
Do Legii przyszedł w 2007 roku na chwilę i jakoś tak wyszło, że został na dłużej. Obcokrajowcem jest tylko z nazwy, bo w klubie wszyscy zgodnie traktują go jak Polaka. Mimo 38 lat na karku i pracy w sztabie szkoleniowym pierwszej drużyny, ani myśli rozstać się z grą w rezerwach. Dlaczego tak w ogóle jeszcze mu się chce? Jak to jest wykonywać dwie prace jednocześnie i co właściwie się stało, że Legia jest tam gdzie jest? Zapraszamy na pierwszą część rozmowy z Iñakim Astizem.
- Znasz takie powiedzenie, że jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, powinieneś opowiedzieć mu o swoich planach?
- Słyszałem o nim. Na początku sezonu też miałem swoje – chciałem grać w drugim zespole, działać Akademii, a tu nagle pojawiła się możliwość, żebym dołączył do sztabu pierwszej drużyny. To może zabrzmi dziwne, ale nie czułem jakichś obaw związanych z przyjściem tutaj. Tyle lat byłem zawodnikiem, widziałem naprawdę wiele, znałem sposób, w jaki funkcjonuje szatnia. Z jednej strony wiele rzeczy się zmieniło, ale z drugiej fundament pozostaje ten sam.
- Brakowało ci tej adrenaliny związanej z pierwszym zespołem?
- Po pierwsze cały czas grałem w rezerwach klubu, bo non stop czułem tę adrenalinę boiska. Serio, ja to ciągle uwielbiam. Być w drużynie, wychodzić na plac, słyszeć gwizdek i zasuwać. Ja wiem, że mam już swoje lata i moja rola w Legii się zmienia, bo też musiała się zmienić. Ale nieustannie czuję, że jeszcze jestem w stanie dać coś innym, pokazać pewne rzeczy tym chłopakom, pomóc im, czegoś ich nauczyć. Ale faktycznie, pierwsza drużyna ma w sobie taki pierwiastek wyjątkowości, emocje jej towarzyszące są niezwykle silne. Zwłaszcza teraz, kiedy każde zwycięstwo jest na wagę złota.
- Czy to ekstraklasa, trzecia, czy czwarta liga – zawsze idę na sto procent. Jak bym zobaczył, że zaczynam odpuszczać na treningach albo odstawiać nogę w meczu, to dawno by mnie w dwójce nie było.
- Czy to ekstraklasa, trzecia, czy czwarta liga – zawsze idę na sto procent. Jak bym zobaczył, że zaczynam odpuszczać na treningach albo odstawiać nogę w meczu, to dawno by mnie w dwójce nie było.
- Tak z ręką na sercu: po dołączeniu do jedynki chciało ci się jeszcze grać w rezerwach? Po Neapolu trzeba na przykład pojechać zagrać do Szczuczyna.
- Przecież jakby mi się nie chciało, to bym tego nie robił. Nieważne, czy to jest ekstraklasa, czy III liga, ważne jest to co czujesz, kiedy wychodzisz grać. A do Szczuczyna, czy ostatnio Białej Pilskiej, to sam bardzo chciałem pojechać i grać. Przy okazji meczu ze Zniczem Biała Pilska byłem już w pierwszym zespole, sporo się u mnie działo, ale pogadałem z trenerem i poprosiłem go, żeby pozwolił mi udać się tam z drugą drużyną. Zwyciężyliśmy 4:0 na trudnym boisku, gdzie nasze rezerwy nigdy wcześniej nie wygrały i fajnie zakończyliśmy rok. To zwycięstwo miało świetny smak, bardzo dobrze wspominam też powrót autokarem do Warszawy (śmiech). Taki zresztą miałem plan na siebie od początku – chciałem powoli wygasać to bycie piłkarzem, a klub robił wszystko, żeby mi w tym pomóc. Na pewno łatwiej będzie mi rozstać się z piłką małymi krokami, niż zrobić to w ciągu jednego dnia.
- Gdzie znajdujesz w sobie motywację, by po tylu latach zasuwać na – umówmy się – średniej klasy boiskach III ligi?
