
W marcu tego roku przypada 100. rocznica urodzin Kazimierza Górskiego. Z tej okazji prezentujemy wspomnienia Trenera Tysiąclecia, które ukazały się ponad 20 lat temu na łamach tygodnika „Nasza Legia”. Pana Kazimierza wysłuchał wówczas dziennikarz NL, a obecnie kustosz Muzeum Legii, Wiktor Bołba. Zapraszamy na dwudziesty odcinek naszego cyklu.
Ząb za ząb z Walią
Wygrana z Anglią stworzyła nam taką sytuację, że pokonanie w następnym meczu Walii dawało nam przodownictwo w grupie i całkiem realne szanse na awans do szesnastki najlepszych drużyn świata. Przed meczem z Walią wielokrotnie, aż do znudzenia, pokazywałem chłopcom film z meczu w Cradiff.
Był to taki rodzaj mobilizacji, ponieważ mogli sobie dokładnie obejrzeć, jak zostali pokopani. Nastawiłem drużynę na walkę. Powiedziałem im, że Walijczyków możemy pokonać, ale pod warunkiem, że przyjmiemy ich styl walki i zagramy tak samo jak oni – ostro, zdecydowanie, wręcz brutalnie.
Tu nie mogło być mowy o pięknym futbolu, musieliśmy przyjąć styl gry Walijczyków. Na największego brutala, Trevora Hockeya, postawiłem Ćmiekiewicza, który miał za zadanie wyłączyć go z gry. Ćmikiewicz zrobił to tak skutecznie, że wyprowadził go z równowagi, ten nie wytrzymał, uderzył Leszka, za co wyleciał z boiska. Tym samym osłabił swój zespół.
Zagraliśmy bardzo dobry mecz wygrywając 3:0. Bramki zdobyli Gadocha, Lato i Domarski. Zwycięstwo z Walią dało nam komfort, że następny i zarazem ostatni mecz z Anglią mogliśmy zremisować, natomiast Anglia, chcąc jechać na mistrzostwa, musiała ten mecz wygrać.
Twierdza Wembley padła
17 października 1973 roku, to data historyczna w dziejach polskiej piłki. Tego dnia reprezentacja Polski na Wembley rozgrywała decydujący o awansie do MŚ '74 mecz z Anglią. Anglicy już przed meczem prowadzili z nami psychologiczną wojnę, nazywają nas „kmiotkami” z Polski. Praktycznie z góry skazano nas na pożarcie. Nie zastanawiano się nad tym, kto wygra mecz, tylko ile strzelą nam goli.
Pamiętam, że przed meczem, po rozgrzewce, kiedy zawodnicy przyszli do szatni, byli bardzo wzburzeni. Pytam co się stało. W odpowiedzi usłyszałem: „trenerze, oni krzyczeli na nas animals (zwierzęta)”. Nic nie odpowiedziałem, tylko pomyślałem sobie – to bardzo dobrze. Ja już nie musiałem ich mobilizować, oni sami się zmobilizowali z zacięciem stwierdzając, że tanio skóry nie sprzedadzą. W tym momencie szowinizm publiczności na Wembley tylko nam pomógł.
Mecz, to była walka o każdy centymetr boiska. Anglicy praktycznie nie schodzili z naszej połowy. Ale pomimo tego mieliśmy trzy-cztery sytuacje, w których także im zagroziliśmy. No i my pierwsi strzeliliśmy gola po akcji Kasperczak – Gadocha – Domarski. Ten ostatni w 56. minucie zdobył historyczną już bramkę. Anglicy wyrównali w 62. minucie po rzucie karnym Allana Clarke’a.
Przypomnę, że bohaterem tego meczu został Jan Tomaszewski, który po przerwie nie chciał wyjść na boisko, gdyż doznał kontuzji ręki i mówił, że go boli. Odpowiedziałem mu, że mnie to nie interesuje i będzie bronił dalej. Nie mogłem go zmienić, ponieważ widziałem, że „Tomek” jest w transie. Bronił może szczęśliwie, ale nic nie wpadło mu do bramki.
1:1, to była sensacja. Pamiętam, że na pięć minut przed końcem meczu wstałem z ławki, łudząc się, że jak dojdę do tunelu, sędzia zagwiżdże koniec meczu. Komentator telewizyjny Jan Ciszewski powiedział, że trener Górski nie wytrzymał nerwowo i poszedł do szatni. Może tak było, ale miałem w tym także swój cel. Stanąłem za bramką „Tomka” dodając mu otuchy.
W końcu stało się to, co miało się stać. Utrzymaliśmy wynik i awansowaliśmy do finałów mistrzostw świata. Stadion Wembley zamilkł, kibice zaniemówili i jeszcze długo po meczu stali i płakali. Wyeliminowanie ich przez „kmiotków” z Polski to był szok.
C.d.n.