
W marcu tego roku przypada 100. rocznica urodzin Kazimierza Górskiego. Z tej okazji prezentujemy wspomnienia Trenera Tysiąclecia, które ukazały się ponad 20 lat temu na łamach tygodnika „Nasza Legia”. Pana Kazimierza wysłuchał wówczas dziennikarz NL, a obecnie kustosz Muzeum Legii, Wiktor Bołba. Zapraszamy na dziewiętnasty odcinek naszego cyklu.
Żmuda – „nieruchawa szafa”
Po nieudanym meczu z Walią w Cardiff, w czasie przygotowań do meczu z Anglikami powiedziałem chłopcom: „Panowie, spisano nas na straty, dlatego żeby zachować jakieś szanse na awans musimy koniecznie wygrać”. Wszyscy jak jeden mąż stwierdzili, że wygramy.
Forma drużyny rosła, w meczu z MSV Duisburg wypróbowałem po raz pierwszy Władka Żmudę, debiut miał kiepski. Odezwały się głosy, że nic z niego nie będzie. Jeżeli sobie przypominam, ktoś nazwał Władka „nieruchawą szafą”. Pomimo tych kąśliwych uwag, ja widziałem to inaczej, wbrew opiniom szykowałem Władka do składu. Po latach mogę stwierdzić z całą stanowczością, że Władek nigdy mnie nie zawiódł. A jak wyglądają dziś ci, którzy nazwali go w ten sposób, piłkarza, który po latach został jednym z najlepszych na swojej pozycji.
Pokonać Anglię
W kolejnych sprawdzianach doskonałą formą błysnął Włodek Lubański. Atmosfera w drużynie była coraz lepsza, zniknęły podziały, nikt już nie patrzył na siebie spode łba, nie było żadnych zadrażnień, nastąpiła ogólna mobilizacja. Ja już pomału zaczynałem budować drużynę na Anglię. Pewniaków miałem dwóch – Lubańskiego i Gadochę. Razem mieli stanowić główną siłę uderzeniową reprezentacji. Z pomocą nie miałem kłopotów: Deyna, Ćmikiewicz i Kraska, byli wtedy najlepsi na swoich pozycjach. Z „Tomkiem” ponownie przeprowadziłem rozmowę, pytając czy czuje się na siłach stanąć na bramce. Powiedziałem mu wprost: „Jeżeli ci się nie powiedzie, to już koniec z twoją bramkarską karierą”. Janek odpowiedział coś w tym stylu: „Trenerze, zdaję sobie z tego sprawę”. Także z bramką też już miałem spokój.
W obronie musiałem zrezygnować z Ostafińskiego, który był bez formy. Zdecydowałem się na „Funio” Bulzackiego. Kontuzjowanego Szymanowskiego zastąpiłem Rzeźnym, który miał doskonałe warunki fizyczne i był w dobrej formie. Wykurował się wreszcie Gorgoń, lewą stronę zarezerwowałem dla Musiała. Dosyć długo zastanawiałem się, kto ma być trzecim obok Lubańskiego i Gadochy napastnikiem, wróciłem jednak do Banasia. Moja koncepcja lekko zadrżała w momencie kiedy dowiedziałem się, że Włodek Lubański uległ kontuzji na zajęciach w Górniku. Z nerwów nie mogłem powstrzymać się od puszczenia „wiązanki” nie nadających się do druku słów. Na szczęście do meczu mieliśmy jeszcze tydzień i liczyłem na to, że Włodek się wykuruje.
Chorzowska wiktoria!
Przed samym meczem oświadczyłem: „Żeby zachować szansę, musimy wygrać”. I z takim przeświadczeniem stanęliśmy do walki z dumnymi Anglikami. A pomogła nam dodatkowo atmosfera, którą stworzyli kibice zgromadzeni w liczbie 100 tysięcy na Stadionie Śląskim. Kiedy te 100 tysięcy widzów zaśpiewało „Jeszcze Polska nie zginęła”, stadion kipiał niczym wulkan. Przyznaję, że wiele widziałem i przeżyłem, ale wtedy w Chorzowie łza zakręciła mi się w oku. Zdawałem sobie sprawę, że oprócz ludzi zgromadzonych na stadionie, stoi za nami cała Polska. To nam dodawało sił.
Zaczęliśmy mocnym uderzeniem i w 8. minucie po strzale Gadochy z wolnego prowadziliśmy 1:0. Dwie minuty po przerwie Włodek Lubański strzelił na 2:0 uzyskując bramkę, którą nazwaliśmy zgodną z instrukcją „banku informacji”, tj. wykorzystał nawyk Bobby Moore’a.
Kontuzja Lubańskiego
Anglicy zaskoczeni przebiegiem i wynikiem tego meczu zaczęli tracić nerwy, przez co mnożyły się liczne faule. Najpierw z boiska wyleciał Allan Ball za faul popełniony na Ćmikiewiczu. Następnie McFarland brutalnie sfaulował Włodka Lubańskiego, którego karetka zabrała z boiska do szpitala. Był to faul i kontuzja, które zastopowały wielką karierę najlepszego zawodnika na wiele lat. Można śmiało stwierdzić, że po tym zdarzeniu polskie piłkarstwo w chwili chwały poniosło ogromną stratę.
C.d.n.