
Legia drugim domem
Lucjan Brychczy należy do osób, które odegrały w historii Legii rolę wybitną. Jego dorobek w Legii dla wszystkich kolejnych pokoleń piłkarzy zakładających koszulkę z „eLką” na piersi pozostaje nieosiągalny. Początki „Kiciego” przy Łazienkowskiej wspomina kustosz Muzeum Legii oraz autor książki „Kici. Lucjan Brychczy – legenda Legii Warszawa” Wiktor Bołba.
Autor: Wiktor Bołba, JP
Fot. Eugeniusz Warmiński/Archiwum Legii
- Udostępnij
Autor: Wiktor Bołba, JP
Fot. Eugeniusz Warmiński/Archiwum Legii
Lucjan Brychczy jest jedynym legionistą, który uczestniczył we wszystkich sukcesach drużyny piłkarskiej Legii. W sierpniu minie 64 lata od chwili, gdy po raz pierwszy założył koszulkę Wojskowych. 12 września 1954 roku – to data debiutu Lucjana Brychczego w pierwszoligowym meczu Legii. Chociaż jak sam wspomina, po raz pierwszy był w Warszawie mając niespełna 19 lat.
„Swoją pierwszą wizytę w Warszawie pamiętam jako jedno z najbardziej znaczących wydarzeń w moim życiu” – pisał Lucjan Brychczy w swoich wspomnieniach. „Z tego powodu wzruszenie ujęło mnie za gardło. Wkrótce miałem naocznie się przekonać, jak wygląda miasto, które było zrównane z ziemią. Był to 1953 rok i Warszawa była zrujnowana przez wojnę. Mimo to tętniła życiem i chociaż ruch samochodów był wówczas niewielki, a ludzi na ulicach było mało, to w porównaniu z miastami śląskimi była ogromna. Już samo to, co zobaczyłem w drodze z dworca do hotelu, skłaniało do zadumy. Warszawa, która była przeznaczona do zagłady, odżywała i rosła” – wspominał Lucjan Brychczy, który po raz pierwszy przyjechał do Warszawy będąc zawodnikiem A-klasowej drużyny ŁTS Łabędy po to, by zagrać w drugiej reprezentacji Polski. „Wówczas to po raz pierwszy miałem okazję zagrać na Stadionie Wojska Polskiego przy ulicy Łazienkowskiej. Po raz pierwszy także przywitałem się z warszawskimi kibicami piłki nożnej. Dla mnie ten pierwszy międzypaństwowy mecz był niezapomnianym przeżyciem. Przeciwko Tiranie zagrałem na tyle dobrze, że ówczesny trener Legii, Węgier Janosz Steiner, po meczu zdecydował się zaproponować mi grę w warszawskim klubie” – wspomina „Kici”.
W ten sposób przed młodziutkim Lucjanem Brychczym, zawodnikiem A-klasowej drużyny ze Śląska, otworzyła się szansa gry w słynnej Legii. Kariera piłkarska i sława nagle stanęła przed nim otworem. Wystarczyło tylko wyrazić zgodę. Właśnie, wystarczyło wyrazić zgodę... Tylko, że zatwardziały Ślązak ani myślał przeprowadzać się do Warszawy. Powrócił w swoje rodzinne strony, by dalej grać w piłkę – w... trzecioligowym Piaście Gliwice.

Prawdopodobnie nigdy nie trafiłby do Warszawy, gdyby wcześniej na jego talencie poznali się działacze Ruchu Chorzów. Ale oni byli zapatrzeni w wirtuozerię Gerarda Cieślika i wszystkich innych mierzyli jego miarą. Dlatego młokosa z Łabęd odprawiono, tłumacząc, że nie miałby szans grać w zespole ekstraklasy. Młodemu zostały zatem mecze w A-klasie i kilka niezłych recenzji w lokalnej prasie. Prawdziwy zwrot w jego karierze nastąpił dopiero po wizycie w Warszawie i zainteresowaniu jego osobą przez trenera Legii. W tej sytuacji postanowiono wykorzystać wojsko.
