po to jesteśmy w tym miejscu, aby zdobywać jak najwięcej trofeów, aby grać w europejskich pucharach. Znasz mnie, mam gdzieś, kto, co i gdzie o mnie wypisuje, ale nie mam gdzieś tego, że przegraliśmy tytuł. Jestem w tym klubie już na tyle długo, że wiem, czego się tu oczekuje. To dla mnie bardzo ważne i nie ukrywam, że zdarza mi się o tym rozmyślać. Nie może to jednak trwać zbyt długo, w końcu mamy już przecież kolejny sezon.
To normalne, że kilku zawodników odchodzi z klubu, a w ich miejsce przychodzą kolejni. Zmiany są wpisane w nasz zawód. Wiadomo, że do twojego zespołu czasami dołączy piłkarz lepszy, a czasami gorszy. Czy można nazwać to rewolucją?
To normalne, że kilku zawodników odchodzi z klubu, a w ich miejsce przychodzą kolejni. Zmiany są wpisane w nasz zawód. Wiadomo, że do twojego zespołu czasami dołączy piłkarz lepszy, a czasami gorszy. Czy można nazwać to rewolucją?
- No właśnie. Nowy sezon, nowe nadzieje, ale i wielu nowych piłkarzy. Czy to, co wydarzyło się w letnim okienku transferowym, można nazwać „rewolucją”?
- W naszej drużynie co pół roku są duże zmiany. To normalne, że kilku zawodników odchodzi z klubu, a w ich miejsce przychodzą kolejni. Zmiany są wpisane w nasz zawód. Wiadomo, że do twojego zespołu czasami dołączy piłkarz lepszy, a czasami gorszy. Czy można nazwać to rewolucją?
- Używając tego słowa myślałem o odejściu takich zawodników jak Michał Kucharczyk czy Arkadiusz Malarz - zasłużonych dla klubu, emocjonalnie z nim związanych.
- To, tak jak mówiłem, jest wpisane w naszą dyscyplinę sportu. Przecież ja sam półtora roku temu nie mogłem być pewien tego, że zostanę w Legii na dłużej. To prawda, chłopaki byli związani z Legią i ogromny szacunek dla nich za to, co osiągnęli. To nie była moja decyzja. Ich kontrakty się kończyły i nie zostały przedłużone. Teraz „Kuchy” i Arek grają już w innych drużynach i oczywiście życzę im jak najlepiej. Mam nadzieję, że kiedyś wrócą na Łazienkowską i znów będą częścią naszego klubu. Z pewnością na to zasługują.
- Na początku sezonu wciąż nie wyglądało to tak, jakbyście z pewnością sobie tego życzyli. Zaczęliście od remisu na Gibraltarze, później to samo przytrafiło wam się w Finlandii. Co wtedy myśleliście?
- Przede wszystkim ludzie oceniali nas przez pryzmat tego, że zremisowaliśmy z zespołem z Gibraltaru. Spójrzmy na to z tej strony - drużyna z Luksemburga, czyli kraju piłkarsko podobnego do Gibraltaru, drugi rok z rzędu gra w fazie grupowej Ligi Europy UEFA. Nie można mówić o takich zespołach, że są słabe. W porządku, zremisowaliśmy tam, ale nie traciliśmy w ogóle goli i przechodziliśmy kolejne rundy eliminacji. To było dla nas najważniejsze, ponieważ pierwsze mecze w kwalifikacjach graliśmy przed rozpoczęciem rozgrywek ligowych. Takie mecze, na sztucznej murawie, w bardzo gorącej temperaturze, naprawdę nie są łatwe. Mimo remisu w pierwszym meczu przeszliśmy do kolejnej rundy. Pierwszego gola straciliśmy dopiero w rewanżowym spotkaniu z Rangers FC.
- To, że o braku awansu do fazy grupowej Ligi Europy UEFA zadecydował jeden stracony gol sprawił, że zawód był jeszcze większy?
- Myślałem o tym i stwierdziłem, że wolałbym tego gola stracić wcześniej. Kto wie, jak potoczyłby się ten mecz, gdybyśmy po strzale Alfredo Morelosa mieli chociaż z 15-20 minut na odpowiedź. U siebie zagraliśmy z Rangersami naprawdę bardzo dobrze i mieliśmy okazje do zdobycia bramki, ale niestety nie zdołaliśmy ich wykorzystać. W Glasgow rywale może i byli odrobinę lepsi, ale my także potrafiliśmy stworzyć zagrożenie. Staliśmy przed dużą szansą. Bardzo boli to, że straciliśmy gola w ostatniej minucie, ponieważ nie mogliśmy już wtedy zrobić zbyt wiele. Rzuciliśmy całe siły do ataku. Gdybyśmy strzelili gola wyrównującego, to my, a nie Szkoci, cieszylibyśmy się z awansu do fazy grupowej.
Bardzo cieszę się z tego, że adepci Akademii Legii radzą sobie tak dobrze w pierwszym zespole. Teraz kluczowe jest to, aby nadal utrzymywali dobrą formę i chęć ciągłego samodoskonalenia. Widać, że na młodych można stawiać, ponieważ dają oni bardzo dużo jakości.
Bardzo cieszę się z tego, że adepci Akademii Legii radzą sobie tak dobrze w pierwszym zespole. Teraz kluczowe jest to, aby nadal utrzymywali dobrą formę i chęć ciągłego samodoskonalenia. Widać, że na młodych można stawiać, ponieważ dają oni bardzo dużo jakości.
- Od lipca oglądamy „nową” Legię?
- Co to znaczy?
- Całkowicie odmienioną, z wieloma nowymi postaciami. Gdy przygotowywałem się do tej rozmowy, oglądałem skróty meczów z końcówki poprzedniego sezonu. Minęło kilka miesięcy, a wyjściowy skład wygląda zupełnie inaczej.
- Gdybyś obejrzał skróty sprzed roku, półtorej czy dwóch lat, powiedziałbyś to samo. Wydawałoby się, że stosunkowo niedawno w naszym składzie byli Thibault Moulin, Vadis Odjidja-Ofoe, Nemanja Nikolić czy Aleksandar Prijović. Mógłbym wymieniać tak bez końca. Tak jak mówiłem wcześniej, to całkowicie normalne w piłce nożnej. Tak jest co pół roku - jednemu kończy się kontrakt, inny dołączy do drużyny. Zadaniem tych, którzy są wtedy w szatni jest to, aby jak najszybciej scalić tych piłkarzy z resztą zespołu i pomóc im w aklimatyzacji. Musimy stworzyć im takie warunki, aby nowi członkowie zespołu czuli się jak najlepiej. Jesteśmy do tego przyzwyczajeni.
- Przez wiele lat Legii zarzucało się brak zaufania dla młodych. Jak wytłumaczyć to, że teraz nagle, na przestrzeni kilku miesięcy, w dużej mierze to młodzieżowcy stanowią o jej sile?
- Jestem ich opiekunem i odpowiednio ich poukładałem (śmiech). Bardzo cieszę się z tego, że adepci Akademii Legii radzą sobie tak dobrze w pierwszym zespole. Teraz kluczowe jest to, aby nadal utrzymywali dobrą formę i chęć ciągłego samodoskonalenia. Widać, że na młodych można stawiać, ponieważ dają oni bardzo dużo jakości. Cieszy to, że dają radę mimo, iż są dopiero na początku swojej piłkarskiej drogi.
Ciąg dalszy rozmowy we wtorek, 24 grudnia, na Legia.com.