- Od małego miałem piłkę przy nodze. Każdy kto gra, albo kiedyś grał, musi czuć w sobie miłość do niej. Teraz na przykład taki Jano Mucha – kiedy chłopaki na rozgrzewce grają w dziadka, on jest pierwszy żeby do nich wskoczyć, pograć, pożartować. To ważne, zwłaszcza jeśli przechodzisz przez trudny moment. Niekiedy jedna sytuacja podczas treningu jest w stanie poprawić ci humor. Ja futbol pokochałem jako dziecko i to się już nigdy nie zmieni. Dopóki zdrowie mi pozwoli, będę uprawiał tak dużo sportu, jak to możliwe. A kiedy przestanie pozwalać, to piłkę będę sobie kochał sprzed telewizora. Wychodzę z założenia, że jeśli coś kochasz, wówczas nie jest ważne, jakie towarzyszą temu okoliczności. Czy to ekstraklasa, trzecia, czy czwarta liga – zawsze idę na sto procent. Jak bym zobaczył, że zaczynam odpuszczać na treningach albo odstawiać nogę w meczu, to dawno by mnie w dwójce nie było. A póki co jestem i czuję, że mogę pomóc innym. Chciałbym, żeby młodzi mieli we mnie oparcie, mogli się czegoś nauczyć z samego faktu przebywania ze mną. Tu nie chodzi o stawianie się w roli nie wiadomo jakiego mentora, broń Boże. Po prostu wiem, jakie problemy mają młode chłopaki, bo sam byłem młody. A skoro oni widzą, że 38-letni chłop może, to oni też mogą. I naprawdę widzę zmiany w ich zachowaniu, zobaczyłem jak zaczęli bardziej dbać o siebie, wykorzystywać możliwości jakie daje im ośrodek, zarówno na boiskach, jak i poza nimi. Ja tego nie miałem, oni mają i super, że chcą z tego korzystać.
- Jasne, że czasy się zmieniają, wszystko ewoluuje, ale piłka aż tak bardzo się nie zmienia. Ona zawsze nagradza tych, którzy ciężko pracują i zapomina o ludziach, którzy dawali z siebie za mało.
- Jasne, że czasy się zmieniają, wszystko ewoluuje, ale piłka aż tak bardzo się nie zmienia. Ona zawsze nagradza tych, którzy ciężko pracują i zapomina o ludziach, którzy dawali z siebie za mało.
- Będąc z młodymi czujesz, że to jest zupełnie inne pokolenie?
- Bardzo dużo rzeczy się zmieniło, dzisiaj takim najbardziej znaczącym symptomem tej zmiany w szatni są oczywiście telefony. Każdy z nas w nim siedzi, to chyba po prostu taki znak czasów. Ale są też małe rzeczy, do których ja przykładam dużą uwagę. Młodzi często zapominają na przykład o porządku, a ja jestem na tym punkcie bardzo przeczulony. Nie lubię, kiedy po szafkach walają się kubeczki czy opakowania po jedzeniu – niby głupota, ale uważam, że to ma swoje uzasadnienie. Jeśli masz porządek w szafce, łatwiej ci potem utrzymać porządek na boisku. Oni też mają wobec siebie duże oczekiwania, bo świat stawia duże oczekiwania wobec nas wszystkich. Musisz być lepszym, mieć więcej, lepiej wyglądać, jeździć fajniejszym autem. Spokojnie. W życiu na wszystko potrzeba cierpliwości, czasu. Wykorzystuj do maksimum trening, ale nie zapominaj o tym, że poza nim też masz swoje życie. No właśnie, życie, a nie jego ułudę, którą wielu próbuje ci wcisnąć.
- No właśnie: młodzi piłkarze mają dziś łatwiej, bo warunki do treningu są o niebo lepsze niż 20 lat temu, czy jednak trudniej, bo współczesny świat stawia im wiele pokus i umiejętnie zaciera różnicę pomiędzy dobrem i złem?
- To nie jest tak, że kiedyś rodzili się piłkarscy geniusze, albo, że teraz dokonał się jakiś niewyobrażalny postęp. Myślę, że każdy musi po prostu wykorzystać to, co daje mu los. Jasne, że czasy się zmieniają, wszystko ewoluuje, ale piłka aż tak bardzo się nie zmienia. Ona zawsze nagradza tych, którzy ciężko pracują i zapomina o ludziach, którzy dawali z siebie za mało. Czasy się zmieniają, jasne. W niektórych aspektach kiedyś było lepiej, w niektórych lepiej jest dzisiaj. Jednak podstawy futbolu pozostają niezmienne.
- Tak faktycznie jest wszędzie, czy jednak po wejściu do pierwszego zespołu w roli trenera, trochę zderzyłeś się z rzeczywistością?