„Z moim pójściem do wojska wiąże się ciekawa, warta wyjaśnienia historia. Do mojego WKU w Gliwicach przyjechał major Przylipiak. Konsekwencją jego wizyty było wręczenie karty wcielenia do wojska. Chociaż mój rocznik podchodził do odbycia zasadniczej służby wojskowej dopiero za pół roku, mnie postanowiono wcielić wcześniej. Major Przylipiak wytłumaczył mi, że moją osobą zainteresowany jest trener Legii, dlatego chciał, żebym wcześniej poszedł do wojska. 'Trener Steiner chce zbudować silną drużynę piłkarską na wzór Honvedu' – zachęcał mnie major. 'Po tym, co pokazałeś w meczu kadry B z Tiraną, widzi dla ciebie miejsce w tej drużynie. Twoja skala talentu karze sądzić, że godząc się na grę w Legii, możesz zrobić ogromną karierę. Nic nie tracisz, spróbuj'” – pisał we wspomnieniach Brychczy.
Dalsze koleje losów „Kiciego” są już bardziej znane. Lucjan Brychczy początkowo ani myślał jechać do Warszawy. No, ale służba nie drużba i poborowy Brychczy wsiadł do pociągu z mocnym postanowieniem... odbębnienia wojska w Warszawie i rychłego powrotu na Śląsk.
„Kiedy jesienią 1954 roku jako żołnierz przyjechałem ze Śląska do Warszawy, nie wiedziałem, że zostanę tu na zawsze. Legia to mój drugi dom, tu spędzę resztę swojego życia” – mówił w jednym z wywiadów.

Starsi sympatycy warszawskiej Legii, którzy dobrze pamiętają początki kariery Lucjana Brychczego w stolicy, zgodnym chórem twierdzą, że mały napastnik dość wyraźnie przewyższał pozostałych legionistów wyszkoleniem technicznym. Ale wróćmy do dnia debiutu Lucjana Brychczego w barwach Legii.
„Na chwilę swojego debiutu w Legii czekałem cztery miesiące. I nie było to spowodowane tym, że nie mieściłem się w pierwszym składzie. Po prostu tak się złożyło, że kiedy przyszedłem na ulicę Łazienkowską była przerwa w rozgrywkach. Warto przypomnieć, że zakładając dres Legii, od razu trenowałem z pierwszą drużyną. W moim przypadku nie było czegoś takiego, że swoją przydatność do I-ligowej drużyny musiałbym udowadniać grając wcześniej w rezerwach. W mojej karierze jest kilka ważnych dat. Do jednej z nich zaliczam właśnie dzień 12 września 1954 roku. Wówczas to debiutowałem w Legii w meczu ligowym. Na myśl o tym promieniałem już kilka dni wcześniej, czekając z niecierpliwością chwili, kiedy wreszcie przejdę w Legii chrzest bojowy. Tak się złożyło, że mój debiut przypadł na mecz wyjazdowy z Ruchem w Chorzowie. Na to spotkanie – pomijając fakt debiutu – byłem szczególnie umotywowany. Mając w pamięci moje podejście do gry w Ruchu, chciałem za wszelką cenę pokazać i udowodnić działaczom 'Niebieskich' jaki popełnili błąd, lekceważąc mnie, kiedy zgłosiłem się do nich na trening. W dodatku musiałem stawić czoła zarzutom, jakie czyniono mi w regionalnej prasie śląskiej. W publikacjach śląskich gazet zarzucano mi, że dla Legii zdradziłem Śląsk. W dniu meczu po śniadaniu miałem możliwość po raz pierwszy uczestniczyć w poważnej odprawie przedmeczowej, prowadzonej przez trenera Janosa Steinera. Szkoleniowiec stanął przy tablicy i w charakterystyczny dla siebie sposób przekazywał wszystkim zawodnikom taktykę meczu. Plan trenera był przejrzysty. Umiał do nas mówić, a swoje myśli przekazywał nam wielojęzyczną mieszanką. Brzmiało to mniej więcej tak: 'Epi pikum, pakum. Hyniek szybkie bieg do labda, cyntra Ernest nemen labda, gol schissen und Janos ist zufrieden', co w przełożeniu można przetłumaczyć na: 'Epi (Kowal) podaje do Kempnego, Kempny centruje do Ernesta (Pola), Pol strzela gola i Janos (Steiner) jest zadowolony'. Na dwie godziny przed meczem wyruszyliśmy z hotelu na stadion Ruchu przy ulicy Cichej. W autokarze zbliżył się do mnie trener Steiner i rzekł: 'Kici Spielt gut...itd'. Byłem tym nieco zaskoczony, ale skinąłem głową na znak, że tak właśnie będę grał. Po wyjściu z szatni, gdy znaleźliśmy się na boisku, przywitał mnie pomruk mającej mi za złe grę w Legii śląskiej publiczności. Kampania prowadzona przeciwko mnie przez niektóre śląskie dzienniki przyniosła oczekiwany efekt. Byłem tym bardzo dotknięty. Poczułem się urażony do szpiku kości. Targany uczuciem złości, w pierwszym porywie zapałałem chęcią zemsty. Byłem ugodzony, dotknięty do żywego, zdolny do największych wyczynów. Wspomnienia z mojego pierwszego meczu w barwach Legii są dość mgliste. Ale przypominam sobie, że słyszałem częste oklaski nagradzające moje dryblingi. Kibice Ruchu tym samym dali wyraz akceptacji mojej gry, odkładając antagonizmy w kąt. Był to dla mnie wielki dzień. Chociaż nic z niego nie wynikło dla drużyny, ponieważ mój pierwszy mecz w barwach Legii był meczem przegranym 0:1” – wspomina dzień swojego debiutu w Legii Lucjan Brychczy.

Lucjana Brychczego, który to osiągnął podczas swojego 66-letniego pobytu przy ulicy Łazienkowskiej wszystko, można skwitować jednym słowem – rekordzista. Wyliczanie sukcesów, przy których z Legią był „Kici” jest tak długie, że aż niemożliwe – słowem, kawał historii polskiej piłki nożnej. Od pierwszego mistrzostwa w 1955 roku, do ostatniego mistrzostwa w 2018 roku, nazwisko Brychczego nierozerwalnie związane jest z Legią. Ponieważ Lucjan Brychczy nie lubi rozgłosu wokół swojej osoby, nie udziela dłuższych wywiadów, jego legenda pozostaje mało znana najmłodszemu pokoleniu kibiców. A przecież ten wspaniały piłkarz zasługuje jak nikt inny, by jego nazwisko nie schodziło z łamów, przy każdej wzmiance o Legii. Wiele emocji wzbudzają opinie i teksty niektórych dziennikarzy, którzy podczas porównań dwóch wielkich piłkarzy Legii: Lucjana Brychczego i Kazimierza Deyny, próbują pomniejszyć legendę Brychczego pisząc, że był on piłkarzem „kieszonkowym”, tłumacząc to tym, że Brychczy był mistrzem krajowego podwórka bez sukcesów międzynarodowych, a Deyna błyszcząc na stadionach świata uznawany był za gracza największego formatu. Uważam, że skoro już ktoś odważył się wyrazić podobną opinię, to w przypadku Lucjana Brychczego najtrafniejszym określeniem powinno być: „za wcześnie urodzony”.

Lucjan Brychczy miał pecha, że w czasie największego rozkwitu jego kariery, Polska była oddzielona od świata „żelazną kurtyną”. Reprezentacja rozgrywała niewiele międzynarodowych spotkań, a mimo to jest pierwszym z polskich piłkarzy, który rozegrał 60 meczów w koszulce z białym orłem. Kto wie, jaką personą w światowym futbolu byłby dziś Lucjan Brychczy, gdyby swego czasu pozwolono mu przejść do Realu Madryt, będącego w tamtym okresie najlepszą klubową drużyną świata. Ale nie ma tego złego, gdyż pozostając w Legii, zapisał piękną kartę historii swojego życia przy ulicy Łazienkowskiej.
(Tekst ukazał się w miesięczniku „Nasza Legia” w 2009 roku).
Zaprasamy do obejrzenia materiału pt. „Pana Lucjana podróż sentymentalna”, nakręconego wraz z Wiktorem Bołbą w Muzuem Legii na początku 2016 roku.
Autor
Wiktor Bołba, JP


