- Na sytuację, w której znajdowała się drużyna, można było patrzeć tylko z przykrością. Nawet zanim dołączyłem do jedynki, to przecież miałem tam kolegów, z którymi grałem, byłem też w stałym kontakcie z całym sztabem, bo siłą rzeczy mijamy się na korytarzach, na hali, czy w siłowni. Wszystko potoczyło się szybko, zmieniony został trener, a co za tym idzie, zmodyfikowany został także sztab. Tutaj muszę wykonać ukłon w stronę Marka Gołębiewskiego, który dał mi możliwość pracy w nowym charakterze. Nauczyłem się bardzo wiele, to w końcu moja pierwsza tego typu rola w życiu. Oczywiście czas spędzony w Akademii również był bardzo owocny, bo przez bardzo długi czas miałem możliwość pobierania nauki od szeregu ludzi. Tak naprawdę jeśli chcesz się uczyć, jesteś w stanie coś wyciągnąć nawet z rozmowy przy kawie.
- Gdy drużyna znajduje się na fali, wtedy zawsze jest łatwo. Każdy jest miły, każdy chce grać, dostajesz mnóstwo wiadomości, że jesteś super, że gratulacje. A kiedy coś jest nie tak, wtedy nagle wiadomości przestają przychodzić, czytasz na swój temat wiele różnych rzeczy.
- Gdy drużyna znajduje się na fali, wtedy zawsze jest łatwo. Każdy jest miły, każdy chce grać, dostajesz mnóstwo wiadomości, że jesteś super, że gratulacje. A kiedy coś jest nie tak, wtedy nagle wiadomości przestają przychodzić, czytasz na swój temat wiele różnych rzeczy.
- To jak z nowej perspektywy oceniasz obecną sytuację? Co się stało, że – mówiąc ogólnie – jest tak jak jest?
- Tutaj zawsze były lepsze i gorsze momenty, jako zawodnik przeszedłem przez niejeden kryzys. W takich chwilach poznajesz prawdę o ludziach i ich charakterze, bo kiedy naprawdę ci nie idzie, jedyną opcją jest trzymanie się razem. Gdy drużyna znajduje się na fali, wtedy zawsze jest łatwo. Każdy jest miły, każdy chce grać, dostajesz mnóstwo wiadomości, że jesteś super, że gratulacje. A kiedy coś jest nie tak, wtedy nagle wiadomości przestają przychodzić, czytasz na swój temat wiele różnych rzeczy. I właśnie wtedy drużyna musi być ze sobą, bo jeśli sama się z tego nie wyciągnie, to nie wyciągnie jej nikt. Jasne, obecna sytuacja, jest jakimś ewenementem. Ale wychodzę z założenia, że wszystko w życiu jest po coś. Wierzę, że to przez co przechodzimy obecnie, w przyszłości w jakiś sposób zaprocentuje.
- No dobrze, ale dlaczego w ogóle cała ta historia ma miejsce?
- Naprawdę ciężko mi powiedzieć. Sądzę, że do okoliczności takich jak te prowadzi mnóstwo zmiennych, a ja przecież nie byłem w tej szatni od początku. Co innego być blisko, a co innego być w środku. Myślę, że jest szereg ważniejszych ode mnie i lepiej poinformowanych osób, które mają lepszy osąd. Piłkarz koniec końców koncentruje się na treningach, regeneracji, pewnie dużo bardziej zajętą głowę ma sztab. Ale też jeśli grasz co trzy dni, czasem nie masz czasu żeby usiąść na spokojnie i wszystko przemyśleć. Dlatego takie pytanie postawiłbym komuś innemu.
- Skąd w takim razie wynikał ten rollercoaster ostatniego tygodnia ligi? Wisła-Zagłębie-Radomiak i niesamowicie różne od siebie mecze.
- To akurat jest pytanie dla piłkarzy (śmiech). Oni są na boisku, oni grają w piłkę i realizują założenia sztabu szkoleniowego. Myślę, że ta pozytywna metamorfoza przed meczem z Zagłębiem wynikała z tego, że znali Vuko i wiedzieli, jak ważna jest to osoba dla Legii. Każdy w szatni ma o nim bardzo dobrą opinię, a on chyba po prostu trafił do ich głów. Zawodnicy uwierzyli w siebie, wygrali wysoko, ale sam trener mówił przecież, że wciąż jest bardzo dużo do poprawy. Z Zagłębiem mieliśmy też nieobecne bardzo długo szczęście, czego świadectwem są chociażby trzy słupki gości w jednej akcji. Z Radomiakiem wróciły niestety stare demony i można było zobaczyć, że Vuko słusznie wspominał o konieczności zmiany wielu elementów, mimo wcześniejszej wygranej 4:0.
Część II wywiadu ukaże się 26 grudnia o 10:00.